» Opowiadania » Pomyślne jajeczka – James Morrow

Pomyślne jajeczka – James Morrow


wersja do druku

(Auspicious Eggs)

Autor: Redakcja: Staszek 'Scobin' Krawczyk
Ilustracje: blublu

Pomyślne jajeczka – James Morrow

  Ojciec Cornelius Dennis Monaghan z parafii Charlestown, dla przyjaciół Connie, odstawia styropianowy kielich, odwraca się od pomarszczonego kartonowego ołtarza i podchodzi do dwóch młodych kobiet stojących przy żywicznej chrzcielnicy. Sześciostronna, inkrustowana wizerunkami świętych, przypomina wielki orzech wykuty z jakiegoś niejasnego, ale świętego powodu. Jednak jej największą zaletą jest poręczność. Rzadko zdarza się miesiąc, w którym Connie nie przewoziłby naczynia przez miasto i nie wnosił go do jakiegoś nędznego mieszkania, by przyznać nieśmiertelność noworodkowi, którego rodzice stali się zbyt słabi, by wyjść z domu.

  – Merribell, tak? – pyta Connie, wskazując na dziecko po swojej lewej stronie. Zaklinowane w zgięciu ręki swojej matki, niemowlę kręci się i płacze.

  – Nie, Madeleine – mamrocze Angela. Connie znał Angelę Dunfey przez całe jej życie i wciąż pamięta niebiański blask jej twarzy, kiedy otrzymała sakrament komunii świętej. Do dzisiaj nic z niego nie zostało. Jej policzki oraz brwi zmatowiały, jak skorodowane przez Potop Cieplarniany żelazo, a kręgosłup wygiął się jak u kobiet trzykrotnie starszych.

  – Merribell jest tutaj – Angela podnosi wolną rękę i wskazuje na swoją ciężarną kuzynkę, Lornę, próbującą utrzymać bliźniaczkę Madeleine nad brzuchem. Connie zastanawia się, czy Lorna Dunfey także urodzi bliźniaki. To zjawisko, jak słyszał, jest rodzinne.

  Dotykając rękawa postrzępionego niebieskiego swetra Angeli, ksiądz odzywa się głosem, który jest wyraźnie słyszalny w nawie.

  – Czy te dzieci otrzymały sakrament oceny zdolności rozrodczej?

  Parafianka przesuwa bryłkę gumy do żucia z lewego do prawego policzka.

  – T-tak – odpowiada w końcu.

  Henry Shaw, blady ministrant z twarzą okraszoną trądzikiem, wręcza księdzu pergamin z pieczęcią archidiecezji Boston Isle. Para podpisów zdobiąca margines poświadcza, że dwójka przedstawicieli kościelnych zatwierdziła narodziny. Connie od razu rozpoznaje nieczytelne pismo arcybiskupa Xallibosa. Poniżej znajdują się krzykliwe zawijasy i ozdobniki brata Jamesa Wolfe'a, lekarza – niewątpliwie to on pobrał krew.

   Madeleine Dunfey, czyta Connie, Lewy jajnik: 315 niedojrzałych pęcherzyków jajnikowych. Prawy jajnik: 340 niedojrzałych pęcherzyków jajnikowych. Księdza przeszywa spazm rozpaczy. Liczba komórek jajowych w każdym organie powinna wynosić co najmniej 180 000. To wyrok niepłodności, bez szans na apelację ani jakiekolwiek ułaskawienie.

  Z szybkością, która graniczy z bezczelnością, Henry Shaw podaje Conniemu drugi pergamin.

  Merribell Dunfey. Lewy jajnik: 290 niedojrzałych pęcherzyków jajnikowych. Prawy jajnik: 310 niedojrzałych pęcherzyków jajnikowych. Ksiądz nie jest zaskoczony. Jaki sens miałoby odmówienia przez Boga mocy prokreacji tylko jednej z bliźniaczek? Teraz Connie musi jedynie wziąć jałowe siostry, wykonać święte rytuały i ukradkiem pomodlić się, że Ósma Rada Laterańska była naprawdę natchniona przez Ducha Świętego, kiedy wprowadziła chrzest w epokę sprawdzalnego przeznaczenia oraz nadzoru jajników.

  Wyciąga ręce, kierując wysuszone dłonie w górę, i trwa tak, kiedy Angela kładzie Madeleine, sięga pod chrzcielną sukienkę i odpina oba zapięcia pieluszki. Wilgotny zapach świeżego moczu roznosi się po kościele pod wezwaniem Natychmiastowego Poczęcia. Angela, wzdychając głęboko, podaje cieknącą poduszkę kuzynce.

  – Pobłogosław te wody, o, Panie – mówi Connie, patrząc na swoją twarz w poświęconym płynie – by obdarzyły tych grzeszników darem życia wiecznego.

  Odwracając się od naczynia, pokazuje Madeleine swemu niechlujnemu stadku, ponad trzystu rdzennym katolikom – w większości Irlandczykom od sześciu pokoleń, z odrobiną Portugalczyków, Włochów oraz Chorwatów – poprzetykanym dwoma tuzinami nawróconych niedawno Koreańczyków oraz Wietnamczyków. Parafian tych łączą, co Connie przyznaje, nie tyle religijne przekonania, ile wspólna nędza.

  – Moi ukochani, jako że wszyscy ludzie wkraczają na ten świat w stanie nieprawości i jako że nie mogą poznać łaski Pana, dopóki nie odrodzą się w wodzie, zaklinam was, byście wołali do Boga Ojca, aby poprzez ten chrzest Madeleine i Merribell Dunfey mogły wejść do królestwa niebieskiego. – Connie spogląda na trzęsącą się parafiankę. – Angelo Dunfey, czy wierzysz Bożemu słowu, że ochrzczone dzieci, które umrą przed popełnieniem jakiegokolwiek złego uczynku, są zbawione?

  Jej "Tak" jest żałosne i naciągane.

  Jak kopista wkładający pióro do kałamarza Connie zanurza kciuk w chrzcielnicy.

  – Angelo Dunfey, nazwij swoje dziecko.

  – M-M-Madeleine Eileen Dunfey.

  – Witamy tę grzesznicę, Madeleine Eileen Dunfey, w mistycznym ciele Chrystusa – mokrym kciukiem Connie kreśli na czole noworodka symbol plusa – i naznaczamy ją znakiem krzyża.

  Rozplątując Madeleine z jej chrzcielnej sukienki, Connie patrzy w wodę – nadnaturalnie spokojną, tak nieruchomą i łagodną jak wody galilejskie, kiedy Zbawca uciszył burzę. Przez wiele lat ksiądz zastanawiał się, dlaczego Chrystus nie powrócił w przeddzień Potopu Cieplarnianego, by rozproszyć mgły węglowodoru machnięciem ręki i zakończyć globalne ocieplenie mrugnięciem ku niebu, ale niedawno Connie uznał, że boska interwencja przekracza ludzką zdolność pojmowania.

  Kontempluje swoje odbicie. Nie podoba mu się w nim nic – ani małe oczy, ani cienkie usta, ani jastrzębi nos. Zaczyna zanurzać Madeleine Dunfey, jej czapeczkę, uszy, policzki, usta, oczy.

  – Nie! – krzyczy Angela.

  Kiedy nos dziecka znika pod wodą, z jego ust wydobywa się przytłumiony krzyk; bąbelki pełne oszołomienia i bólu.

