» Fragmenty książek » Samotność Anioła Zagłady

Samotność Anioła Zagłady


wersja do druku

Nie ja zabiłem tych wszystkich niewinnych ludzi!

Autor:
Samotność Anioła Zagłady
Niebo było czyste, a słońce stało jeszcze wysoko, więc miejsce katastrofy zobaczyłem z dużej odległości. Zatrzymałem czterokołowca na szczycie niewielkiego wzniesienia i wyciągnąłem lornetkę. W dolinie, przez którą przebiegała linia kolejowa, stały dwa pociągi. Cholernie długi skład towarowy wypełniony kontenerami i srebrzysta gąsienica Amtraka na sąsiednim torze. W zasadzie słowo "stały" nie oddawało w pełni tego, co widziałem. Może powinienem raczej użyć sformułowania "znajdowały się", bowiem wiele wagonów nie trzymało pionu. Niektóre, zwłaszcza te należące do ekspresu, nosiły ślady poważnych uszkodzeń. Kilka było całkowicie zmiażdżonych. Cztery lokomotywy pociągu towarowego wypadły z szyn i leżały na żółtawej ziemi jak porzucone dziecięce zabawki. Na ich zielonkawych, pasiastych kadłubach widniały wyraźne ślady ognia. Z tej odległości nie mogłem dostrzec, co spowodowało katastrofę. Miałem jednak pewność, że nie była ona bezpośrednim skutkiem eksplozji nuklearnej albo trineutrinowej. Promieniowanie, także na tym zapomnianym przez Boga i ludzi skrawku ziemi, musiało być zabójcze, ale w takiej odległości od najbliższego punktu zero nie na tyle wysokie, by wszyscy zginęli od razu. Potwierdzeniem tego domysłu były wozy strażackie i policyjne, które zauważyłem przy zablokowanym, bliższym przejeździe. Chłopcy z Amboy, a może raczej ludzie z pobliskich kopalń próbowali ratować nieszczęsne ofiary katastrofy kolejowej, która zbiegła się w czasie z atakiem nuklearnym. Być może w ferworze walki o ludzkie życie nawet nie zauważyli ataku. Chociaż w środku nocy trudno przeoczyć błysk miliona słońc... Nawet tak odległy. Wiedzieli o nim czy nie, przed promieniowaniem nie było ucieczki. Widziałem przez lornetkę ułożone w równych rzędach ciała ofiar katastrofy. Widziałem też te, które leżały w nieładzie. Wiele z nich miało na sobie jaskrawe kombinezony służb ratowniczych. Wciąż miałem wybór - choć drugi, nieco dalszy przejazd przez tory także był zablokowany; stała na nim końcówka ogromnego towarowego węża. Linia transkontynentalna biegła w tym miejscu po idealnej równinie na przestrzeni najbliższych dwu, trzech mil, tak przynajmniej wynikało z danych widocznych na mapniku. Mogłem więc bez większego trudu ominąć miejsce katastrofy. Nie musiałem pakować się dokładnie w jej środek, ale wymagałoby to przejścia na tryb terenowy i zużycie sporej ilości benzyny. Zdecydowałem w ciągu sekundy, spoglądając na wskaźnik poziomu paliwa. Czas poznać ludzi, których... Nie, to nie ja ich zabiłem…

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Do cholery, przecież nie ja wysłałem pociski, które spadły na Amerykę! Nie ja zabiłem tych wszystkich niewinnych ludzi! Ja tylko pomściłem ich śmierć! Byłem aniołem zagłady, to prawda, ale wyłącznie dla wroga!



Czytaj również

Szczury Wrocławia. Kraty
Więzienie to za mało
- recenzja
Inne światy
Dukaj, Małecki, Orbitowski i reszta
- recenzja
Zwycięstwo albo śmierć
Polityka nie umiera nigdy
- recenzja
Na krawędzi zagłady
Na pięć minut przed ostateczną walką z obcymi
- recenzja
Toy Land
Siermiężne zabawki
- recenzja

Komentarze


~andrzej

Użytkownik niezarejestrowany
    :(
Ocena:
0
Przykro mi to pisać gdyż bardzo lubię i cenię twórczość Szmidta jednak po przeczytaniu tej książki uważam że straciłem tylko czas. Naprawdę niewiele jest książek o których mogę powiedzieć coś tak złego, może na palcach jednej ręki bym zliczył.
Nie czytałem opowiadania na podstawie którego powstała ta książka i nie wątpię że mogło być bardzo dobre jednak książka mnie bardzo zawiodła.
Proponuję przeczytać pierwsze 30 stron a następnie ostatnie 30 stron.
04-02-2010 20:53

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.