» Fragmenty książek » Nim zawisną

Nim zawisną


wersja do druku

Nim zawisną

WIELKI ROZJEMCA

 

Przeklęta mgła. Włazi ci do oczu, tak że widzisz dosłownie na kilka kroków naprzód. Wchodzi ci do uszu, tak że nic nie słyszysz, a jak już coś słyszysz, to nie wiesz, skąd dochodzą dźwięki. Pcha ci się do nosa, więc nie czujesz niczego poza wilgocią. Przeklęta mgła. Prawdziwe nieszczęście dla zwiadowcy.

Przekroczyli Białą Strugę kilka dni temu, opuszczając Północ i wkraczając do Anglandu. Wilczarz denerwował się przez całą drogę. Zwiad na obcych ziemiach w czasie wojny, która właściwie ich nie dotyczyła. Wszyscy zachowywali się nerwowo. Nie licząc Trójdrzewca, żaden z nich nigdy nie opuszczał Północy. Może z wyjątkiem Ponuraka. On nie opowiadał, gdzie bywał.

Minęli kilka spalonych farm, całkowicie opustoszałą wioskę. Budynki Unii, wielkie i kanciaste. Widzieli ślady koni i ludzi. Mnóstwo śladów, ale ani razu nie zobaczyli samych ludzi. Wilczarz wiedział jednak, że Bethod jest niedaleko, że jego armia rozproszyła się po krainie, szukając miasteczek, które można spalić, jedzenia, które można zrabować, ludzi, których można zabić. Zdolna do wszystkiego. Wszędzie będą się kręcić jego zwiadowcy. Gdyby złapali Wilczarza albo któregoś z pozostałych chłopaków, posłaliby ich z powrotem do błota, i to wcale nie najkrótszą drogą: krwawy krzyż, głowy zatknięte na piki i tak dalej – Wilczarz wcale by się nie zdziwił.

Gdyby Unia ich złapała, też by pewnie zginęli. Trwała przecież wojna, a w czasie wojny ludzie nie myślą zbyt trzeźwo. Wilczarz nie oczekiwał, że będą marnować czas na odróżnianie przyjaznych Północnych od wrogich. Wiadomo, życie jest pełne niebezpieczeństw. Już samo to wystarczy, żeby zacząć się denerwować, a on nawet w lepszych czasach był nerwusem.

Nic więc dziwnego, że mgła działała na niego jak sól na rany, jeśli można tak powiedzieć.

Od tego czołgania się na oślep zachciało mu się pić, pobrnął więc przez oślizłe krzaki w kierunku, z którego dobiegał szmer rzeki. Przyklęknął nad wodą. Było ślisko, wszędzie gniły opadłe liście, ale Wilczarz nie przypuszczał, żeby odrobina brudu coś zmieniła – i tak już był niemiłosiernie brudny. Nabrał wody w dłonie i się napił. Tutaj, na dole, poza granicą lasu, powiewał lekki wiatr: w jednej chwili zagęszczał mgłę, w następnej ją rozwiewał. I wtedy właśnie Wilczarz go zobaczył.

Leżał na brzuchu, nogi miał w rzece, górna połowa ciała spoczywała na brzegu. Przez chwilę gapili się na siebie, obaj zaskoczeni i wstrząśnięci. Tamtemu z pleców wystawał długi kij. Złamana włócznia. Wtedy Wilczarz zdał sobie sprawę, że tamten nie żyje.

Wypluł wodę i podpełzł do zwłok, rozglądając się uważnie, czy nikt przypadkiem nie czeka, żeby wbić mu miecz w plecy. Zabity mógł mieć ze dwa tuziny wiosen. Jasne włosy, brązowa krew na sinych ustach. Jego wywatowana kurtka, napuchła teraz od wilgoci, przypominała kaftan, jaki można by włożyć pod kolczugę. Czyli wojownik. Żołnierz. Może maruder, zgubił swoich ludzi i dał się wtedy załatwić. Z Unii, bez dwóch zdań, chociaż teraz, po śmierci, nie różnił się specjalnie od Wilczarza i innych. Trupy są dość podobne do siebie.