  – Madeleine Dunfey – intonuje Connie, trzymając dziecko w dole – chrzczę cię w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.

  Na powierzchni pokazują się bąbelki powietrza. Płyn wlewa się do płuc noworodka. Jego cichy krzyk niknie, ale dziecko wciąż walczy.

  – Nie! Proszę, nie!

  Upływa pełna minuta, wyznaczona rytmicznym szuraniem nóg zebranych oraz zdławionymi jękami matki. Mija druga minuta – trzecia – i wreszcie ciało przestaje się ruszać, zwykła łupina, nie będąca dłużej domem dla nieśmiertelnej duszy Madeleine Dunfey.

  – Nie!

  Sakrament śmiertelnego chrztu, jak Connie wie, jest zakorzeniony zarówno w logice, jak i historii. Nawet dzisiaj ksiądz potrafi recytować słowo w słowo wstęp do "Pasterskiego listu o prawach niepoczętych" Ósmej Rady Laterańskiej. (W czasach swojej młodości, Kościół, Święta Matka, niezmordowanie bronił praw narodzonych. Kiedy niegodziwa instytucja aborcji rozprzestrzeniła się w zachodniej Europie oraz Ameryce Północnej, podjął on kroki, by zabezpieczyć prawa nienarodzonych. Obecnie, kiedy dla Kościoła i jego sług zaczyna się nowa era, ten musi jeszcze zwiększyć wysiłki głoszenia daru życia wiecznego, wspierając prawa nienarodzonych poprzez doktrynę afirmującej płodności). Kolejne zdanie zawsze wstrzymywało Conniego. Wstrzymywało go, kiedy był w seminarium, wstrzymuje go teraz. Dlatego też Rada poświadcza, że w okresie takim jak ten, w którym żyjemy, kiedy Bóg postanowił przywołać nasz gatunek do porządku przez Potop Cieplarniany i towarzyszące mu niedostatki, społeczeństwo nie może popełnić większej zbrodni przeciwko przyszłości niż trwonienie zasobów na jednostki od urodzenia niezdolne do prokreacji). Właśnie. W rzeczy samej. A mimo to Connie nigdy nie potrafił wykonać śmiertelnego chrztu bez uczucia niepokoju.

  Spogląda na wiernych. Valerie Gallogher, zaokrąglona przedszkolanka jego siostrzeńca, ma łzy w oczach. Keye Sung marszczy brwi. Teresą Curtoni wstrząsają dreszcze. Michael Hines cicho lamentuje. Stephen O'Rourke krzywi się, tak jak jego żona.

  – Składamy Ci dzięki, o najlitościwszy Ojcze – Connie wyciąga zwłoki z wody – że twoją wolą było odrodzić to dziecko i przyjąć je na swoje łono. – Kładąc ociekające mięso na ołtarz, pochyla się w stronę Lorny Dunfey i kładzie dłoń na czole Merribell.

  – Angelo Dunfey, nazwij swoje dziecko.

  – M-M-Merribell S-Siobhan... – Z jaszczurzym sykiem Angela wyrywa Merribell z rąk kuzynki i przyciska do swoich piersi. – Merribell Siobhan Dunfey!

  Ksiądz robi krok do przodu, głaszcząc kosmyk jasnych włosów wyrastających z czaszki Merribell.

  – Witamy tę grzesznicę...

  Angela okręca się dookoła i wciąż trzymając dziecko, zeskakuje z podwyższenia do nawy. Tej samej nawy, którą Angela – zgodnie z nadziejami Conniego – miała w przyszłości przybyć z procesją, by przyjąć sakrament upoważnionej monogamii.

  – Stój! – krzyczy Connie.

  – Angela! – woła Lorna.

  – Nie! – wrzeszczy ministrant.

  Jak na kogoś, kto niedawno urodził bliźnięta, Angela jest zdumiewająco żwawa, przebiegając obok ogłupiałych parafian wprost do kruchty.

  – Proszę! – krzyczy Connie.

  Ale ona jest już za drzwiami, niosąc swoją niezbawioną córeczkę na pełne ulice Boston Isle.

* * *

  O 20:17 czasu wschodniego standardowego płodność Stephena O'Rourke osiąga maksymalną wartość na ten tydzień. Wyświetlacz na nadgarstku informuje go o tym, brzęcząc jak torturowany szerszeń, kiedy mężczyzna szoruje zęby sodą spożywczą. Piiiiiip, odzywa się miernik spermy, przypominając Stephenowi o jego nieuchronnym obowiązku. Piiiiip, Piiiiip: znajdź nam jajeczko.

  Przerywa w połowie pociągnięcia i nie przejmując się płukaniem ust, rusza do sypialni.

  Kate leży na sflaczałym materacu, paląc papierosa bez filtra i trzymając na brzuchu conocną porcje schłodzonego rumu Arbutus. Dziecko, Malcolm, przytula się do matki, z dziąsłami zaciśniętymi na jej lewym sutku. Kobieta patrzy na ścianę, gdzie popękany i chropowaty tynk otacza monitor wyświetlający zwykłą transmisję niedzielnego wieczoru: "Czekamy na kolejne dzieciaczki!". Siedzący arcybiskup Xallibos dominuje w studiu wyglądającym jak przedszkole: wypchane zwierzaki, stoliki do zmiany pieluch, jasno pomalowane litery alfabetu. Przedszkolacy raczkują przez pulchne ciało prałata, zjeżdżając po jego udach i wieszając się u jego ramion, jakby był częścią wyposażenia sali zabaw.

  – Czy wiecie, że pojedynczy akt onanizmu zabija do czterech milionów dzieci w przeciągu sekund? – pyta Xallibos z monitora. – Jak mówi Jezus w Ewangelii według świętego Andrzeja, "Masturbacja to morderstwo".

  Stephen zakasłał.

  – Sądzę, że nie powinnaś...

  Jego żona przykłada palec wskazujący do swych ściągniętych ust. Nawet kiedy ucisza Stephena, wciąż jest dla niego piękna. Jej wielkie oczy, wysokie kości policzkowe i elegancka, łabędzia szyja.

  – Ciiii...

  – Proszę, sprawdź – mówi Stephen, połykając sodę.

  Kate podnosi kościsty nadgarstek i zerka na miernik owulacji.

  – Nie przez najbliższe trzy dni. Może cztery.

  – Cholera.

  Tak bardzo ją kocha. Tak bardzo jej pragnie – nie mniej, niż kiedy otrzymali sakrament upoważnionej monogamii. Dobrze jest prowadzić małżeński dialog, ale kiedy całkowicie uwielbiasz swoją żonę, kiedy pragniesz ją poznać bardziej niż kogokolwiek innego, do głosu musi dojść także ciało.

  – Czy ktokolwiek zaprzeczy, że najgorętszy sektor piekła czeka na tych, którzy pogwałcają prawa niepoczętych? – pyta Xallibos, grając w "gdzie jest bobas" z anielskim berbeciem. – Kto nie zgodzi się, że antykoncepcja, przypadkowy seks i nocne polucje wysyłają swoich sprawców na rejs w jedną stronę ku potępieniu?

  – Kochanie, muszę cię o coś zapytać – odzywa się Stephen.

  – Ciiii...

  – Ta młoda kobieta na rannej mszy, ta, która uciekła...

  – Oszalała, bo to były bliźniaki. – Kate wypiła resztkę rumu. Kostki lodu zadźwięczały o siebie. Jeżeli miałaby tylko jedno dziecko, to pewnie jakoś by sobie z tym poradziła.

