» Fragmenty książek » Płacz

Płacz


wersja do druku

Płacz

Fragment 1

 

Zanim się obejrzał, kiepski poranek po kiepskiej nocy przeszedł w równie kiepskie popołudnie. Przez tępy ból, który na dobre rozgościł się między jego brwiami, nie mógł się na niczym skupić. Nie żeby miał na czym – budzik w kształcie pokemona, największy skarb czterolatka z ewidentnym przerostem migdałków, był już naprawiony i czekał na odbiór. Części posegregowane. Czarodziejska góra przeczytana do ostatniej kropki.

Sęk w tym, że niedobór zajęć skutkował u niego nadmiarem myśli. A nadmiar myśli… cóż. Ostatnio zawsze kończył się kacem.

Pewnie dlatego Gerd odebrał, kiedy około trzynastej w zakładzie zadzwonił telefon. Pewnie dlatego się zgodził.

– Zegarmistrz, słucham.

– Ach, dzień dobry, serdeńko – zaćwierkało po drugiej stronie słodkim falsetem. – Poratujesz starą kobietę w potrzebie?

– A to zależy od potrzeby – odparł przewrotnie.

– Och, nie kuś, hultaju, nie kuś starowinki! – zaśmiała się. – Bo jeszcze się zgodzę i będzie ci przykro. Chodzi o zegar po stryjecznym wuju babki nieboszczki, niech spoczywa w pokoju. Ale tylko babka, bo wuj to był skończony drań, birbant i niecnota, niech go żrą robaki.

– Zakładam, że się zepsuł.

– Wuj? Ja myślę, zmarło mu się w trzydziestym czwartym.

– Zegar.

– A tak, tak, zepsuty. Na amen zepsuty.

Gdzieś w tle coś huknęło, brzęknęło, by na koniec jęknąć żałościwie, przeciągle.

– Co to było?! – zapytał Gerd, odruchowo podrywając się z krzesła.

– Agonalny jęk szacownego mechanizmu. Przepraszam, czy szacowny mechanizm mógłby?… Dziękuję. Składasz wizyty domowe, serdeńko?

– Eee… raczej nie. Niech pani zamówi transport. Znam jedną firmę, która…

– To nie worek ziemniaków, serdeńko – nie pozwoliła mu dokończyć – ani regał ze szwedzkiego paździerza w promocyjnej cenie, tylko oryginalny Gustav Becker, rocznik dziewięćdziesiąty pierwszy. Tysiąc osiemset dziewięćdziesiąty pierwszy.

– Pierwsza seria?

– Sam rozumiesz. Kawał wiekowego klamota.

– Okej. Okej, w takim razie przyjadę. Może…

– Bardzo zależy mi na czasie. – Rozmówczyni znów przerwała mu swobodnie, nie przestając ćwierkać, co było trochę niepokojące. Aż miał ochotę odsunąć się na bezpieczną odległość. – Wiesz, lata już nie te, ostroga coraz bardziej doskwiera, mogę nie doczekać, aż mi Gutek znowu zabimba jak w czterdziestym szóstym… Chętnie dopłacę za fatygę i taryfę z mej nędznej emerytury, bylebyś przyjechał jeszcze dziś. Najlepiej zaraz.

Przytknął palce do brwi i kilka razy mocno potarł, w nadziei, że wyciśnie ból jak nabrzmiałego pryszcza. Becker z pierwszej serii… Miał słabość do starych werków.

– No… no dobrze – mruknął wreszcie i rzucił okiem na zegarek – ale nie wyrobię się wcześniej niż na…

– Doskonale. Czyli zaraz. Słowo harcerza?

Gerd westchnął.

– Słowo harcerza. – Znalazł piszący długopis, a spod blatu wyszarpnął jakąś kartkę. – Niech pani poda dokładny adres.

Dałby głowę, że zanim odpowiedziała, głosem już zupełnie nierozćwierkanym, najpierw się zaśmiała. Cicho, gardłowo. Kpiąco.

– Aleja Lipowa pięć, serdeńko.

Trzeba się było wtedy rozłączyć. I uciec do Szwecji pierwszym promem, choćby i z paździerza.

 

Fragment 2

 

Nie. Po prostu… nie.

Nie mogła tego widzieć.

Nie mogła i już.

– Muszę się napić – usłyszała za sobą ochrypły głos Gerda.

