» Artykuły » Inne artykuły » Redaktorzy oceniają - marzec 2013

Redaktorzy oceniają - marzec 2013


wersja do druku
Redaktorzy oceniają - marzec 2013
W okresie od 1 do 31 marca 2013 roku w Dziale Książkowym opublikowanych zostało 26 recenzji, których średnia ocen wyniosła 7,03.

Czytać:




"Państwa, które jeszcze kilka lat temu były światowymi imperiami, upadły. Świat klęczy przed niszczącym dosłownie wszystko mikrobem i czeka na odsuniętą w czasie egzekucję. Gdzieś na dnie oceanu ukryli się ludzie odpowiedzialni za urzeczywistniony armagedon: niegdysiejsi pracownicy korporacji i ryfterzy – jeszcze niedawno najwięksi wrogowie. Dogadali się, wierząc, że w tak odległym od cywilizacji miejscu Behemot nigdy się nie pojawi. Mylili się, oczywiście.

Behemot to prawdziwy melanż gatunków: Watts wymieszał twardą fantastykę naukową, w której się specjalizuje, z powieścią psychologiczną, thrillerem i postapokalipsą. Syntetyczność zwieńczenia trylogii ryfterów idzie jednak dalej: to także ostateczne połączenie Rozgwiazdy i Wiru. Jak to?! zakrzykną miłośnicy cyklu, przecież poprzednim dwóm tomom niepotrzebny żaden, nie daj Bóg, midquel. Rzeczywiście, w sensie fabularnym do żadnej rewolucji nie doszło: Behemot kontynuuje bezpośrednio wątki, które Watts rozwijał w drugiej powieści trylogii. Jednak czytelnicy, którzy przypomną sobie obie poprzednie książki nieco dokładniej, mogą zwrócić uwagę na pewien szczególny fakt: po Rozgwieździe, której akcja umiejscowiona była na dnie oceanu, pisarz wyraźnie zmienił skalę wydarzeń. Porzucił jednostkowe problemy ryfterów (a te były naprawdę potężne) i skupił się na ukazaniu globalnych kłopotów wykreowanego świata (choć, na szczęście, nie zapomniał o pogłębianiu rysu psychologicznego Lennie). W Behemocie te dwa sposoby opowiadania spotykają się w środku drogi. Walczący z tragiczną przeszłością ryfterzy nie potrafią wybaczyć niegdysiejszym prześladowcom, a ci drudzy wcale nie mają ochoty zginać karku mimo beznadziejnej sytuacji. Mroczna, przybijająca atmosfera pierwszej połowy książki mocno przypomina Rozgwiazdę. Druga część powieści natomiast, w której bohaterowie wracają na powierzchnię, to powrót klimatu z Wiru – niezwykłego szaleństwa, towarzyszącego upadaniu całej cywilizacji. W tym kontekście Behemot jest nie tylko zwieńczeniem trylogii ryfterów; to także jej dopełnienie, spoiwo, które z trzech pojedynczych powieści czyni jeden spójny cykl.

Czy w powieści coś rozczarowuje? Niestety tak. Rozgwiazda i Wir były nie tylko pełnymi akcji książkami, do których przyciągało fabularne czy psychologiczne napięcie, ale także naszpikowanymi nowoczesną nauką dziełami fantastyki naukowej. Behemot nie zrywa z tą tradycją, ale też jej nie rozwija. Watts wciąż rozważa implikacje Moralniaka i Spartakusa, opisuje ewolucję i dewolucję Wiru oraz rozprzestrzenianie się Behemota, lecz nie wprowadza do tekstu właściwie żadnych rewolucyjnych nowości. Seppuku to dużo i mało zarazem – jako idea jest bardzo ciekawe, jednak fabularnie stanowi jedyne logiczne rozwiązanie. Jeśli spodziewaliście się, że w trzecim tomie cyklu pojawią się kolejne technologiczne cuda, raczej nie będziecie usatysfakcjonowani.

Behemot to zwieńczenie cyklu, którego prawdziwy miłośnik fantastyki naukowej nie może nie znać. Jeżeli Rozgwiazda i Wir przypadły Wam do gustu, będziecie co najmniej zadowoleni. Choć w tym długim tekście brakuje trochę świeżości, którą tchnęły oba poprzednie tomy, to trudno kwestionować jego literacką wartość. Jeśli jeszcze nie zaczęliście czytać trylogii ryfterów zróbcie to czym prędzej – warto!"