  – No tak, oczywiście – odpowiada Stephen, wskazując na Malcolma. Ale załóżmy, że to jedno z twoich dzieci...

  – Niebo jest wieczne, Stephen – stwierdza Kate, napełniając usta lodem – i Piekło także. Żuje, miażdżąc lód trzonowcami. Kropelki zabarwionej na kolor rumu wody wypływają jej z ust. – Lepiej idź do kościoła.

  – Żegnajcie, przyjaciele – mówi Xallibos, kiedy podkład muzyczny zaczyna się nasilać. Kołysa trzyletniego Koreańczyka na kolanie. – I czekamy na kolejne dzieciaczki!

  Stephen idzie do drzwi wejściowych przez wąski i cuchnący salon – a w zasadzie żłobek. Cisza, wszystko dobrze. Czternaścioro dzieci, jedno na każdy rok po pokwitaniu Kate, śpi mocno. Dziewięcioletni Roger jest prawdopodobnie synem Stephena; to wynik momentu, w którym Kate i jej mężowi zsynchronizowały się cykle. Chlubą chłopca są kręcone blond włosy i intrygujące zielone oczy po Stephenie. Pomimo że jest to trudne, mężczyzna nie traktuje Rogera lepiej od innych dzieci – żadnych prywatnych wycieczek do żabiego stawu, żadnej dodatkowej cukrowej laski na święta. Dobry ojczym nie pozwala sobie na faworyzowanie.

  Stephen wkłada połatane kalosze, rękawiczki bez palców i wytartą kurtkę żeglarską. Wychodząc z mieszkania, dołącza do grupki posępnych pieszych krążących wzdłuż Winthrop Street. Opada mgła, deszcz pada równo: pogłos Potopu. W dół po asfalcie, skrzypiąc, toczy się tuzin nędznych wózków z czarnymi składanymi dachami, pchanych przez kobiety w ciąży. Chodnik należy do nastoletnich dziewczyn, zebranych w grupki, plotkujących i stąpających po kałużach, obnoszących się ze swoją ciężarnością jak z medalem olimpijskim.

  Oczerniona dwoma dekadami wiatru i mżawki, przed kościołem pod wezwaniem Natychmiastowego Poczęcia stoi wapienna Madonna. Jej wyraz twarzy to coś pomiędzy radosnym a ironicznym uśmiechem. Stephen wchodzi po schodach, wkracza do nawy wejściowej, ściąga rękawiczki i zanurzając palce w najbliższej chrzcielnicy, zdobi powietrze znakiem krzyża.

  Każde miasto, opowiada Stephen uczniom w Cardinal Dougherty High School, ma swoją osobowość. Ekstrawertyczne Rio, pesymistyczna Praga, paranoiczny Nowy Jork. A Boston Isle? Jaki rodzaj psyche zamieszkuje wyspę i otaczające ją rafy? Stephen powiedziałby uczniom, że schizoidalny. Rozdarty. Boston, który zwalczył niewolnictwo i podłożył ogień pod wrzący tygiel Ameryki, był tym samym Bostonem, który zmasakrował Pekotów i wysłał łowców czarownic do Salem. Ale tutaj, teraz, które oblicze miasta się wyłania? Stephan uznaje, że to jasne, przedstawiające setki skierowanych ku niebu dusz, które każdego dnia opuszczają niezliczone bostońskie łona, płynąc do przodu jak bąbelki, co tak niedawno uszły z ust Madeleine Dunfey.

  Chwaląc imię Dziewicy, schodzi z betonowych schodów do kopulatorium. Setka świec wotywnych rozświetla mrok. Słony zapach początku nieśmiertelności napełnia powietrze. Odtwarzacz CD w rogu dźwięczy słynną przeróbką "Ave Maria" w wykonaniu Apostolic Succession.

  Sakrament stosunku pozamałżeńskiego zawsze przypomina Stephenowi o balu maturalnym. Dziewczyny po jednej stronie sali, chłopcy po drugiej, wirujące pary w środku. Zajmuje swoje miejsce w rzędzie samców, ściąga kurtkę, koszulę, spodnie oraz bieliznę i wiesza je na najbliższym wieszaku. Patrzy w ciemność, krzyżując wzrok ze stara przedszkolanką Rogera, Valerie Gallogher, krzepką kobietą po trzydziestce, której rude włosy spływają aż do bioder. Zawzięcie zmierzają do siebie, podążając za ścieżką z materaców, aż spotykają się w środku bagna wijących się twórców dusz.

  – Jesteś ojczymem Rogera Mulcanny'ego, prawda? – pyta owulująca nauczycielka.

  – Całkiem możliwe, że ojcem. Stephen O'Rourke. A pani nazywa się Gallogher, prawda?

  – Mów mi Valerie.

  – Stephen.

  Rozgląda się, z ulgą stwierdzając, że nikogo nie zna. Wie, że wcześniej czy później znajoma młoda twarz pojawi się w kopulatorium; na myśl o tym zawsze się krzywi. Jak mógłby opowiadać o bostońskiej masakrze chłopcu, który wcześniej widział go w trakcie aktu prokreacji? Jak mógłby jasno wytłumaczyć bitwę pod Lexington dziewczynie, którą próbował poprzedniej nocy zapłodnić?

  Przez dziesięć minut prowadzi luźną rozmowę z Valerie, którą w większości podtrzymuje sam, jak to jest przyjęte. Jeżeli zbliżający sakrament okaże się owocny, wynikłe z niego dziecko będzie chciało wiedzieć coś o mężczyznach, z którymi jego matka łączyła się w trakcie odpowiedniej owulacji. (Beatrice, Claude, Tommy, Laura, Yolanda, Willy i inni zawsze wypytywali Kate o informacje dotyczące ich możliwych ojców). Stephen opowiada Valerie, jak studenci zorganizowali mu niespodziankową imprezę urodzinową. Opisuje swoją kolekcję rockowych płyt. Wspomina o swych umiejętnościach zastawiania pułapek na szczególnie nieuchwytny gatunek szczura, który osiedlił się w parafii Charlestown.

  – Ja też mam talent – mówi Valerie, wkładając miedziany warkocz do ust. Jej sutki wydają się w niego wpatrywać.

  – Roger myślał, że byłaś wspaniałą nauczycielką.

  – Nie, to coś innego. – Valerie odruchowo pociąga za wskaźnik owulacji. – Ktoś wykrzywia usta w konkretny sposób i wiem co czuje. Rozgląda się dziwnie i znam tok jego myśli. – Zniżyła głos – Patrzyłam na ciebie podczas porannego chrztu. Twoja reakcja rozwścieczyłaby arcybiskupa, prawda?

  Stephen spogląda na swoje obnażone palce. Dziwne, że partnerka w kopulatorium wymaga od niego takiej intymności.

  – Prawda? – nalega Valerie, przesuwając palcem wskazującym wzdłuż dużego, wklęsłego pępka.

  Stephena przeszywa strach. Czy ta kobieta pracuje dla Wydziału Nieśmiertelności? Czy jeżeli jego odpowiedź będzie trącić herezją, to Valerie z miejsca go zamknie?

  – No, Stephen? Czy arcybiskup byłby wściekły?

  – Może – przyznaje. Ma przed oczami zanurzoną buzię Madeleine Dunfey, bąbelek podążający za bąbelkiem, jak koraliki nanizane na różaniec.

