Plaga mieczy

Zbędny przystanek na drodze ku celu

Autor: Tomasz 'Asthariel' Lisek

Plaga mieczy
Poziom cyklu o Czerwonym Rycerzu autorstwa Milesa Camerona jest nierówny: tom pierwszy był dobry, drugi – w najlepszym razie przeciętny, a trzeci tylko (lub aż) niezły. Czwarta powieść z serii, Plaga mieczy, kontynuuje ten trend, gdyż niestety znów mamy do czynienia z książką negatywnie odstającą jakością od poprzedniczki.

Gabriel Muriens, Czerwony Rycerz, powstrzymał smoka Popioła i jego zastępy przez zniszczeniem królestwa Alby, ale ani on, ani jego przyjaciele nie mają chwili na odpoczynek. Pokonany na polu bitwy wróg był tylko jednym z zagrożeń czyhających na ludzkość, a teraz do gry włącza się następny przeciwnik – pradawna istota przejmująca kontrolę nad swoimi ofiarami, pokrywająca obszarem Ciemności kolejne terytoria. Aby ją powstrzymać, niezbędne będzie utrzymanie przy życiu zgromadzonych wcześniej armii, pozyskanie nowych sojuszników z dalekich krajów, a przede wszystkim – zdobycie wiedzy niezbędnej do pojęcia, jaka jest prawdziwa natura najnowszego pretendenta do zdobycia władzy nad światem.

Podstawowym problemem Plagi mieczy jest fakt, że podczas lektury trudno nie odnieść wrażenia, że jedynym celem zmagań z nowym zagrożeniem jest odwlec w czasie konfrontację z dotychczasowym głównym antagonistą cyklu. Przypominają raczej żmudny obowiązek, jaki muszą wykonać bohaterowie, nim będą mogli przejść do kwestii właściwej, aniżeli wartą opowiedzenia poboczną historię, przez co nawet jeśli akcja posuwa się do przodu w znośnym tempie, to nie wywołuje żywszego bicia serca.

Sytuacji nie poprawia fakt, fabuła została podzielona na kilka części, a podczas dwóch z nich przestajemy na kilkadziesiąt stron śledzić losy głównych bohaterów. Autor opowiada w nich bowiem o losach postaci dalszego planu – zbierającego informacje o Ciemności mistrza szpiegostwa Kromnirza oraz młodszego brata Gabriela, Eneasza i towarzyszącej mu podczas wędrówki przez Dzicz księżniczce Irenie. Rzecz w tym, że żadne z nich nie jest zbyt interesujące (pomijając może samą Irenę, której rozwój przebiega jednak nieco zbyt szybko), a chociaż rozdziały poświęcone Kromnirowi budują atmosferę grozy związanej z naturą nowego wroga i jego możliwościami, to są one przegadane, a wnioski z nich płynące dałoby się streścić podczas kilkunastostronicowego interludium. Fragmenty poświęcone Eneaszowi i Irenie natomiast niemalże nic nie wnoszą do głównego wątku powieści i stanowią jedynie przedsmak tego, co ma nastąpić w ostatnim tomie cyklu, na czym cierpi spójność intrygi przedstawionej tu i teraz.

Zaletą poprzednich powieści z serii była szeroka obsada postaci. Nie inaczej jest też w przypadku Plagi mieczy, ale nowe dzieło Milesa Camerona dotyka ta sama słabość, co inne nadmiernie rozrośnięte cykle fantastyczne – bohaterów w pewnym momencie jest po prostu tak wielu, że nie ma takiej opcji, by każde z nich było w stanie należycie się wykazać. Stopniowo znikają więc z kart książki, jako że nie mają nic ciekawego do zrobienia lub powiedzenia. Pisarz próbuje wprawdzie temu zaradzić zabijając niektórych z nich niemalże na oślep (wzorem Glena Cooka, który w powieściach o Czarnej Kompanii umiał zabić jednego z głównych protagonistów krótkim zdaniem, bez absolutnie żadnego ostrzeżenia), lecz nie da się ukryć, iż takie rozwiązanie raczej nie usatysfakcjonuje czytelników.

Czwarta część przygód Czerwonego Rycerza to najsłabsza z dotychczas wydanych przez Maga książek Amerykanina. Chociaż skala wydarzeń stopniowo się powiększa, a protagonista doświadcza kolejnych wyzwań, to niestety autorowi nie udaje się tu wzbudzić w czytelnikach podobnego zainteresowania jak w pierwszym lub trzecim tomie. Mają na to wpływ tak same założenia fabularne, oderwane od wcześniej zarysowywanych wątków, jak również częste przenoszenie akcji między Gabrielem a pozostałymi, mniej interesującymi postaciami. Jeśli opisana we wstępie recenzji tendencja zostanie utrzymana, to zamykający serię Upadek smoków powinien znów stanowić dla Camerona powrót do formy – biorąc jednak pod uwagę, jak często ostatnie części cykli okazują się być tymi najsłabszymi, lepiej będzie zachować zdrowy sceptycyzm.