» Fragmenty książek » Oberki do końca świata

Oberki do końca świata


wersja do druku

Oberki do końca świata

Grał na jej weselu, choć ją chciał poślubić.

A teraz swą bratową może tylko lubić. Mógł Marię tylko lubić i tylko jako bratową. A przecież ją kochał. Wszystko zaczęło się wczesną wiosną. W Rokicinach szybko zrobiło się ciepło, szybko odtajały drogi. I szybko nadeszła miłość. Ugodziła dwóch kawalerów naraz. Franciszka i Józefa. Na pierwszym weselu po Wielkanocy pojawiła się Maria z Prawsi. Spotkali się na tym weselu, zaproszeni we troje przez złośliwy los. I Józef tańczył z Marią, i Franciszek. A potem znów Józef, i znów Franciszek. A Maria do jednego się śmiała i do drugiego. Dla jednego była miła, dla drugiego życzliwa. Żadnego nie wyróżniała, ale żadnego nie odtrącała. A potem we dwóch, jak to bracia, odprowadzali ją do Prawsi. A kiedy doszli pod dom jej ojców, to ona chciała ich odprowadzić. I znów między polami szli gęsiego do Rokicin. Była pełnia, rzucali długie cienie. Józef szedł z tyłu i patrzył na kołyszący chód Marii. Na ściągający ją w talii gorset, na warkocze, które co chwila odrzucała. Na długą szyję, na której kładły się nocne cienie. A Franciszek szedł przodem. I czuł na plecach oddech Marii, słyszał bicie jej serca, słyszał to wszystko i się zachwycał. I doszli do Rokicin i postanowili Marię odprowadzić. I znów szli gęsiego, znów przez pola. I tym razem Franciszek patrzył, a Józef słuchał. A Maria stąpała lekko między nimi. I wtedy serca w nich trzepotały, rozbijały się między żebrami. I nie wiedzieli, czy to chłód wiosennej nocy, czy coś innego. I nie wiedzieli, że za to trzepotanie przyjdzie im wszystkim, przyjdzie całej trójce drogo zapłacić. A potem nadchodziły kolejne dnie. I Józef w tajemnicy przed Franciszkiem wymykał się do Prawsi i wywoływał Marię z domu. Gwizdał pradawnego oberka, oberka Maciejowego. I gwizdał go jak słowik, że nikt poza Marią nie wiedział, że jest to umówiony sygnał. I wychodziła Maria na pola, na pola, gdzie nie można się było przed nikim ukryć. I szła, pogwizdując, do lasu, a tam między jasnymi pniami sosen czekał Józef. I wszystko pachniało żywicą. I mieli pod stopami długie, zrudziałe igliwie. I rozmawiali długo, przemawiali się do siebie. Józef przy nikim nie potrafił się tak śmiać, przy nikim nie potrafił patrzeć na świat z taką radością. A potem wysuwali się z lasu osobno i wracali w różne strony, by nie budzić podejrzeń. A następnego dnia w tajemnicy przed Józefem wymykał się z rodzinnego domu Franciszek. I tym samym, starodawnym Wichrowym oberkiem wywoływał Marię. I serca ich biły mocno i biły w tym samym rytmie. A Maria była piękna. Była kilka lat starsza od Franciszka, była dojrzałą kobietą. Miała jasne włosy, grube, lśniące warkocze. Chodziła tak lekko, jakby cały czas tańczyła. Dumnie wywijała dolną wargę i uśmiechała się samymi kącikami ust. Pięknie śpiewała i nawet gdyby to wszystko potraciła, to i tak by ją kochali. Jakub śmiał się, że muzykanci mogą sobie pozwolić na piękne żony. Że nie muszą się oglądać na ich majątki, na pola, na schedy. I tak nigdy ziemi nie mieli, i tak nie mieli czasu jej uprawiać. Więc mogli brać sobie żony ładne. I taka była Maria. Miała dwadzieścia pięć lat i jej rówieśniczki już dawno zdążyły znaleźć mężów. Ale nie za nią oglądali się gospodarscy synowie, a nawet jak się oglądali, to ojcowie odwodzili ich wzrok w kierunku mórg ziemi i żyznych zagonów. Bo Maria Kądziela nic nie miała, poza lnianą pościelą, którą haftowała zimowymi wieczorami. Kądziele nie mieli wiele ziemi, nie mieli ziemi żyznej. Biedni byli jak Wichrowie, tylko nie grali po weselach. I trochę minęły Marii lata i śmiano się w Prawsi z jej staropanieństwa. Aż do rokicińskiego wesela, gdzie obtańcowali ją bez chwili wytchnienia dwaj młodzi Wichrowie. Przy Marii Józef chodził na długie spacery, zaszli razem w miejsca, gdzie nigdy osobno nie dochodzili. Długo szli polami na południe, drożyną, z której wiele dziesiątków lat wcześniej wynurzył się Maciej Wicher. Chodzili przez sosnowe lasy i odległe od Rokicin brzeziny. Doszli wreszcie do rzeki i w cieniu zwieszających się olch patrzyli na ciemny, powolny nurt. Moczyli nogi w chłodnej, leniwej wodzie i wygrzewali się na słońcu zanurzeni w wysokiej, soczystej trawie. I w tych chwilach szczęścia Józef nie myślał o tym, że po jego śladach chodzi Franciszek, a jego stopy wędrują po śladach Franciszka. Kiedyś zapytał Marię o brata, a ta zamilkła i nie potrafiła mu nic powiedzieć, więc nie pytał, tylko cieszył się darowanymi przez los chwilami. Czuł, że po takich pytaniach Maria mu się wymyka, oddala. Chciał się do niej zbliżyć, a ona stawała się obca. Więc nie pytał, tylko prosił Boga, żeby nie zabierał mu szczęścia, żeby nie zabierał mu Marii.