  – Nie mam mikrofonu w pępku – zapewnia Valerie, odnosząc się do zwyczajowej sztuczki Wydziału Nieśmiertelności. – Nie jestem szpiegiem.

  – Nigdy nie powiedziałem, że jesteś.

  – Myślałeś o tym, poznałam to po ruchu twoich brwi. – Całuje go w usta, głęboko i mokro. – Czy Roger nauczył się w końcu trzymać poprawnie ołówek?

  – Obawiam się, że nie.

  – Szkoda.

  W końcu zwalnia się materac na lewo od Stephena. Wspinają się na niego i wypełniają doktrynę potwierdzonej płodności. Płomień świeczki wygląda jak ostrze włóczni. Stephen zamyka oczy, ale to jedynie wzmacnia poczucie bycia w tym miejscu. Płynne odgłosy pocierania ciało o ciało narastają, zapachy gorącej parafiny i ciepłego nasienia także. Na kilka chwil udaje mu się przekonać samego siebie, że kobietą pod nim jest Kate, ale iluzja okazuje się równie nieistotna jak otaczający ich wosk.

  Kiedy sakrament jest zakończony, Valerie mówi:

  – Mam coś dla ciebie. Prezent.

  – Z jakiej okazji?

  – Dzień Świętego Patryka jest za niecały tydzień.

  – Od kiedy to ma związek z prezentami?

  Zamiast odpowiedzieć, przechodzi na swoją stronę pokoju, przeszukuje splątane ubrania i wraca, trzymając zafoliowany kwiat.

  – Traktuj to jako bilet – szepcze, zabierając koszulę Stephena z haka i wkładając roślinę do kieszeni.

  – Dokąd?

  Valerie podnosi do ust wyprostowany palec wskazujący.

  – Dowiemy się, kiedy tam dotrzemy.

  Stephen głośno przełyka ślinę. Pot zbiera się pod jego miernikiem spermy. Tylko głupcy rozważają ucieczkę z Boston Isle. Tylko szaleńcy ryzykują kary wymierzane przez Wydział. Standardowe ujęcia wyświetlane każdego niedzielnego wieczora w "Czekamy na kolejne dzieciaczki" – mężczyźni poddani działaniu spermowego syfonu, kobiety zamknięte w zachłannym uścisku sztucznych zapładniaczy – nawiedzają wyobraźnię wszystkich parafian, wzbudzając ten sam poziom lęku, co wyrzeźbiony przez Spinelliego archanioł Chamuel duszący Davide'a Hume'a. Oczywiście, są pewne pogłoski, niepotwierdzalne relacje o ludziach, którzy wymanewrowali łodzie patrolowe i uciekli do Quebec Cay, Seattle Reef albo Texas Archipelago. Ale samo dawanie wiary takim opowieściom jest grzechem, zagrażającym miejscu w Raju równie mocno co zaprzeczanie prawom niepoczętych.

  – Powiedz mi, Stephen – Valerie zapina stanik – jesteś nauczycielem historii. Czy święty Patryk naprawdę pozbył się węży z Irlandii, czy to tylko taka legenda?

  – Na pewno dosłownie nic takiego się nie wydarzyło – odpowiada Stephen – Przypuszczam, że to mogłaby być prawda w jakimś mitycznym sensie.

  – Chodzi o penisy, co? – pyta Valerie, znikając w cieniu – Chodzi o to, jak nasi święci byli zawsze wrogo nastawieni do penisów.

* * *

  Pomimo że wieża nadzoru portu jest zaprojektowana dla szlachty wśród morskich kupców, od której ambicji wciąż zależy rozpadająca się gospodarka Bostonu, to Connie właśnie zrozumiał, że forma budynku idealnie wypełnia jego nowe, dodatkowe funkcje: chroni biura, sądy oraz archiwa archidiecezji. Kiedy wznosi wzrok na strzelistą fasadę, myśli o świętych kształtach – iglicach i sklepionych oknach Synaju i Syjonu, drabinie Jakuba oraz rękach złożonych do modlitwy. "Może to wszystko, czego pragnie Bóg", myśli, pokazując kościelną przepustkę strażnikom. "Może nie ma nic złego w łączeniu interesów oraz łaski w jednych murach".

  Connie widział arcybiskupa Xallibosa tylko raz, pięć lat wcześniej, kiedy wspaniały prałat pojawił się jako "honorowy Irlandczyk" na corocznej paradzie z okazji Dnia Świętego Patryka w parafii Charlestown. Stojąc na chodniku, Connie obserwował Xallibosa sunącego w dół Lynde Street na szczycie wielkiej mechanicznej koniczyny. Arcybiskup wyglądał wtedy równie imponująco jak teraz – co najmniej sześć stóp i cztery cale wzrostu, oblicza Connie, i ani o uncję mniej niż trzysta funtów wagi. A oczy Xallibosa są czerwone jak te należące do laboratoryjnego szczura.

  – Ojciec Cornelius Dennis Monaghan – zaczyna ksiądz, zgodnie ze zwyczajem, w myśl którego osoba odwiedzająca arcybiskupa rozpoczyna rozmowę od przedstawienia się.

  – Wejdź, ojcze Corneliusie Dennisie Monaghanie.

  Connie wkracza do biura, stukając butami o wypolerowaną brązową posadzkę. Xallibos wychodzi zza biurka, połyskującego sześcianu wyciosanego z czarnego marmuru.

  – Parafia Charlestown ma dla mnie specjalne znaczenie – powiada arcybiskup. – Co sprowadza cię do tej części miasta?

  Connie wierci się, przesuwając w lewo, potem w prawo, dopóki jego twarz nie znajdzie się na wprost medalika św. Cyryla o wielkości kołpaka, ozdabiającego klatkę piersiową Xallibosa.

  – Moja dusza cierpi, Wasza Ekscelencjo.

  – "Cierpienie". Poważne słowo.

  – Nie znajduję innego. W ostatni wtorek wysłałem dwutygodniowe dziecko na wieczny odpoczynek.

  – Śmiertelny chrzest?

  Connie wpatruje się w swoje odbicie, które marszczy się i flaczeje, jak dawno kupiony balonik na odpuście.

  – Mój ósmy.

  – Wiem co czujesz. Kiedy uśmierciłem pierwszego niepłodnego (brak lewego jądra, prawe skurczone nie do naprawy), nie spałem przez tydzień. – Xallibos zwraca swoje oczy, świecące jak roztopione rubiny, wprost na Conniego. – Gdzie uczęszczałeś do seminarium?

  – Isle of Denver.

  – I czy w Isle of Denver nauczyli cię, że istnieją tak naprawdę dwa Kościoły, jeden niewidzialny i wieczny, a drugi...

  – Doczesny i skończony.

  – Więc nauczyli Cię również, że ten drugi jest upoważniony, by korygować swoje rytuały w zależności od nakazów epoki. – wzrok arcybiskupa staje się jaśniejszy, gorętszy, czystszy. – Czy wątpisz, że obecny niedostatek zmusza nas do zapewnienia wcześniejszej nieśmiertelności każdemu, kto nie może zabezpieczyć praw niepoczętych?

  – Problemem jest to, że dziecko, które unieśmiertelniłem, ma bliźniaczkę – Connie nerwowo przełknął – Matka uciekła z nią, zanim mogłem wykonać drugi chrzest.

  – Uciekła?

  – Wybiegła w środku sakramentu.

  – I drugie dziecko jest tak samo niepłodne?

