» Recenzje » Rzeźnia numer pięć

Rzeźnia numer pięć


wersja do druku
Rzeźnia numer pięć
Od pierwszego wydania Rzeźni numer pięć minęło już pięćdziesiąt lat. Przed jej lekturą pojawia się więc typowe w wypadku klasyków pytanie: jak bardzo zaszkodził książce upływający czas? Okazuje się, że pewne rzeczy są na niego całkowicie odporne.

Młody Billy Pilgrim został wyrwany ze szkoły przez wojnę. Nie był wybitnym żołnierzem, bo ani jego fizyczność, ani tym bardziej charakter temu nie sprzyjały. W żadnym wypadku nie chroniło go to jednak przed niedogodnościami frontowego życia. W końcu chłopak wrócił do Stanów, ale nie znaczy to, że jego życie wślizgnęło się na tory zwyczajności klasy średniej – dorosłego Pilgrima porywają bowiem kosmici.

O Rzeźni numer pięć zwykło się mówić przede wszystkim jako manifeście antywojennym. Nie ma w tym nic dziwnego, bo Kurt Vonnegut odnosi się do swoich frontowych przeżyć bez przerwy, zarówno w otaczających właściwą fabułę wstępie oraz posłowiu, jak i opowieści o losach nieszczęsnego Billy’ego Pilgrima. Czytelnicy znajdą w powieści wszystkie niemal elementy klasycznego sztafażu literatury wojennej: od pejzaży ruin i walczących dzieci, przez bydlęce wagony i obozy jenieckie, aż do kluczowego dla książki bombardowania Drezna. Wszystko to zaprzecza popularnemu wizerunkowi amerykańskiego pisarza jako przesiąkniętego żartobliwością, niefrasobliwego i rzadko uderzającego w poważne tony. Z pewnością Vonnegut nie ucieka od komizmu (chociażby opis angielskich oficerów w niewoli potrafi rozbawić do łez), ale też nie eksponuje go nadmiernie, a gdy po niego sięga, to z pełną świadomością, pytając czytelnika: czyż koniec świata nie potrafi być nieco śmieszny?

Kosmici, którzy porywają Pilgrima nie są narzędziem eskapizmu w ujęciu tradycyjnym dla fantastyki, choć z całą pewnością symbolizują ucieczkę – ucieczkę przed nieskończonym okrucieństwem wielkich konfliktów XX wieku. Bohater nie potrafi wyrzucić z głowy wyrytych przez nie obrazów, a obcy postrzegający czas nielinearnie stają się prostym – czy też może jedynym dopuszczalnym w całej swej irracjonalności – wyjaśnieniem tej tragicznej sytuacji. Filozoficzna refleksja nad przemijaniem i (nie)mijaniem zostaje w Rzeźni numer pięć wtłoczona w wojenny kontekst, dzięki czemu zostaje pozbawiona najdrobniejszych nawet namiastek abstrakcji i nabiera rzeczywistego ciężaru.

Nie sposób mówić o tej wielkiej powieści bez odniesienia się do jeszcze jednego jej elementu, kto wie, czy nie najsłynniejszego zdania, jakie kiedykolwiek napisał Vonnegut: "Zdarza się". W ten sposób kwitowane są najróżniejsze sytuacje, od drobnostek w stylu zagubionych kluczy aż po rozstrzelanie przez pluton egzekucyjny. W Rzeźni numer pięć następuje więc totalne zrównanie znaczeń, a nieuznający wyjątków fatalizm zdaje się być ostatecznym dopełnieniem wizji postrzegających jednocześnie ogół czasu mieszkańców Tralfamadorii. W roli wyrównywacza występuje oczywiście wojna z jej kulminacyjnym (w ujęciu Vonneguta) bombardowaniem Drezna, które sprawia, że wydobywanie trupów staje się poczciwą, powszednią pracą. Wojna, warto dodać, w każdej postaci, bo choć Pilgrima z objęć czasu wyrwały doświadczenia z Europy lat 40. XX wieku, to pokolenie jego dzieci walczy – i cierpi – w Wietnamie.

Rzeźnia numer pięć, mimo wszystkich tych lat, wciąż trzyma się doskonale. Pacyfistyczne manifesty niezmiennie pozostają potrzebne, a Vonnegutowi udało się stworzyć metaforę prostą, a jednocześnie pełną znaczeń. Kto nie czytał, ma świetną okazję, żeby nadrobić zaległości, kto czytał – żeby przypomnieć sobie tę doskonałą pozycję.

9.0
Ocena recenzenta
9.67
Ocena użytkowników
Średnia z 3 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: Rzeźnia numer pięć
Autor: Kurt Vonnegut
Tłumaczenie: Lech Jęczmyk
Wydawca: Zysk i S-ka
Data wydania: 12 listopada 2018
Liczba stron: 240
Oprawa: twarda
ISBN-13: 978-83-8116-492-4
Cena: 39,90 zł

Komentarze


Henryk Tur
   
Ocena:
+2

Czytałem miesiąc temu. Myślę, że jest to pozycja ponad czasowa. Pomysł na miks czasu genialny.

Zdarza się ;)

21-03-2019 10:06
Exar
   
Ocena:
0
Vonnegut w ogóle jest dobry:)
21-03-2019 11:26
Johny
   
Ocena:
+2

Pamiętam jak na studiach miałem zajawkę na Vonneguta. Pewnego dnia kumpela się mnie pyta:

- Co tam masz za książkę?

Ja na to: "Syreny z Tytana".

- O Boże jaki bezsensowny tytuł, co za głupoty ty czytasz?

- To Vonneguta.

- A tego wielkiego pisarza to co innego.

;) 

25-03-2019 23:43

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.