Uwaga: poniższy tekst zawiera wulgaryzmy.
***
Ona i obcy pieprzą się w malutkiej szalupie. Bez końca, bez chwili wytchnienia.
***
Oboje mają Wejścia i Wyjścia. Jej Wejścia są typowe: oczy uszy nozdrza usta cipka dupa. Jej Wyjścia też są zwyczajne: palce i dłonie i stopy i język. Ręce. Nogi. Coś, co można wepchnąć w coś innego.
Obcy nie przypomina człowieka. Nie jest dwunożny. Ma rzęski. Nie ma kości, a może i ma, ale ona ich nie czuje. Mięśnie, czy też to, co można nimi nazwać, mają kształt pierścieni a nie pasm. Skóra ma kolor zmierzchu i jest pokryta cienką warstwą przezroczystego śluzu, który smakuje jak smarki. Nie wydaje on żadnych dźwięków. Zdaje się jej, że pachnie jak mokre liście zimą, ale po pewnym czasie nie potrafi sobie przypomnieć tego zapachu... ani liści, ani zimy.
Wejścia i Wyjścia obcego zmieniają się. Ma ciemne szramy i trwałe guzy, które czasem nabrzmiewają, ale zawsze wypuszcza nowe Wyjścia, drąży nowe Wejścia. Robi to bez trudu – sobą i sobie.
Penetruje ją na tysiąc sposobów. I ona go penetruje.
***
Szalupa nie jest przeznaczona dla ludzi. Powietrze jest zbyt gorące, światło nie dość jasne. Jest zbyt mała. Nie ma żadnych ekranów, książek, ostrzeżeń, komunikatów, żadnego łóżka, krzeseł, stołu ani panelu sterowania, toalety, lampek ostrzegawczych i zegarów. Jej szum się nie zmienia. Nic się nie zmienia.
Jest ciasno. Nie da się uciec od dotyku. Wdychają wzajemnie swoje oddechy – o ile to w ogóle oddycha. Zawsze jest jakieś Wejście i Wyjście, coś owinięte wokół czegoś innego, ciało zwija się i rozwija. Tworzy miejsca. Robi miejsce.
Jest bez przerwy wilgotna. Nie wie, czy to od śluzu z jego skóry, od łoju i potu z jej własnej, jej wydychanego powietrza, od powietrza w szalupie. Czy od ejakulatu.
Coś z niej wycieka. Gdy tylko może, pozwala myślom uciec. Ale nic poza tym, a gdy umysł jest wolny, to myśli za dużo. To znaczy: w ogóle myśli. Pieprzenie się z obcym nie jest tak okropne.
***
Nie pamięta pierwszego razu. Woli myśleć, że została zmuszona.
***
Zderzenie było przypadkowe: kosmiczna kolizja dwóch statków, statystyczna niemożliwość i fakt zarazem. Ona i Gary zdążyli uruchomić nadajnik awaryjny i wcisnąć się w kombinezony, gdy statek został przecięty na pół. Ich szalupa odleciała za daleko. Jej magnetyczne buty przywarły do części wraku. Jego nie. Oddalili się od siebie.
Jeden z odłamków przeciął nogawkę kombinezonu Gary'ego aż do kości, przeciął kość. Ona krzyknęła. On nie. Z kombinezonu w próżnię wylały się krew, tłuszcz i mięśnie. Wyjście.
Pojazd obcego także rozpadł się na kawałki, a szalupa się odczepiła. Zdalne manipulatory rozłożyły się i wciągnęły ją przez śluzę. Wejście.
Dlaczego została uratowana? Kodeks kosmiczny? Wydaje jej się, iż obcy nie wie, że ona żyje. Jeśli byłoby inaczej, spróbowałby nawiązać kontakt. Jest całkiem prawdopodobne, że ona nie jest uratowanym rozbitkiem. Jest złomem, szczątkiem.
***
Wysysa pożywienie z jednej z dwóch twardych wypustek niczym niewyróżniającej się szalupy, z twardej rurki. Druga wypustka zabiera wszystko, co ona wydzieli – gówno, mocz i wymiociny. Ale nie te soki, którymi aż po kolana wysmarowane są jej uda.
Często się dławi. Obcy nie ma wyczucia głębokości jej gardła. Wejścia i Wyjścia.
Czasem krzyczy tak głośno, że jej gardło zaczyna krwawić.
***
Stara się uczyć go słów.
– Pierś – mówi. – Palec. Cipa.
W tej sytuacji ma ograniczony zasób słownictwa.
– Posłuchaj mnie – mówi. – Posłuchaj. Mnie.
Czy to w ogóle ma uszy?
***
Pieprzenie nigdy nie jest ani lepsze, ani gorsze. Obcy nie uczy się niczego o zaspokajaniu jej. Ona nie uczy się niczego o zaspokajaniu jego: gdyby mogła, to i tak by tego nie robiła. A po co? Jak zadowolić trawę i dlaczego to robić? Nagle przypomina się jej trawa, jej wyraźny zapach i doskonała zieleń, chłodne, gładkie i delikatne uczucie pod jej dłońmi.