  – Lewy jajnik: dwieście dziewiętnaście pęcherzyków. Prawy: trzysta dziesięć.

  – Boże... – z ust arcybiskupa wydostaje się ostry gwizd, jak z gotującego się czajnika. – Czy zamierza opuścić wyspę?

  – Głęboko wierzę, że nie, Wasza Ekscelencjo – odpowiada ksiądz, krzywiąc się na samą myśl. – Prawdopodobnie nie ma żadnych bieżących planów poza opieką nad dzieckiem i próbowaniem...

  Connie urywa, przestraszony nagłym pojawieniem się pulchnego mężczyzny w białym habicie z kapturem.

  – Brat James Wolfe, lekarz – przedstawia się zakonnik.

  – Podejdź, bracie doktorze Jamesie Wolfe – mówi Xallibos.

  – Byłoby dobrze, gdybyś mógł, Ekscelencjo, zatwierdzić to natychmiast – James Wolfe wyciąga kartę pergaminu i kładzie ją na biurku arcybiskupa. Connie ukradkiem zerka na raport, mając nadzieję na odczytanie współczynnika płodności noworodków, ale dana kolumna jest zbyt niewyraźna – Ten ksiądz odprawia mszę za niecałą godzinę. Jest daleko, aż w Brookline.

  Po powrocie do biurka arcybiskup wyciąga srebrne wieczne pióro z futerału i zdobi pergamin słynnym podpisem z zakrętasami.

  – Dominus vobiscum, bracie doktorze Wolfe – mówi, wręczając dokument.

  Kiedy Wolfe wybiega z biura, Xallibos podchodzi do Conniego na tyle blisko, że nozdrza tego drugiego wypełnia zapach cytrynowej wody po goleniu arcybiskupa.

  – Ten mężczyzna nigdy nie sprawia sobie przyjemności – stwierdza Xallibos, wskazując na znikającego zakonnika. – A co sprawia przyjemność tobie, ojcze Monaghan?

  – Sprawia przyjemność?

  – Jesz lody? Śledzisz wyniki Boston Celtics? – arcybiskup wymawia "Celtics" z twardym C, zalecanym przez Siódmy Sobór Laterański.

  Connie wciąga solidną dawkę cytrynowych oparów.

  – Piekę.

  – Pieczesz? Ale co? Chleb?

  – Ciasteczka, Wasza Łaskawość. Brownie, serniki, szarlotki. Na Boże Narodzenie robię piernikowych trzech króli.

  – Wspaniale. Lubię, kiedy moi księża dobrze się bawią. Słuchaj, niezależnie od wszystkiego rytuał musi być wykonany. Jeżeli Angela Dunfey nie przyjdzie do ciebie, ty musisz przyjść do niej.

  – Ona po prostu ucieknie.

  – Może tak, może nie. Głęboko w ciebie wierzę, ojcze Corneliusie Dennisie Monaghanie.

  – Głębiej niż ja sam – odpowiada ksiądz, zagryzając policzki tak mocno, że oczy wypełniają mu się łzami.

* * *

  – Nie – Kate odmawia po raz trzeci tej nocy.

  – Tak – nalega Stephen, czerpiąc przyjemność zarówno z dotyku uda Kate pod swoją dłonią, jak i rumu Arbutus buzującego w głowie.

  Ściskając papierosa w jednej ręce, Kate gładzi czoło Malcolma drugą, układając go do snu.

  – To jest grzeszne – protestuje, kładąc Malcolma na dywaniku obok łóżka – To zbrodnia przeciwko przyszłości.

  Stephen chwyta butelke Arbutusa, nalewa sobie kolejną szklankę i dodając miarkę Dr. Peppera, pociąga chciwie. Stawia butelkę z powrotem na stoliku nocnym, tuż obok tajemniczego kwiatu Valerie Gallogher.

  – Pieprzyć niepoczętych – mówi, rzucając się na żonę.

  W piątek pokazał roślinę Gail Whittington, najmądrzejszej nauczycielce nauk przyrodniczych z liceum Dougherty, ale nie powiedziała nic, co by go oświeciło. Epigaea repens, arbutus, mącznik, gatunek znany z co najmniej dwóch przyczyn: jest stanowym kwiatem archipelagu Massachusetts oraz nadaje nazwę marce alkoholu, który właśnie teraz konsumuje Stephen.

  – Nie – raz jeszcze odpowiada Kate. Upuszcza papierosa na podłogę, miażdży go butem i owija ramiona wokół Stephena – Nie owuluję – stwierdza, wpychając swój sztywny i śliski język w głębię jego ust. – Twoja sperma nie...

  – Ostatniej nocy Ojciec Święty doświadczył wizji – ogłasza Xallibos ze szklanego ekranu. – Obrazów prosto z płonącej domeny Szatana. Piekło to fakt, przyjaciele. Jest tak samo prawdziwe jak spuchnięty palec.

  Stephen ściąga halkę Kate z całą zręcznością ojca Monaghana ściągającego ubranka chrzcielne. Oczywiście, rum ma sporo wspólnego z ich obopólną chęcią (po cztery szklaneczki, ledwo rozcieńczane Dr. Pepperem). Ale pomijając Arbutusa, zasłużyli na to. Nigdy nie opuścili mszy ani sakramentu stosunku pozamałżeńskiego. I choć każdy nieniosący poczęcia akt miłości leży formalnie poza mocą rozgrzeszającą Kościoła, na pewno Chrystus wybaczy im pojedynczy wybryk. Więc biorą się do tego, tego sterylnego zjednoczenia, tej zakazanej bezowocności, tego połączenia, z którego nie może powstać nowa dusza.

  – Hedoniści rozpuszczali się w kadziach pełnych siarki – mówi Xallibos.

  Skrzypią otwierające się drzwi do sypialni. Jedno ze średnich dzieci Kate, Beatrice, chuda sześciolatka z łuszczącą się skórą, wchodzi, trzymając brzydką łódkę wystruganą z kawałka kory.

  – Zobaczcie, co zrobiłam wczoraj w szkole!

  – Jesteśmy zajęci – odpowiada Kate, zakrywając swoją nagość potarganym muślinowym prześcieradłem.

  – Podoba ci się moja łódka, Stephen? – pyta Beatrice.

  Mężczyzna kładzie poduszkę na szczycie swojej pachwiny.

  – Urocza, skarbie.

  – Wracaj do łóżka – nakazuje Kate swojej córce.

  – Onaniści tonęli w jeziorach płonącego nasienia – ciągnie Xallibos.

  Beatrice skupia swoje cofnięte oczy na Stephenie.

  – Możemy jutro pójść ją zwodować na stawie Parsona?

  – Tak Oczywiście. Proszę, idź sobie.

  – Tylko ty i ja, prawda, Stephen? Nie Claude, Tommy, Yolanda ani nikt inny?

  – Maszyny obierały potępieńców ze skóry jak dojrzałe banany – mówi Xallibos.

  – Chcesz dostać lanie? – Kate wrze z wściekłości. – Bo zapowiada się, że zaraz dostaniesz najgorsze lanie w swoim życiu, młoda damo!

  Dziecko wzrusza wymownie ramionami i wychodzi rozgniewane.

  – Kocham cię – wyznaje Stephen, usuwając poduszkę z intymnego miejsca jak kucharz podnoszący pokrywkę znad parującego garnka.

  Ponownie się łączą, wkładając w to wszystko, każdą kończynę, gruczoł i otwór, bez niedozwolonych chwytów ani zakazanych pozycji.