Bartosz 'Zicocu' Szczyżański




"Ciężki jest los pierwszego obywatela Republiki Wesańskiej. Bassianus Honoriusz Arkadiusz Sewer, znany lepiej jako Basso, już od dzieciństwa przygotowywany był do pełnienia tej roli. Obserwując swego ojca, który święcił triumfy jako przedstawiciel narodu, miał możność przekonania się, jaka to niewdzięczna funkcja, a jednocześnie – jak nieograniczoną władzę ofiarowuje temu, kto ją piastuje. Towarzyszymy mu od chwili narodzin, poznając wpierw jego dość wyrywkowo potraktowane dziecięce lata, a następnie młodość, zobrazowaną kilkoma scenami. Początkowo trudno się przyzwyczaić do dość chaotycznej, szarpanej narracji, będącej serią obrazów, które bardziej mają na celu przedstawienie ogólnie zarysowanego portretu przyszłego pierwszego obywatela, niźli dokładne zdefiniowanie jego osobowości. Lecz popełni błąd ten, kto jeno pobieżnie przeleci początek powieści, gdyż pośród tych scenek rodzajowych ukryte są informacje stanowiące zarówno klucz do późniejszych wydarzeń, jak i podwaliny charakterystyki Bassa.

Sytuacja zmienia się diametralnie, kiedy bohater zaczyna swą polityczna karierę. Drobiazgowo opisane zostają wszystkie jego poczynania, obnażone motywacje, na zasadzie ukazania drugiego dna kolejnych czynów, wiwisekcji zachowań, rozpracowania strategii i taktyki postępowania. Poznajemy kolejne szczeble jego kariery, gdy to co prywatne i publiczne oddziałuje na siebie na zasadzie naczyń połączonych; ludzi, którzy wywarli na niego znaczący wpływ lub – co częstsze – zostali niczym ćmy przyciągnięci jego osobowością. Patrzymy na sukcesy i porażki, za każdym razem zadziwieni umiejętnością wydobywania się z sytuacji pozornie patowych. I choć gdzieś w tle rozgrywają się wydarzenia dotyczące samej Republiki Wesańskiej, te fakty odbieramy jedynie jako kolejny element uzupełniający wizerunek samego protagonisty.

Ta genialnie skonstruowana postać budzi skojarzenia z rozmaitymi znanymi z historii bohaterami, tak jakby była wydestylowaną z nich kwintesencją. Wśród inspiracji można się doszukiwać zarówno rzymskich polityków, jak i renesansowych książąt, lecz najsilniej skojarzył mi się ten bohater z Cezarem – choć bardziej z wersją wykreowaną w HBO-wskim serialu Rzym niż z jego historycznym portretem. I budzi Basso lawinę emocji, gdyż dzięki takiemu nieoczywistemu potraktowaniu staje się bardziej ludzki. I nawet jeśli duża część jego poczynań wywołuje odruch protestu, to w pewnym momencie czytelnik łapie się na tym, iż zaczyna darzyć tego charyzmatycznego drania coraz to większą sympatią.

Zdecydowanie mocną stroną Składanego noża są dialogi. Szermierka słowna pełna ostrych wypadów i błyskawicznych ripost, najeżona złośliwościami i ze spora dawką czarnego humoru. Rozległe partie powieści rozgrywają się głównie w formie rozmów pomiędzy postaciami, dla których kontrapunktem są kompletnie pozbawione dialogów opisy ich konkretnych działań. Parker eksperymentuje z różnymi gatunkami literackimi, które płynnie się ze sobą przenikają. Trzonem książki wydaje się powieść obyczajowa z silnymi naleciałościami biograficznymi, lecz można tu odnaleźć zarówno motywy zaczerpnięte z naukowych rozpraw, podręczników strategicznych, cień romansu (bardzo cynicznie zresztą potraktowanego), fragmenty rodem z opowieści łotrzykowskich, dramat psychologiczny, powieść epistolograficzną, zaś wszystko połączone ze sobą w sposób zaiste mistrzowski. A nagle historia, ujęta w sposób raczej lekki, przeradza się w gorzki moralitet, kiedy Parker porusza kwestie filozoficzne, rozważając naturę wojny i to, w jaki sposób zmienia ona ludzi."