Myśl o dotknięciu trawy gołymi rękami pobudza ją, bo jest to jedyna od dawna rzecz, o której pomyślała, a nie był to obcy, Gary, Wejścia ani Wyjścia. Ale może delikatne źdźbła między jej palcami byłyby podobne do rzęsek obcego? Umiejętność porównania czegoś do czegokolwiek innego wymyka się jej, gdyż nie ma z czym porównywać.
***
Czuje obcego wszędzie w sobie, jego wici poruszają się w jej nosie, rozpychają się w uszach, zwijają się obok oczu. A ona chowa się w nim.
Gdy jedno z Wyjść wpełza w nią i dotyka pewnych miejsc, ona odchyla głowę i jęczy. Udaje, że to nie przypadek. To Gary, on mnie kocha, to mnie kocha, to jest Nim. Nie jest.
Komunikacja to podstawa, tak sądzi.
***
Nie może się z nim porozumieć, ale stara się choć zrozumieć jego działania.
Czym ona jest dla obcego? Seksualną zabawką czy rośliną doniczkową? Norweskim rozbitkiem toczącym spór z nie znającym języków Portugalczykiem? Towarzyszem? Nawykiem, takim jak obgryzanie paznokci lub nałogowa masturbacja? A może seks jest formą komunikacji, a ona po prostu jeszcze nie zrozumiała języka?
A może po prostu nie ma żadnego Tego? Problem nie w tym, że nie mogą się porozumieć, w jej braku zdolności. Chodzi o to, że obcy nie ma świadomości, która mogłaby się komunikować. To on jest zabaweczką, rośliną, nawykiem.
***

Jeśli kiedykolwiek przypomni sobie choć linijkę, obiecuje sobie, że nie zmarnuje jej tak samo. Będzie ją szanować. Może już kiedyś sobie to obiecała, ale zapomniała.
Nie pamięta głosu Gary'ego. A zresztą – pieprzyć Gary'ego. On nie żyje, a ona jest tutaj z obcym rozpychającym się w jej macicy.
***
Pokryty jest śluzem. Myśli, że (tak jak u ropuch) śluz może być słabym psychotropem. Skąd miałaby wiedzieć, że ma halucynacje? Jakby to miało wyglądać w tym świecie? Jak słoneczniki na biurku, jak Gary pochylający się nad koszem piknikowym, żeby karmić ją świeżym chlebem. Ten chleb to pierwsza rzecz, która ma czysty smak. A nie jest nawet prawdziwy.
Gary karmi ją chlebem i śmieje się. Po pewnym czasie smak chleba staje się "smakiem chleba", a potem słowa stają się tylko dźwiękami i tracą wszelkie znaczenie.
Nie licząc specjalnie, że to coś zmieni, przesuwa językiem po jego rzęskach, bierze je do ust i wylizuje do czysta. Nie ma pojęcia, czy robi to jakąś różnicę. Od zawsze tkwi w tym cuchnącym, niekończącym się ruchaniu.
***
Czy na statku obcego był ktoś jeszcze? Czy był tam jakiś Gary, który odpłynął w przestrzeń? Czy obcy jest w żałobie? Czy pieprzy ją, żeby zapomnieć, czy dlatego, że nie pamięta? Albo żeby ukarać siebie za to, że przeżył? Albo tego drugiego za to, że zginął?
A może to ona?
***
Gdy nie ma u niej dość Wejść dla jego Wyjść, obcy tworzy nowe. Ona krwawi przez jakiś czas, a potem rana goi się. Udaje, że to gwałt, bo gwałt można chociaż zrozumieć. Gwałt to interakcja. Wymaga intencji. Sugerowałby, że obcy nienawidzi, boi się, pożąda. Gwałt oznaczałby dla niej, że jest więcej niż napełnianym naczyniem.
To działa w dwie strony. Czasem to ona go zmusza. Jej ręce zmieniają się w ostrza, które wydzierają nowe Wejścia. Jej złość uderza obcego tak długo, aż czuje pod pięściami nowe zagłębienia, zupełnie jakby kości, mięśnie i chrząstki przemieniły się w coś bardziej miękkiego.
A gdy ona narzuca się obcemu? To, co robi, jest przynajmniej gwałtem, a raczej byłoby, gdyby obcy coś odczuwał, reagował w jakiś sposób. Najczęściej przypomina to uderzanie w mur.
***
Wkłada palce w siebie, bo swoje zamiary chociaż zna.
***
Czasem przygląda się temu, jak obcy ją pieprzy, temu dziwnemu zwijaniu się jego Wyjść przypominającemu falę uderzeniową skierowaną w jej ciało. Podnieca i przeraża ją to zarazem, ale przynajmniej nie jest to Gary. Gary, który zostawił ją tu z tym, zostawił ją tu, zostawił ją.