  – Niewybaczalne – jęczy Kate.

  – Niewybaczalne – zgadza się Stephen. Nigdy nie był tak podekscytowany. Całe ciało jest tylko dodatkiem do jego genitaliów.

  – Będziemy potępieni – mówi Kate.

  – Na zawsze – wtóruje Stephen.

  – Pocałuj mnie – rozkazuje Kate.

  – Żegnajcie, przyjaciele – mówi Xallibos. – I czekamy na kolejne dzieciaczki!

* * *

  Tarmosząc chrzcielnicę z bagażnika samochodu, Connie rozmyśla nad jej podobieństwem do poidełka dla ptaków – do miejsca, duma, gdzie nabożne wróble dokonują ptasiej ablucji. Wspiera naczynie na ramieniu i rusza. Krawędzie wbijają mu sie w ciało – kolejna metafora nasuwa się sama. Ale jeżeli chrzcielnica jest krzyżem Conniego, fizycznym przedstawieniem jego drogi boleści, co oznacza jego nadchodząca konfrontacja z Angelą Dunfey? Czy wykona jakiś tajemniczy akt zastępczej pokuty?

  – Dzień dobry, ojcze.

  Spuszcza chrzcielnicę z ramienia, opierając ją pionowo o hydrant. Spośród tłumu macha do niego parafianka, Valerie Gallogher, ubrana w wytartą wełnianą kurtkę z kapturem.

  – Daleko jeszcze musi ojciec iść?

  – Do końca przecznicy.

  – Pomóc?

  – Przyda mi się trochę ćwiczeń.

  Valerie wyciąga ramię i ściskają sobie ręce, rękawiczka w rękawiczkę.

  – Jakieś specjalne plany na dzień św. Patryka?

  – Upiekę ciasteczka w kształcie koniczyny.

  – Zielone?

  – Nie stać mnie na farbowanie jedzenia.

  – Chyba mam trochę zielonego barwnika, mogę pożyczyć. Kto mieszka na końcu przecznicy?

  – Angela Dunfey.

  Cień przebiega po twarzy Valerie.

  – I jej córka?

  – Tak – jęczy Connie. Ściska go w gardle – Jej córka.

  Valerie współczująco kładzie mu rękę na ramieniu.

  – Jeżeli nie mam zielonego, to możemy go chyba podrobić.

  – O, Valerie, Valerie... Chciałbym nigdy nie przyjąć święceń.

  – Wymieszamy żółty z pomarańczowym. Przykro mi, ojcze.

  – Chciałbym, żeby zabrano ode mnie ten kielich.

  – To znaczy żółty z niebieskim.

  Connie oplata chrzcielnicę ramionami, otulając ją jak przerażone dziecko.

  – Zostań ze mną.

  Idą razem w ząbkowanym marcowym powietrzu, dochodzą do skrzyżowania z Warren Avenue i wkraczają do walącego się stosu cegieł, oznaczonego jako numer 47. Foyer jest ciemne jak krypta. Connie włącza latarkę i podnosi ją do góry, dopóki nie dociera do napisu Angela Dunfey przyklejonego do metalowej skrzynki na listy. Zaczyna wspinać się do apartamentu 8-C, ze swoją parafianką zaraz za plecami. Na trzecim półpiętrze Connie zatrzymuje się, aby złapać oddech. Na szóstym stawia chrzcielnicę na ziemi. Valerie wyciera mu czoło rękawem kurtki. Podnosi chrzcielnicę i wznawiają wspinaczkę.

  Drzwi Angeli Dunfey są robaczywe, popękane i wiszą na jednym zawiasie. Zwyczajne pukanie szeroko je otwiera.

  Trafiają do kuchni, małego, zatęchłego pomieszczenia, które byłoby klaustrofobiczne, gdyby nie zostało tak oszczędnie umeblowane. Rondel zwisa nad piekarnikiem, patelnia znajduje się na lodówce, a podłoga jest pstrokatą warstwą drzazg, smołowanego papieru i lepkich strzępów linoleum. Valerie stawia chrzcielnicę obok zlewu. Connie zauważa, że umywalka, w której Angela Dunfey myje swoje naczynia, jest mniejsza niż naczynie, w którym w Kościele pod wezwaniem Natychmiastowego Poczęcia unieśmiertelnia się niepłodniaki.

  Wchodzi na sypialni na palcach. Jego parafianka śpi mocno, jej szlafrok frotte został rozcięty w dole by pomieścić jej wycieńczone, karmione piersią dziecko. Mleko wypływa z piersi Angeli, znacząc jej brzuch białymi strumykami. Musi to zrobić teraz, szybko i rozważnie, żeby nie doszło do szarpaniny, melodramatycznej powtórki z Pierwszej Księgi Królewskiej 3,26, gdzie zdesperowana nierządnica próbowała wyrwać swoje dziecko z rąk miecznika Salomona.

  Oddychając powoli, Connie pochyla się nad materacem i ze zręcznością łasicy wysysającej środek jajka bierze niepłodne dziecko i niesie je do kuchni.

  Valerie siedzi za lodówką, patrząc gniewnie z trzęsącego się trzynogiego stołka.

  – Umiłowana, skoro wszyscy przybywają na ten świat zdeprawowani – mówi szeptem Connie, zerkając ostrożnie na Valerie – i skoro nie mogą doświadczyć łaski Pana naszego inaczej niż poprzez ponowne narodzenie w wodzie – kładzie dziecko na podłodze, obok stóp Valerie – błagam cię, żebyś poprosiła Boga Ojca, by poprzez ten chrzest Merribell Dunfey mogła wstąpić do królestwa niebieskiego.

  – Nie mnie błagaj.

  Connie wypełnia rondel, przelewa wodę do chrzcielnicy i wraca do zlewu po kolejną porcję. To nie do końca woda święcona, duma, w żadnym stopniu krzyżmo, ale zapewne i nie tyfusowa; to najlepsze, co niedofinansowany zarząd wód w Bostonie mógł zaoferować. Przelewa wodę i wraca po kolejną porcję.

  Szerokie, mleczne ziewnięcie pojawia się na twarzy Merribell, ale dziewczynka nie płacze.

  Wreszcie naczynie jest gotowe.

  – Pobłogosław tę wody, o, Panie, by mogły zapewnić temu dziecku dar życia wiecznego.

  Upadając na kolana, Connie zaczyna zdejmować dziecięcą pieluszkę. Z pierwszym zapięciem idzie łatwo. Kiedy zajmuje się drugim, końcówka zahacza o jego kciuk. Cierniowa korona, myśli, czując ukłucie, widząc krew.

  Niesie nagie dziecko do chrzcielnicy. Mocząc ukłuty kciuk, dotyka czoła Merribell i rysuje święty znak plusa mieszaniną krwi i wody.

  – Przyjmujemy tę grzesznicę do mistycznego ciała Chrystusa i naznaczamy ją znakiem krzyża.

  Rozpoczyna zanurzanie. Czapeczka. Uszy. Policzki. Usta. Oczy. Boże, jakim monstrualnym zaufaniem jest moc do poręczania za czyjąś duszę.

  – Merribell Dunfey, ja ciebie chrzczę w imię Ojca...

* * *

  Teraz nadchodzą nudności, przewiercające układ pokarmowy Stephena klęczącego przed porcelanową toaletą. Jego wina przelewa się palącą powodzią – kwasowe nitki kapusty, żrące cząstki ziemniaka, lepkie włókna żółci. Ale wie, że to nic w porównaniu z tym, czego doświadczy, odchodząc z tego świata.

