» Wieści » Najemnik w księgarniach

Najemnik w księgarniach

02-03-2006 22:47 | Przemek 'Draker' Prekurat

Krzysztof Piskorski – NAJEMNIK
Opowieść Piasków t. 2


ISBN: 83-89595-25-7
ISBN: 978-83-89595-25-6
Liczba stron: 432
Wymiary: 125x185 mm
Okładka: miękka
Ilustracja na okładce: Jakub Jabłoński
Data premiery: 1.03.2006
Cena: 28,50 zł

Kim naprawdę był Sammar, pierwszy z proroków?
Dlaczego niektórzy mieszkańcy krain środka posiadają dar krwi?
Kim jest cesarz Yauranu, którego milionowa armia rusza na podbój świata?

Kashim Al'Shannagg, wygnaniec z pustynnego miasta, musi przebyć wiele niezbadanych ziem, nim dotrze do zielonych krajów środka. I wlaśnie tam, wśród obcej kultury i niezrozumiałych ludzi o jasnej skórze, Święty Jeździec zbliży sie do rozwiązania zagadki Ocalonej Krainy. Tymczasem w Tel'Halik nowy prorok Vezamar sprawuje surowe rządy. Tylko kilka grup sprzeciwia się jego wladzy. Do jednej z nich przyłącza się Nahar Al'Iarnak, gdy dzięki poświęceniu brata wychodzi z lochów. Nie wie jednak, że spiskowcy będą musieli zmierzyć się z kimś znacznie potężniejszym od Vezamara. Od pustyń Tel'Halik, po bezbrzeżne stepy Yauranu – cały świat szykuje się do wojny. Czas bogów-uzurpatorów oraz ich potomstwa dobiega bowiem kresu. Powraca Wielki Architekt.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

Najemnik to historia o bezdomnym podróżniku i zderzeniu dwóch światów, które okazują się połączone znacznie bardziej, niż chcieliby tego ich mieszkańcy.

Krzysztof Piskorski – miłośnik i popularyzator RPG, autor powieści Wygnaniec oraz opowiadań publikowanych w Nowej Fantastyce.


