» Fragmenty książek » Oko Pustyni

Oko Pustyni


wersja do druku

Oko Pustyni

Jazda w pełnym galopie miała w sobie coś wyzwalającego. Musiałem się zatrzymać, żeby przepiąć strzemiona osobliwego, nieznanego mi siodła, ale był to jedyny postój. Konie były jeszcze świeże i chętne do galopu, a tętent dwudziestu czterech kopyt stanowił wyjątkowe doznanie. Rumaki może były małe, ale na bogów, jakże rącze! W stajniach Pod Głowomłotem został mój wierzchowiec, ciężki i masywny koń bojowy, dobry rumak, choć nigdy nie rwał jak te tutaj. Przed oczami przemykały mi pola, drzewa i zagrody, koła wodne i wiatraki; parobkowie i niewolnicy na polach czasem podnosili wzrok, kiedy mijałem ich w dzikim pędzie. Grupa podróżnych w panice uskoczyła do rowu, kiedy nadciągnąłem w ich kierunku, a raz śmiertelnie wystraszyłem kupca, kiedy niczym błyskawica śmignąłem obok jego ciągniętego przez woły, ciężko obładowanego zaprzęgu.

Trakt był ledwie ścieżką, nijak się miał do imperialnego szlaku, którym tu przybyliśmy, ale paru niewolników opisało mi okolicę na tyle dokładnie, by sporządzić ogólną mapę. Ścieżka dobijała w końcu do imperialnego szlaku, w miejscu oddalonym od gospody zdradzieckiego Fahrda o niecałą godzinę jazdy konno. Dla handlarzy niewolników, którzy mogli się poruszać najwyżej w tempie skutych łańcuchami więźniów, była to najlepsza droga do obozowiska nad rzeką.

I rzeczywiście, tuż przed wschodem słońca znalazłem pozostałości po ich obozie: dwa wozy z klatkami, namioty, łańcuchy i powrozy, ślady walki i trupy, porzucone niedbale i częściowo zawiane już piaskiem. Nawet tutaj, gdzie trochę się zieleniło, piachu było więcej niż pod dostatkiem: pustynia próbowała się panoszyć.

Zsiadłem z konia i prowadząc za sobą rozedrgane i spienione zwierzę, przemierzyłem obóz w próbie zrozumienia, co tu się wydarzyło.

Drzwi klatki na wozie były roztrzaskane na setki, jeśli nie tysiące kawałeczków. Znalazłem kajdany ze stopionymi ogniwami łańcucha. Dwa trupy wyglądały na pozbawione obrażeń, nie licząc dwóch małych zwęglonych plam w materiale ubioru, pod którymi znajdowały się czarne punkty na ciele.

Leandra. Kiedy ją poznałem, nie potrafiła jeszcze ciskać błyskawic, ale od tamtej pory wiele się zmieniło. A rozwalone drzwi klatki nosiły jej niepowtarzalne piętno.

Dwa z trupów miały złamane karki; ich martwa, częściowo nadgryziona przez zwierzęta skóra nosiła ślady odcisków wielkich rąk. Janos. Wyglądało na to, że moi towarzysze po uwolnieniu się prędko zdobyli broń, bo pozostali handlarze niewolników zginęli od ciosów miecza. Niektórzy chyba jeszcze próbowali uciec: znalazłem ich ciała nieco dalej, a w ich nieruchomych oczach nadal widniał strach.

Zniszczony obóz w międzyczasie został odkryty i splądrowany. Nie zostało nic, co przedstawiałoby jakąkolwiek wartość.

Handlarze niewolników byli martwi od najwyżej dwóch dni, ale liczni padlinożercy, wśród nich dziesiątki sępów, sowicie raczyli się ich ciałami, toteż rachuba była niepewna. Zokora dłużej niż Natalyia i Varosch trwała w odurzającym śnie, w który wprowadzili ją handlarze. Może Leandra, ze względu na elfią krew, też była bardziej podatna na narkotyk? Janos i Sieglinde, a właściwie Serafine, bez wątpienia byli dzielnymi wojownikami, ale dopiero magia maestry umożliwiła im wszystkim ucieczkę. Miałem tylko nadzieję, że Sieglinde i Leandra nie podzieliły losu Natalyii, która została zgwałcona przez porywaczy.

