Słoneczna loteria
Tym razem padło na Jarosława Grzędowicza, który wychwala Dicka pod niebiosa za połączenie literackiej płodności i równego poziomu twórczości. Autor Pana Lodowego Ogrodu zapomniał chyba o co najmniej kilku potknięciach swego idola, ale można mu to wybaczyć – bo Słoneczna loteria to powieść co najmniej udana.
Ted Benteley jest idealistą. Wada ta sprawia, że rezygnuje z pracy w jednym ze Wzgórz (czyt. korporacji) i stawia się u Lotermistrza, władcy Układu Słonecznego, który ma wykorzystać jego ponadprzeciętny umysł w odpowiedni sposób. Problem w tym, że trafia na czas zmian na politycznych szczytach (pozornie losowych, jak wszystko w tym uniwersum). Przez co wpada w kłopoty na niewyobrażalną skalę.
W Słonecznej loterii, jak to u Dicka bywa, dziwnych, niecodziennych sposobów na ujęcie rzeczywistości – zarówno w rozumieniu ludzkiego życia, jak i materii literackiej – jest całe mnóstwo. Mniej więcej w połowie lektury pojawia się jednak pytanie: czy autor wyeksponował właśnie ten najciekawszy, ten najbardziej nośny? Zarówno tytuł, jak i przedmowy (Grzędowicza, dłuższa, oraz króciutka Dicka) sugerują, że miało być nim igranie z prawdopodobieństwem, dokładniej – próba ujęcia go w sposób statystyczny, jak ma to miejsce w teorii gier. I rzeczywiście, szkielet całej fabuły stanowi ten mityczny dla świata powieści obrót butelki, która decyduje o tym, kto będzie rządził przez kolejne lata. Nie trzeba jednak być ekspertem od anatomii, by wiedzieć, że szkielet zwykle nie jest widoczny – i to poniekąd przypadek Słonecznej loterii.
Główna intryga osnuta jest wokół algorytmu mini-maxu, jednak na pierwszym planie widoczna jest głównie walka telepatów-ochroniarzy z przemyślnie zaplanowanym człowiekiem-pułapką. Brzmi to dobrze, fakt, ale przenosi ciężar gatunkowy z filozoficznych (czy też może metafizycznych) fundamentów na pędzącą akcję. Emocje – jak najbardziej, tych w Słonecznej loterii nie brakuje, nieco mniej natomiast legendarnej nieufności wobec świata i rzeczywistości. Ta pojawia się, owszem, ale raczej podgryza z cienia, niż rzuca się na czytelnika w dzikim szale, jak ma to miejsce w najsłynniejszych dziełach Dicka. Nie jest to opowieść konwencjonalna, co to to nie, ale nie jest też tak oddalona od dosłowności, jak można by się spodziewać.
To wrażenie obcowania z bardzo ambitną powieścią akcji wzmagają jeszcze klasyczne dla Kalifornijczyka fragmenty rodem z literackiego kiczu. Postaci kobiece, jak zwykle, pełnią bardzo ograniczone role: w najlepszym przypadku katalizatora pewnych pomniejszych wydarzeń, w najgorszym – ozdobnika. Czytelnicy niezaznajomieni z Dickiem mogą poczuć się też przytłoczeni tempem wydarzeń; w tej galopadzie wszystko dzieje się naraz, punkty kulminacyjne łatwo przeoczyć, bo przychodzą zupełnie niespodziewanie, a najprostszy dialog może przekształcić się nagle w dyskusję o kluczowym dla fabuły znaczeniu.
Słoneczna loteria nie należy do największych klasyków, jakie wyszły spod pióra Philipa K. Dicka, co nie oznacza wcale, że nie jest to powieść warta zainteresowania i lektury. Powstała przed takimi tekstami jak Ubik czy Płyńcie łzy moje, rzekł policjant, ale jej ambicje zapowiadały geniusz, który się w nich ziścił. Dla miłośników Kalifornijczyka jest to pozycja obowiązkowa.
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0
Dodaj do swojej listy:



Autor: Philip K. Dick
Tłumaczenie: Jan Zieliński
Wydawca: Rebis
Data wydania: 12 marca 2019
Oprawa: twarda
Cena: 49,90 zł