Fragment

Piątego dnia od opuszczenia Reis wyprawa dotarła do skrzyżowania traktów. Ścieżka, którą jechał Kashim z towarzyszami, przecinała ludny i szeroki gościniec, łączący jedne z większych miast marchii. Skrzyżowanie leżało pośród łagodnie pofalowanych pól i, ku zdziwieniu Al’Shannagga,nie było przy nim żadnego budynku. W Ocalonej Krainie zwykle w takich miejscach stawiano karawanseraje, lecz tutaj Święty Jeździec wypatrzył tylko pstrokaty namiot, który odcinał się od zieleni przydrożnych krzewów. Pod namiotem siedział znudzony pachołek, zajęty struganiem kijka. Przy drodze zaś stał rycerz w polerowanym pancerzu i garnczkowym hełmie ze złotymi ladrami oraz głową jelenia. Wspierał się ciężko na mieczu, a z szerokiego pasa zwisał mu kiścień oraz mizerykordia. Tarcza leżała nieopodal, oparta o drzewo. Gdy tylko podróżni zaczęli się zbliżać, rycerz wyprostował się dumnie. Kashim dostrzegł teraz, że do jego prawej nogi przytwierdzona była nieduża, pozłacana kula na łańcuchu.
- Coś mi się widzi, iże zaraz czekają nas nieliche kłopota. - Van Dreyck nachylił się do Brenvana.
Aam Caerleigh ponuro skinął głową. Kashim tymczasem z zainteresowaniem lustrował obcego, który wyglądał jak srebrny posąg. Z nieczystości zalegających wokół namiotu łatwo było poznać, że ów rycerz ze służbą obozował przy trakcie od wielu dni.
Gdy podróżni byli ledwie kilkadziesiąt kroków dalej, mężczyzna wyszedł na środek gościńca i siląc się na odpowiednio wyniosły ton, rzekł:
- Przejścia nie ma, panowie rycerze! Jam jest Dervel Aam Nitte, kawaler zakonu Srebrnego Runa, i stać mi tu przyszło z honorową strażą, póki pięciu rycerzy szlachetnych nie zmogę w pieszej walce ku chwale mojej pani, najpiękniejszej w świecie, szlachetnej i czystej niczym gwiazda panny Brygidy von Zarr. Wtedy tylko będę mógł kulę oną od nogi zdjąć i zdobędę serce mej damy.
Van Dreyck uśmiechnął się i szepnął Kashimowi do ucha:
- Znam ja tę pannę von Zarr. Oto kolejny kiep, co na nią nabrał chrapki. Aam Nitte - pewnikiem prowincjusz, który na dwór jej ojca zajechał i tam dał się kiejby łątka w sak ułowić. Trzeba ci wiedzieć, że panna von Zarr takowych rarogów dla krotochwili wpierw kokietuje, aby potem do różnych głupich przysiąg zmuszać.
Rycerz zwrócił się teraz w stronę Brenvana.
- Wyzywam przeto na pojedynek najszlachetniejszego z was, inaczej przejścia nie dam, a o tchórzostwie waszym opowiem wszystkim szlachetnym panom, jakich napotkam.
- Nie starczy nam najzwyklej objechać tego rycerza w koło? - spytał cicho Kashim.
- Bogowie by dali! Niestety, kawaler Aam Caerleigh prędzej szczeźnie, prędzej żywcem spłonie i kuśkę da sobie urżnąć, niż odmówi rycerskiego pojedynku. Poczytałby sobie ów fakt jako zmazę na honorze własnym, honorze rodu, honorze swojego bractwa i takoż honorze paru innych rzeczy.
Wystarczyło jedno spojrzenie na twarz Brenvana, by Święty Jeździec pojął, że Van Dreyck ma rację. Jego towarzysz siedział w siodle sztywno, ze ściągniętymi wargami, i uważnie spoglądał na przeciwnika, jakby chciał oszacować, jak trudny będzie pojedynek.
Aam Nitte odezwał się znowu:
- Czekam, aż wystąpi godzien, który skrzyżuje ze mną miecze.
Brenvan odwrócił się do dwójki przyjaciół, po czym rzekł:
- Trudna rada, mus mi walczyć, chocia straszliwa to pieniędzy marnacja.
- Pieniędzy? - zdziwił się Kashim. - Toś tak pewny siebie, że o życie się nie boisz?
- Kirajczyku! - prychnął Van Dreyck. - Widziałeś kiedy honorowe pojedynki? Panowie rycerze będą wpierw chodzić wokół siebie i puszyć się jako pawie, dwornie sobie ubliżając. Kiedy już pomyślisz, że tak zostanie do zmierzchu, jeden wreszcie podejdzie do drugiego i zaczną się bez przekonania okładać po blachach, a gdy który zbytniego na zbroi uszczerbku dozna lubo też krew mu z nosa pójdzie, podda się zaraz i tyle będzie pojedynku.