Po raz pierwszy w życiu Józef się zakochał.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Po raz pierwszy w życiu Józef chciał się żenić.

Choć bał się, że na brata Maria go wymieni. I kiedy myślał o tym wieczorami, przewracając się na sienniku, to odsuwał od siebie ponure myśli. Bał się przewidywać przyszłość, bał się myśleć o następnych dniach i tygodniach. Leżał, zwinięty w kłębek i przerażony ulotnością własnego szczęścia. Bał się rozmowy z Frankiem, bo czuł, że ona może zburzyć cały jego świat. Bał się wiedzieć. Chciał, jak dziecko, zamknąć oczy i uwierzyć, że wszystko będzie dobrze. I leżeli tak w bezsenne noce Józef z Franciszkiem. I leżeli niedaleko siebie i słyszeli własne niespokojne oddechy. I patrzyli na ten sam sufit i mieli te same myśli i na usta cisnęły im się te same słowa. Ale te słowa więzły w nocnej ciszy, czasem tylko bezgłośnie poruszając spieczone wargi.

Po raz pierwszy Józef myślał o małżeństwie.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Lecz gdzie dwa Wichry grają, tam będzie nieszczęście. Tak powtarzano w jego rodzie od pokoleń. Ponoć przed wielu laty byli w rodzie dwaj bracia, co się pozabijali swa grą, co się mierzyli na oberki i potracili życie. Nikt nie pamiętał ich imion, ale lękano się, by się sytuacja nie powtórzyła. I nie grywano razem, nie konkurowano ze sobą. Jak rodzili się bracia, każdy miał swoją kapelę, dzielili się wioskami i w drogę sobie nie wchodzili. A tu nie o wioskę szło, nie o granie, nie o wesele. Szło o Marię, a przez nią jednak o wspólne wesele. A takiego być nie mogło. Józef czuł, że Franciszek ma do Marii większe prawo. Bo jest starszy, bo bardziej do żeniaczki gotowy, bo od roku Jakub mu przygadywał, że powinien znaleźć sobie dziewczynę. Józef miał czas, miał przed sobą piękne lata kawalerki. Ale chciał Marii. Aż pewnego dnia, na skraju wiosny i lata, wziął go do karczmy Franciszek. Nigdy go do karczmy nie brał, bo nie było na karczmę pieniędzy, bo nie było w zwyczaju, by bracia do karczmy specjalnie chodzili. I czuł Józef przez skórę, że o Marii będą rozmawiać. Że Franciszek chce to zrobić poza domem, że chce to załatwić po męsku. I szli drogą wysadzaną wierzbami i liczył Józef wierzby, bo milczeli cały czas. Franciszek wbił dłonie w kieszenie i pogwizdywał stare oberki. Ale Józef słyszał, że fałszuje i często gubi melodię. I nie poznawał w tym brata, który urodził się muzykantem i nigdy nie mylił dźwięków. I czuł, że wisi nad nimi ta odkładana przez tygodnie rozmowa, że pęcznieje między nimi ta burzowa chmura. Zadawał sobie w myśli pytania, przewidywał słowa Franciszka i układał sobie odpowiedzi. Wygrywał w myślach te słowne pojedynki, ale po chwili tracił wiarę w sens jakichkolwiek słów. Bo cóż można poradzić na taką sprawę.