  Odwodniony, wlecze się w stronę sypialni. Jakimś cudem Kate zdołała wysłać starsze dzieci do szkoły przed przewróceniem się na podłogę tuż obok dziecka. Kobieta drży ze skruchy. Piski i chichoty dochodzą z pokoju dziecinnego: młodsze dzieci wciągnęły się w hałaśliwą zabawę w ciuciubabkę.

  – Maszyny – mamrocze. Jej głos jest wymęczony, wyblakły. Zapala papierosa. – Obierały potępieńców ze skóry jak...

  "Więcej rumu pomoże czy jeszcze bardziej nam zaszkodzi?", zastanawia się Stephen. Rozciąga ramiona. Kiedy mija stolik nocny, jego place dotykają pudełka aspiriny, muskają Epigaea repens i zaciskają się na szyjce w połowie zapełnionej butelki Arbutusa. Czerwony świerszcz przebiega przez serwetkę.

  – Willy zostaje dzisiaj w domu – mówi Kate, biorąc tabletkę. – Mówi, że boli go brzuch.

  Podnosząc butelkę, Stephen po raz pierwszy zauważa, że etykietka zawiera akapit zatytułowany "Historia mącznika".

  – Zawsze boli go brzuch.

  Czyta radosny, krótki akapit.

  – Myślę, że mówi prawdę.

   Epigaea repens. Arbutus. Mącznik. Mayflower. I nagle wszystko rozumie.

  – Który dzisiaj jest?

  – Szesnasty.

  – Szesnasty marca?

  – No.

  – Więc jutro jest dzień św. Patryka.

  – I co z tego?

  – Jutro jest dzień św. Patryka – jak licytator akceptujący ostateczną ofertę Stephen uderza butelką w stolik nocny – i Valerie Gallogher wyjedzie z Boston Isle.

  – Dawna nauczycielka Rogera? Wyjedzie?

  – Wyjedzie – łapiąc zakonserwowany kwiat, macha nim żonie. – Wyjedzie...

* * *

  –... i Syna – mówi Connie, wyrywając dławiące się dziecko z wody – i Ducha Świętego.

  Merribell Dunfey piszczy i wije się. Jest śliska jak kostka mydła. Conniemu udaje się owinąć ją ściereczką do wycierania naczyń i wepchnąć w ramiona Valerie.

  – Pozwól, że powiem ci kim jesteś – mówi kobieta.

  – Ojciec Cornelius Dennis Monaghan z parafii Charlestown.

  – Jesteś zmęczonym i zdezorientowanym pielgrzymem, ojcze. Jesteś wyczerpanym wojownikiem, jak ja.

  Kapiąc mlekiem, Angela Dunfey wchodzi chwiejnym krokiem do kuchni. Widok jej księdza ją odrzuca. Jej usta otwierają się i wydobywa się z nich wycie, krzyk, jaki w wyobrażeniach Conniego wydają z siebie przeklęci podczas obracania się na rożnie potępienia.

  – Nie ona! Nie Merribell! Nie!

  – Twojemu dziecku nic się nie stało – odpowiada Valerie.

  Connie łączył ręce, splatając palce w agonii i błaganiu. Garbi się. Jego kolana opadają na podłogę, z trzaskiem uderzając o rozbite linoleum.

  – Proszę – jęczy.

  Angela wyrywa Valerie Merribell i przytyka wrzeszczące dziecko do sutka.

  – Merribell, o, Merribell...

  – Proszę – głos Conniego jest chrapliwy i postrzępiony, jakby postrzelono go w krtań. – Proszę... proszę – błaga. Po jego twarzy toczą się łzy, łaskocząc policzki podczas spadania.

  – To nie ona powinna cię rozgrzeszyć – mówi Valerie.

  Connie wciąga śluz z powrotem do nosa.

  – Wiem.

  – Łódź odpływa jutro.

  – Łódź? – Connie przejeżdża rękawem po twarzy, wycierając łzy.

  – Statek ratunkowy – wyjaśnia jego parafianka. Wkłada mu ręce pod pachy i podnosi cal po calu. – Coś jak Arka Noego.

* * *

  – Mamo, chcę iść do domu.

  – Powiedz to swojemu ojczymowi.

  – Jest zimno.

  – Wiem, skarbie.

  – I ciemno.

  – Spróbuj być cierpliwy.

  – Mamo, boli mnie brzuch.

  – Przykro mi.

  – I głowa też.

  – Chcesz aspirynę?

  – Chcę iść do domu.

  "Czy to błąd?", zastanawia się Stephen. Nie powinni być teraz wszyscy w łóżkach zamiast włóczyć się w tej nocnej mgle, ryzykując grypę, a może nawet zapalenie płuc? A mimo to wierzy. Gdzieś w labiryncie doków Hoosac, pośród posmaku soli w powietrzu i zapachu gnijącego dorsza, czeka statek.

  Prowadząc żonę i pasierbów w dół mola numer siedem, rozważa możliwości – łodzie płaskodenne i barki, holowniki i trawlery, chłodniowce i transportowce. Mewy i głuptaki krążą nad nabrzeżem, wyskrzekując swą chroniczną niechęć do świata. W kanale, oświetlony przez reflektor sodowy, U.S. Constitution cumuje w swoim stałym miejscu, obok Charlestown Navy Yard.

  – Co tak w ogóle tu robimy? – pytała Beatrice.

  – Twój ojczym ma jakieś przeczucie – Kate przyciska dziecko do siebie, chroniąc je przez morską bryzą.

  – Jak nazywa się łódź?

  – Mayflower.

   Epigaea repens, mącznik, mayflower.

  – Jak to się wymawia? – pyta Roger.

  – M-a-y...

  – ...f-l-o-w-e-r?

  – Świetnie, Roger – mówi Stephen.

  – Przeczytałem to – odpowiada oburzony chłopiec, wskazując na wprost prawą dłonią w jednopalcowej rękawiczce.

  Pięćdziesiąt jardów dalej podniszczony frachtowiec, zacumowany pomiędzy tankowcem a sklepem z przynętami, porusza się na nadpływającej fali. Na jego rufie znajduje się jedno słowo, "Mayflower", które dla mieszkańców Boston Isle jest czymś więcej niż tylko zlepkiem liter.

  – Możemy już iść do domu? – pytał Roger

  – Nie – odpowiada Stephen. Zna tę historię na pamięć. Ucieczka separatystów z Anglii do Wirginii, ich niebezpieczna wyprawa, nieplanowane lądowanie na Plymouth Rock, podpisanie traktatu, w myśl którego nieseparatyści na pokładzie zgadzają się przestrzegać wszelkich nakazów separatystów. – Teraz możemy wybrać się w długą podróż.

  – Na tym?

  – Żartujesz – mówi Laura.

  – Beze mnie – mówi Claude.

  – Zapomnij – mówi Yolanda.

  – Sajonara – mówi Tommy.

  – Chyba będę wymiotować – mówi Beatrice.

  – Nie wy o tym decydujecie – mówi Stephen swoim pasierbom. Wpatruje się w kolejną ofiarę Potopu, kadłub łodzi, gnijący i poplamiony rdzą. Pasażer, którego rozpoznaje jako swojego sąsiada, Michaela Hinesa, wychyla się z luku jak piesek preriowy z nory.

  – Ja ustanawiam wszystkie zasady, aż do odwołania.

