» Fragmenty książek » Nim zawisną

Nim zawisną


wersja do druku

Nim zawisną

KŁODY POD NOGI

W siedzibie lorda gubernatora Anglandu było zimno. Wysokie ściany wzniesiono ze zwykłej zimnej zaprawy, rozległe posadzki wyłożono zimnymi kamiennymi płytami, w ziejącej paszczy kominka zalegał tylko zimny popiół. Jedyną ozdobą w sali był ogromny gobelin zawieszony na jej końcu, przedstawiający złote słońce Unii i skrzyżowane młoty Anglandu.

Lord gubernator Meed garbił się na twardym krześle przed wielkim, pustym stołem, gapiąc się w pustkę. Jego prawa ręka leżała bezwładnie obok kielicha z winem. Twarz miał bladą i zapadniętą, odświętne szaty pogniecione i poplamione, a rzadkie siwe włosy rozczochrane. Major West, urodzony i wychowany w Anglandzie, często słyszał, że Meeda uważa się za silnego przywódcę, wielką indywidualność, niestrudzonego czempiona prowincji i swojego ludu. Teraz Meed wyglądał jak cień tamtego wielkiego człowieka, skorupa zmiażdżona pod ciężarem urzędowego łańcucha, pusta i zimna niczym ziejący otwór kominka.

Temperatura w sali może i była niska, ale atmosfera okazała się jeszcze zimniejsza. Lord marszałek Burr stał w rozkroku pośrodku pomieszczenia; masywne dłonie zaciskał za plecami tak mocno, że pobielały mu kostki.

Major West stał u jego boku, sztywny jak kłoda, z pochyloną głową, żałując, że zrezygnował z płaszcza. Tutaj było zimniej niż na zewnątrz, chociaż jesienna aura była nadspodziewanie nieprzyjazna.

– Napije się pan wina, lordzie marszałku? – mruknął Meed, nie podnosząc wzroku.

Jego głos brzmiał słabo i piskliwie w tej rozległej przestrzeni. West miał wrażenie, że dostrzega skroploną parę oddechu starego człowieka.

– Nie, Wasza Łaskawość, dziękuję – odparł z marsową miną Burr.

Marszczył brwi bezustannie od miesiąca lub dwóch – przynajmniej tak to wyglądało z perspektywy Westa. Najwyraźniej nie znał innego wyrazu twarzy. Mars nadziei, mars zadowolenia, mars zaskoczenia. Tym razem mars wyrażał autentyczny gniew. West przeniósł ciężar z jednej zdrętwiałej stopy na drugą, próbując pobudzić krążenie krwi. Wolałby znaleźć się gdzie indziej.

– A pan, majorze West? – szepnął lord gubernator. – Napije się pan wina?

West otworzył usta, by odmówić, ale Burr odezwał się pierwszy.

– Co się stało? – warknął; ostre słowa uderzyły ze zgrzytem o zimne ściany, poniosły się echem wśród zimnych wiązarów.

– Co się stało? – Lord gubernator otrząsnął się i skierował spojrzenie podkrążonych oczu w górę, na Burra, jakby ujrzał go po raz pierwszy. – Straciłem synów.

Drżącą ręką chwycił kielich i opróżnił aż do dna.

West zauważył, że Burr jeszcze mocniej zaciska dłonie za plecami.

– Proszę przyjąć wyrazy współczucia, Wasza Łaskawość, ale miałem na myśli szerszy kontekst. Mówię o Czarnej Studni.

Meed wzdrygnął się na sam dźwięk tej nazwy.

– Odbyła się bitwa.

– To była rzeź! – warknął Burr. – Jak pan to wyjaśni? Nie otrzymał pan rozkazów króla? Miał pan zebrać wszystkich żołnierzy, jakich pan zdoła, obsadzić linie obrony i czekać na posiłki! W żadnym razie nie ryzykować bitwy z Bethodem!

– Rozkazy króla? – Lord gubernator wykrzywił usta. – Masz na myśli rozkazy Zamkniętej Rady? Otrzymałem je. Przeczytałem. Rozważyłem.

– A potem?

– Podarłem.

West słyszał, jak lord marszałek ciężko sapie.

– Po... Podarł je pan?

– Przez sto lat ja i moja rodzina zarządzaliśmy Anglandem. Kiedy tutaj przyszliśmy, niczego tu nie było. – Meed uniósł z dumą podbródek, wypiął pierś. – Ujarzmiliśmy tę dzicz. Wykarczowaliśmy lasy, wytyczyliśmy drogi, wybudowaliśmy farmy, kopalnie i miasta, które wzbogaciły całą Unię! – Oczy starca wyraźnie rozbłysły. Sprawiał wrażenie wyższego, śmielszego, silniejszego. – Ludzie z tych ziem najpierw zwracają się do mnie o ochronę, zanim spojrzą za morze! Miałem pozwolić tym Północnym, tym barbarzyńcom, tym zwierzętom bezkarnie pustoszyć moje ziemie? Zniweczyć wielkie dzieło moich przodków? Rabować, palić, gwałcić i zabijać wedle własnego upodobania? Miałem siedzieć za murami, gdy oni wyrzynają w pień cały Angland? Nie, marszałku Burr! Nie! Zebrałem wszystkich ludzi, uzbroiłem ich i wysłałem na spotkanie z dzikusami, do walki, a poprowadzili ich moi trzej synowie. Co innego mogłem zrobić?

– Wypełnić rozkazy, do kurwy nędzy! – wrzasnął Burr na całe gardło.

West był wstrząśnięty. Echo dzwoniło mu w uszach z mocą grzmotu.

Meed wzdrygnął się, rozdziawił usta, a potem warga mu zadrżała, łzy napłynęły do oczu i znowu zapadł się w sobie.

– Straciłem synów – szepnął, wbijając wzrok w podłogę. – Straciłem synów.

– Żal mi pańskich synów i wszystkich pozostałych, którzy na darmo stracili życie, ale nie żal mi pana, lordzie gubernatorze. Sam pan ściągnął na siebie nieszczęście. – Burr skrzywił się, ­przełknął ślinę i pomasował brzuch. Podszedł powoli do okna i wyjrzał na zimne, szare miasto. – Zmarnował pan całą swoją siłę, a teraz ja muszę umniejszyć własne, żeby rozmieścić ludzi w pańskich miastach, w pańskich fortecach. Przekaże pan pod moje rozkazy niedobitki spod Czarnej Studni, a także wszystkich innych zbrojnych zdolnych do walki. Będę potrzebował każdego człowieka.