Gdzie dwa Wichry grają, tam będzie nieszczęście.

Gdzie dwa Wichry grają, tam się śmierć zakrada.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Lecz kiedy dwa kochają, tam się czai zdrada. W końcu weszli do zakopconej karczmy, oczy ich zapiekły i po policzkach, od dymu, pociekły łzy. I siedli w kącie, w tym samym, gdzie przed laty siadł przed burzą Wojciech Kowal. I zamówili flaszkę wódki i dwie szklanki. Starsi patrzyli na nich z ukosa, ale nie przeszkadzali. Bo każdy ma prawo choć raz w swoim życiu upić się w karczmie na własny rachunek. Zrobiło się wkoło nich luźno, bywalcy karczmy uszanowali to niezbywalne, ludzkie prawo. Musiało być widać po braciach, że mają powód, by samotnie pić. I pili w milczeniu, wpierw nie krzyżując spojrzeń. Uciekali od siebie, oddzieleni stołem, oddzieleni flaszką wódki. Żłobili spojrzeniami rysy w blacie, szukali okien, palcami rysowali na stole niewidzialne litery. A potem kiedy trunek ich ośmielił, hardo spoglądali sobie w siwe oczy, hardo przepijali do siebie. Józef widział, jak bratu drżą dłonie, jak zaciska palce do białości. I czuł, jak szklanka dzwoni mu o zęby, jak zęby dzwonią o zęby, jak serce łomocze o żebra. Aż wreszcie wypili ostatnie hausty, flaszka się skończyła i Franciszek głuchym, papierowym głosem powiedział, żenię się z Marią. Józef ledwo usłyszał jego słowa. Patrzył, jak brat powoli wstaje, jak zamroczony patrzył, jak brat lekko się zataczając, wychodzi z karczmy. A potem siedział tępo w kącie, ogłuszony słowami Franciszka. I przez lata kąt w kadzidlańskiej karczmie kojarzył mu się z tymi słowami, żenię się Marią. Nie Józef, a brat. Ale tamtego wieczoru, na skraju wiosny i lata, dla Józefa skończył się świat. Nie pamiętał, jak wyszedł z karczmy, nie pamiętał, jak doszedł do Rokicin. Obudziło go słońce, przez szpary w ścianach omiatające wnętrze Wichrowej stodoły. Świat trwał, ale Józef nie widział w nim miejsca dla siebie. Nie pamiętał, jak minęły kolejne dni. A jednak mijały.

Czy można wyrzucać niewinnej kobiecie?

Że o jednego Wichra za dużo na świecie? Nie rozmawiał Józef z Marią. Z nikim nie rozmawiał, nawet siebie przestał się o cokolwiek pytać. Jak przez mgłę widział radość swego ojca, jak przez mgłę przyglądał się przygotowaniom do ślubu. Był synem weselnego skrzypka, na wesela chodził od dziecka. Znał odwieczne obrzędy, znał wszystkie przygotowania. I teraz przyglądał się temu z boku. Tępo patrzył na radość wokół siebie. Nie widział tej radości na twarzy brata, zniknął jego uśmiech, zniknął ognik, który zawsze czaił się na dnie jego oczu. I wiedział, że to on sam przegląda się na dnie Frankowych oczu. Bo wiedział, że jego ognik też zgasł. Choć z innego powodu. Wiedział, że jest tym Wichrem, który musi się usunąć. I usunął się, wszedł w najciemniejszy kąt i prawie z niego nie wychodził. Ale od braku słońca wspomnienia wcale nie chciały wyblaknąć. Raz usłyszał, jak do domu weszła Maria. Była w sąsiedniej izbie, czuł jej zapach, słyszał jej szeptanie. Nie weszła do pokoju, gdzie siedział, on nie wyszedł jej przywitać. Były między nimi drzwi, drzwi, których żadne nie chciało otworzyć. Los zatrzasnął im te drzwi przed nosem i nic nie dało się na to zrobić. Maria o czymś cicho rozmawiała z przyszłym teściem, Jakub głośno odpowiadał. I na krawędzi jej szeptu Józef nagle ją zobaczył. Zobaczył Marię ze swoich wspomnień, Marię z dumną dolną wargą, Marię z kilkoma piegami na nosie. I ta Maria ze wspomnień szeptała mu czułe słowa, a Maria z izby obok unikała go i szeptała trwożliwie, jakby wierzyła, że uda jej się pozostać niezauważoną. Szybko wyszła, Józef zobaczył jej cień za oknem.