Aam Caerleigh spiorunował trubadura wzrokiem.
- Widzę, żeś lepiej uczony w sztuce pojedynkowej niż herbowi - powiedział. - Ty zaś Kashimie wiedz, że i w honorowej walce rozpłatane brzuchy się zdarzają alibo urżnięte członki. Jednakowoż zazwyczaj strata istotnie większa jest w złoćcach niż we krwi, a ja tych pierwszych nie mam w nadmiarze. Przeto pytam się, czy który wie może, jak lepiej pozbyć się tego paniczyka niż za pomocą mojego miecza?
- Najwyższy mi świadkiem, że wolałbym w takiej sprawie szabli nie wznosić, jednak dług mam ja u ciebie, kawalerze, przeto jeśli chcesz, stanę. Jeno wiedz, że mnie nie uczono walki dla zabawy, ale dla zabijania. Mogę mu z pomocą Jedynego wrazić szable między blachy, lecz sam rozumiesz, że...
- Nie, na bogów! Tego być nie może, Kirajczyku. Nie chcę, by się fama rozeszła, że obcokrajowiec w pojedynku szlachetnego pana zadźgał. Zaraz, w dzień i w nocy, do zamku Caerleigh dobijać by się poczęli różni rycerze z marchii, by plamę ową na honorze zmyć, a wyższości swego oręża nad cudzoziemskim dowieść. Może więc ty, mości Filipie?
- Co, że niby ja mam z nim walczyć? - zdziwił się Van Dreyck.
- Nie, do diaska! Miałem na myśli to, byś nas od onego pojedynku jakim fortelem zbawił. Bacz jeno, by sprawę rozwiązać zgodnie z regułami rycerskiego kodeksu.
Trubadur westchnął i przeczesał ręką włosy.
- Długo jeszcze przyjdzie mi czekać na odpowiedź? - upomniał się Aam Nitte.
Van Dreyck oczyścił chrząknięciem gardło, po czym rzekł donośnie:
- Gorze nam wszystkim, gdyż wielkie nastało dziś nieszczęście - z twojej przyczyny, kawalerze!
- Z mojej? O co ci chodzi, człeku? - spytał niepewnie rycerz.
- Tak właśnie, bowiem dzisiejszy dzień okazał się dla naszej marchii dniem zguby, dniem, który nasze wnuki będą po wielekroć przeklinać. To znaczy jeśli będziemy mieli jakiekolwiek wnuki, bo wedle wszelkiej miary zginiemy wkrótce marnie.
- Cóże takiego mówisz? Czyś szalony?
- Nieszczęściem, które mam na myśli, jest wojna, co zacznie się, kawalerze, z twojej winy!
Rycerz chciał coś odpowiedzieć, lecz Van Dreyck nie dał sobie wejść w słowo.
- Ten oto cny człek z dalekich krajów - wskazał na Al’Shannagga - jest potężnym pryncem, synem wielkiego króla zachodu, którego armia niewiele jeno ustępuje armii całego Yauranu. Nie wiesz zali, że rada parów posłała do zamorskich ziem posłów, by znaleźć dogodny sojusz przeciw cesarskim hordom? Pięć statków i pięciuset ludzi w podróż wyruszyło, lecz ledwie garstka dotarła, wpierw walcząc z krakenami na zimnych morzach, potem ze smokami śród gorących pustkowi. Ci, którzy przeżyli, dotarli wreszcie do złotego miasta, w którym zasiadał król o szacie ze złotogłowiu i diamentów, na tronie z berylu. Król, gdy usłyszał o nieszczęściach, jakie nasz sprawiedliwy i cny lud cierpi od yaurańskich najeźdźców, wzruszył się, zapłakałrzewnie i postanowił słać do nas swego syna z poselstwem, aby ułożył z radą parów warunki godnego sojuszu. Prync wraz ze swoją gwardią oraz resztką learfeldzkich rycerzy musiał znów pokonać zdradliwe pustkowia i wzburzone morze. Ledwie tuzin z dzielnych mężów dotarło do brzegu naszych ziem, a z tego tuzina dziesięciu dało gardła w ciemnych lasach Marovii. Masz przed sobą księcia oraz posła rady, dwóch ostatnich, którzy cudem dotarli tak daleko i oto zastępujesz im drogę i na pojedynek ich wyzywasz, gdy byli niemal u celu swej podróży! O, bogowie! - Van Dreyck w dramatycznym geście wyciągnął ręce ku niebu. - Jakaż w tym okrutna ironia, że pokonawszy tyle zamorskich dziwadeł, z największą przeszkodą już we własnym się spotkali kraju.
