» Opowiadania » Najdalsza podróż

Najdalsza podróż


wersja do druku
Najdalsza podróż

[Opowiadanie zawiera wulgaryzmy]

 

 

"Niektórzy ludzie lubią bić
I biją przy każdej okazji
Są też tacy co biją
Bo kumple patrzą i trzeba bić
Jeszcze inni biją
Bo tylko to potrafią robić
Są też tacy co biją gdyż zamiast
mózgu mają mięśnie
Niektórzy ludzie biją
dlatego że mają kompleksy
A bicie dodaje im odwagi
Bicie daje im wiarę w siebie
Bijący lubią słabe ofiary
Lubią by bicie poszło sprawnie
Jeszcze inni biją dlatego że są
psychopatami
Niektórzy ludzie lubią bić aby
rozładować swoją złość
Są też tacy co biją aby ich się bano
Jeszcze inni biją wtedy gdy są w
pijackim amoku
Lecz są też tacy co muszą bić
By bronić się przed biciem
Gdy nie da się uciekać"

Dezerter, Bicie

 

Kolejny cios spadł na niego z siłą błyskawicy. Z nosa siknęła krew, popłynęła już niemal strugą. Chodnik, kremowa bluza, spodnie – wszystko w plamach czerwieni i jeszcze więcej plam i plamek ale różnokolorowych, przemieszczających się przed oczami. Wydawało mu się, że jeszcze jeden raz i nie będzie widać już nic, bo wszystko się rozmyło; zatańczyła i zamajaczyła, pojawiła się i znikła duża kropla jasności wysyłana przez najbliższą latarnię. Światła pędzącego samochodu uderzyły na krótko, przez moment, pulsując, popłynęły i zamazały się na końcu.

Dwóch wciętych żulików, jego oprawców, nie rezygnowało. Przeciwnie, wstąpił w nich nowy zapał. W ich głowach pojawiała się chora satysfakcja, którą odbierał niczym bezładne fale radiowe rozchodzące się w różnych kierunkach. Pomimo rozproszenia mózg Piotrka je wyłapał, ściągnął do siebie i przeanalizował – to przekleństwo i jednocześnie prezent, dar po najdalszej wycieczce, jaką kiedykolwiek odbył. Gówniany ten prezent, uciążliwy jak cholera. Bo bolało od uderzeń, leciała jucha, mroczki nałożyły się na siebie, tworząc rosnącą czerń, a dodatkowo wibrowała porozcinana szkłem głowa od tego, co w tych fagasach. Ich agresja spowodowała, że stali się istotami nieświadomymi, zwierzętami z pianą na pyskach. I on to wyczuwał. Czas dla Piotrka zwolnił wyraźnie, tak jakby grzęznął w gęstym błocku. Pieprzeni troglodyci! Po przywitaniu się z płytkami chodnikowymi przyszedł czas na twarde buty bezlitośnie wycelowane w przód, tył głowy, nerki, kręgosłup. Teraz już wszystko bolało, a krew ani na moment nie przestawała płynąć; nie czuł jesiennego zimna mimo rozpiętej kurtki i chłodu trotuaru. Jak dobrze, że nie było z nim Magdy. Jak dobrze, że ją odprowadził.

Kolejne kilka minut to balansowanie na granicy świadomości i kojącej, zbawczej nieświadomości. Nieprzytomność byłaby jak uwolnienie, coś niemal słodkiego i ciepłego. Tylko gdzieś daleko – był tego prawie pewien – widział zamazane sylwetki dwóch? trzech? przechodniów. Coraz bardziej klarowne informacje docierały do odpływającego Piotra od jednego z kopiących go mężczyzn. Czuł je jak silne, nakierowane na niego wiązki, nie rozpływające się w powietrzu i dlatego otrzeźwiające, nie pozwalające stracić przytomności. Miał wrażenie, że działały na umysł dokładnie jak Red Bull albo podobny dopalacz. We łbie u tego drugiego, łysego i bardziej przysadzistego, też coś siedziało. Na pewno. Inne impulsy, wyczuwalne co parę sekund. Na domiar złego typek śmierdział na kilometr – pot i zapach niemytego ciała połączone z szerokim bukietem tanich alkoholi stanowiły mieszankę wybuchową, która odrzuciłaby nawet kogoś na wpół pozbawionego węchu, z przewlekłym katarem na dokładkę. U niego też coś było nie w porządku.

Piotrowi zdało się, że kopanina skończyła się nagle. Niespodziewanie przerwali bicie, w tym momencie tak samo urwał się napływ sygnałów od małych, zniszczonych przepiciem móżdżków. Umysł dokładnie przemielił  przechwycone informacje. Czy aby nie przypomina to "pierwszego razu", kiedy odkrył, że za permanentnie agresywnym zachowaniem kolegi kryje się ojciec sadysta i jego arsenał pasków z metalowymi sprzączkami? Dawno temu – podstawówka, zaledwie kilka dni po wyjściu ze szpitala… I decyzja, że coś trzeba z tym zrobić, że nie można pozostawić sprawy samej sobie.