– A ja? – mruknął Meed. – Przypuszczam, że te psy z Zamkniętej Rady wyją i domagają się mojej krwi?

– Niech sobie wyją. Ja potrzebuję pana tutaj. Uchodźcy ciągną na południe, uciekając przed Bethodem albo przed strachem, jaki wzbudza. Wyglądał pan ostatnio przez okno? Ostenhorm jest pełen uchodźców. Tysiącami tłoczą się pod murami, a to dopiero początek. Zadba pan o ich dobro i ewakuację do Midderlandu. Przez trzydzieści lat pańscy ludzie szukali u pana opieki, lordzie gubernatorze. Nadal pana potrzebują. – Burr odwrócił się od okna. – Dostarczy pan majorowi Westowi listę oddziałów, które nadal nadają się do walki. Co do uchodźców, to potrzebują jedzenia, ubrań i schronienia. Natychmiast należy rozpocząć przygotowania do ich ewakuacji.

– Natychmiast – szepnął Meed. – Oczywiście, że natychmiast.

Burr posłał Westowi szybkie spojrzenie spod krzaczastych brwi, odetchnął głęboko i ruszył długim krokiem w stronę drzwi. West obejrzał się, wychodząc. Lord gubernator Anglandu w dalszym ciągu siedział w pustej, lodowatej sali zgarbiony, z głową ukrytą w dłoniach.

 

***

 

– To jest Angland – powiedział West, wskazując wielka mapę. Odwrócił się, żeby spojrzeć na zebranych.

Niewielu oficerów okazywało choćby najmniejsze zainteresowanie tym, co musiał powiedzieć. Żadna to niespodzianka, a jednak zabolało.

Generał Kroy siedział po prawej stronie długiego stołu, sztywno wyprostowany i nieruchomy. Był wysoki, chudy, twardy, siwe włosy nosił przystrzyżone krótko przy skórze kanciastej czaszki, jego czarny mundur był prosty i nieskazitelny. Bardzo liczny sztab generała był podobnie przystrzyżony, ogolony, wypolerowany i ponury jak stadko żałobników. Po drugiej, lewej stronie siedział rozwalony na krześle generał Poulder o okrągłej, rumianej twarzy i sumiastych wąsiskach. Wielki kołnierz, sztywny od złotej nici, sięgał mu prawie do dużych, różowych uszu. Jego świta siedziała na krzesłach jak w siodłach, szkarłatne mundury ociekały galonami, górne guziki były beztrosko rozpięte. Z plamami błota na ubraniach po konnej jeździe obnosili się jak z medalami.

Po stronie Kroya wojna wymagała czystości, wyrzeczeń i bezwzględnego podporządkowania zasadom. Po stronie Pouldera sprowadzała się do ekstrawagancji i precyzyjnie ułożonych włosów. Obie grupy piorunowały się wzajemnie wzrokiem z wyniosłą pogardą, jakby tylko jedna posiadła sekrety dobrej wojaczki, a druga, choćby nie wiadomo jak się starała, nigdy nie będzie niczym więcej niż zawadą.

Obie grupy stanowiły wystarczającą zawadę dla umysłu Westa, ale żadna z nich nawet w połowie nie tak dużą, jak trzecia grupa, która zebrała się przy drugim końcu stołu. Ich przywódcą był nie kto inny, tylko sam następca tronu, książę Ladisla. On nosił nie tyle mundur, ile raczej szlafrok z epoletami. Elegancką piżamę z motywami wojskowymi. Już z samej koronki przy mankietach dałoby się zrobić przyzwoitych rozmiarów obrus, a jego sztab nie ustępował mu zbytnio wyrafinowaniem stroju. Wielu najbogatszych, najprzystojniejszych, najelegantszych i najbardziej bezużytecznych młodzieńców w całej Unii rozwaliło się na krzesłach wokół księcia. Gdyby miarą człowieka był jego kapelusz, byliby to doprawdy wielcy ludzie.

West odwrócił się z powrotem do mapy. W gardle mu nieprzyjemnie zaschło. Wiedział, co musi powiedzieć, musiał to tylko ­powiedzieć najwyraźniej jak się da i usiąść. Nieważne, że stali za nim jedni z najwyższych rangą ludzi w wojsku. Nie wspominając już o następcy tronu. Ludzie, o których West wiedział, że nim pogardzają. Nienawidzili go z powodu jego wysokiej pozycji i niskiego urodzenia. Nienawidzili go, bo zapracował sobie na swoją rangę.

– To jest Angland – powiedział znowu głosem, który w jego mniemaniu miał zabrzmieć spokojnie i pewnie. – Rzeka Cumnur – koniec jego wskaźnika przesunął się po krętej niebieskiej linii rzeki – dzieli prowincję na dwie części. Południowa część jest znacznie mniejsza, ale obejmuje zdecydowaną większość populacji i niemal wszystkie znaczące miasta, w tym stolicę Ostenhorm. Drogi są względnie dobre, teren w miarę odsłonięty. O ile nam wiadomo, Północni jeszcze nie przekroczyli rzeki.

Za jego plecami rozległo się głośne ziewnięcie, doskonale słyszalne z drugiego końca stołu. Krew zalała Westa i odwrócił się gwałtownie. Przynajmniej książę Ladisla sprawiał wrażenie, że słucha uważnie. Winowajcą był jeden z członków jego sztabu, młody lord Smund, mężczyzna znamienitego pochodzenia, niezmiernie majętny i mający nieco ponad dwadzieścia lat, ale obdarzony wszelkimi talentami nad wiek rozwiniętego dziesięciolatka. Garbił się na krześle i gapił w przestrzeń z szeroko rozdziawionymi ustami.

West z najwyższym trudem powstrzymał się, żeby do niego nie doskoczyć i nie złoić go wskaźnikiem.

– Nudzę pana? – syknął.

Smund był wyraźnie zaskoczony, że oberwało mu się od Westa. Rozejrzał się, jakby major zwracał się do któregoś z jego sąsiadów.

– Co, mnie? Nie, nie, majorze West, w żadnym wypadku. Nudzi? Skąd! Cumnur dzieli prowincję na dwie części i tak dalej. Fascynująca sprawa. Fascynująca! Naprawdę przepraszam. Późno położyłem się ostatniej nocy, rozumie pan?

