» Recenzje » Rytm wojny. Tom II

Rytm wojny. Tom II


wersja do druku
Rytm wojny. Tom II
Jakie jest Archiwum Burzowego Światła każdy widzi. To świetny cykl, jeden z moich ulubionych – a czytam fantastykę dobrych kilkanaście lat – ale z całą pewnością niepozbawiony wad. Można czepiać się choćby dłużyzn, bez których cztery potężne tomy zapewne nie prezentowałyby się tak okazale. Lecz zalety w dużym stopniu problemy rekompensują: niektóre postaci może irytują, ale ostatecznie ze wszystkimi można się zżyć, świat jest wręcz fenomenalnie bogaty, a skala przedstawionych wydarzeń, które sięgają od starć bogów przez dworskie intrygi aż do bezpośrednich pojedynków bohaterów wojennych, wręcz poraża. Pierwszy tom Rytmu wojny był dokładnie taki sam: nie idealny, ale bez reszty wciągający. Czy drugi trzyma poziom? 

Urithuru jest ostatnim miejscem, które gwarantuje ludziom jakiekolwiek bezpieczeństwo w starciach z Odium i jego armiami. Niestety, zostało ono poddane oblężeniu, a wojska koalicji walczą daleko, nieświadome tego, że losy wojny o Roshar ważą się bez ich udziału. Pozostali tylko Kaladin, Navani i malutka grupa ich sprzymierzeńców – to oni mogą przeszkodzić Raboniel w dopełnieniu planu zakładającego zniszczenie Rodzeństwa, sprena wieży. Czy będą oni w stanie przechytrzyć istotę zwaną niegdyś Panią Bólu?   

Moim najpoważniejszym zarzutem wobec pierwszej części Rytmu wojny było to, że Brandon Sanderson w roli “wypełniacza”, który stanowi treść pomiędzy kluczowymi wydarzeniami pchającymi fabułę do przodu, użył wyścigu zbrojeń – nieudanego, bo zupełnie pozbawionego napięcia. Po zakończeniu lektury całej powieści czytelnik wie, dokąd to zmierzało i po co autor tyle miejsca poświęcał badaniom Navani. I dobrze, bo okazuje się, iż prowadzą one do wyjątkowo ważnych odkryć mających kluczowe znaczenie dla wielkiej wojny opisanej w Archiwum. Cały czas uważam te fragmenty za mało porywające, bo Sanderson na wywołanie we mnie jakichkolwiek emocji potrzebował mnóstwa czasu (lub, jak kto woli, setek zapisanych maczkiem stron), ale pewną satysfakcję niesie świadomość, że wszystko to miało jakiś cel, a kilka męczących fragmentów może zaprocentować w przyszłości. 

Dodatkowy kop w wątku Navani nie oznacza jednak, iż z Rytmu wojny zniknęły dłużyzny. Venli do tej pory stawała się w cyklu postacią coraz ważniejszą, więc zrozumiałe jest poświęcanie jej miejsca, ale szczegółowe przedstawienie jej przeszłości jest po prostu nudne – nie wnosi ono absolutnie nic do metafabuły Archiwum, a uważni czytelnicy z pewnością zdecydowaną większość opisanych wydarzeń już sobie zwizualizowali. Rozumiem wszelkie argumenty o przedstawianiu znanych zdarzeń z innej perspektywy, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nie tego w tym momencie wymaga ten liczący tysiące stron cykl; potrzebuje on zamiast tego konsekwentnego popychania opowieści w przód, a trudno o takim mówić, gdy zdanie “wyruszajmy do X” i rzeczywiste wyruszenie (mowa konkretnie o podróży Dalinara, której nie chcę zbyt mocno spoilerować) dzieli kilkaset stron.

Dzisiaj, gdy od lektury minął już jakiś czas, Rytm wojny jest dla mnie przede wszystkim kilkoma najważniejszymi wydarzeniami - świetnie zapadającymi w pamięć i całkiem nieźle rozłożonymi pomiędzy bohaterami, bo bodaj każdy z ważniejszych ma tu swój moment (od Kaladina, Tefta i Rlaina, przez Navani, Dalinara czy Jasnah aż do Adolina oraz Shallan; nawet Taravangian dostaje coś dla siebie, tylko Renarin jak zwykle potraktowany po macoszemu, choć jego rola w wojnie opisywana jest jako kluczowa), ale czas potrzebny Sandersonowi na zebranie się w sobie, aby tę jedną czy dwie sceny z siebie wyrzucić pozostaje absurdalnie długi. Momenty są, jak mawiał klasyk, ale pojawiają się rzadziej i otoczone są coraz grubszymi warstwami gadulstwa. 

Rytm wojny jako całość postrzegam przede wszystkim jako stagnację, o tyle specyficzną, że oznaczającą trzymanie poziomu co najmniej bardzo przyzwoitego, ale to wciąż nie rozwiązuje problemów, które trapią Archiwum Burzowego Światła już od jakiegoś czasu. Zawsze lubiłem porównywać ten cykl do Malazańskiej Księgi Poległych, a dziś to zestawienie nabiera dla mnie dodatkowego smaku – do tej pory konsekwentnie realizowany od czasu Drogi królów przejrzysty plan wydawał mi się zdecydowanie górować nad chaosem i narracyjną gwałtownością Eriksona, ale dzisiaj, gdy na wszystko u Sandersona musi być odpowiednio wcześnie zapowiedziane i gdy na wszystko trzeba czekać (niekiedy latami), przyłapuję samego siebie na niecierpliwości. Tę ostatnią interpretuję jednak pozytywnie: jako znak, że świat Archiwum wciąż mnie fascynuje. Pytanie tylko, jak długo moja fascynacja się utrzyma, bo Rytm wojny, niestety, jest najsłabszym z dotychczasowych tomów cyklu: powtarza wady Dawcy przysięgi, ale nie przynosi nowych zalet.  

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę
7.0
Ocena recenzenta
7
Ocena użytkowników
Średnia z 1 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Rytm Wojny. Tom 2
Cykl: Archiwum burzowego światła
Tom: 4.2
Autor: Brandon Sanderson
Tłumaczenie: Anna Studniarek
Wydawca: Mag
Data wydania: 30 czerwca 2021
Liczba stron: 720
Oprawa: twarda
ISBN-13: 978-83-66712-46-1
Cena: 45 zł

Komentarze

string(15) ""

Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.