Nie dało się odnaleźć żadnych istotnych śladów, ale w jednym miejscu natknąłem się na końskie odchody, a zatem handlarze mieli konie. Leandra i reszta nie poruszali się już pieszo.

Przeniosłem siodło na innego konia i puściłem wolno jego poprzednika.

Kiedy zaszło słońce, próbowałem raz po raz odciążać tyłek, stając w strzemionach, ale w końcu i to stało się niemożliwe. Kiedy osiodłałem trzeciego wierzchowca, nie czułem już pośladków; może i dobrze.

Kiedy jutrzenka zabarwiła niebo na czerwono, byłem niedaleko ostatniego domu zajezdnego przed Gasalabadem, gdzie Fahrd zgotował nam ostatni posiłek. Ze zmęczenia omal nie pogalopowałem prosto do zabudowań, powstrzymałem się w ostatniej chwili.

Do nieoczekiwanej sceny rozgrywającej się przed domem zajezdnym zbliżyłem się stępem, na grzbiecie czwartego konia, dzięki czemu nie od razu ściągnąłem na siebie uwagę uczestników zatargu.

W pierwszej chwili wziąłem powiewającą nad wieżą czerwoną chorągiew ze złotym smokiem za wytwór swego przemęczonego umysłu. Jednak kiedy podjechałem bliżej i dotarłem do wzgórza, stwierdziłem, że to nie sen.

Do dawnego garnizonu powróciło imperium, a przynajmniej jakaś jego część. Przed otwartymi na oścież bramami ujrzałem grupę Byków; ciemnoszarych, ciężkich zbroi płytowych nawet z tej odległości nie dało się pomylić z niczym innym. Było chłodno, słońce jeszcze nie wzeszło, a ja zacząłem łamać sobie głowę, jak oni wytrzymają w pancerzach w południowym skwarze.

Przez otwarte bramy mogłem zajrzeć na dziedziniec, gdzie rozładowywano ciężkie wozy zaprzężone w woły. Przed zajazdem rosła sterta mebli i sprzętów domowych, które nie zyskały upodobania nowych właścicieli. Preferowali solidniejszy styl.

Na wzgórzu egzekucyjnym, gdzie wciąż wisiały trupy Fahrda i jego towarzysza, debatowała większa grupka, a pośród nich postać w czerwonej pelerynie oficerskiej narzuconej na zbroję.

Drugą grupę równie łatwo było zidentyfikować. Żołnierze byli konno, a ich lekkie zbroje łuskowe połyskiwały czerwonawo w świetle poranka. Nie spotkałem ich nigdy przedtem, ale na lancy trzymanej przez jednego z jeźdźców powiewała flaga Gasalabadu. Nie ulegało wątpliwości, że to lekka kawaleria pod chorągwią Gasalabadu i Besarajnu.

Grupa liczyła ze trzydziestu żołnierzy i w innych okolicznościach na pewno stanowiłaby silny oddział. Jednak już z daleka dostrzegałem, że kawalerzyści zachowywali się nerwowo, a ich zdenerwowanie udzielało się koniom. Wierzchowce dreptały niespokojnie w miejscu.

Powoli podjechałem bliżej, a im bardziej się zbliżałem, tym mniej mi się podobał ten oddział. Każdy z żołnierzy dosiadał siwka z posrebrzaną uprzężą, ich zbroje były wypolerowane do połysku podobnie jak szpiczaste hełmy, zaś większość koni nosiła na łbach ozdoby z kwiatów. Gwardia paradna.

Wkrótce dotarłem na tyle blisko, że niektórzy z jeźdźców zaczęli rzucać w moją stronę spojrzenia, ja jednak dalej nieśpiesznie jechałem stępa, aż w końcu przestali zwracać na mnie uwagę.

Przywódca Byków stał plecami do mnie, ale kapitana gwardzistów widziałem teraz lepiej. Miał wąską, kanciastą twarz, nosił nawoskowaną brodę i samą swą arogancką miną, zanim w ogóle usłyszałem jego nosowy głos, wzbudził we mnie chęć strącenia go z konia. Od czasu do czasu spotykałem takich ludzi; na ich widok włosy jeżyły mi się na karku. Gdybym był psem, z mego gardła pewnie popłynąłby warkot.