– Wielki Rozjemca – szepnął Wilczarz. Był w refleksyjnym nastroju.

Tak ją nazywają górale. Znaczy Śmierć. Bo wyrównuje wszelkie różnice i zażegnuje spory. Między Ludźmi Nazwanymi i tymi, którzy są nikim; między tymi z Południa i tymi z Północy. Wszystkich w końcu dopada i wszystkich traktuje tak samo.

Mężczyzna był martwy nie więcej niż kilka dni. To znaczyło, że ktokolwiek go zabił, nadal mógł znajdować się w pobliżu, a to zaniepokoiło Wilczarza. Nagle wydało mu się, że mgłę wypełnia mnóstwo dźwięków. Całkiem możliwe, że setka wolnych czekała tuż poza granicą widoczności. A może to tylko rzeka chlupotała o brzegi? Zostawił trupa i chyłkiem wrócił między drzewa, przeskakując od jednego majaczącego wśród szarości pnia do drugiego.

Omal się nie potknął o następne ciało, na wpół ukryte w stercie liści. Trup leżał na wznak z rozrzuconymi rękami. Wilczarz minął kolejne zwłoki – klęczące, z dwiema strzałami w boku, twarzą w błocie i tyłkiem wypiętym w górę. W śmierci nie ma żadnej godności. Taka jest prawda. Wilczarz przyśpieszył kroku. Nie mógł się doczekać, kiedy wróci do pozostałych i opowie im, co widział. Rwał się, żeby uciec od trupów.

Widział ich mnóstwo, rzecz jasna, naprawdę dużo, ale nigdy nie czuł się za dobrze w ich towarzystwie. Łatwo zamienić człowieka w padlinę. Znał na to tysiące sposobów. Ale po fakcie nie było już odwrotu. W jednej chwili masz człowieka pełnego nadziei, myśli i marzeń, człowieka, który ma przyjaciół, rodzinę i miejsce, z którego pochodzi. A w następnej chwili – wraca do błota. To mu przypominało o wszystkich tarapatach, w jakich bywał, o wszystkich bitwach i potyczkach, w których brał udział. Doceniał, jakie ma szczęście, że nadal oddycha. Głupi fart, nic więcej. To szczęście w każdej chwili mogło się skończyć.

Teraz już prawie biegł. Nieostrożnie. Poruszał się po omacku we mgle jak niedoświadczony chłopak. Śpieszył się, nie węszył, nie nasłuchiwał. Nazwany Człowiek taki jak on, zwiadowca, który przemierzył całą Północ, nie powinien się tak zachowywać, ale nie sposób być wiecznie czujnym. Dał się zaskoczyć.

Coś uderzyło go w bok i runął naprzód. Gdy zaczął się podnosić, ktoś kopniakiem posłał go z powrotem na ziemię. Wilczarz walczył, kimkolwiek jednak był ten łajdak, okazał się przerażająco silny. Ani się obejrzał, jak leżał na ziemi i mógł winić tylko siebie. Siebie i trupy. I mgłę. Dłoń zacisnęła się na jego szyi i zaczęła dławić tchawicę. Zachrypiał, szarpiąc bezradnie duszące go palce. Pomyślał, że właśnie nadeszła jego ostatnia chwila; że właśnie teraz wszystkie nadzieje zamienią się w błoto. W końcu przyszedł po niego Wielki Rozjemca...

I wtedy palce przestały się zaciskać.

– Wilczarz – rozległ się głos przy jego uchu – to ty?

– Grgh.

Dłoń puściła gardło i Wilczarz nabrał powietrza w płuca. Ktoś pociągnął go za płaszcz, pomógł mu wstać.

– W mordę, Wilczarz! Byłbym cię zabił!