Czy można wyrzucać niewinnej kobiecie?

Że o jednego Wichra za dużo na świecie? Józef nie wyrzucał Marii, nie winił Franciszka. Miał żal do całego świata, do losu, że skrzyżował ich drogi na pierwszym po Wielkanocy weselu. Prawie nie pamiętał Franciszka z tamtego czasu. Jakby brat gdzieś przepadł, jakby usunął się, nie chcąc się mijać z pogrążonym w smutkach Józefem. A ten nie wychodził z chałupy, krążył po niej, nie mogąc znaleźć miejsca. Wszystko go parzyło, nic nie dawało spokoju. Aż do momentu, kiedy Jakub poprosił go, by zagrał na weselu brata. Patrzył zdumiony na swego ojca i wiedział, że ten niczego nie podejrzewa. Że cieszy się nadchodzącym weselem, cieszy się radością Franciszka, cieszy się, że w Wichrowym domu pojawi się kobieta. Po tylu latach od śmierci żony. I Józef przełknął ślinę i najzwyklej na świecie powiedział, że zagra. A Jakub poklepał go po plecach, to twoje pierwsze wesele, synu, i wyszedł z izby do sadu.

Wichry wszystkie grały i wszystkie skrzypiały.

I na swoich weselach obcym grać nie dały.

Obcym grać nie dawały, a obce się bały. I nie mógł pozwolić Józef, by w stan małżeński przeprowadzał Franciszka i Marię jakiś obcy muzykant. Tomasz Kobiela z Prawsi dobrze grał, ale z diabłem paktował. A inni grali słabo, przy Wichrach pewnie by ze strachu struny pozrywali. Bo mało kto odważyłby się zagrać, kiedy na sali siedzieli Wichrowi muzykanci. Miałaby się Maria obracać w rytm obcego grania? Choć tyle mógł zrobić Józef, by się kołysała do jego skrzypiec, do jego oberków. Choć tyle mógł bratu z bratowej wykraść. Więc siedział na weselu z boku, gdzie miejsce muzykantów i grał kolejne oberki. Już nie obrzędowe, jak taniec przekazania, lecz zwykłe, delikatne oberki, podczas których młodzi mają siebie dla siebie. I dotykał tymi oberkami Marii i obejmował ją kolejnymi melodiami. I chciał Marię rozkołysać, chciał dzięki muzyce być tam, gdzie być nie mógł. A ci, którzy byli na tym weselu i dobrze znali się na muzyce, słuchali go z podziwem. Słuchali z podziwem młodego talentu z rodu Wichrów i przyznawali w duchu, że tak pięknie nikt ostatnio w okolicy nie grywał. A Józef grał, zapomniawszy o gościach, grał, zapomniawszy o Franciszku, grał tylko dla Marii, na przekór całemu światu i na przekór swym nadziejom.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę
-
Ocena użytkowników
Średnia z 0 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Oberki do końca świata
Autor: Wit Szostak
Wydawca: Powergraph
Data wydania: 28 listopada 2014
Liczba stron: 288
Oprawa: twarda
Format: 135×205 mm
Seria wydawnicza: Kontrapunkty
Cena: 39 zł



Czytaj również

Oberki do końca świata - Wit Szostak
I jeden dzień dłużej...
- recenzja
Dumanowski
Rozbiorowa Polska alternatywna
- recenzja
Chochoły
Krakowski realizm magiczny
- recenzja
Ojciec
...czyli męskie relacje
- recenzja
Sto dni bez słońca
Aura Finneganów
- recenzja
Sto dni bez słońca
Wyspiarski Don Kichot
- recenzja

Komentarze

string(15) ""

Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.