West rozumiał. Picie do później nocy i popisy w towarzystwie książęcych pieczeniarzy, by potem rankiem marnować czas innych. Ludzie Kroya może i byli pedantyczni, a Pouldera aroganccy, ale przynajmniej byli żołnierzami. O ile West zdążył się zorientować, sztab księcia nie miał żadnych umiejętności – poza zdolnością do wyprowadzania go z równowagi. W tej kwestii byli ekspertami. Niemal zazgrzytał zębami z frustracji, kiedy odwrócił się ponownie do mapy.

– Północna część prowincji to co innego – warknął. – Niegościnne rozległe połacie gęstych lasów, dzikich mokradeł i nieregularnych wzgórz, rzadko zaludnione. Są tam kopalnie, obozy drwali, wioski oraz kilka kolonii karnych prowadzonych przez inkwizycję, wszystko ogromnie rozproszone. Są tylko dwie drogi, które ledwie nadają się do przeprowadzenia znacznych mas ludzkich czy zaopatrzenia, zwłaszcza że już wkrótce nadejdzie zima. – Wskaźnik przesunął się po dwóch wykropkowanych liniach biegnących z północy na południe przez lasy. – Zachodnia droga biegnie blisko gór, łącząc osady górnicze. Wschodni trakt trzyma się mniej więcej linii wybrzeża. Łączą się przy twierdzy Dunbrec nad Białą Strugą, północną granicą Anglandu. Ta twierdza, jak wszyscy wiemy, znajduje się już w rękach wroga.

Odwrócił się od mapy i usiadł, starając się oddychać powoli i spokojnie, zdławić w sobie cały gniew i pożegnać ból głowy, który już zaczynał pulsować mu za oczami.

– Dziękuję, majorze West – powiedział Burr, wstając, by zwrócić się do zgromadzonych.

Rozległy się szelesty i szmery, kiedy zebrani w sali się przebudzili. Lord marszałek przez chwilę przechadzał się przed mapą, zbierając myśli, a potem własnym wskaźnikiem postukał w punkt na mapie daleko na północ od Cumnuru.

– Czarna Studnia. Wioska, jakich wiele, jakieś dziesięć mil od drogi przy wybrzeżu. Zaledwie skupisko chałup, teraz już opuszczonych. Nie zaznaczono jej nawet na mapie. Miejsce niegodne niczyjej uwagi. Jeśli, rzecz jasna, pominąć fakt, że niedawno Północni zmasakrowali tam naszych żołnierzy.

– Przeklęci durni Anglandczycy – mruknął ktoś.

– Powinni byli na nas zaczekać – powiedział Poulder z uśmieszkiem satysfakcji.

– Rzeczywiście powinni – warknął Burr – ale byli pewni siebie. Zresztą, czemu mieli nie być? Kilka tysięcy dobrze wyposażonych ludzi, kawaleria, wielu zawodowych żołnierzy... Może nie tej samej klasy co gwardia królewska, ale wyszkolonych i zdeterminowanych. Można by uznać, że przerastali tych dzikusów o głowę.

– Dali im jednak stanowczy odpór – wtrącił książę Ladisla. – Prawda, marszałku Burr?

Burr spiorunował wzrokiem stół.

– Można powiedzieć, że dało się odpór, kiedy się zwyciężyło, Wasza Wysokość. Oni zostali wyrżnięci. Tylko ci, którzy mieli świetne wierzchowce i dużo szczęścia, uciekli. Poza godnym pożałowania marnotrawstwem zasobów ludzkich dochodzą jeszcze znaczne straty w sprzęcie i zapasach. Ten sprzęt i te zapasy wzbogaciły teraz naszego wroga. Najpoważniejszym zaś skutkiem tej porażki jest najprawdopodobniej panika, jaką wywołała wśród ludności. Drogi, na których polegać będą nasze wojska, są wypełnione uchodźcami, święcie przekonanymi, że Bethod w każdej chwili może dotrzeć do ich gospodarstw, wiosek, domów. To całkowita katastrofa, rzecz jasna; niewykluczone, że była to największa klęska poniesiona przez Unię w ostatnich czasach. Jednakże takie katastrofy niosą ze sobą nauczkę.

Lord marszałek oparł wielkie dłonie na stole i pochylił się.

– Ten Bethod jest ostrożny, bystry i bezwzględny. Nie brakuje mu konnych, piechoty, łuczników, ma też dość oleju w głowie, żeby umiejętnie ich wykorzystać. Dysponuje doskonałymi zwiadowcami, a jego armia jest bardzo mobilna, prawdopodobnie bardziej niż nasza, zwłaszcza na trudnym terenie, z jakim będziemy mieli do czynienia w północnej części prowincji. Zastawił pułapkę na Anglandczyków, a oni w nią wpadli. Nie możemy powtórzyć tego błędu.

Generał Kroy parsknął śmiechem, w którym nie było cienia wesołości.

– Czy zatem powinniśmy bać się tych barbarzyńców, lordzie marszałku? To pańska rada?

– Co takiego napisał Stolicus, generale Kroy? „Nigdy nie bój się swojego wroga, ale go szanuj”. Myślę, że tak powinna brzmieć moja rada, jeśli mam jakiejś udzielić. – Zmarszczył brwi, patrząc na stół. – Ja jednak nie udzielam rad. Ja wydaję rozkazy.

Kroy drgnął, niezadowolony z reprymendy, ale przynajmniej zamilkł. Chwilowo. West wiedział, że nie zachowa milczenia zbyt długo. Nigdy nie zachowywał.

– Musimy być ostrożni – kontynuował Burr, teraz zwracając się do wszystkich. – Nadal jednak dysponujemy pewną przewagą. Mamy dwanaście pułków gwardii królewskiej, przynajmniej tyle samo wojska zaciężnego arystokracji, plus trochę Anglandczyków, którzy uniknęli rzezi pod Czarną Studnią. Opierając się na zebranych raportach, możemy uznać, że nasza przewaga liczebna wynosi co najmniej pięć do jednego. Mamy również przewagę wyposażenia, taktyki i organizacji. Najwyraźniej Północni zdają sobie z tego sprawę. Mimo zwycięstwa trzymają się na północ od Cumnuru, zadowalając się plądrowaniem wiosek i sporadycznymi zbrojnymi wypadami na drugi brzeg. Najwyraźniej nie rwą się do sforsowania rzeki i zaryzykowania otwartej bitwy z nami.

– Trudno im się dziwić, obrzydliwym tchórzom. – Poulder zarechotał, a w jego sztabie rozległy się zgodne pomruki. – Pewnie już żałują, że w ogóle przekroczyli naszą granicę!

