» Recenzje » Przynieście mi głowę wiedźmy - Kim Harrison

Przynieście mi głowę wiedźmy - Kim Harrison

Przynieście mi głowę wiedźmy - Kim Harrison
Tytuł powieści Harrison wyraźnie nawiązuje do książki Żelaznego: Przynieście mi głowę księcia. Takie odwołanie jednak, po lekturze, jawi nam się jako oczywiste nadużycie: coś w rodzaju wykorzystania Sienkiewicza w reklamie proszku. Ale to i tak chyba najmniejszy problem z tą książką.

Główną bohaterką jest Rachel Morgan, czarownica i agentka ISB (Inderlandzkiej Służby Bezpieczeństwa), tropiąca łamiących prawo Inderlanderów (zaliczają się do nich czarownice, czarodzieje, wampiry, wilkołaki oraz wszelkie inne stworzenia magiczne). Trzeba wam wiedzieć, że w świecie Rachel takowych istot jest na pęczki. Przyczyna jest dosyć niecodzienna, a mianowicie: pomidor. To niewinne warzywo zostało niegdyś zakażone wirusem, wskutek czego ludzkość została zdziesiątkowana, a coming outu dokonali Inderlanderzy, których epidemia się nie imała. Liczebność ludzi i istot magicznych się wyrównały, a miasta podzieliły się na strefy zamieszkiwane przez śmiertelników i tych nieco mniej zwykłych mieszkańców.

Rachel, zniechęcona kiepską płacą i wrednym szefem, postanawia odejść z agencji, co nie jest prostą sprawą. Chodzą słuchy, że agenci mogą odejść tylko w jeden sposób: w plastykowym worku na zwłoki. Dodatkowo wraz z Rachel z agencji odchodzi jej gwiazda, wampirzyca Ivy. Ściąga to na Morgan gniew szefa i wyrok śmierci. Obie eks-agentki postanawiają założyć własne biuro, na wzór detektywistycznego. Dołącza do nich także Jenks, maleńka istota ze skrzydełkami i problemami natury libidalnej.

Tyle o intrydze, która, tak na marginesie, nie trzyma się kupy. Nie jest nam dane na przykład dowiedzieć się co skłoniło wampirzycę do odejścia, a zamachy na Rachel są liczne i przeprowadzane w miejscach publicznych, co wydaje się być średnio profesjonalne, jak na agencję będącą odpowiednikiem ludzkiego FBI. Fabuła, przewidywalna od początku, "wzbogacona" została licznymi wątkami pobocznymi, między innymi skomplikowane relacje między Morgan a jej wspólniczką, która mimo, iż jest wampirem niepraktykującym, bez przerwy dybie na szyję Rachel.

Sam sposób prowadzenia opowieści jest zapewne wodą na młyn dla licznego grona mizoginistów, którzy nie przyznają kobietom prawa pisania innego rodzaju literatury niż romanse. W przypadku Harrison niestety mają rację. Większość grubego tomu to opisy jedwabnych garniturów, wysokich butów i śnieżnobiałych uśmiechów. Autorka osiąga niemal groteskowe efekty, każąc bohaterce, w momencie największego zagrożenia, rozpływać się w zachwytach nad fryzurą bądź wąską talią… jej potencjalnego zabójcy. Zaś akcja wielokrotnie jest stopowana przez długaśne opisy pełnego napięcia… patrzenia sobie w oczy.

Trzeba także powiedzieć słowo o głównej bohaterce: Morgan kreowana jest na nonszalancką, silną kobietę, zjadliwie komentującą wypadki (czasami autorce udaje się to urzeczywistnić), ale przeważnie widzimy ją, jako chwiejną osóbkę, najbardziej martwiącą się swoją płaską klatką piersiową. Ciut za mało jak na protagonistę tak grubej powieści.

W odbiorze książki inaczej niż jako tani romans z lekką otoczką fantasy, nie pomaga również koszmarny momentami język, jakim napisana jest całość. Z wielkim trudem przełknęłam zwroty typu: "podprogowy ryk irytacji", "skinęłam jej przebiegle głową" czy też: "Głos miała melodyjny i niski, przepełniony subtelnością szarego jedwabiu."

Sytuacji nie poprawia niechlujna korekta, dopuszczająca wielokrotne powtórzenia w jednym akapicie, długie zdania bez żadnych przecinków, nieskładne zwroty z przestawionym szykiem wyrazów oraz nadużywanie tych samych przymiotników.

Nie można także nie wspomnieć o bardzo ogólnikowym zarysowaniu tła − niewiele poznajemy realiów dotyczących przedstawianego świata. Coś się dzieje, pojawiają się różne postacie, ale nie bardzo wiadomo kim są i co robią. Świat pełen dziwnych istot, magii i naprawdę odmienny od naszego, wymaga choćby pobieżnego zarysowania reguł jakimi się rządzi. Autorka takowe prezentuje… mniej więcej w połowie książki. Najbardziej Harrison skoncentrowała się na opisach wampirów, choć są one bardzo stereotypowe i niewiele nowego wnoszą w tej kwestii do literatury: ot, taki bardziej niegrzeczny Księżyc w nowiu. Wszyscy ci krwiopijcy są nieziemskiej urody, modnie ubrani, zblazowani i nie mają nic więcej do roboty, niż uwodzenie śmiertelników. Snują się w jedwabiach od rana do wieczora, emanując "aurą pradawnej tragedii". Rachel jest czarownicą, ale niewiele z tego wynika, poza zaledwie kilkoma scenami kiedy sporządza wywary i amulety − można było z tego wątku wycisnąć nieco więcej.

Nie przeczę, że momentami czytało się to zabawnie. Niestety, te nieliczne humorystyczne, bądź wciągające fragmenty, przytłoczone są przez setki stron papieru, na którym króluje kiepski styl, niechlujna redakcja i sztampowe pomysły, wymieszane z niezbyt zgrabnym wątkiem kryminalnym i licznymi opisami obcisłych wdzianek. Może warto byłoby pozbyć się egzaltowanego stylu i pompatycznych zwrotów, a w zamian dopracować bardziej postacie i świat przedstawiony?
4.0
Ocena recenzenta
7.14
Ocena użytkowników
Średnia z 7 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: Przynieście mi głowę wiedźmy (Dead Witch Walking)
Cykl: Trylogia Zapadlisko
Autor: Kim Harrison
Tłumaczenie: Agnieszka Sylwanowicz
Wydawca: MAG
Miejsce wydania: Warszawa
Data wydania: 23 września 2009
Liczba stron: 608
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-7480-147-8
Cena: 39,00 zł



Czytaj również

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.