– …Emir poczyta za afront, że po jego kraju włóczą się i plądrują go uzbrojeni siepacze obcego mocarstwa! Macie się stąd natychmiast wynieść i opuścić te budynki!

– Kapitanie – rozległ się spokojny kobiecy głos. – Nie godzi się przyrównywać oddziału imperialnego miasta do zbójców. Zajmujemy tylko to, co do nas należy.

– Jak śmiecie mówić do mnie w ten sposób, kobieto! Te mury stały puste od dawien dawna, aż jeden z naszych rodaków potem i ciężką pracą obudził je do życia. A teraz znajduję go zamordowanego haniebnie, powieszonego na tej… perwersyjnej szubienicy! Wydajcie mi jego mordercę, a okażę łaskę.

– Czy rzeczywiście był to mord, kapitanie, na razie jest kwestią niewyjaśnioną. Oskarżenia, które znaleźliśmy na tablicach zgodnie z dawnym imperialnym prawem, pozwalają wnioskować, że dokonano egzekucji. Dopóki nie zbadamy okoliczności, nie mogę powiedzieć na ten temat nic więcej.

Bogowie, jakże podziwiałem spokój tej kobiety!

– Emir w swej mądrości będzie to widział inaczej! Nawiasem mówiąc, budynki stały puste, a wy wszelkie prawa do nich utraciliście! Żądam, byście je opuścili.

– Przykro mi, kapitanie, ale wedle mojej wiedzy roszczenia imperialnego miasta do nieruchomości zgodnie z lokalną jurysdykcją są regularnie odnawiane. Jeśli zajrzycie do archiwów waszej registratury, z pewnością znajdziecie zapisy, że Askir, tak jak wymaga tego prawo Besarajnu, odnawia swoje roszczenia co dwadzieścia lat. Przekonacie się również, że wszelkie podatki zostały uiszczone.

– Skąd możesz to wiedzieć, żmijo! – zapienił się kapitan. Kilku z jego przybocznych zerknęło na niego z niepokojem.

– Tak mówią moje dokumenty. To wasza sprawa, jeśli wyruszacie ze swym oddziałem bez żadnego przygotowania. Miasto imperialne inaczej wydaje rozkazy wymarszu – odparła kobieta ze spokojem, który tylko bardziej rozjuszył dowódcę.

– Jak śmiecie stać tu i zachowywać się, jakby prawo było po waszej stronie? To nasz kraj, a wy jesteście tu obcy. Niech tylko się dowiem, kto pozwolił wam przekroczyć bramy, już on za to odpowie. Od trzech miesięcy żaden imperialny pies nie dostał pozwolenia na wkroczenie na teren miasta i dobrze o tym wiecie!

– W tej kwestii należy stwierdzić dwie rzeczy, kapitanie. – Głos kobiety stał się o ton chłodniejszy. – Traktat z Askirem mówi, że imperialne szlaki, łącznie z terenami sięgającymi na pięćdziesiąt kroków w głąb od nich, stanowią terytorium Imperium. To, że Askir płaci za te ziemie podatki, jest zadeklarowane w traktacie i stanowi gest z naszej strony. Po drugie, ani ja, ani moi ludzie nawet na chwilę nie opuścili imperialnego terytorium i choćby na długość stopy nie wkroczyli na ziemie Gasalabadu. Za to wy znajdujecie się na terytorium Imperium.

– Imperium już nie ma! – wrzasnął kapitan.

– To nie do końca prawda. Askannon oddał władzę nad królestwami w ich własne ręce, ale nominalnie nadal są częścią Imperium.

– Nominalnie? Bredzicie, kobieto. Wycofajcie się albo przepędzimy was z kraju! – Poluzował miecz.

– Jeśli dobędziecie miecza, kapitanie, zaryzykujecie wojnę.

– Grozicie mi, babo? Besarajn jest najpotężniejszym z królestw!