– Być może – mruknął Burr. – W każdym razie nie idą do nas, więc to my musimy przejść przez rzekę i ich wytropić. Dlatego zasadnicza część naszych wojsk zostanie podzielona na pół: lewe skrzydło znajdzie się pod rozkazami generała Kroya, a prawe generała Pouldera. – Kroy i Poulder spojrzeli po sobie z nieskrywaną wrogością. – Wyruszymy wschodnim traktem z naszych obozów tutaj, w Ostenhormie, a po sforsowaniu Cumnuru rozproszymy się, żeby zlokalizować armię Bethoda i doprowadzić do rozstrzygającego starcia.

– Z całym szacunkiem – przerwał mu generał Kroy tonem, który dawał wyraz czemuś całkowicie przeciwnemu niż szacunek – czy nie lepiej byłoby posłać jednej połowy armii zachodnim traktem?

– Zachód niewiele może zaoferować poza żelazem: jedyną rzeczą, w którą Północni już są dobrze zaopatrzeni. Droga wzdłuż wybrzeża oferuje większe zyski, znajduje się także bliżej ich własnych linii zaopatrzeniowych i dróg odwrotu. Poza tym nie chcę zbytnio rozpraszać naszych sił. Nadal jesteśmy zdani na domysły, jeśli chodzi o siłę armii Bethoda. Jeśli uda nam się przymusić go do bitwy, chcę móc szybko skoncentrować nasze siły i go zmiażdżyć.

– Ależ, lordzie marszałku! – Kroy mówił tonem człowieka zwracającego się do zdziecinniałego rodzica, który, niestety, nadal sam zawiaduje swoimi sprawami. – Chyba nie zostawimy zachodniej drogi bez ochrony?

– Właśnie zamierzałem przejść do tej kwestii – warknął Burr, odwracając się do mapy. – Trzeci oddział pod wodzą księcia Ladisli okopie się za Cumnurem i będzie strzegł zachodniego traktu. Jego zadaniem będzie dopilnowanie, żeby Północni nie przemknęli się bokiem i nie zaszli nas od tyłu. Utrzyma swoją pozycję na południe od rzeki, podczas gdy główna część wojsk podzieli się na pół i wypłoszy wroga z kryjówki.

– Cóż, moim zdaniem to doskonały plan – orzekł Poulder i posłał Kroyowi krzywy uśmieszek ponad stołem. – Całkowicie go popieram, lordzie marszałku. Proszę dysponować moją osobą tak, jak uzna pan za stosowne. Przygotuję moich ludzi do wymarszu w ciągu dziesięciu dni.

Jego sztab pokiwał głowami i rozległy się pomruki aprobaty.

– Wolałbym pięć dni – odparł Burr.

Mięśnie pyzatej twarzy Pouldera drgnęły, ale generał szybko ukrył rozdrażnienie.

– A zatem pięć, lordzie marszałku.

Teraz generał Kroy uśmiechnął się z zadowoleniem.

Tymczasem książę Ladisla patrzył na mapę, mrużąc oczy, a na jego solidnie upudrowaną twarz pomalutku wypływał wyraz konsternacji.

– Lordzie marszałku Burr – zaczął powoli – mój oddział ma ruszyć zachodnim traktem w stronę rzeki, zgadza się?

– Owszem, Wasza Wysokość.

– Ale mamy nie przekraczać rzeki?

– Owszem, Wasza Wysokość.

– Zatem nasz rola – Ladisla zerknął na Burra, nie kryjąc urazy – jest czysto defensywna?

– Owszem, czysto defensywna.

Następca tronu zmarszczył brwi.

– To mi wygląda na mierne zadanie.

Członkowie jego niedorzecznego sztabu poruszyli się nerwowo na krzesłach, rozległy się pomruki niezadowolenia z zadania leżącego zdecydowanie poniżej ich możliwości.

– Mierne? Proszę o wybaczenie, Wasza Wysokość, ale to w żadnym wypadku nie jest prawda! Angland to rozległa i skomplikowana topograficznie kraina. Północni mogą nam się wymknąć, a jeśli tak się zdarzy, wszelkie nasze nadzieje będziemy pokładali w Waszej Wysokości. Zadaniem Waszej Wysokości będzie uniemożliwienie wrogowi sforsowania rzeki, bo wtedy mógłby odciąć nam zaopatrzenie albo, co gorsza, pomaszerować prosto na Ostenhorm. – Burr pochylił się, skupiając spojrzenie na księciu i z przekonaniem potrząsając pięścią. – Wasza Wysokość będzie naszą opoką, naszym filarem, naszym fundamentem! Będzie zawiasem, na którym zawiśnie brama! Brama, która zatrzaśnie się przed tymi najeźdźcami i wypędzi ich z Anglandu!

West był pod wrażeniem. Zadanie księcia rzeczywiście było niepozorne, ale lord marszałek przedstawiłby nawet usuwanie gnoju z latryn jako szlachetną misję.

– Doskonale! – wykrzyknął Ladisla. Pióro w jego kapeluszu zakołysało się w tę i z powrotem. – Zawias, w rzeczy samej! Kapitalnie!

– W takim razie, jeśli nie ma dalszych pytań, panowie, to mamy dużo pracy. – Burr rozejrzał się po półkolu ponurych twarzy. Nikt się nie odezwał. – Odmaszerować!

Sztaby Kroya i Pouldera zmierzyły się nawzajem lodowatymi spojrzeniami, śpiesząc do wyjścia, by w pierwszej kolejności opuścić salę. Dwóch wielkich generałów przepychało się w drzwiach, które były dostatecznie szerokie dla nich obu, ale żaden nie chciał odwrócić się plecami do drugiego ani też wyjść za nim. Zwrócili się ku sobie, najeżeni, kiedy już przepchnęli się na korytarz.

– Generale Kroy – rzucił szyderczo Poulder, unosząc wyniośle głowę.

– Generale Poulder – syknął Kroy, obciągając nienagannie gładki mundur.

I każdy odszedł sztywnym krokiem w swoją stronę.