Rozpoznał teraz głos, dobrze go znał. Czarny Dow, sukinsyn. Wilczarz był na wpół wściekły, że prawie dał się udusić, i na wpół głupio szczęśliwy, że nadal żyje. Słyszał teraz, że Dow śmieje się z niego. To był chrapliwy śmiech, jak wrzask wrony.

– Nic ci nie jest?

– Bywałem milej witany – wychrypiał Wilczarz. Nadal z trudem oddychał.

– Możesz uważać się za szczęściarza. Mogłem ci zafundować jeszcze chłodniejsze powitanie. O wiele chłodniejsze. Wziąłem cię za jednego ze zwiadowców Bethoda. Myślałem, że jesteś tam wyżej, w dolinie.

– Nie jestem – wyszeptał Wilczarz. – Sam widzisz. Gdzie reszta?

– Na wzgórzu, powyżej tej zasranej mgły. Rozglądają się po okolicy.

Wilczarz skinął głową w kierunku, z którego przyszedł.

– Leżą tam trupy. Całe mnóstwo.

– Mnóstwo, powiadasz? – zapytał Dow, jakby uważał, że Wilczarz nie wie, co to znaczy mnóstwo trupów. – Ha!

– Sporo. Z Unii, jak myślę. Wygląda na to, że ktoś tu walczył.

Czarny Dow znowu się zaśmiał.

– Walczył? Tak uważasz?

Wilczarz nie bardzo wiedział, co Dow ma na myśli.

 

***

 

– Psiakrew – powiedział.

Stali na wzgórzu całą piątką. Mgła się rozwiała, ale Wilczarz wolałby, żeby tego nie robiła. Teraz dobrze widział, co Dow miał na myśli. Cała dolina była dosłownie usłana zwłokami. Pokrywały stoki, leżały wciśnięte między skały, wystawały z kolcolistów. Leżały na trawiastym dnie doliny jak gwoździe wysypane z worka, powykręcane i połamane na ciemnej bitej drodze. Leżały w stosach nad rzeką, leżały w stosach na brzegach. Ręce, nogi i połamana broń wystawały z ostatnich strzępów mgły. Zwłoki walały się wszędzie. Poprzeszywane strzałami, zadźgane mieczami, porąbane toporami. Skrzeczące wrony skakały od jednego posiłku do drugiego. To był dobry dzień dla wron. Minęło trochę czasu, odkąd Wilczarz widział pole bitwy z prawdziwego zdarzenia, i ten widok przywołał nieco przykrych wspomnień. Potwornie przykrych.

– Psiakrew – powtórzył.

Nic innego nie przychodziło mu do głowy.

– Tak sobie miarkuję, że Unia maszerowała tą drogą. – Trójdrzewiec marszczył mocno brwi. – Po mojemu śpieszyli się. Próbowali dopaść Bethoda przez zaskoczenie.

– Najwyraźniej nie przeprowadzili zwiadu dostatecznie ostrożnie – zadudnił Tul Duru. – Najwyraźniej to Bethod ich zaskoczył.

– Może była mgła – wtrącił Wilczarz. – Jak dzisiaj.

Trójdrzewiec wzruszył ramionami.

– Może. Taki czas. Tak czy inaczej, szli drogą, kolumną, zmęczeni po całym dniu marszu. Bethod zaszedł ich od tej strony i od tamtej, z grzbietu. Najpierw strzały, żeby ich rozproszyć, potem wolni zbiegli z wysoka, z wrzaskiem, żądni krwi. Myślę, że Unia szybko się posypała.

– Naprawdę szybko – powiedział Dow.

– A potem zaczęła się rzeź. Rozproszeni na drodze, przyparci do rzeki. Tu nie bardzo jest gdzie uciec. Jedni próbowali zdejmować zbroje, drudzy przepłynąć rzekę w pancerzach. Rzucili się hurmem, jeden lazł przez drugiego, a zewsząd sypały się strzały. Niektórzy mogli dobiec aż tam, do lasu, ale znając Bethoda, miał w odwodzie paru konnych, gotowych wylizać półmisek.

– Psiakrew – powiedział Wilczarz, czując lekkie mdłości.

Sam kiedyś znalazł się po niewłaściwej stronie pogromu i tamte wspomnienia nie należały do szczęśliwych.

– Schludnie i sprawnie – powiedział Trójdrzewiec. – Jedno trzeba Bethodowi przyznać: skurwiel zna się na swojej robocie.

– Czyli to koniec? – spytał Wilczarz. – Bethod już wygrał?

Trójdrzewiec pokręcił głową, powoli, z namysłem.

– Południowców jest zatrzęsienie. Mrowie. Większość z nich mieszka za morzem. Mówi się, że jest ich tam tylu, że niepodobna zliczyć. Więcej niż drzew na północy. Trochę potrwa, zanim tu przybędą, ale w końcu przybędą. To dopiero początek.

Wilczarz spojrzał na wilgotną dolinę, na wszystkich martwych ludzi, stłoczonych, wyciągniętych i powykręcanych na ziemi. Teraz byli tylko żerem dla wron.

– Dla nich to kiepski początek.

Dow charknął i splunął głośno.

– Zapędzeni w kozi róg i wyrżnięci jak stado owiec! Chcesz tak zginąć, Trójdrzewiec? Hę? Chcesz trzymać z takimi jak ci tutaj? Jebana Unia! Nie mają zielonego pojęcia o wojnie!

Trójdrzewiec pokiwał głową.

– Wobec tego miarkuję sobie, że będziemy musieli ich nauczyć.

 

***

 

Przy bramie panował wielki ścisk. Były tam kobiety, wychudłe i wygłodniałe. Były dzieci, brudne i w łachmanach. Byli ­mężczyźni, starzy i młodzi, zgarbieni pod ciężkimi tobołami albo ściskający różne graty. Niektórzy mieli muły albo wózki, które pchali załadowane wszelkimi na oko nieużytecznymi rupieciami: drewnianymi krzesłami, cynowymi garnkami, narzędziami rolniczymi. Mnóstwo ludzi nie miało zupełnie nic poza swoją niedolą. Wilczarz pomyślał, że tego jednego – niedoli – w tej okolicy nie brakuje.

Korkowali drogę ciałami i swoimi szpargałami. Dławili powietrze błaganiami i groźbami. Wilczarz czuł woń strachu, gęstniała mu w nozdrzach jak zupa. Wszyscy uciekali przed Bethodem.

I wszyscy solidnie się rozpychali, niektórym udawało się wepchnąć, inni byli wypychani, to tu, to tam ktoś padał w błoto, wszyscy garnęli się desperacko do bramy jak do matczynego cycka. Niestety, tłum jako całość wcale się nie przemieszczał. Wilczarz widział groty włóczni błyszczące nad głowami ciżby, słyszał surowe okrzyki. Z przodu stali żołnierze, którzy nie wpuszczali nikogo do miasta.

Pochylił się do Trójdrzewca.

– Najwyraźniej nie chcą wpuszczać swoich – szepnął. – Myślisz, że nas zechcą, wodzu?

– Nas potrzebują, takie są fakty. Pogadamy z nimi i zobaczymy. Chyba że masz lepszy pomysł?

– Wracamy do domu i nie mieszamy się do tego? – mruknął Wilczarz, ale mimo to ruszył w tłum za Trójdrzewcem.

Wszyscy Południowcy gapili się na nich, kiedy przepychali się przez ciżbę. Była wśród nich mała dziewczynka, która patrzyła na mijającego ją Wilczarza oczami wielkimi jak spodki, tuląc do piersi jakąś starą szmatę. Wilczarz spróbował się uśmiechnąć, ale już od dawna miał do czynienia tylko z twardymi ludźmi i twardym metalem, więc uśmiech nie miał prawa wypaść zbyt serdecznie. Dziewczynka krzyknęła i uciekła; nie tylko ona się przestraszyła. Tłum rozstąpił się, ostrożny i milczący, na widok idących Wilczarza i Trójdrzewca, chociaż szli bez broni.

Bez kłopotu podeszli do bramy, czasem tylko musieli pchnąć to tego, to owego, żeby ruszył się z miejsca. Wilczarz widział już żołnierzy, był ich tuzin: stali w szeregu przed bramą, wszyscy identyczni. Rzadko widywał równie ciężkie zbroje – wielkie płyty od stóp do głów, wypolerowane tak, że oślepiały blaskiem. Hełmy zasłaniały twarze. Stali nieruchomo jak metalowe kolumny. Zastanawiał się, jak z takimi walczyć, gdy już człowiek musi. Wątpił, żeby strzała tu wiele zdziałała, a nawet miecz, chyba że człowiekowi się poszczęści i trafi w szczelinę między płytami.

– Trzeba by chyba kilofa albo czegoś podobnego.

– Co? – syknął Trójdrzewiec.

– Nic.

Jasne było, że w Unii mieli dość dziwne poglądy na walkę. Gdyby w wojnach wygrywał ten, kto się bardziej błyszczy, to dawno spuściliby manto Bethodowi, uznał Wilczarz. Szkoda, że im nie wyszło.

Ich wódz siedział wśród nich przy małym stoliku, z jakimś świstkiem papieru w garści. Wyglądał najdziwniej z całej bandy. Miał na sobie jaskrawoczerwoną kurtkę. Dziwny strój dla dowódcy, pomyślał Wilczarz; z łatwością można było go zdjąć jedną strzałą. W dodatku był niezwykle młody jak na taką fuchę. Ledwie sypnął mu się wąs, chociaż duma już go rozpierała.

Sprzeczał się z nim wysoki mężczyzna w brudnym płaszczu. Wilczarz nadstawił uszu, próbując zrozumieć coś z ich rozmowy.

– Mam tu pięcioro dzieciaków – mówił wieśniak – i nie mam ich czym nakarmić. Co mi radzicie?

Starszy mężczyzna wcisnął się przed niego.

– Znam się osobiście z lordem gubernatorem i żądam, żebyście mnie wpuścili do...

Młody dowódca nie dał żadnemu z nich dokończyć.

– W nosie mam to, kogo znasz, tak jak nie obchodzi mnie, czy masz nawet i setkę dzieciaków! Miasto Ostenhorm jest pełne. Lord marszałek Burr zarządził, że możemy przyjąć tylko dwustu uchodźców dziennie, i dzisiaj już wykorzystaliśmy ten limit. Proponuję wrócić jutro. Wczesnym rankiem.

Dwaj mężczyźni patrzyli na niego bez słowa.

– Limit? – warknął chłop.

– Ale lord gubernator...

– Niech was diabli! – krzyknął młodziak i ze złością uderzył pięścią w stół. – Naciskajcie bardziej, a wtedy na pewno was wpuszczę! Każę was zaciągnąć do miasta i powiesić jako zdrajców!

To wystarczyło tamtym dwóm. Wycofali się pośpiesznie. Wilczarz pomyślał, że powinni z Trójdrzewcem zrobić to samo, ale Trójdrzewiec już podchodził do stołu.

Chłopak-dowódca skrzywił się na ich widok, jakby śmierdzieli gorzej niż świeże gówno. Wilczarzowi niezbyt by to przeszkadzało, gdyby nie fakt, że specjalnie umył się na tę okazję. Od miesięcy nie był równie czysty.

– Czego, u diabła, chcecie? Nie potrzebujemy szpiegów ani żebraków!

– To dobrze – odparł Trójdrzewiec. Wymawiał słowa wyraźnie i powoli. – My też nie. Nazywam się Rudd Trójdrzewiec. A ten tutaj to Wilczarz. Przyszliśmy porozmawiać z dowódcą. Przybyliśmy zaoferować nasze usługi waszemu królowi.

– Zaoferować usługi? – Na usta chłopaka już wypływał uśmiech, który bynajmniej nie był przyjazny. – Wilczarz, powiadasz? Cóż za interesujące imię. Aż zachodzę w głowę, jak je zdobył. – Zachi­chotał, zadowolony z własnego dowcipu; inni żołnierze mu zawtó­rowali.

Banda gnojów, uznał Wilczarz, pozaszywanych na sztywno w tych swoich wymyślnych szmatkach i błyszczących zbrojach. Prawdziwa banda gnojów. Niestety, nic by nie zyskał, gdyby im o tym powiedział. Dobrze, że nie zabrali ze sobą Dowa. Ten najpewniej już by wypatroszył tego głupka i ściągnął na nich wszystkich śmierć.

Chłopak pochylił się ku nim i powiedział naprawdę wolno, jakby zwracał się do dzieci:

– Wszyscy Północni mają zakaz wstępu do miasta, o ile nie otrzymają specjalnego pozwolenia.

Najwyraźniej fakt, że Bethod wkroczył w ich granice, wyrzynał ich żołnierzy i walczył na ich ziemiach, nie wystarczył. Trójdrzewiec brnął dalej, ale Wilczarz miarkował sobie, że jego słowa trafiają na kamienisty grunt:

– Nie prosimy o wiele, tylko o strawę i nocleg. Jest nas pięciu, a każdy jest Człowiekiem Nazwanym. Sami weterani.

– Jego Królewska Mość ma dość żołnierzy. Za to brakuje nam mułów. Może poniesiecie dla nas zapasy?

Trójdrzewiec słynął z cierpliwości, ale i ona miała swoje granice, a Wilczarz uznał, że niebezpiecznie się do nich zbliżali. Ten szczawik nie miał pojęcia, w co się pakuje. Nie dorósł do tego, żeby zadzierać z takim człowiekiem jak Rudd Trójdrzewiec. Tam, skąd pochodzili, to był słynny przydomek. Budził w ludziach lęk – albo odwagę, zależy po której stali stronie. Cierpliwość Trójdrzewca miała swoje granice, rzecz jasna, ale jeszcze trochę brakowało do ich osiągnięcia. Na szczęście dla wszystkich zainteresowanych.

– Muły, tak? – warknął Trójdrzewiec. – Muły potrafią kopać. Uważaj, żeby któryś nie kopnął cię w głowę, chłoptasiu.

Odwrócił się i odszedł drogą, którą przyszli. Przestraszeni ludzie usuwali mu się z drogi, a zaraz za jego plecami znowu się tłoczyli, przekonując żołnierzy, dlaczego to właśnie oni powinni zostać wpuszczeni, podczas gdy inni mogą zostać na zimnie.

– Nie na takie powitanie liczyłem – mruknął Wilczarz.

Trójdrzewiec nie odpowiedział, tylko maszerował przodem ze spuszczoną głową.

– Co teraz, wodzu?

Trójdrzewiec posłał mu ponure spojrzenie przez ramię.

– Znasz mnie. Myślisz, kurwa, że przyjmę taką odpowiedź?

Z jakiegoś powodu Wilczarz uznał, że nie.

8.5
Ocena użytkowników
Średnia z 2 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 1
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Nim zawisną
Cykl: Pierwsze prawo
Tom: 2
Autor: Joe Abercrombie
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła
Wydawca: MAG
Data wydania: 2 marca 2016
Liczba stron: 704
Oprawa: miękka
ISBN-10: 9978-83-7480-634-3
Cena: 49,00



Czytaj również

Nim zawisną
- fragment
Ostre cięcia
Okruchy życia postaci starych i nowych
- recenzja
Nim zawisną
Gdzie herosów brak
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.