Rycerz zdjął hełm, spod którego wyłoniła się twarz młodzieńca o grubych rysach i tępym spojrzeniu. Stropiony, chwilę patrzył to na jednego, to na drugiego z przybyszów.
- W czym rzecz, cny heroldzie? - spytał wreszcie Van Dreycka. - Przecie idzie mi tylko o honorowy pojedynek! Krzywdy czynić nikomu nie zamierzam!
- Aaach... Wiedz, że jeśli do pojedynku dojdzie, honor nakaże walczyć zamorskiemu księciu, bo on w naszej kompanii jest najdostojniejszy. Czyżbyś, szlachetny panie, tak przywykł do potęgi i wojennych przewag learfeldzkich rycerzy, że zapomniałeś o słabości dzikich barbarzyńców?
Kashim z trudem powstrzymał uśmiech. Wiedział już, do czego zmierza trubadur.
- Ów prync - kontynuował Van Dreyck - choć szlachetny i mężny, padnie po ledwie kilku ciosach, a jego dziwaczna, cudzoziemska zbroja łacno się rozpaść może przy najlżejszym puknięciu. Nawet nie chcąc, z pewnością krzywdę mu uczynicie, panie. Wtedy zaś nie tylko podważycie sojusz, lecz także przysporzycie nam strasznego wroga, bo ojciec księcia zapragnie zemsty.
- Przeto nie nalegam, by walczył sam książę. Może pan rycerz spod znaku jednorożca, który mu towarzyszy?
- Wykluczone! - krzyknął Van Dreyck. - Książę nigdy na to nie przystanie, zresztą gdyby panu Aam Caerleigh cokolwiek się stało, wszelakie rozmowy dyplomatyczne staną się niemożliwe. To jedyny żywy człowiek na tych ziemiach, który zna języki zachodu.
- Może więc chociaż wy, drogi heroldzie, zaszczycicie mnie pojedynkiem - jęknął rycerz. - Honor niepozwala mi oddać miejsca, bom ślubował nikogo nie puszczać bez walki.
- Jam jest pospolity człek, chocia w księgach uczony. Szlachetnej krwi nie mam w żyłach, przeto wytaczając ją ze mnie, łacniej niesławę niż sławę zyskasz, kawalerze.
Dervel Aam Nitte zaklął. Chwilę kręcił się w miejscu, nie mogąc podjąć decyzji. Obsypany krostami paź odłożył kozik wraz z patykiem i czekał, patrząc na swojego pana.
- Dobrze więc, jedźcie. Rychlej przyjmę plamę na honorze, niżbym miał zdradzić marchię atakiem na posłów.
- Niestety - powiedział trubadur melancholijnie. - Zło się już dokonało, wyzwanie zostało rzucone. Ktoś będzie musiał walczyć!
Kashim odwrócił się do Brenvana i rzekł w języku Tel’Halik:
- Udawajmy rozmowę. Niech myśli, że mamy wątpliwości.
- Rozumiem. Sprytny młodzieniec z tego Dreycka, nie?
- I na dodatek świetnie gra.
Aam Nitte patrzył na twarze Kashima i Brenvana, jakby chciał wyczytać z nich treść rozmowy.
- Książę właśnie pytał, na jaką broń toczy się w naszym kraju pojedynki - pomógł mu Van Dreyck.- Pan Aam Caerleigh próbował odwieść go od pomysłu walki, lecz to na nic się nie zdało.
Na twarzy młodego rycerza zrezygnowanie ustąpiło miejsca obawie.
- Zaklinam was, panowie! - rzekł. - Po prostu przejedźcie, a ja udam, że nigdy was nie widziałem!
Van Dreyck odwrócił się do towarzyszy i chwilę rozmawiali ściszonymi głosami. Wreszcie odparł:
- Zgoda, dla dobra i spokoju naszego królestwa książę poniecha walki. Musisz jednak poprzysiąc na swój miecz i honor swego rodu, iż nigdy i pod żadnym pozorem nie powiesz nikomu o naszym spotkaniu. Wtedy bowiem splugawiłbyś honor wielkiego królestwa zachodu, co skończyć by się mogło tylko krwawą wojną!
- Przysięgam! Na bogów przysięgam, na honor, na swój rycerski pas! Nigdy i nikomu!
- Pamiętaj! I dziękuj bogom, że udało nam się uniknąć tragedii, która z twej przyczyny prawie tu nastąpiła.
Gdy nieszczęśliwy rycerz ustąpił z gościńca, podróżni spokojnie minęli skrzyżowanie. W ten sposób wjechali na drogę, która wiodła wprost do Caerleighmarch.

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.