Kiedy spacerowym krokiem salę opuścili członkowie sztabu księcia Ladisli, perorując między sobą, kto ma najdroższą zbroję, West zaczął zbierać się do wyjścia. Miał ze sto zadań do wykonania, zwłoka nic mu nie da. Zanim jednak dotarł do drzwi, lord marszałek Burr przemówił:

– Oto nasza armia, co, West? Słowo daję, czasem czuję się jak ojciec z gromadką wiecznie kłócących się synów, za to bez żony do pomocy. Poulder, Kroy i Ladisla. – Pokręcił głową. – Moi trzej dowódcy! Każdy myśli, że cała ta wojna ma jedynie przydać mu blasku. Nie ma trzech większych umysłów w całej Unii. Aż dziw, że jesteśmy w stanie pomieścić tę trójkę w jednym pokoju. – Beknął nagle. – Przeklęta niestrawność!

West gorączkowo szukał w myślach czegoś pozytywnego.

– Generał Poulder sprawia przynajmniej wrażenie posłusznego, sir.

Burr parsknął.

– Sprawia, owszem, ale, o ile to możliwe, ufam mu jeszcze mniej niż Kroyowi. Kroy przynajmniej jest przewidywalny. Można liczyć na to, że na każdym kroku będzie próbował pokrzyżować moje plany i się mi przeciwstawić. Na Poulderze w ogóle nie można polegać. Będzie się znacząco uśmiechał, będzie mi schlebiał i posłusznie wypełniał każde najmniejsze polecenie aż do chwili, kiedy dostrzeże jakąś korzyść dla siebie, a wtedy zwróci się przeciwko mnie z podwójną zaciekłością. Zobaczysz. I nie sposób zadowolić ich obydwu. – Zmrużył oczy i przełknął ślinę, masując brzuch. – Ale dopóki będziemy unieszczęśliwiać ich w równym stopniu, mamy szansę. Jedynym, za co możemy dziękować, jest to, że nienawidzą się nawzajem jeszcze bardziej, niż nienawidzą mnie. – Jeszcze mocniej zmarszczył czoło. – Obaj stali przede mną w kolejce do mojego stanowiska. Jak wiesz, generał Poulder to stary przyjaciel arcylektora. Z kolei Kroy to kuzyn najwyższego sędziego Marovii. Kiedy pojawił się wakat na stanowisku lorda marszałka, Zamknięta Rada nie potrafiła wybrać między nimi dwoma. Ostatecznie zdecydowali się na mnie, traktując mnie jak zgniły kompromis. Prostak z prowincji, nie, West? Oto kim dla nich jestem. Skuteczny prostak, rzecz jasna, ale nadal prostak. Przypuszczam, że gdyby Poulder albo Kroy jutro zmarł, następnego dnia zastąpiłby mnie ten drugi. Trudno wyobrazić sobie bardziej groteskowe położenie dla lorda marszałka, dopóki nie dodasz do tego jeszcze księcia.

West niemalże się skrzywił. Jak zamienić taki koszmar w korzyść?

– Książę Ladisla jest... pełen entuzjazmu? – zaryzykował.

– Co ja bym zrobił bez twojego optymizmu? – Burr zaśmiał się ponuro. – Pełen entuzjazmu? On buja w obłokach! Całe życie dogadzano mu, rozpieszczano i całkowicie go zepsuto! Ten chłopak i rzeczywisty świat nigdy się ze sobą nie zetknęli!

– Musi samodzielnie dowodzić, sir?

Lord marszałek potarł powieki grubymi palcami.

– Niestety, tak. Zamknięta Rada wypowiedziała się w tej kwestii niezwykle dobitnie. Martwią się, że król jest słabego zdrowia, a jego następcę powszechnie uważa się za skończonego głupca i utracjusza. Mają nadzieję, że odniesie jakieś wielkie zwycięstwo i zdobędzie nieco uznania. Odeślą go wtedy z powrotem do Adui w blasku chwały, gotowego, by stać się królem chłopskich serc.

Burr zamilkł na chwilę i wbił wzrok w podłogę.

– Zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, żeby ustrzec Ladislę przed kłopotami. Umieściłem go tam, gdzie moim zdaniem Północnych nie ma i przy odrobinie szczęścia nigdy nie będzie. Jednakże wojna jest nieprzewidywalna. Może się zdarzyć, że będzie musiał stanąć do walki. Dlatego potrzebuję kogoś, kto miałby go na oku. Kogoś, kto zna się na rzeczy. Kogoś równie twardego i pracowitego, jak ta jego parodia sztabu jest miękka i leniwa. Kogoś, kto może powstrzymać księcia przed wpakowaniem się w kłopoty.

Burr spojrzał na Westa spod krzaczastych brwi.

West poczuł potworne ściskanie w żołądku.

– Ja?

– Przykro mi, ale tak. Nie ma drugiej osoby, którą równie chętnie bym zatrzymał, lecz książę poprosił osobiście o ciebie.

– O mnie, sir? Przecież nie jestem dworzaninem! Nie jestem nawet arystokratą!

Burr prychnął.

– Poza mną Ladisla jest chyba jedynym człowiekiem w całej tej armii, którego nie obchodzi, czyim jesteś synem. To następca tronu! Arystokraci czy żebracy, w stosunku do niego wszyscy znajdujemy się równie nisko.

– Ale dlaczego ja?

– Bo jesteś wojownikiem. Pierwszy szarżowałeś przez wyłom w Ulriochu i tak dalej. Widziałeś walkę na własne oczy, i to wielokrotnie. Zapracowałeś sobie na reputację prawdziwego wojownika, a książę też jej pragnie. Oto dlaczego. – Burr wyjął z kieszeni munduru list i podał go majorowi. – Może to ci nieco osłodzi gorzką pigułkę.

West złamał pieczęć, rozłożył gruby papier i przebiegł wzrokiem po schludnie wypisanych linijkach. Kiedy skończył, przeczytał raz jeszcze, żeby się upewnić. Podniósł wzrok.

– To awans.

– Wiem, co to jest. Sam to załatwiłem. Może będą cię traktowali nieco poważniej, kiedy zyskasz jeszcze jedną gwiazdkę na mundurze, a może nie. Tak czy inaczej, zasłużyłeś.

– Dziękuję, lordzie marszałku – wymamrotał odrętwiały West.

– Za co? Za najgorszą robotę w armii? – Burr roześmiał się i po ojcowsku poklepał Westa po ramieniu. – Będzie mi cię brakowało, to pewne. Wyjeżdżam na inspekcję pierwszego pułku. Zawsze uważałem, że dowódca powinien się pokazać. Zechce mi pan towarzyszyć, pułkowniku?

 

***

 

Śnieg zaczął padać, zanim wyjechali za miejskie bramy. Białe drobinki unoszone przez wiatr, które topiły się, gdy tylko dotknęły drogi, drzew, czapraka konia Westa i pancerzy podążających za nimi gwardzistów.