Piotrek wstał szybko, nie było zawrotów głowy i problemów z utrzymaniem równowagi. Jakichkolwiek. Nie pomyślał przez sekundę o swoim stanie, o wyglądzie rodem z ulubionego kiedyś taniego horroru z nałogowo rozjeżdżającym ludzi samochodem w roli głównej. Najważniejsze było to, co wiedział i co musiał – czuł, że musi! – z siebie wyrzucić, najlepiej zaraz, natychmiast, uderzając z grubej rury, tak żeby im szczęki opadły. Odeszli jakieś dwadzieścia, trzydzieści metrów i pewnie byli z siebie cholernie dumni. Tak. Podniósł dłoń z wyciągniętym palcem wskazującym na wysokość klatki piersiowej. Cała dłoń była brudna i czerwona, z pozdzieranym naskórkiem. Żadnego strachu ani drżenia rąk. Nic się nie stało, nie mam rozwalonej głowy, nosa, krew też nie jest moja. Widział dobrze, po kolorowych, skaczących plamkach i mroczkach nie było śladu. W świetle lamp i latarni widział całą Gdańską ze szczegółami aż po rondo.

– Hej! To wszystko? Tylko na to was stać? – rzucił do odchodzących. Każde słowo było wyraźne i dźwięczne. Nie poznał swojego głosu. W ten sposób mówią co bardziej elokwentni politycy, aktorzy po wielogodzinnym przygotowaniu do roli w teatrze, ale nie skatowany facet po solidnej porcji ciosów i ostrym glanowaniu. Ta myśl setnie go rozbawiła, a już miny wymalowane na twarzach odwróconych meneli wprowadziły go w humor iście diabelski. No to jedziemy. W pierwszej kolejności ten lepiej zbudowany dupek. Na deser będzie drugi, chudy i ciężkoprzystojny.

– Mała porcja ważnych informacji, panowie – głos nie zmienił mu się ani na jotę. – Słuchajcie uważnie, bo nie będę powtarzać. – I znów jakaś dziwna radość wewnętrzna, bo tekst wyjęty z serialu komediowego, tępe gęby koleżków już tylko do zdjęcia się nadają i pokazywania z podpisem "tak wyglądają palanci – dwa klasyczne przykłady".

– Co, kurwa? – zaczął powoli i niepewnie brunet. – Zaraz my tu z tobą, kurwa, inaczej… No nie, Zenek?

– Panie Zenonie – Piotr w najmniejszym stopniu nie zwracał uwagi na bruneta, palec wskazujący wymierzony był w łysego – niewiele panu życia zostało. Rak rozwija się u pana szybko i nie ma żadnego ratunku, zero szans. Niedługo da na dobre znać o sobie. Nie wiedział pan, prawda? No to niemiła niespodzianka.

Teraz konsternacja tych dwóch sięgnęła zenitu. Obaj stali w miejscu, prawie jak posągi. Zenonowi otworzyły się usta, z których na ziemię wyleciał papieros.

– Co to ma być? – widać, że łysy wracał powoli do siebie po dłuższej chwili totalnego zatkania.

– Co to ma, kurwa, być, lekarz amator z ciebie, czy co? Diagnozy mi będziesz stawiał, gówniarzu, hę? A na jakiej, w ryj mać, podstawie? – coraz bardziej czerwony Zenek cedził słowa. Jego towarzysz również odzyskiwał chwilowo utraconą pewność siebie i właśnie wyjmował nóż.

– Ja to wyczułem, chorobę, znaczy się. Zjada pana od wewnątrz. Musiałem to powiedzieć. Pana kumpel – Piotr spojrzał znacząco na bruneta – powinien pamiętać o tym, że jego wina po dziewięciu latach nie uległa przedawnieniu…

– Tyle razy ci się udawało – chłopak patrzył uporczywie w oczy bruneta, mówiąc coraz głośniej – tyle razy się wywinąłeś, że już nawet nie żałujesz. A jak tam Twoje sny, sukinsynu? Co? Nie ma w nich już małego chłopca w żółtych kaloszach, który wpada na maskę samochodu? Ale w twojej głowie nadal to siedzi. Widziałem jego krew i rozplaszczoną twarz na szybie, tak jak ty widziałeś wtedy i później, w koszmarach i pijackich zwidach!

Piotr nagle zdał sobie sprawę z trzech rzeczy. Po pierwsze, że musi wyglądać upiornie, bo kąciki ust wykrzywiły mu się ku górze, tworząc iście szatański wyraz twarzy, a może coś pomiędzy uśmiechem diabła i Jokera. Po drugie, że krzyczy, a jego głos niesie się po ulicy. Po trzecie, że krokiem szybkim i zdecydowanym zbliżają się do nich dwaj gliniarze.

– Mogłeś mu pomóc, gnoju – wysyczał Piotrek – ale ty go zostawiłeś, jeszcze żywego, wyjącego, z miazgą zamiast zębów i wyciągającego rękę po pomoc. Mogłeś mu pomóc, wiesz dobrze, że…

Chłopak nie dokończył. Nagle poczuł nawroty bólu, łupanie w obolałych miejscach, kawałki szkła wbite w głowę. Odezwało się skatowane ciało. Zakręciło mu się w głowie i za chwilę znowu leżał na chodniku. Zobaczył dobiegających do nich policjantów i spanikowanego bruneta zrywającego się do biegu. Zenon stał w miejscu jak wmurowany. