» Fragmenty książek » Okaleczone Oko

Okaleczone Oko


wersja do druku

Okaleczone Oko

Rozdział 2

Dłonie Gavina Guile krwawiły ciepłą, gęstą szarością wokół gładkiego drzewca wiosła. Myślał, że ma przyzwoicie stwardniałą dłoń jak na człowieka, który pracuje głównie ze słowami, ale nic go nie przygotowało na dziesięć godzin dziennie przy wiośle.

– Chłosta! – zawołał numer siódmy do nadzorczyni. – Więcej bandaży dla Jego Świątobliwości.

To wywołało parę bladych uśmieszków, ale galernicy nie zwolnili. Wielkie bębny z cielęcej skóry wygrywały wielorybi rytm. To było tempo, jakie doświadczeni ludzie byli w stanie utrzymać cały dzień, chociaż z pewnym wysiłkiem. Na każdej ławce siedziało trzech mężczyzn, a dwóch mogło utrzymać wymagane tempo dostatecznie długo, żeby trzeci galernik mógł się napić, zjeść coś albo skorzystać z wiadra.

Chłosta podeszła ze zwitkiem materiału. Gestem wskazała na Gavina, żeby pokazał ręce. Nigdy w życiu nie widział równie krzepkiej kobiety, a znał wszystkie Czarnogwardzistki z ostatnich dwudziestu lat. Oderwał zakrwawione szpony od wiosła. Nie był w stanie otworzyć ani zacisnąć palców, a jeszcze nie nadeszło południe. Będą wiosłować aż do zmroku. Jeszcze pięć godzin o tej porze roku. Chłosta odwinęła płótno. Wyglądało na pokryte strupami.

Gavin przypuszczał, że są gorsze zmartwienia niż zakażenie. Kiedy jednak owinęła mu dłonie ruchami sprawnymi, chociaż pozbawionymi delikatności, poczuł intensywny zapach, jakby żywicy z dodatkiem ­aromatu podobnego do goździków, i usłyszał brzękliwy trzask łamanego nadfioletowego luksynu.

Na chwilę powrócił stary Gavin, jego umysł już szukał sposobu wykorzystania ich głupoty. Trudno jest krzesać bezpośrednio z rozpadającego się luksynu, ale trudność to pestka dla Gavina Guile. Był Pryzmatem. Nie istniało nic, czego nie mógł...

Nie było czegoś, co by mógł zrobić. Nie teraz. Nie, kiedy oślepł na kolory. Nie mógł krzesać. W słabiutkim świetle powoli kołyszących się latarni świat pogrążał się w odcieniach szarości.

Chłosta skończyła zawiązywać supły na grzbiecie jego dłoni i warknęła. Gavin odebrał to jako sygnał dla niego i przeniósł zmęczone ręce na wiosło.

– Z-z-zwalcza zakażenie – powiedział jeden z jego towarzyszy, numer ósmy, ale niektórzy wołali na niego Kukurwa. Gavin nie miał pojęcia dlaczego. Wykształciła się luźna społeczność z własnym slangiem i prywatnymi żarcikami, ale Gavin do niej nie należał. – Tu na dole zakażenie zabija błyskawicznie jak kopniak.

Nadfioletowy luksyn zwalczał infekcję? W Chromerii tego nie uczono, ale to nie znaczy, że ten człowiek się mylił. A może po prostu to było nowe odkrycie od czasu wojny i nikt mu nie powiedział? Powędrował myślami do swojego brata Dazena, który rozciął sobie pierś. Jak to się stało, że Dazen nie uległ zakażeniu w piekle, jakie Gavin dla niego stworzył?

Czyżby szaleństwo, które przekonało Gavina, żeby zabić uwięzionego brata, nie było wcale szaleństwem, tylko gorączką?

Teraz już za późno. Przypomniał sobie znowu krew i strzępy mózgu, które wyleciały z czaszki Dazena, malując ścianę celi po tym, jak Gavin do niego strzelił.

Położył zabandażowane ręce z powrotem na wyślizganym wiośle, drzewcu wygładzonym potem, krwią i łojem z wielu dłoni.

– Nie garb się, Szóstka – pouczył go numer ósmy. – Lumbago cię wykończy, jeśli będziesz pracował tylko plecami.

No, no, tak wiele słów bez przekleństwa to po prostu cud.

Ósemka w pewnym sensie go adoptował. Gavin wiedział, że żylasty Angarczyk pomaga mu nie tylko z dobrego serca. Gavin był trzecim przy wiośle. Im mniej pracy wykonywał, tym więcej musieli pracować Siódemka i Ósemka, żeby utrzymać rytm, a kapitan Artylerzysta poważnie traktował kwestię tempa. Nie palił się, żeby zostać dłużej w pobliżu miejsca upadku Ru.

W następnym tygodniu Chromeria roześle pirackich łowców – korsarzy, którzy otrzymali oficjalny rozkaz polowania na handlarzy niewolników grasujących wśród wraków floty inwazyjnej. Ratowali ludzi, żeby potem siłą wcielić ich do marynarki. Będą szukali okazji, by wymienić za okup tych, którzy mają majętnych krewnych, ale bez wątpienia wielu trafi z powrotem prosto na wielkie targowiska niewolników Ilyty, gdzie bezkarnie można pozbyć się żywego towaru. Inni poszukają bliższych targów niewolników, gdzie pozbawieni skrupułów urzędnicy podrobią dokumenty stwierdzające, że ci niewolnicy pochodzą z legalnych źródeł w odległych portach. Wielu niewolników straci języki, żeby nie mogli niczego powiedzieć.

Oto, ku czemu poprowadziłem swoich ludzi, Karris. Ku śmierci i zniewoleniu.

Gavin zabił boga i mimo to przegrał bitwę. Kiedy mara powstała z głębin, zmiażdżyła flotę Chromerii, a ich wszystkie nadzieje wylądowały za burtą jak zmyte przez wodę rupiecie.

Nie doszłoby do tego, gdyby ogłoszono mnie promachosem.

Prawda była taka, że Gavin nie powinien był zabić tylko swojego brata. Powinien też zabić ojca. Nawet pod sam koniec, gdyby pomógł Kipowi dźgnąć Androssa Guile, zamiast próbować ich rozdzielić, Andross by nie żył, a Gavin byłby teraz w ramionach żony.

– Myślisz czasem, że nie byłeś dość twardy? – zagadnął Siódemkę.

Mężczyzna trzy razy pociągnął za wiosło, zanim w końcu odpowiedział:

– Wiesz, jak mnie nazywają?

– Chyba słyszałem, jak ktoś wołał na ciebie Orholam. To dlatego, że masz siedzenie numer siedem?

Tak jak sześć to cyfra człowieka, tak siedem to cyfra Orholama.

– Nie dlatego.

Przyjazny jegomość.

– To dlaczego?

– Nie otrzymujesz odpowiedzi na swoje pytania, bo nie czekasz na nie – odparł Orholam.

– Stary, już dość się naczekałem – odparł Gavin.

Dwa kolejne mocne pociągnięcia i Orholam powiedział:

– Nie. Na wszystkie trzy pytania. Trzy razy nie. Niektórzy ludzie uważają, kiedy coś pojawia się po trzykroć.

Nie ja. Idź do diabła, Orholamie. I niech idzie do diabła ten, na którego cześć cię przezwano.

Gavin skrzywił się, czując znajomy ból wiosłowania, i wszedł z powrotem w rytm – zamach i rozciągnięcie, zaparcie się o stopień dla stóp i pociągnięcie. Wredna Szkapa miała stu pięćdziesięciu wioślarzy, osiemdziesięciu ludzi na niższym pokładzie i siedemdziesięciu na wyższym. Prześwity między pokładami pozwalały dźwiękom bębnów i wykrzykiwanym rozkazom wędrować między górnym i dolnym pokładem galery.

Jednakże nie tylko dźwięk wędrował między pokładami. Gavin myślał, że jego powonienie umarło po kilku dniach, ale zawsze znalazł się jakiś nowy odór, który go atakował. Angarczycy uważają się za czystych ludzi i może rzeczywiście tacy byli – Gavin nie widział ani śladu dyzenterii ani chorobliwych potów wśród galerników, a każdej nocy wędrowały wśród niewolników wiadra, pierwsze z mydlinami, żeby się obmyć, a potem drugie z czystą wodą morską do spłukania. Cokolwiek z siebie spłukali, skapywało, rzecz jasna, na niewolników na dolnym pokładzie, a potem jeszcze brudniejsze mydliny trafiały do zęzy. Pokłady zawsze były śliskie, panowały tam upał i wilgoć, galernicy ciągle się pocili, iluminatory nie zapewniały odpowiedniej wentylacji, chyba że mocno wiało, a strużki płynów, które skapywały Gavinowi na głowę i plecy z górnego pokładu, były podejrzanie cuchnące.

Na schodach rozległy się kroki – lekki chód doświadczonego żeglarza. Ktoś pstryknął palcami w pobliżu Gavina, ale on nawet nie zerknął. Teraz był niewolnikiem, musiał zachowywać się jak niewolnik, bo inaczej dostawał cięgi za bezczelność. Za to nie musiał kulić się ze strachu. Nadal jednak musiał wiosłować, a to wymagało wszystkich jego sił.

Chłosta oderwała ręce Gavina od wiosła, rozpięła okowy i zagwizdała do numeru dwa. Numer jeden i dwa znajdowali się na szczycie zmiennej hierarchii niewolników. Wolno im było siedzieć z przodu i odpoczywać, powierzano im różne zadania, które wykonywali bez łańcuchów, i musieli wiosłować tylko wtedy, gdy inny wioślarz zachorował albo zemdlał z wyczerpania.

Kiedy Chłosta skuła mu ręce za plecami, Gavin spojrzał na kapitana Artylerzystę, który stał na szczycie schodów. Artylerzysta był Ilytaninem o skórze czarnej jak noc i zmierzwionej kędzierzawej brodzie. Wspaniały brokatowy dublet wkładał na nagi tors, a poza tym nosił luźne żeglarskie spodnie. Miał wyrazistą urodę szaleńców i proroków. Mówił do siebie. Mówił do morza. Uważał, że nikt nie dorównuje mu ani na niebie, ani na ziemi, i dopóki szło o strzelanie z broni palnej dowolnych rozmiarów, miał słuszność. Nie tak dawno temu Artylerzysta wyskoczył ze statku, który Gavin podpalił i podziurawił jak rzeszoto. Gavin dla kaprysu darował mu życie.

Twoje dobre uczynki w końcu cię zabiją.

– Chodź na górę, mały Guile’u – powiedział kapitan Artylerzysta. – Zaczyna mi brakować powodów, żeby trzymać cię przy życiu.


 

Rozdział 3

 

Dłonie Kipa krwawiły żywym szkarłatem wokół gładkiego drzewca wiosła. Ręce miał w pęcherzach. Pęcherze napełniły się bezbarwnym płynem. Delikatna skóra pod nimi popękała. Krew wymieszała się z płynem niczym czerwony luksyn. Przez nieustanne ocieranie o wiosło pęcherze popękały, krwawiły. Kip chwycił mocniej drzewce. Powstawały nowe pęcherze, bezbarwne. Napełniały się szkarłatem. Pękały.

Nie widział jednak koloru. Niczego nie widział. Tylko wyobrażał sobie kolory czekające na niego, kiedy tylko zrzuci opaskę na oczy, którą założył mu Zymun, by uniemożliwić krzesanie. Zymun, polichromata, który popierał Księcia Barw. Zymun, który próbował zabić Kipa w Rektonie i zamordować Gavina w Garristonie. Zymun, który nawet teraz celował w głowę Kipa z pistoletu. Zymun, jego przyrodni brat.

Zymun, którego Kip zabije.

– Co tak szczerzysz zęby? – zapytał Zymun.

Łódka wiosłowa kołysała się na falach tak samo, jak to robiła od dwóch dni. Nie mogąc korzystać ze wzroku, Kip nie ogarniał chaosu fal, nie wiedział, kiedy powinien wiosłować, a kiedy przestać. Od czasu do czasu pociągał za jedno wiosło i czuł, że się wynurza z wody. Szamotał się z nim, dopóki Zymun warknięciem nie podpowiadał mu kierunku. Robili to od dwóch dni. Dwa dni męczarni.

Pierwszego dnia opaska na oczy była przesadą – Kipowi tak zapuch­ły powieki, że nie mógł otworzyć oczu. W czasie walki niechcący się uderzył, a potem Zymun zdzielił go pięścią w twarz. Miał tuzin drobnych rozcięć na lewej stronie twarzy i na lewej ręce, po tym jak ząb blanek zielonej mary został trafiony kulą armatnią i rozpadł się, siejąc odłamkami. Andross Guile dźgnął go w ramię i ciął przez żebra.

Gdyby nie szkolił się na Czarnogwardzistę w ostatnich miesiącach i gdyby nie fakt, że celowano do niego z broni, nie byłby w stanie się ruszyć. A tak, to całkiem nowe ćwiczenie zredukowało jego mięśnie do rozdygotanej nieporadności. Konał z powodu pleców. Przednia część nóg, cały czas napięta, bo starał się zachować równowagę w rozkołysanej łódce, zwyczajnie go dobijała. Ręce i ramiona jakimś cudem bolały go jeszcze bardziej. A dłonie! Dobry Orholamie, jakby je zanurzył w boleści. Poparzona lewa ręka, która powoli się goiła, teraz wygięła się w szpon. Bolało, gdy ją napinał, bolało, gdy rozluźniał, bolało, gdy ją zostawiał w spokoju.

Kip był gruby, przerażony i skończony.

– Bardziej na bakburtę – rzucił znudzonym głosem Zymun.

Nie przejmował się Kipem na tyle, by dociekać, czemu się uśmiecha. Był zbyt sprytny, żeby zbliżyć się z powodu błahej prowokacji, a fale były dzisiaj zbyt duże, żeby ryzykować utratę równowagi dla chwili przyjemności.

Ani razu nie zaproponował, że teraz on powiosłuje.

Jedynym, co sprawiało, że Kip dalej wiosłował, był strach. To było wyczerpujące bać się dwa dni z rzędu i zaczynało to Kipa doprowadzać do furii.

Tylko co ja mogę? Jestem ślepy i tak osłabiony, że nie dałbym sobie rady z kociakiem, na pewno dostałbym skurczu mięśni albo padłbym przy pierwszej próbie ruchu. Zymun przygotował pole rozgrywki. Miał karty: sześć kolorów i broń.

Jednakże, kiedy tylko Kip dostrzegł, że to gra w Dziewięć Króli, przerażenie osłabło. Wyobraził sobie, jak analizuje rozgrywkę z cierpliwością błękitu. Czy Zymun mógł być choć w przybliżeniu równie przerażającym przeciwnikiem jak Andross Guile? Nie. Jeżeli jednak masz słabe karty, nadal możesz przegrać nawet z kiepskim przeciwnikiem.

Zymun mógł w każdej chwili zabić Kipa, z łatwością i bez obawy, że przyjdzie mu za to zapłacić, bo nikt nigdy się nie dowie.

Tak, tak, to już ustaliliśmy, ale co z tego?

Najlepszą kartą Kipa było lenistwo przeciwnika. Zymun wiedział, że muszą wiosłować, inaczej padną ofiarą piratów i trafią do niewoli. I nie chciał samemu wiosłować, więc Kip był bezpieczny, dopóki nie zirytuje go w takim stopniu, że Zymun przezwycięży swoje lenistwo albo dopóki nie przestanie mu być potrzebny.

Zymun miał świetne karty, ale świetna karta, którą nigdy nie zagrasz, to nic niewarta karta.

Zymun miał wręcz niedorzecznie wysokie mniemanie o sobie – już niezwykle obszernie opowiedział o wszystkich rzeczach, które zrobi, kiedy dotrze do Chromerii. Kip nie pojawiał się w tych opowieściach, a to powiedziało mu wszystko na temat jego przyszłości. Jednakże wysokie mniemanie o sobie oznaczało, że Zymun miał proporcjonalnie złe zdanie o innych. Kip zachowywał się jak pokonany, a Zymun w to wierzył. Oczywiście, że był lepszy. Oczywiście, że Kip musiał być zdruzgotany tym faktem i zdawał sobie sprawę z własnej bezradności.

– Naprawdę spodziewałem się, że rekiny cię dopadną w Garristonie – powiedział Kip z niechętnym podziwem w głosie.

Zymun nie był idiotą mimo jego arogancji. Kiedy słońce zaszło, tracił swoją luksynową przewagę. Zostawały mu wtedy tylko trzy karty: pistolet, obrażenia Kipa i własne mięśnie nieudręczone kilkunastoma godzinami wyczerpującej harówki. Za każdym razem kiedy Kip obracał się we śnie, leżąc na dziobie ich łódki pod ławką, Zymun natychmiast się budził z zamkiem skałkowym już odciągniętym i wycelowaną bronią.

Ryzyko, że Kip zostanie niechcący zastrzelony, kiedy Zymun drgnie przez sen, były przygnębiająco duże.

– Nie była to miła kąpiel – przyznał Zymun. A po chwili dodał: – Spodziewałem się, że wodospad w Rekton cię załatwi.

Poirytowany Kip Pyskacz omal nie napomknął o ich następnym spotkaniu, tym w obozie buntowników, kiedy Zymun go nie rozpoznał. Jednakże szydzenie z człowieka, który dysponuje kilkunastoma pewnymi metodami zabicia cię nie jest najrozsądniejszą rzeczą na świecie.

– Chyba łączy nas coś jeszcze – orzekł Kip. – Trudno nas zabić.

Nie powinien zawracać sobie głowy próbą stworzenia iluzorycznej więzi. Zymun był podłym gadem. Kip uznał, że chłopak musiał to ukrywać przez większość czasu. Jednak nie przy Kipie. Kolejny znak, jak niewiele czasu zostało Kipowi.

– Płynie w nas krew Guile’ów – powiedział Zymun – ale ty zawsze będziesz bękartem. Udowodnię swoją wartość dziadkowi i zostanę spadkobiercą. Spadkobiercą!

Kip wiosłował.

– Jesteś pewien? – zapytał. – Że Karris to twoja matka? Nigdy nie słyszałem żadnych szeptów na ten temat.

Nie cierpiał przepaski na oczach, bo musiał odczytywać ton głosu Zymuna, zamiast szukać przelotnych grymasów czy drgnień, które zdradziłyby prawdę.

– Była zaręczona z Pryzmatem, kiedy mnie poczęli. Dzięki temu jestem prawowitym potomkiem, przynajmniej dla większości ludzi. On zerwał zaręczyny, a ona wyjechała i zatrzymała się u krewnych.

– W Tyrei?! – zdumiał się Kip.

Tam pierwszy raz zobaczył Zymuna, gdy sprzeciwił się mistrzowi i ciskał pociskami ogniowymi w Kipa, zmuszając go do skoku z wodospadu.

– W Krwawej Puszczy. W małym miasteczku zwanym Jabłoniowy Zagajnik. Potem wyjechałem do Tyrei. To było jedyne miejsce poza Chromerią, gdzie można było uczyć się krzesać.

– Pomysł dziadka? – zapytał Kip.

To brzmiało mu jak pomysł Androssa Guile. Kazać chłopaka wykształcić i wyszkolić, nie wykładając jego karty na stół. Idealna ukryta karta. Zymun przygotowywany do roli broni doskonałej nie mógł jednocześnie zdobywać sobie sprzymierzeńców w Chromerii. Idealnie nadawałby się jako broń przeciwko Gavinowi lub Spektrum, ale zarazem nie stanowiłby zagrożenia dla samego Androssa. Chłopak nawet nie zdawał sobie sprawy, jak cynicznie Andross go wykorzystywał.

Chyba sam stałem się nieco cyniczny, skoro widzę to tak wyraźnie. A może jestem cyniczny tylko w kwestiach dotyczących Androssa Guile?

Zymun nie odpowiedział. A może pokiwał głową.

W ciągu dwóch dni Zymun ani razu nie zapytał o Karris. Najwyraźniej uważał, że dzięki jej pozycji w Czarnej Gwardii może ją zaakceptować jako matkę, ale sama w sobie nie miała żadnej władzy i w związku z tym nie była interesująca. Zachowywał swoje pytania, żeby uzbroić się na spotkanie z Androssem Guile. Kip chciałby przy tym być.

Następnym razem, kiedy wiosło Kipa zsunęło się z fali, rozkaszlał się. Krztusząc się, zasłonił usta ręką i przesunął odrobinę opaskę na oczy w górę nosa. Kaszel, nawet udawany, bolał jak diabli. Kip nabrał w płuca mnóstwo wody morskiej, kiedy skoczył do Morza Lazurowego ratować Gavina Guile.

Kiedyś myślał o sobie jako o żółwio-niedźwiedziu obdarzonym nadzwyczajną zdolnością przyjmowania kar. Naprawdę będzie musiał wymyślić sobie jakiś inny szczególny dar. Ten był okropny.

Wrócił do wiosłowania. Zymun kazał mu zdjąć koszulę, żeby widzieć, czy Kip nie próbuje upchnąć w sobie luksynu, i żeby samemu się zagrzać. Przy zachmurzeniu i jesiennym wietrze było chłodno przez większość ranka i wieczoru. Wiosłując i pocąc się, Kip nieszczególnie odczuwał brak koszuli.