– Śnieg – zrzędził Burr, zerkając przez ramię. – Już pada. Nie za wcześnie o tej porze roku?

– Bardzo wcześnie, lordzie marszałku, ale zrobiło się dostatecznie zimno. – West oderwał rękę od wodzy, żeby owinąć się ciaśniej płaszczem przy szyi. – Schyłek jesieni jest zimniejszy niż zwykle.

– O wiele zimniej będzie na północ od Cumnuru, dokąd się udaję.

– To prawda, lordzie marszałku, teraz już cieplej nie będzie.

– Zapowiada się ostra zima, co, pułkowniku?

– Najprawdopodobniej, lordzie marszałku.

Pułkowniku? Pułkowniku West? To zestawienie nadal brzmiało mu dziwnie, nawet w myślach. Nikt nie mógł marzyć o tym, że syn plebejusza zajdzie tak daleko. A już w szczególności nie marzył on sam.

– Długa, ostra zima – zastanawiał się na głos Burr. – Musimy prędko dopaść Bethoda. Złapać go i szybko załatwić, zanim wszyscy zamarzniemy. – Marszcząc brwi, patrzył na mijane drzewa, na śnieg wirujący wokół nich, w końcu także na Westa. – Kiepskie drogi, kiepski teren, kiepska pogoda. Nie najlepsza sytuacja, co, pułkowniku?

– Istotnie, lordzie marszałku – odparł ponuro West, ale to włas­nym położeniem się martwił.

– Daj spokój, mogło być gorzej. Okopiesz się na południe od rzeki, tam będzie miło i cieplutko. Pewnie nie zobaczysz nawet jednego włosa Północnych przez całą zimę. Słyszałem też, że książę i jego sztab lubią sobie podjeść. To o niebo lepsze niż błądzenie w śniegu w towarzystwie Pouldera i Kroya.

– Oczywiście, lordzie marszałku.

Mimo to West nie był do końca przekonany.

Burr zerknął przez ramię na gwardzistów kłusujących z tyłu w pełnym szacunku oddaleniu.

– Wiesz, kiedy byłem młodym człowiekiem, zanim spadł na mnie wątpliwy zaszczyt dowodzenia królewską armią, uwielbiałem jazdę konną. Galopowałem przez całe mile. Czułem wtedy... że naprawdę żyję. Mam wrażenie, że teraz nie ma na to czasu. Odprawy, dokumenty, siedzenie przy stołach, tylko to robię. Czasem człowiekowi chce się po prostu pojeździć. Rozumiesz mnie, West?

– Oczywiście, lordzie marszałku, ale teraz...

– Wio! – Burr wbił mocno ostrogi w boki konia, który śmignął po trakcie, aż błoto trysnęło spod kopyt.

West przez chwilę gapił się w ślad za marszałkiem.

– Do diabła – szepnął.

Ten uparty stary głupiec pewnie spadnie i skręci sobie kark. Gdzie wylądowaliby wtedy? Książę Ladisla musiałby przejąć ­dowodzenie. West zadygotał na samą myśl o tym i ponaglił własnego konia do galopu. Jaki miał wybór?

Drzewa migały po obu stronach, droga płynęła pod nim. Uszy wypełniło mu pobrzękiwanie uzdy i tętent kopyt. Wiatr napływał do ust, szczypał w oczy. Płatki śniegu leciały mu prosto w twarz. Zerknął przez ramię. Gwardziści się pogubili, ich konie się przepychały między sobą, zostali daleko w tyle.

Nie pozostało mu nic innego, jak dotrzymać tempa lordowi marszałkowi i nie spaść przy tym z siodła. Minęły lata, odkąd galopował tak ostro, pędził wtedy suchą równiną, mając tuż za sobą gurkhulską kawalerię w formacji klina. Był wtedy tylko trochę bardziej przerażony niż teraz. Boleśnie mocno zaciskał ręce na wodzach, serce waliło mu ze strachu i podniecenia. Zdał sobie sprawę, że się uśmiecha. Burr miał rację. Taki galop naprawdę sprawiał, że człowiek czuł, że żyje.

Lord marszałek zwolnił, a West ściągnął wodze, kiedy go dogonił. Teraz się śmiał i słyszał, że Burr też rechocze obok niego. Nie śmiał się tak od miesięcy. Może nawet od lat, bo nie pamiętał ostatniego razu. Wtedy zauważył coś kątem oka.

Poczuł przyprawiające o mdłości szarpnięcie, miażdżący ból w piersi. Głowa poleciała mu gwałtownie do przodu, wodze wypadły z rąk, wszystko wywróciło się do góry nogami. Jego koń przepadł. West przekoziołkował po ziemi.

Spróbował wstać, ale cały świat się zakołysał. Drzewa i białe niebo, wierzgające nogi konia, furkoczące w powietrzu grudy ziemi. Potknął się i upadł na drogę, nabrał błota w usta. Ktoś pomógł mu wstać, ciągnąc brutalnie za płaszcz, wlekąc go do lasu.

– Nie – wystękał. Ból w piersi prawie uniemożliwiał mu oddychanie.

Nie było powodu, żeby kierować się w tę stronę.

Czarna linia między drzewami. Zatoczył się do przodu, zgiął wpół, potknął się o poły płaszcza, wpadł w poszycie. Lina przeciągnięta w poprzek drogi, mocno naciągnięta, kiedy przejeżdżali. Ktoś go na wpół ciągnął, na wpół niósł. W głowie mu się kręciło, zatracił całkowicie wyczucie kierunku. Pułapka. Macał na oślep w poszukiwaniu miecza. Potrzebował chwili, żeby się zorientować, że pochwa jest pusta.

Północni. Poczuł ukłucie grozy. Północni dopadli jego i Burra. Mordercy nasłani przez Bethoda, żeby ich zabić. Skądś dobiegł szum i tętent, gdzieś zza drzew. West spróbował to ogarnąć. Gwardziści jechali za nimi drogą. Gdyby tylko mógł dać im jakoś znak...

– Tutaj... – wychrypiał żałośnie, zanim brudna ręka zacisnęła mu się na ustach i pociągnęła go w mokre poszycie.

Stawiał opór najlepiej, jak mógł, ale na nic nie miał siły. Gwardziści mignęli mu za drzewami w odległości zaledwie kilkunastu kroków, on jednak był bezsilny.