  Połowicznie dzięki prośbom, połowicznie dzięki groźbom Stephen wprowadza niezadowoloną rodzinę na kładkę i na rufówkę, gdzie przysadzisty mężczyzna w pomarańczowym płaszczu przeciwdeszczowym i w orzechowej czapce żeglarskiej chce zobaczyć ich bilet.

  – Wesołego dnia św. Patryka – mówi Stephen, wymachując zakonserwowanym kwiatkiem.

  – Umieszczamy was na dziobówce – mężczyzna przekrzykuje dudnienie silnika na jałowym biegu. – Możecie ukryć się za pianinami. O dziesiątej dostaniecie muffina z otrębami i kubek kawy.

  Kiedy Stephen prowadzi pasierbów gęsiego do drabiny, załoga Mayflower zaczyna wciągać liny cumownicze i rozplątuje łańcuch kotwicy, pozwalając jej dryfować z prądem. Ruszają silniki. Z podwójnego komina frachtowca unosi się dym. Światło słoneczne sączy się przez zatokę, barwiąc wschodnią część nieba na różowo, zmieniając oszklone wieżyczki na wyspie w świecące choinki.

  Lśniący kuter Wydziału Nieśmiertelności przepływa obok, zmierzając ku wybrzeżu, całkowicie nieświadomy, że wrogowie niepoczętych są na wyciągnięcie ręki.

  Wolno, ostrożnie, Stephen przemierza labirynt drewnianych skrzyń – wygląda na to, że wypłynęło dzisiaj każde pianino z Bostonu – dopóki nie dociera do ściany prawej burty. Kiedy chwyta się barierki, Mayflower mija Mystic Shoals, manewrując pomiędzy skałami jak narciarz podczas slalomu.

  – Cześć, Stephen – w jego polu widzenia pojawia się duża kobieta, gwałtownie całując go w policzek.

  Przełknął ślinę, mrugając jak mężczyzna wychodzący na światło dnia z ciemności kopulatorium. Obecność Valerie Gallogher na Mayflower nie dziwi go, ale jest zaskoczony jej towarzyszami. Angela Dunfey ze ssącą pierś małą Merribell. Jej kuzynka, Lorna, wciąż spektakularnie ciężarna. I, najbardziej szokujący ze wszystkich, ojciec Monaghan, który opiera swoje wątłe ciało o chrzcielnicę. Stephen pyta:

  – Czy my...? Czy ty...?

  – Moja krew przemówiła – odpowiada Valerie, z włosami powiewającymi jak proporzec. – Za dziewięć miesięcy urodzę nasze dziecko.

  Po czym niebo nad głową Stephena zaczyna zapełniać się małymi, czarnymi ptakami. Nie, nie ptakami, uświadamia sobie – urządzeniami. Mierniki owulacji lecą w powietrzu, najpierw tuzin, potem dwadzieścia, potem już setki, za którymi podąża taka sama ilość liczników spermy. Kiedy małe urządzenia uderzają w wodę i toną, zaciemniając wybrzeże jak kontrabandowa herbata z wcześniejszego etapu historii Bostonu, tłumiona, lecz szaleńcza radość narasta pośród pasażerów.

  – Witam, ojcze Monaghan. – Stephen odpina swój licznik spermy. – Nie sądziłem, że właśnie ojca tutaj spotkam.

  Ksiądz uśmiecha się słabo, bębniąc palcami o brzeg chrzcielnicy.

  – Valerie powiedziała mi, że znowu będziesz ojcem. Gratuluję.

  – Intuicja podpowiada mi, że to będzie chłopiec – mówi Stephen, przechylając się nad barierką. – I dostanie drugą cukrową laskę na Święta – zapewnia oszołomiony pielgrzym, gdy, z bladym uśmiechem i nagłym ruchem nadgarstków, łamie niewolę przyszłości.

* * *

  Jeżeli nie zrobię tego teraz, myśli Connie, odwracając się do Valerie Gallogher, nigdy więcej nie znajdę odwagi.

  – Mamy jakieś miejsce przeznaczenia? – pyta. Jak niedźwiedź przygotowujący się do wspinaczki na drzewo, przytula chrzcielnicę, podnosząc ją do piersi.

  – Jedynie cel – odpowiada Valerie, machając ręką w stronę horyzontu – Nie znajdziemy tam Edenu, ojcze. Cała rafa Baltimore stała się wijącą masą mięsa, nowo narodzonych, rozciągającą się od brzegu do brzegu. – Zdejmuje miernik owulacyjny i przerzuca go przez barierkę – W Minneapolis Keys Wydział rutynowo wrzuca homoseksualnych mężczyzn i kobiety po menopauzie do morza. Na archipelagu Kalifornia mężczyźni przechodzą okresowe testy potencji i...

  – Zaścianek Atlanta?

  – Koszmar.

  – Miami Isle?

  – Zapomnij o tym.

  Connie kładzie chrzcielnicę na nadburcie i wdrapuje się na barierkę, siadając na niej okrakiem, jak dziecko na huśtawce. Pętla ciężkiego łańcucha otacza chrzcielnicę, stalowa lina lśniąca we wschodzącym słońcu.

  – Więc dokąd zmierzamy?

  – Na wschód – odpowiada Valerie – W stronę Europy. Co robisz?

  – Wschód – powtarza Connie, przechylając chrzcielnicę ku morzu – Europa.

  Stłumiony odgłos uderzenia o wodę roznosi się po nabrzeżu. Chrzcielnica zanurza się, ciągnąc łańcuch za sobą.

  – Ojcze!

  Biorąc głęboki oddech, Connie patrzy na łańcuch. Jego spirale odwijają się szybko i płynnie, jak zwinięty grzechotnik atakujący ofiarę. Lina znika. Connie czuje szarpnięcie na żelaznym zapięciu opinającym kostkę. Przewraca się. Zaczyna spadać.

  – Pobłogosław te wody, o, Panie, by mogły obdarować grzesznika darem życia wiecznego...

  – Ojcze!

  Uderza w wodę, przebijając się przez jej zimną powierzchnię. To odczucie przypomina nieco skok przez oszklone okno. Wody zamykają się nad nim, wypełniając mu uszy i żądląc oczy.

  "Witamy tego grzesznika w mistycznym ciele Chrystusa i naznaczamy go znakiem krzyża", recytuje w głowie Connie, wyciągając rękę i robiąc święty znak plusa na swoim czole.

  Oddycha, bąbelek za bąbelkiem.

  "Corneliusie Dennisie Monaghan, ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego", kończy. W momencie kiedy czarny wiatr przeszywa jego mózg, wsysając go w nieśmiertelność, wie, że nigdy nie był szczęśliwszy.
 

James Kenneth Morrow(ur. 1947 w Filadelfii) – pisarz amerykański; w swojej twórczości wyśmiewa zorganizowane religie oraz pewne elementy humanizmu i ateizmu (sam siebie określa mianem naukowego humanisty). Dwukrotny zdobywca Nebuli za opowiadania Opowieści biblijne dla dorosłych – nr 17 – Potop (Fenix 0/1990) i Miasto prawdy (Nebula '92) oraz World Fantasy Award za powieści Jednorodzona córka i Pióro Archanioła. Obecnie mieszka w State College w Pensylwanii z żoną i synem.

Pierwotnie opowiadanie to ukazało się w antologii Brave New Worlds pod redakcją Johna Josepha Adamsa.


Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.