Pod koniec każdego pociągnięcia, kiedy głowa w naturalny sposób mu się odchylała, Kip nabierał maleńki łyczek błękitu spod opaski. W słabym, szarym świetle sączącym się przez chmury, morze było jak zupa, a rzęsy i opaska przesłaniały większość koloru, on jednak nie potrzebował dużo. Nie mógł wziąć dużo naraz, bo Zymun mógłby zauważyć. Brał odrobinę za każdym razem, a jego skóra była dostatecznie ciemna, żeby ukryć luksyn, kiedy wędrował z oczu, przez twarz ukrytą pod opaską, po plecach i odkładał się w nogach i na pośladkach, w miejscach zasłoniętych. Zymun już kilka razy sprawdzał mu skórę głowy i twarz pod opaską, więc nadmiar ostrożności był jak najbardziej na miejscu.

Zymun – przekonany, że Kip nie może krzesać – spodziewał się ataku w nocy, kiedy miał najmniej sił. Jednakże jako polichromata z pełnym spektrum Kip wiedział, że słabości nie mierzy się w kolorach. Nie było różnicy między Zymunem dysponującym tuzinem niezawodnych narzędzi śmierci a mającym tylko jedno, jeśli czas był dostatecznie ograniczony. Co więcej, jeśli Zymuna można bardziej zaskoczyć, kiedy dysponuje tuzinem metod zabicia Kipa, niż kiedy ma tylko jedną, wtedy te dodatkowe metody czynią go tylko słabszym.

Niektórzy ludzie myślą, że w Dziewięć Króli gra się przeciwko człowiekowi, a nie kartom. To brzmi sensownie, ale rzadko jest prawdą.

Nim nadeszło późne popołudnie, Kip miał już dostatecznie dużo luksynu. Potrzebował całej koncentracji, żeby wiosłować i odsuwać od siebie ból, powoli przenosząc luksyn po plecach, przez kark, na skórę czaszki. Żeby krzesać, luksyn musi mieć kontakt z krwią. Większość krzesicieli decyduje się rozerwać skórę na nadgarstkach lub pod paznokciami. Po jakimś czasie formuje się tam tkanka bliznowata, ciało się dostosowuje. Jednak nie trzeba przepychać luksynu przez to samo miejsce co do tej pory, a Kip nie miał takiego zamiaru. Każdy ułamek straconej sekundy zwiększał prawdopodobieństwo jego śmierci.

Łyczki błękitu sprawiały, że wszystko wydawało się takie logiczne. Zmysły Kipa były wyostrzone, odfiltrowały wiatr i jego własny oddech. Kip odgadywał, że Zymun siedzi zwrócony twarzą do niego. Wiedział, gdzie znajduje się ławeczka, zorientował się, że Zymun siedzi pośrodku, czując, jak łódka leży na wodzie. Słyszał, że Zymun czasem się przesuwa, oglądając się albo zerkając w stronę brzegu.

Błękit nie potrafił jednak wyciszyć dźwięków, a jedynie odcedzić właściwe. Nieregularne powiewy wiatru zacierały wiele informacji, z których Kip mógłby skorzystać. Niebieski nie wygaszał też bólu w ciele. Kip gospodarował malejącymi zasobami najoszczędniej jak mógł, odgrywając odrobinę bardziej wycieńczonego niż był, żeby odpoczywać chwilę między każdym pociągnięciem wiosłem, balansując między lenistwem Zymuna i zagrożeniem dla własnego życia.

To musiało stać się dzisiaj. Wkrótce. Nie zostało mu już zbyt wiele sił.

Kip zgarbił się, jęknął z bólu, wypuścił wiosła i udał, że złapał go skurcz w nodze. Ruch był dostatecznie nagły, żeby Kip zapracował sobie na kulkę z muszkietu między oczy. Masował nogę obiema rękami, oceniając, sprawdzając, rozciągając nie tylko nogi, ale i dłonie oraz ręce.

Rozległo się nagłe prychnięcie, a po nim cichy okrzyk.