Z całej siły wgryzł się w brudną dłoń, ale ta tylko zacisnęła się mocniej, miażdżąc mu usta. Poczuł smak krwi. Może własnej, a może z ugryzionej ręki. Tętent koni cichł stopniowo w lesie, aż zupełnie zamarł. Wtedy pojawił się strach. Ręka cofnęła się, popchnąwszy go lekko, i West poleciał na plecy.

Pojawiła się nad nim twarz. Nieprzejednana, wychudła, prymitywna twarz, czarne włosy krótko przycięte, zęby odsłonięte w zwierzęcym grymasie, pałające gniewem zimne, obojętne oczy. Twarz obróciła się i splunęła na ziemię. Brakowało jej ucha. Został tylko płatek różowej blizny i dziura.

Nigdy w życiu West nie widział równie złowrogo wyglądającego człowieka. Wszystko w nim stanowiło ucieleśnienie przemocy. Był chyba dostatecznie silny, żeby rozedrzeć Westa na pół, gdyby zechciał. Z rany na ręce nieznajomego płynęła krew. Rany od zębów Westa. Krew skapywała z palców na leśne runo. W drugiej ręce trzymał kawał gładkiego drewna. Wzrok Westa z przerażeniem przesunął się po stylisku. Na jego końcu znajdowało się ciężkie, zakrzywione żeleźce, wypolerowane do połysku. Topór.

A zatem Północny. Nie wyglądał jak ci, którzy przewalają się po pijanemu w rynsztokach Adui. Nie przypominał też Północnych, którzy przychodzili do gospodarstwa ojca i błagali o pracę. To był ten inny rodzaj. Ten, którym matka Westa straszyła go w historiach opowiadanych mu w dzieciństwie. To był człowiek, którego pracą, rozrywką i jedynym celem w życiu było zabijanie. West przeniósł wzrok z zimnego ostrza na zimne oczy i z powrotem, odrętwiały z przerażenia. Już po nim. Umrze tu, w zimnym lesie, na ziemi, jak pies.

Podparł się i podciągnął na jednej ręce, ogarnięty nagłym pragnieniem ucieczki. Spojrzał przez ramię, ale w tamtym kierunku nie mógł uciekać. W ich stronę szedł przez las mężczyzna. Wielki mężczyzna o gęstej brodzie, z mieczem przerzuconym przez ramię. Niósł na rękach dziecko. West zamrugał, usiłując przyswoić sobie skalę tego widoku. Nigdy w życiu nie widział równie ogromnego mężczyzny, a dzieckiem był lord marszałek Burr. Olbrzym zrzucił brzemię na ziemię jak naręcze patyków. Burr spojrzał na niego i beknął.

West zazgrzytał zębami. Żeby tak pogalopować... Co ten stary głupiec sobie myślał? Zabił ich obu tym swoim „czasem człowiekowi chce się po prostu pojeździć”. Czujesz, że żyjesz? Żaden z nich nie przeżyje następnej godziny.

Musiał stanąć do walki. Teraz miał ostatnią szansę. Nawet jeśli nie miał czym walczyć. Lepiej umrzeć w walce niż na kolanach w błocie. Próbował zebrać w sobie gniew. Kiedy go nie potrzebował, miał niewyczerpane pokłady gniewu. A teraz nic. Tylko rozpaczliwa bezradność, która ciążyła mu i przygniatała całe ciało do ziemi.

Niezły z niego bohater. Niezły wojownik. Mało nie zlał się w spodnie. Pewnie, kobietę potrafił uderzyć. Prawie udusił na śmierć własną siostrę. Na samo wspomnienie nadal dławił się ze wstydu i odrazy, chociaż patrzył teraz śmierci w twarz. Myślał wtedy, że potem jakoś to naprawi. Tyle że nie będzie żadnego „potem”. Oto wszystko, co mu zostało.

Westowi napłynęły do oczu łzy.

– Przepraszam – mruknął. – Przepraszam.

Zamknął oczy i czekał na koniec.

– Nie ma za co przepraszać, przyjacielu, tak sobie miarkuję, że już go mocniej w życiu pogryziono.

Kolejny Północny wyłonił się z lasu i przykucnął obok Westa. Strąki pozlepianych brązowych włosów okalały szczupłą twarz. Bystre, ciemne oczy. Mądre. Posłał Westowi szelmowski uśmieszek, który w żadnej mierze nie był pocieszający. Dwa rzędy twardych, żółtych, ostrych zębów.

– Siedź – powiedział z akcentem tak mocnym, że West ledwie go zrozumiał. – Najlepiej siedź i się nie ruszaj.

Czwarty mężczyzna stanął nad nim i Burrem. Wysoki mężczyzna o szerokim torsie i nadgarstkach grubych jak kostki Westa. Brodę i skudlone włosy miał przetykane siwizną. Najwyraźniej przywódca, sądząc po tym, jak pozostali na niego patrzyli. Obejrzał Westa nieśpiesznie, w zadumie, jak człowiek, który patrzy na mrówkę i zastanawia się, czy ją rozdeptać.

– Jak myślisz, który z nich to Burr? – zagrzmiał w języku Północnych.

– Ja jestem Burr – powiedział West.

Musiał chronić lorda marszałka. Musiał. Bez namysłu wstał, a że nadal kręciło mu się w głowie po upadku, musiał chwycić się gałęzi, żeby się nie przewrócić.

– Ja jestem Burr.

Stary wojownik zmierzył go wzrokiem od stóp do głów, powoli i spokojnie.

– Ty? – Roześmiał się głośno, a brzmiało to jak basowy i groźny grzmot w oddali. – To mi się podoba! To ładne!

Odwrócił się do mężczyzny o złej twarzy.

– Widzisz? Mówiłeś, że ci Południowcy nie mają jaj.

– Mówiłem, że brak im rozumu. – Jednouchy spiorunował Westa wzrokiem, jakim głodny kot patrzy na ptaka. – I jeszcze nie miałem okazji zmienić zdania.

– Myślę, że to ten. – Przywódca patrzył na Burra. – Tyś Burr? – zapytał we wspólnej mowie.

Lord marszałek spojrzał na Westa, na górujących nad nimi Północnych, a potem powoli dźwignął się z ziemi. Obciągnął i otrzepał mundur, jak człowiek z godnością szykujący się na śmierć.

– Jestem Burr i nie będę waszą zabawką. Jeśli chcecie nas zabić, zróbcie to od razu.