***
Pewnego razu czuje, że coś odrywa się wewnątrz obcego, ale zaraz zostaje wciągnięte poza jej zasięg. Kiedy próbuje to sięgnąć i pochwycić, na jej nadgarstku zatrzaskuje się zwieracz. Ręka zostaje wypchnięta. Przez tydzień czy dwa ma siną bransoletkę wokół przegubu.
Ciągle dotyka tego siniaka. Obcy mógł w dowolnej chwili zatrzymać jej pięść. A to oznacza, że nie chce jej powstrzymywać, nawet jeśli czasem uderzeniami rozgniata jego wnętrzności na miękko.
Była to jedyna zrozumiała dla niej odpowiedź. Akcja: reakcja. Wiele razy próbuje wymusić kolejną. Wpycha się w obcego, kopie, próbuje wyrywać rzęski zębami, orze skórę brudnymi, nierównymi paznokciami. Ale nigdy nic więcej się nie odrywa, nie dostaje więcej bransoletek.
***
Próbuje mierzyć upływ czasu siniakami, które sama sobie nabija. Uderza nogą o rurkę karmiącą, a gdy siniak schodzi, robi to znowu. Zakłada, że goi się przez dwanaście dni. Po pewnym czasie przestaje, bo nie pamięta już, ile ich było.
***
Marzy o ratunku, ale nie wie, jak by to miało wyglądać. Cudownie ocalony Gary ratuje ją, oczy pełne łez, kocham cię mówi, jego usta na jej powiekach, jego pocałunek, jego język w jej ustach w jej rękach w nim. Ale to przecież obcy. Gary nie żyje. Wybrał Wyjście.
Czasem myśli, że ratunek to otwarcie kapsuły na próżnię, ale nie potrafi uruchomić śluzy.
***
Jej złość nie ma końca, nie daje wytchnienia.
To Gary ją tu sprowadził, potem odszedł i zostawił ją z tym czymś, co nie mówi albo nie potrafi mówić, albo nie chce mu się mówić, albo uważa ją za niewartą rozmowy.
Na trzeciej randce poszła z Garym do pustego parku: wino, ser, świeży chleb w koszyku. Słońce i chłodne powietrze, trawa i koc do leżenia. Zabrał ze sobą Szekspira.
– Na pewno ci się spodoba – oznajmił, i zaczął czytać.
Przerwała mu pocałunkiem.
– Porozmawiajmy – powiedziała. – O czymkolwiek.
– Ale przecież rozmawiamy – odpowiedział.
– Nie, ty czytasz. Przepraszam, nie przepadam za poezją.
– To dlatego, że nikt ci nigdy jej nie czytał – odrzekł.
Powstrzymała go w końcu, wyjmując mu książkę z rąk i popychając do tyłu, kładąc dłonie na trawie; a on w nią wszedł. Później i tak jej czytał.
Gdyby tylko tyle.
To nawet nie jego słowa, a teraz nic nie znaczą, nie są nawet dźwiękami w jej głowie. Teraz jeszcze ten obcy, który jej nie słyszy lub nie chce słuchać. Przez to ona rezygnuje i ogranicza próby kontaktu do tłuczenia siebie i obcego, żeby wywołać reakcję, jakąkolwiek reakcję.
– Kurwa, jak ja cię nienawidzę – mówi. – Nienawidzę się z tobą pieprzyć.
***
Szalupa zwalnia. Metal trze o metal. Uszczelki się zaciskają.
Nad nią otwiera się śluza. Światło. Nie może powstrzymać łzawienia i wszystko się zamazuje. Widzi tylko niewyraźne, ciemne kształty. Powietrze jest suche i zimne. Odrzuca ją.
Obcy nie reaguje ani na światło, ani na ostre powietrze. Pozostaje w niej i wokół niej. Zawinięci w siebie. Penetrują się na tysiąc sposobów. Tu jest jej ciepło, a przynajmniej nie zimno – na wpół zagubiona w jego ciele, mokra od swoich Wejść i jego Wyjść. Tu nie jest zbyt jasno.
W przejściu widzi jakiś ciemny kształt. Dwunożny. Wydaje z siebie dźwięki, które są słowami. Czy to człowiek? Czy ona jest człowiekiem? Czy nadal ma kości, głos? Tak dawno z nich nie korzystała.
Należy do obcego, obcy do niej. Nic się nie zmienia.
Nie. Wyrywa się z jego objęć i brnie. Do Wyjścia.
Pierwotnie opublikowano po angielsku w magazynie Clarkesworld, wrzesień 2009
Opowiadanie otrzymało nagrodę Nebula 2009, było nominowane do Hugo 2010 i Locusa 2010
[1] William Szekspir, Sonet CXVI, fragment w przekładzie Macieja Słomczyńskiego