Śmierć w Breslau

Pierwsze spotkanie z Eberhardem Mockiem

Autor: Marcin 'Karriari' Martyniuk

Śmierć w Breslau
Zachęcony wieścią o planowanym serialu na podstawie książek Marka Krajewskiego, postanowiłem sięgnąć po pierwszą z ekranizowanych powieści, Śmierć w Breslau, licząc na porządny retro kryminał z ciekawą intrygą i niejednoznacznymi postaciami. Nie zawiodłem się.

Skorpiony bywają groźne

Pewnego majowego dnia 1933 roku w Breslau zostają znalezione zwłoki Marietty von del Malten, córki miejscowego barona, zamordowanej w niezwykle brutalny sposób – mówiąc w skrócie jej wnętrzności przez długi czas skupiały na sobie uwagę kilku skorpionów. Obowiązek przeprowadzenia śledztwa spada na ekscentrycznego radcę kryminalnego Eberharda Mocka.

Dochodzenie i ujęcie zbrodniarza zajmuje mu zaledwie kilka dni, a w nagrodę zostaje awansowany na stanowisko dyrektora kryminalnego. W kolejnych dniach miasto obiega wieść o popełnionym przez mordercę samobójstwie. Sprawne rozstrzygnięcie zagadki nie zadowala jednak barona Herberta von Maltena, który rok później w pudełku po czekoladkach znajduje krótki liścik z pogróżkami i doczepionego skorpiona. Na jego prośbę do Breslau przybywa młody asystent kryminalny berlińskiej policji Herbert Anwaldt, który, korzystając z pomocy Mocka, ma za zadanie ponownie zbadać okoliczności bestialskiego morderstwa córki arystokraty.

Od tego momentu akcja rozwija się w szybkim tempie, a czytelnik poznaje kolejne szczegóły historii sięgającej jeszcze głębiej w przeszłość, niż to się może początkowo wydawać.Fabuła jest całkiem przyzwoita i wciągająca, ale nie stanowi największej zalety książki - głównymi atutami powieści są jej bohaterowie, których mamy tak naprawdę dwóch: Eberharda Mocka i międzywojenny Wrocław.

Bohaterów dwóch

Dyrektor kryminalny jest postacią niezwykle ciekawą, osobnikiem, którego w żaden sposób nie można nazwać krystalicznie czystym. Mock to człowiek inteligentny, o dyskusyjnym kręgosłupie moralnym, na dodatek znający wiele wstydliwych sekretów wrocławskich wyższych sfer i niestroniący od przypominania innym o swej wiedzy. Gdy uzna, że sytuacja tego wymaga, nie zawaha się przed użyciem rękoczynów, ale w głębi jego duszy czają się całkiem pokaźne pokłady wrażliwości, której nie lubi uzewnętrzniać. Jakby tego było mało, jednym z jego ulubionych zajęć pozostaje spędzanie piątkowych nocy w burdelu madame le Goef, gdzie z namiętnością oddaje się rozgrywaniu partii szachowych, w których udane posunięcia Mocka zostają nagradzane realizacją wymyślnych konfiguracji erotycznych z dwiema roznegliżowanymi przeciwniczkami.

Mock jest wyrazistą, niejednoznaczną figurą, stróżem prawa, które jednak potrafi bez większych skrupułów łamać. Mimo jego grzeszków naprawdę trudno z nim nie sympatyzować, jednocześnie kibicując jego kolejnym poczynaniom. To bardzo udana kreacja, miejscami przywodząca mi na myśl Philipa Marlowe'a, detektywa z kryminałów Raymonda Chandlera.

Co zaś się tyczy samego Breslau  – jest miejscem ponurym, mrocznym, w którym każdy ma coś na sumieniu i bynajmniej nie są to drobne występki. Arystokraci w ramach rozrywki organizują w swych posiadłościach bale maskowe, zakończone orgiami. Inni w nieprzyzwoity sposób interesują się gimnazjalistkami, a miejscowe burdele pękają w szwach. Przedwojenny Breslau nie należy do przyjaznych miejsc, bójki i kradzieże są na porządku dziennym, znajdą się także przestępcy wykupujący swą wolność i możliwość dalszej działalności w zamian za współpracę z policyjnymi władzami. Z kart powieści unosi się ciężki klimat miasta, w którym trudno komuś zaufać, zwłaszcza w obliczu czającego się za plecami gestapo. Autor wyraźnie zaznaczył niemiecką obecność w ówczesnym Wrocławiu, o czym najlepiej świadczą obawy Mocka przed wchodzeniem w drogę gestapowcom.

Kobiety? Hmm...

Marek Krajewski w swej powieści niemal kompletnie zmarginalizował kobiece postacie, ograniczając je do czysto seksualnych ról wspomnianych prostytutek i wywodzących się z arystokracji entuzjastek grupowych uciech cielesnych oraz ofiar takich jak wymienione wcześniej gimnazjalistki czy zamordowana Marietta von del Malten. W tym aspekcie istniało dodatkowe pole do popisu, wystarczyłoby nawet dodać klasyczną dla kryminalnych powieści femme fatale, aby w większym stopniu urozmaicić ten przesadnie zmaskulinizowany świat. Niestety autor skupił swoją uwagę na bohaterach jednej płci, co razi tym bardziej, iż męscy protagoniści zostali bardzo solidnie zarysowani. Inną wadą jest zbyt mocno zaznaczone wyuzdanie seksualne, budujące wprawdzie obraz zdemoralizowanego miasta, jednak momentami staje się to ciężko strawne w odbiorze.

Pierwsza powieść cyklu o Eberhardzie Mocku zaostrzyła mi apetyt na kolejne części, przede wszystkim za sprawą wiarygodnych kreacji międzywojennego Wrocławia oraz głównego bohatera, które w połączeniu z niezłą, dotykającą przeszłości fabułą, stanowią łakomy kąsek dla miłośników tego typu literatury.

Śmierć w Breslau to kryminał, któremu zdecydowanie bliżej do odcieni szarości znanych z twórczości Raymonda Chandlera czy kina noir niż czarno-białej rzeczywistości rodem z powieści Agathy Christie. Warto samemu przekonać się, czym groziło zamieszkiwanie Wrocławia w latach trzydziestych ostatniego stulecia.