West nie ruszył się z miejsca. Ratowanie godności nie wydawało się teraz warte wysiłku. Już prawie czuł, jak topór wbija mu się w głowę.

Tymczasem szpakowaty Północny tylko się uśmiechnął.

– Rozumiem, skąd się wzięło to nieporozumienie, i przykro nam, że nadszarpnęliśmy wam nerwy, ale nie przyszliśmy tu po to, żeby was zabić. Chcemy wam pomóc.

West z trudem ogarniał sens tego, co słyszał.

Burr też miał z tym kłopoty.

– Pomóc nam?

– Na północy jest mnóstwo takich, którzy nienawidzą Bethoda. Mnóstwo takich, którzy klęknęli przed nim wbrew swojej woli, i paru takich, którzy nie klęknęli w ogóle. To my. Już od dawna mamy na pieńku z tym skurwysynem i zamierzamy albo wyrównać rachunki, albo zginąć. Nie możemy sami z nim walczyć, ale słyszeliśmy, że wy z nim walczycie, więc tak sobie pomiarkowałem, że się do was przyłączymy.

– Przyłączycie?

– Przeszliśmy kawał świata, żeby to zrobić, i z tego, co widzieliśmy po drodze, przyda wam się nasza pomoc. Kiedy jednak tu dotarliśmy, wasi ludzie nie palili się, żeby nas przyjąć.

– Zachowali się wręcz niegrzecznie – dodał chudzielec przykucnięty obok Westa.

– W rzeczy samej, Wilczarz, w rzeczy samej. Ale my nie z tych, co dadzą się zniechęcić odrobiną chamstwa. Wtedy wpadłem na pomysł, żeby pogadać z tobą. Jak wódz z wodzem, można by rzec.

Burr zerknął na Westa.

– Chcą walczyć u naszego boku – powiedział.

West zamrugał w odpowiedzi, nadal próbując przetrawić myśl, że może jednak przeżyje ten dzień. Mężczyzna zwany Wilczarzem podał mu miecz – rękojeścią do przodu – i wyszczerzył zęby. West potrzebował chwili, żeby się zorientować, że to jego własna broń.

– Dzięki – mruknął, niezręcznie łapiąc za rękojeść.

– Nie ma sprawy.

– Jest nas pięciu – mówił przywódca – wszyscy jesteśmy Nazwanymi Ludźmi i weteranami. Walczyliśmy przeciwko Bethodowi i walczyliśmy z nim ramię w ramię na całej Północy. Jak mało kto znamy jego styl. Potrafimy przeprowadzić zwiad, walczyć, także zastawić pułapkę, jak widzicie. Nie wzdragamy się przed żadnym zadaniem wartym wysiłku, a każde zadanie, które zmierza do zaszkodzenia Bethodowi, jest warte naszego wysiłku. Co ty na to?

– Cóż... Ehm... – mruknął Burr, pocierając podbródek kciukiem. – Widać, żeście nadzwyczaj... – Popatrzył po twardych, brudnych, pobliźnionych twarzach – ...użyteczni ludzie. Jak mógłbym oprzeć się ofercie złożonej z takim wdziękiem?

– W takim razie lepiej nas przedstawię. Ten tu to Wilczarz.

– To ja – warknął chudy o spiczastych zębach, znowu posyłając im ten swój niepokojący uśmiech. – Miło poznać.

Złapał dłoń Westa i ścisnął ją, aż mu strzeliły kostki.

Trójdrzewiec skinął kciukiem na złowrogiego mężczyznę z toporem i jednym uchem.

– Ten przyjazny jegomość to Czarny Dow. Powiedziałbym, że zyskuje przy bliższym poznaniu, ale nie zyskuje.

Dow odwrócił się i znowu splunął na ziemię, a Trójdrzewiec mówił dalej:

– Ten duży do Tul Duru. Wołają na niego Burzowa Chmura. Jest jeszcze Harding Ponurak. Siedzi w lesie, trzyma wasze konie z dala od traktu, ale to żadna strata, bo i tak nie miałby nic do powiedzenia.

– A ty?

– Rudd Trójdrzewiec. Przywódca tej małej zgrai po tym, jak nasz poprzedni wódz wrócił do błota.

– Wrócił do błota, rozumiem. – Burr odetchnął głęboko. – Dobrze więc. Możecie podlegać pułkownikowi Westowi. Na pewno znajdzie dla was strawę i kwaterę, nie wspominając już o zajęciu.

– Ja? – spytał West. Miecz nadal zwisał mu bezwładnie z ręki.

– Zdecydowanie. – Ledwie widoczny uśmieszek nieznacznie uniósł kącik ust lorda marszałka. – Nasi nowi sprzymierzeńcy powinni idealnie wpasować się w świtę księcia Ladisli.

West nie wiedział, czy ma się śmiać, czy płakać. Kiedy już myślał, że jego sytuacja nie może być gorsza, przyszło mu zająć się piątką dzikusów.

Trójdrzewiec najwyraźniej był zadowolony z obrotu sytuacji.

– Dobrze – powiedział, powoli kiwając głową. – Zatem wszystko ustalone.

– Ustalone – potwierdził Wilczarz, a jego zły uśmiech stał się jeszcze szerszy.

Ten, który nazywał się Czarny Dow, posłał Westowi przeciągłe, chłodne spojrzenie.

– Zasrana Unia – warknął.

8.5
Ocena użytkowników
Średnia z 2 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 1
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Nim zawisną
Cykl: Pierwsze prawo
Tom: 2
Autor: Joe Abercrombie
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła
Wydawca: MAG
Data wydania: 2 marca 2016
Liczba stron: 704
Oprawa: miękka
ISBN-10: 9978-83-7480-634-3
Cena: 49,00



Czytaj również

Nim zawisną
- fragment
Ostre cięcia
Okruchy życia postaci starych i nowych
- recenzja
Nim zawisną
Gdzie herosów brak
- recenzja

Komentarze


Anioł Gniewu
   
Ocena:
0

Cenię Abrecrombiego na równi z Gemmelem. Szkoda ze to znowu odgrzewany kotlet...

30-04-2016 15:54
Asthariel
   
Ocena:
0

Napisz do wydawcy.

30-04-2016 16:14
adrturz
   
Ocena:
0
Po prostu wznowienie. Nowego Abercrombiego masz "Morze Drzazg", a niedługo "Ostre cięcia" :P
30-04-2016 18:48
Anioł Gniewu
   
Ocena:
+1

O! I to rozumiem. Spieszę zakupić! 

30-04-2016 19:14

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.