Rozkładając nogi szerzej niż do tej pory, przez co były mniej pomocne przy wiosłowaniu, ale – jak miał nadzieję – bardziej użyteczne przy nagłym skoku, Kip usadowił się z powrotem i zaczął na oślep szukać wioseł. Udawał, że tego nie zauważył, ale omal nie wyzionął ducha.

Zymun musiał przysnąć. Kip obudził wroga. Dysponując błękitem, który wyostrzał mu zmysły, gdyby Kip poczekał jeszcze kilka chwil...

Niestety, nie poczekał. Koniec kropka. Dowódca Żelazna Pięść powiedział im kiedyś: „Oglądanie się za siebie nie pomaga. Roztrząsajcie swoje błędy, kiedy będziecie bezpieczni. Najpierw zapewnijcie sobie bezpieczeństwo”.

– Jeśli myślisz, że ci pomogę, to chyba ci odbiło – powiedział Zymun.

Kip jęknął z powodu bólu w rękach. Nie wiedział, czy będzie miał dość sił, żeby chociaż rzucić się przez łódkę. Macał na oślep, szukając wioseł, które wypuścił.

– Im dłużej szukam wioseł, tym dłużej odpoczywam – powiedział.

– Prawa ręka. W górę i do przodu. Wyżej. Wykorzystaj łańcuch, głupku.

Wiosło w dulce podskakiwało i kołysało się na falach. Uderzyło Kipa w paznokcie, aż chłopak jęknął. Zgiął nadgarstki, żeby sięgnąć do okowów, i po łańcuchu powędrował do wiosła. Wcale nie zapomniał, że tak można. Po prostu wolał wyjść na głupka.

Lepiej, żeby nie było widać, że ocenia, jak dokładnie długi jest łańcuch. Kip złapał wiosło. Potem to samo zrobił lewą ręką i znowu zaczął wiosłować.

– Bardziej na bakburtę – polecił znudzonym głosem Zymun. – O, właśnie.

Istniał tylko jeden sensowny sposób. Kip musiał zrzucić Zymuna do wody i samemu do niej nie wpaść. Gdy już Zymun wyląduje w wodzie, pistolet na nic mu się nie zda. Będzie miał dość czasu, żeby tylko raz cisnąć czymś w Kipa. Ponieważ każdy luksyn miał swoją wagę, to ­działanie – bez względu na wybrany kolor – wywoła reakcję, która wepchnie Zymuna głębiej pod wodę.

Jeśli Zymun spudłuje przy tym pierwszym uderzeniu, Kip będzie miał szansę. Będzie musiał wiosłować jak szalony. Kiedy zobaczy, jak daleko znajdują się od brzegu, zdecyduje, czy może zaryzykować i zawrócić, żeby zabić Zymuna, czy też zostawi go na łaskę morza. Po ostatniej graniczącej z cudem ucieczce przez wody pełne rekinów Kip zamierzał go dla pewności zabić.

Jeżeli Kip okaże się za wolny, Zymun go zastrzeli. Nie mając pojęcia, w jakim kierunku wiosłować i będąc tak osłabionym, Kip umrze. Jeśli zrzuci ich obu do wody, też umrze. Zymun był lepszym pływakiem, nawet kiedy Kip był zdrowy.

Będzie miał tylko jedną niewielką szansę. Kip musiał być na nią gotowy. Jego źrenice, osłaniane przed światłem przez przepaskę, z natury rzeczy były rozszerzone. Próbował je świadomie zwęzić, to sztuczka znana każdemu doświadczonemu krzesicielowi. Jeśli światło go oślepi, spudłuje. A jeżeli...

Ciężar Zymuna się przesunął.

– Orholamie – mruknął.

Właściwa chwila nadeszła tak nagle, że Kip omal jej nie przegapił.

– Galera – powiedział Zymun.

Niebieski luksyn, który Kip trzymał w sobie, podpowiedział mu, że głos Zymuna jest przytłumiony, bo chłopak obrócił się w bok, żeby spojrzeć.

– Myślę, że to piraci.

Teraz! Niebieski luksyn wyrwał się przez skórę Kipa na skroniach. Palcami niebieskiego luksynu zerwał opaskę z głowy – i skoczył.

7.75
Ocena użytkowników
Średnia z 2 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: Okaleczone Oko
Cykl: Powiernik Światła
Tom: 3
Autor: Brent Weeks
Wydawca: MAG
Data wydania: 18 lutego 2015
Liczba stron: 992
Oprawa: miękka
Cena: 49 zł

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.