» Recenzje » Skok w zagładę

Skok w zagładę


wersja do druku

Götterdämmerung, czyli o godach i rozkoszy, o łzach i boleści

Autor: Redakcja: Dawid 'Fenris' Wiktorski, Matylda 'Melanto' Zatorska, Marcin 'lemon' Łukasiewicz

Skok w zagładę
Średniowieczne eposy stanowiły jedno z głównych źródeł inspiracji dla wielu pisarzy fantasy. Cykl Skoki Stephena R. Donaldsona wydaje się jednak wyjątkiem, jeśli chodzi o literaturę science fiction. Autor nie ukrywa bowiem, że pięcioczęściowa opowieść czerpie z Pierścienia Nibelunga, dramatu muzycznego Richarda Wagnera, który z kolei oparty został na Eddach oraz Pieśni o Nibelungach, średniowiecznym eposie bohaterskim. Co ciekawe, na autora wpłynęła nie tylko sfera fabularna, ale i muzyczna, lecz to już materiał na bardziej akademickie rozważania.

Nadszedł czas zmierzchu bogów, czas rozwiązań. Okrucieństwo, brutalność oraz dramaty, które rozegrały się w poprzednich tomach, były efektem zakulisowego konfliktu dwóch najpotężniejszych ludzi w całym kosmosie – Holta Fasnera, bezwzględnego właściciela Zjednoczonych Kompanii Górniczych marzącego o nieśmiertelności i niepodzielnej władzy nad naszą cywilizacją, oraz Wardena Diosa, szefa policji ZKG, który postanowił odkupić swe czyny w służbie Fasnera i doprowadzić do upadku satrapy za wszelką cenę. Na szali postawione zostają nie tylko ludzka godność i życie, ale i przetrwanie Ziemian. Do błękitnej planety zbliża się bowiem okręt bojowy Amnioni.

Skoki to cykl przepełniony zwrotami akcji i szaleńczym tempem; cykl o epickim rozmachu, w którym bohaterowie doprowadzani byli do granic wytrzymałości i je przekraczali. Wydawać by się więc mogło, że jego zwieńczenie rozwinie te elementy. Tak jednak nie jest i ma to swoje uzasadnienie: konflikt pomiędzy Fasnerem a Diosem zajmował dotychczas niewielką liczbę stron, lecz to on leży u podstaw fabuły, a dramatyczne wydarzenia zmierzają ku jego rozstrzygnięciu. W Skoku w zagładę wiele miejsca poświęcono przedstawieniu działań politycznych i wywiadowczych współpracowników szefa PZKG. Nie należy jednak obawiać się nudy – odpowiednie napięcie jest gwarantowane przez okręt bojowy Spokojne horyzonty, mogący zniszczyć nie tylko siedzibę Policji, ale i unicestwić rząd, który ma właśnie obradować nad dalszymi losami Diosa.

O ile we wcześniejszych tomach Donaldson kreował postacie Morny, Angusa czy Daviesa za pomocą bólu, samozagłady i cierpienia, to teraz w pewien sposób uwolnił swoje dzieła. Losy ludzkości zależą w dużej mierze od tego, jak garstka osób, którym wyrządzono niewyobrażalne krzywdy, a jednocześnie zdolnych do podobnych okrucieństw, poradzi sobie ze swoimi słabościami i chęcią zemsty. W tej części wyraźniej dostrzegamy także ludzką stronę Wardena Diosa, dotąd zdającego się być przywódcą niewzruszonym. Niektóre z przeobrażeń zachodzących w bohaterach początkowo mogą wydawać się nieprawdopodobne, a czytelnik zapewne nieraz pomyśli "zwykły człowiek by tego nie wytrzymał". Donaldson dba jednak o to, by na koniec wszystkie takie zmiany okazały się być uzasadnione.

Tę dbałość widać zwłaszcza na przykładzie finału Skoku w zagładę, a więc i całego cyklu. Na przestrzeni pięciu tomów autor rozpoczął wiele wątków, lecz żaden z nich nie zostaje porzucony. Konkluzje nie zawsze są efektowne i zadowalające dla czytelnika, lecz nie da się Donaldsonowi odmówić drobiazgowości. W pełni satysfakcjonujące, choć nieco zaskakujące, jest zaś domknięcie najważniejszych części fabuły. Biorąc pod uwagę przebieg powieści oraz wagnerowskie inspiracje, spodziewać się można było ostatecznego tryumfu sprawiedliwości. Jednak w tym świecie sprawiedliwość to pojęcie mocno względne, a jednoznaczne osądzenie postaci jest w zasadzie niemożliwe. Dlatego też i zakończenie może budzić ambiwalentne odczucia.

Skok w zagładę to świetne zwieńczenie jednego z lepszych cykli science fiction. Czytelnik może co prawda poczuć się zdezorientowany, a nawet nieco znużony spowolnionym z początku tempem akcji, lecz umiejętnie stopniowane napięcie oraz po mistrzowsku ułożony finał sprawiają, że szybko o tym początku się zapomina. A gdy dołożyć do tego sponiewierane postaci pełne sprzeczności, efekt jest wysoce satysfakcjonujący. Powieść Donaldsona jest godnym zakończeniem fascynującej wyprawy w mroki nie tylko kosmosu, lecz także – a może przede wszystkim – ludzkiej psychiki.

8.5
Ocena recenzenta
9.25
Ocena użytkowników
Średnia z 2 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: Skok w zagładę (The Gap into Ruin: This Day All Gods Die)
Cykl: Skoki
Tom: 5
Autor: Stephen R. Donaldson
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Wydawca: MAG
Data wydania: 13 grudnia 2013
Liczba stron: 880
Oprawa: miękka
Format: 135x202 mm
ISBN-13: 978-83-7480-408-0
Cena: 49 zł



Czytaj również

Komentarze


banasiewicz
    Zdecydowanie tak!
Ocena:
0

Skok w zagładę to bardzo dobre zwieńczenie bardzo dobrego cyklu. Wiem, że nie wszystkim rozwlekła fraza Donaldsona przypadła do gustu, ale mnie się podobało. Siłą tej opowieści są bardzo ciekawe postaci, które czytelnik zapamięta na długo po lekturze. Zapraszam również do siebie, zapoznać się z moją recenzją.

10-07-2015 21:43
earl
   
Ocena:
0

Najbardziej wstrząsającym jak dla mnie w całym cyklu było to, co zrobiono z Angusem Thermopyle i konsekwencje tego czynu.

10-07-2015 22:26

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.