– Może w waszej imaginacji. Albo w dawno minionych czasach. Lecz nawet gdybyście mieli rację, czy wasze królestwo dysponuje pięcioma legionami? – Głos kobiety niebezpiecznie złagodniał. – Jeśli nadal będziecie obstawać przy tym, by się tu handryczyć, rzucę was, żywego lub martwego, waszemu władcy pod nogi i zapytam, czy chce wojny. Jeśli powie, że tak, życie w waszym królestwie stanie się bardziej niż interesujące.

– Miasto nam grozi! To śmieszne!

– Ja nie grożę. Nigdy nie byliście w Askirze, prawda? Miasto samo w sobie stanowi jedno z królestw, jest wielkie i potężne. Wyobraźcie sobie, że cytadela wiecznego władcy znajduje się w miejscu, gdzie w Gasalabadzie stoi pałac kalifa. Nadal stalibyśmy teraz w obrębie murów wiecznego miasta.

Zamrugałem. To nie mogła być prawda! Ona musiała się mylić. Wszak od bram Gasalabadu dzieliło nas więcej niż dzień drogi konno. Żadne miasto na dysku świata nie mogło być tak rozległe.

Po aroganckiej twarzy kapitana przebiegł cień niepewności.

– Wiecie, co zrobiłabym na waszym miejscu? Zawróciłabym i zapytała, co robić. Powiedzieliście, że wysłano was, aby zbadać owoce wiszące na tych szubienicach. Wolno wam, o ile niczego nie będziecie dotykać. Rozpętanie wojny między naszymi królestwami po prawie tysiącu latach pokoju z pewnością nie należało do waszych rozkazów.

Usłyszałem, jak dowódca zgrzyta zębami. W końcu skinął głową i gwałtownie zawrócił konia.

– Z powrotem do miasta! – krzyknął. – Wrócę tu z armią!

Brutalnie spiął konia ostrogami. Jego ludzie usiłowali go dogonić, niemal całkowicie burząc szyk.

– Będzie mu potrzebna – skwitowała kobieta lodowatym tonem.

Zupełnie jakby wiedziała, że jestem niedaleko, obróciła się w moją stronę i zmierzyła mnie chłodnymi, szarymi oczami.

– A wy to kto?

Zsiadłem z konia i niewiele brakowało, a wylądowałbym na ziemi w pyle, kiedy ugięły się pode mną kolana; przed chwilą ledwie się trzymałem w siodle. Ale żaden z żołnierzy się nie zaśmiał, patrzyli tylko uważnie.

I wtedy znowu pojawił się ten drobny napis na jej lewej piersi, pod symbolem Byka, a ja umiałem go odczytać. To był Czwarty Legion.

– Majorze Kasale – odezwałem się. – Nazywam się Havald. Moją ojczyzną jest Illian, królestwo leżące tam, gdzie niegdyś założono kolonie. Przybyłem do Askiru na polecenie mej królowej.

Zdjęła hełm i uważnie otaksowała mnie wzrokiem. Wydawała mi się młodsza, teraz jednak ujrzałem, że ma dobre cztery tuziny lat. Jej włosy były ciemnobrązowe i krótko ostrzyżone, sięgały jej tylko do szyi. Drobne zmarszczki dodawały jej twarzy uroku. Miała prosty nos, może nieco zbyt wysunięty do przodu podbródek i wąskie, ale kobiece usta. Całą swoją postawą wyrażała, że nie z takimi sytuacjami dawała już sobie radę.

– Ach tak, czyżby? Skąd znacie moje nazwisko?

– Stoi wypisane na waszym napierśniku.

W szarych oczach błysnęło zdziwienie. Skinęła głową, jakby właśnie coś pojęła.

– Chodźcie za mną.

Odwróciła się i ruszyła w stronę domu zajezdnego. Chciałem pójść za nią, ale moja zdrętwiała lewa noga odmówiła posłuszeństwa. Znowu się zatoczyłem.

Jeden z Byków podszedł do mnie i bez słowa zaoferował swoje ramię. Zawahałem się, ale tylko na moment; potem przyjąłem pomoc.

-
Ocena użytkowników
Średnia z 0 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Oko Pustyni
Cykl: Tajemnica Askiru
Tom: 3
Autor: Richard Schwartz
Tłumaczenie: Agnieszka Hofmann
Wydawca: Initium
Data wydania: 24 maja 2019
Liczba stron: 400
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-62577-94-1
Cena: 37,90 zł

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.