Maja 'Vanth' Białkowska




"W kolejnej odsłonie Zwrotnic czasu pod tytułem Gambit Wielopolskiego Adam Przechrzta przedstawia wizję historii, w której nie wybuchło powstanie styczniowe. Świat podzielił się na wielkie imperia (bez-narodowy Euroland, Chiny oraz Imperium Rosyjskie), trwające na krawędzi wojny. Polacy są najbardziej uprzywilejowaną i najbogatszą mniejszością w kraju rządzonym przez cara, a w codziennym użytku znajdują się wszczepy rodem z cyberpunka.

Alternatywna rzeczywistość wykreowana przez Przechrztę wydaje się spójna, choć pisarz nie wszystko dopowiada – pozwala domyślać się czytelnikowi jak doszło do pewnych zmian oraz jakie siły stały za poszczególnymi rewolucjami. Co więcej, autor wchodzi w polemikę z historią, między innymi dzięki umieszczeniu w powieści maszyny, pozwalającej śledzić równoległe ścieżki czasowe, na przykład "naszą", w której powstanie styczniowe wybuchło. Przeprowadzone zrywy narodowowyzwoleńcze są bronione i atakowane – Przechrzta przedstawia szereg argumentów po obu stronach, jednak głównie skupia się na słabościach i nieprzygotowaniu oraz niemożności zwycięstwa powstańców. Podaje również kilka alternatywnych, bardziej sprzyjających dat wybuchu powstania, popierając je ponownie solidnymi argumentami. Co ważne – pomimo poruszania bardzo drażliwego punktu naszej tożsamości narodowej, Przechrzta nie dopisuje otwarcie do Gambitu… żadnych ideologii.

Autor również celnie przedstawia możliwe rozwinięcia dzisiejszych trendów cywilizacyjno-społecznych. Wszechobecna sieć informatyczna, w której człowiek może zanurzyć się w każdej chwili? Jest. Postępująca inwigilacja oraz nieuświadomione szarym masom ludzkim ograniczanie ich prywatności poprzez rozliczne kamery, drony oraz inne urządzenia nagrywająco-rejestrujące? Jest. Prawie całkowita zależność gospodarki i rynków ekonomicznych od pojedynczych, wpływowych jednostek oraz "wirtualnych" współczynników? Jest. W negatywny sposób, ustami głównego bohatera, ocenia także postępującą globalizacje i umiędzynaradawianie się, skutkujące porzuceniem własnej tożsamości narodowej – krytykuje beztożsamościowe masy Eurolandu, które zatraciły własne tradycje i zostały pochłonięte przez kulturę masową, chwaląc mniejszości narodowe Caratu.

Kolejny atut powieści to świetnie poprowadzona fabuła. Choć może wydawać się liniowa – ma jeden główny wątek bez rozgałęzień, wydarzenia przedstawiane są jedynie z perspektywy głównego bohatera – to zawiera sporo zaskakujących zwrotów akcji. Trzyma także w napięciu do samego końca, ponieważ całościowe rozwiązanie intrygi umyka, gubi się w kolejnych odkrywanych śladach, a sam otwarty finał zostawia nieco dowolności interpretacyjnej. Przechrzta nawiązuje również do twórczości polskiej – na przykład Konrada Wallenroda"


Bartłomiej 'baczko' Łopatka


Unikać:




"Wielu pisarzy, wykoncypowawszy fantastyczne uniwersa, w których realia rzucają swych protagonistów, w momencie gdy wzbudzą one zainteresowanie czytelników, mają w zwyczaju eksploatować je do granic możliwości. Mnożą zatem kolejne tomy, a gdy wyczerpią już pomysły na przygody pierwszoplanowych bohaterów, sięgają po tych marginalnie jeno dotychczas wspominanych. Tak właśnie zrobił Terry Goodkind w Pierwszej Spowiedniczce, będącej [/i]prequelem[i] cyklu Miecz Prawdy, czyniąc jej bohaterką protoplastkę zakonu kobiet władających magiczną mocą. Lecz chyba wena twórcza opuściła pisarza, gdyż miast interesującego prologu historii Richarda Rahla otrzymujemy ciężkie do przebrnięcia czytadło.

