» Recenzje » Pustkowie zwane pokojem

Pustkowie zwane pokojem


wersja do druku
Pustkowie zwane pokojem
Czy autorka fantastyki naukowej może liczyć na więcej, niż debiut doceniony Hugo? Cóż, pewnie byłoby to marzenie dość śmiałe, ale przecież nagroda dla pierwszego tomu wcale nie dyskwalifikuje kontynuacji z wyścigu po kolejną, prawda? Prawda, bo Arkady Martine udowodniła, że to możliwe: zarówno Pamięć zwana imperium, jak i Pustkowie zwane pokojem zgarnęły to wielkie wyróżnienie. I dobrze, bo to świetne powieści. 

Choć konflikt związany z teixcalaańską sukcesją wypalił się równie szybko co rozgorzał, a na tronie zasiadła Dziewiętnaście Ciesak, to nastroje w imperium pozostają niestabilne – nikt nie zapomniał, że rytualne samobójstwo poprzedniego cesarza związane było z informacją o zbliżających się statkach obcej cywilizacji. Nowo mianowana dowódczyni jednej z imperialnych flot, Dziewięć Hibiskus, zostaje wysłana w ten rejon wszechświata, gdzie pojawili się potencjalni wrogowie, aby opanować sytuację. Szybko okazuje się, iż potencjalni to spore niedopowiedzenie – Teixcalaan staje w obliczu konfliktu, który może zachwiać jego fundamentami. 

Czy byłem zachwycony Pamięcią zwaną imperium? Nie – powieść bardzo mi się podobała, ale nie olśniła. W przypadku Pustkowia zwanego pokojem odczucia mam bardziej skomplikowane – bo znowu nie jest to tekst genialny czy wybitny (będę powtarzał do znudzenia: jeśli chodzi o ostatnie lata to znamiona takiego klasyka nosi fantastyka naukowa spod pióra Ady Palmer), ale w ramach dość specyficznego gatunku jakim jest space opera stanowi prawdziwą perełkę. Nie wystarczyłaby może, żeby przekonać do niego Stanisława Lema, który nie pominął żadnej okazji do wyrażenia zniesmaczenia kosmicznymi wojnami, ale czytelnikom chociażby neutralnym względem konwencji przyniesie całe mnóstwo frajdy. 

Martine już w debiutanckiej powieści radziła sobie z powieściopisarskim rzemiosłem bardzo dobrze, ale w Pustkowiu zwanym pokojem osiąga poziom jeszcze wyższy. W tę historię wsiąka się natychmiast, a kolejne wątki podejmowane przez autorkę pozwalają spojrzeć na toczące się wydarzenia z różnych perspektyw i nadać im głębi, a jednocześnie nigdy nie zmieniają się w rozpychające tom pustosłowie. Pisarka panuje nad tempem absolutnie i totalnie, a jej zręczności dowodzi to, że choć potocznie pojmowanej akcji jest tu stosunkowo niewiele, to nudzić się nie sposób. Źródeł napięcia jest w tej powieści naprawdę dużo: pojawia się w związku z konfliktami pomiędzy głównodowodzącymi teixcalaańską armią, tajemnicą otaczającą obcego wroga, wobec którego zdezorientowani żołnierze mogą co najwyżej prężyć muskuły, czy politycznymi intrygami zarówno w stolicy imperium, jak i na jego obrzeżach.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Wisienką na torcie tej niezwykle zręcznej narracji jest genialne poprowadzenie wątku Dwadzieścia Cykady, adiutanta wspomnianej dowódczyni Dziewięć Hibiskus. Uwaga jaką Martine poświęca losowemu na pierwszy rzut oka żołnierzowi długo wydaje się być nietypową dla cyklu – bo czysto dygresyjną – próbą wzbogacenia światotwórstwa (w końcu oficer reprezentuje niszowy dla imperium kult), ale z każdym kolejnym przełomem fabularnym staje się coraz bardziej zrozumiała. W finale powieści natomiast wszystkie elementy układanki wskakują na swoje miejsca i okazuje się, że pisarka zabrała czytelników w długą podróż, która stanowi przykład foreshadowingu godnego najlepszych momentów w twórczości Stevena Eriksona. 

Przy tym wszystkim Martine kontynuuje konsekwentną rozbudowę świata Teixcalaanu – a raczej, w tym wypadku, przede wszystkim jego przyległości. Czytelnicy nieco więcej dowiedzą się na temat rodzimej stacji powracającej Mahit Dzmare, głównej bohaterki Pamięci zwanej imperium, a także atakujących imperium obcych. Trzeba przyznać, że pisarka bardzo sprawnie poradziła sobie z rozszerzeniem stojących za światotwórstwem myśli, które zaznaczyła w poprzednim tomie. Rozwija opowieść o wynikających z inności napięciach (wtedy: na linii Teixcalaan-Lsel, tutaj – na linii ludzie-obcy) bez popadania w militarny banał z walczącymi ze sobą różnokolorowymi humanoidami, a także pogłębia refleksję nad przekraczaniem indywidualnej świadomości (do maszyn imago z pierwszej części dochodzi koncepcja umysłu zbiorowego). Czyni to tło Pustkowia zwanego pokojem znacznie bardziej atrakcyjnym – czytelnik przez cały czas ma wrażenie, że poza pierwszym planem coś się dzieje, że to nie opowieść o kolejnych politycznych intrygach czy wojnie, lecz momentach przełomowych dla cywilizacji choćby z tego względu, że ta konfrontuje się z drugą, zupełnie odmienną. 

Muszę przyznać, że czekałem na drugą powieść Arakdy Martine z zainteresowaniem, ale bez zniecierpliwienia. I było warto, bo olbrzymi sukces debiutu z całą pewnością nie był przypadkiem – Pustkowie zwane pokojem to tekst doskonale rozszerzający poprzednią opowieść, a zarazem po prostu lepszy. Doskonale poprowadzona fabuła w połączeniu z naprawdę niebanalnym światem dały w efekcie space operę niemal idealną. Już nie mogę się doczekać kolejnego tomu Teixcalaanu – tym razem będę wypatrywał z niecierpliwością. 

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę
9.0
Ocena recenzenta
9
Ocena użytkowników
Średnia z 1 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 1
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Pustkowie zwane pokojem
Cykl: Teixcalaan
Tom: 2
Autor: Arkady Martine
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Wydawca: Zysk i S-ka
Data wydania: 16 stycznia 2024
Liczba stron: 608
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
ISBN-13: 978-83-8335-046-2
Cena: 69,90 zł



Czytaj również

Pamięć zwana imperium
Kryminał, polityka i poezja
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.