– Wiesz, że… ja chyba też.

Wyłaniali się z bieli od strony zjazdu dwójkami i skręciwszy w lewo tuż przed maską samochodu, maszerowali dalej, na północ. Rozmawiali, śmiali się. Ktoś gwizdał nieznaną im skoczną melodię. Jak gdyby wokół nie szalała zamieć. Jak gdyby droga pod ich podeszwami nie ginęła pod lodem i śniegiem, który miejscami prawie sięgał już kolan, a na poboczach piętrzył się w masywne zwały. Jak gdyby nie widzieli ani czarnego bmw, migającego czerwonymi światłami dokładnie na wprost zjazdu na pałac, ani ludzi, którzy siedzieli w środku, wstrząśnięci i oniemieli.

– Co się wyprawia w tej pieprzonej Padlince?… – pomału zapytała Dżusi, kiedy ostatnia ciemna postać zniknęła w zadymce przed nimi. Świat na zewnątrz samochodu znów wydawał się zupełnie normalny – nie licząc, rzecz jasna, zamieszkujących go mojr, psychopompów i strzygoni. Tyle że z nimi zdążyła się jako tako oswoić.

– Jedlince – poprawił odruchowo jej narzeczony, jednocześnie próbując cokolwiek z tego zrozumieć. Jego umysł konsekwentnie odmawiał współpracy z obrazami, jakich dopiero co dostarczyły mu oczy. – Przecież to nie miało sensu! To nie miało prawa się wydarzyć!!!

– Ale wydarzyło się… prawda?

– Myślicie, że… że nam się już do końca we łbach poprzestawiało? Zmysły nam się pomieszały czy jak? No bo... bo chyba nie chcecie powiedzieć, że my...

– Że naprawdę widzieliśmy maszerującą kolumnę niemieckich żołnierzy w pełnym umundurowaniu i uzbrojeniu? – dokończył za niego Gerd. Przetarł twarz dłonią. Zaschło mu w ustach, a drżał teraz tak, że chyba tylko cudem nie dzwonił zębami. – Tak. Właśnie to widzieliśmy.

– Ale… ale jak?! JAK?!

Obydwie kobiety na tylnym siedzeniu aż do tej pory milczały. Młodsza, ze wzrokiem utkwionym we własnych dłoniach, pokręciła głową.

– To nie zmysły, Karolku. Tylko czas. Coś wzburzyło czas. Wymieszało warstwy.

Dębowa laska stuknęła o podłogę. Gumowy dywanik wytłumił odgłos, ale sam gest wystarczył, żeby pani Matylda przykuła ich uwagę.

– Nie. Nie! – powtórzyła, tym razem ostrzej. – To nie ma sensu, nie może go mieć. Jesteśmy na powierzchni, tu i teraz. Żadne z nas się nie przeprawiało. Co więcej, żadne z nas, oprócz ciebie, nawet nie umie tego samodzielnie zrobić. Jak, jak niby mielibyśmy wzburzyć czas?!

Klara Stern w końcu podniosła wzrok na dawną nauczycielkę. Rozumiała jej wzburzenie. Sama też nie wiedziała, jak to możliwe, że stało się to, co się stało. Ale zmysł psychopompa podsunął jej rozwiązanie, którego oni nie mogli dostrzec. A może nie chcieli? Cóż, nie winiłaby ich za to. W obliczu prawdy też wiele by dała za choć chwilę ułudy.

– My nie jesteśmy blisko Eleonory, pani Matyldo. A przynajmniej… nie tylko niej – wyszeptała. Z jej zmęczonych oczu wyzierał czysty, zwierzęcy lęk. – Jesteśmy blisko dna.

-
Ocena użytkowników
Średnia z 0 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Płacz
Cykl: Cykl wrocławski
Tom: 3
Autor: Marta Kisiel
Wydawca: Uroboros
Data wydania: 11 marca 2020
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-280-7258-9



Czytaj również

Płacz
Historie o których nie mozna zapomnieć
- recenzja
Nomen Omen
Ruda niezdarność atakuje!
- recenzja
Oczy uroczne
Trzeci tom Dożywocia już nie tak na wesoło
- recenzja
Harda Horda
Dwanaście niezwykłych opowiadań
- recenzja
Oczy uroczne
- fragment
Pierwsze słowo
Nietuzinkowo, niejednoznacznie i w sposób niezapomniany
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.