Akcja biegnie do przodu w tempie lawinowym, tak jakby Goodkind pragnął braki warsztatowe zakamuflować natłokiem wydarzeń. Nie pozostawia czytelnikowi ni chwili oddechu, rzucając swych bohaterów od jednej dramatycznej przygody ku kolejnej i kumulując coraz to bardziej wymyślne zagrożenia. Z kimże to jego protagoniści nie muszą się zmagać? Są tu i mroczni Nawiedzający Sny, i ożywione trupy, i służący imperatorowi ludzie pozbawieni dusz. Nie wspominając już o zdrajcach rezydujących w Wieży Czarodzieja. Cała książka rozgrywa się wedle jednego schematu: przygoda kontrapunktowana jest podniosłą mową którejś z postaci, wyjaśniającej znaczenie konkretnego wydarzenia, a po takowej znów następuje żywiołowa akcja. Pewne informacje podawane przez autora niczym prawdy objawione, miast zaskoczyć – wywołują jedynie ironiczny uśmiech, gdyż czytelnik znacznie wcześniej, niż było to w intencji pisarza, domyśla się owych rewelacji. Kuriozalnie lekturę utrudnia podział książki na bardzo krótkie, kilkustronicowe rozdziały, przez co przypomina ona ogólnie jeno zarysowany i skoncentrowany na kluczowych wydarzeniach plan, który dopiero odziany w szczegóły stanie się powieścią właściwą.

Nie sposób czytać Pierwszej Spowiedniczki bez znajomości cyklu Miecz Prawdy. Zbyt wiele w powieści odwołań do wydarzeń w nim opisanych, czy to w postaci zawoalowanych aluzji, czy też łopatologicznie podanych faktów. Goodkind rzuca skomplikowane określenia (zwłaszcza odnoszące się do typologii magii i reguł nią rządzących), ni słowem nie wyjaśniając ich znaczenia, by za moment wdawać się w wielce skomplikowane i ujęte w pseudonaukowy żargon rozważania o pewnych aspektach magicznego warsztatu, jakimi operują opisywani przez niego czarodzieje. Cała narracja utrzymana jest w konwencji dramatycznej, zabrakło momentów, które równoważyłyby ów niezwykle na serio potraktowany "żywot świętej Magdy", choćby w postaci nikłego przebłysku humoru. A o tym, że potrafi ze sobą splatać wątki śmiertelnie poważne i humorystyczne pisarz udowodnił już niejeden raz, opowiadając o losach Richarda Rahla.

Wraz z kolejnymi przewracanymi stronicami książki narastała ma perwersyjna, iście masochistyczna fascynacja – zastanawianie się, na jakie wyżyny nieznośnego patosu autor jeszcze się wzniesie, tudzież z jakowymi nieprawdopodobnymi przeciwnościami losu przyjdzie się jeszcze skutecznie Magdzie zmagać. Powieść ta zawiera w sobie wszystkie mankamenty cyklu Miecz Prawdy w wersji skondensowanej, bez żadnej z pozytywnych jego cech. Jest niczym opisywane na jej kartach ożywione trupy – podrygujące jeszcze resztkami gdzieś zapamiętanej energii, lecz zdecydowanie w formie głębokiego rozkładu. Nie wnosi nic nowego do wykreowanego przez Goodkinda świata, powtarza jeno już znane informacje – w nieco bardziej rozbudowany sposób. O ile przygody Richarda śledziłam z pewnym zainteresowaniem (do czasu, gdyż mniej więcej od połowy cyklu autor zaczął powielać wcześniej wykorzystane już schematy), to Pierwszą Spowiedniczkę mogę jeno podsumować słowami: "kończ waść, wstydu oszczędź"!"


Maja 'Vanth' Białkowska
Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę



Czytaj również

Składany nóż - K.J. Parker
Pecunia non olet
- recenzja
Behemot – Peter Watts
Demony końca świata
- recenzja
Pierwsza Spowiedniczka - Terry Goodkind
Nie graj tego jeszcze raz, Terry!
- recenzja

Komentarze

string(15) ""

baczko
   
Ocena:
+1
"Behemot" i "Składany nóz" już do mnie lecą, niah, niah, niah.
07-04-2013 23:28
Jedimati
   
Ocena:
+1
Trzeba będzie kupić na wypłatę "Składany Nóż", a "Rozgwiazda" czeka u mnie na półce już :D
07-04-2013 23:57
Nephand
   
Ocena:
0
Trylogia Ryfterów Wattsa to moje dotychczasowe odkrycie roku. Rewelacyjne i wymagające S/F.
09-04-2013 09:14

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.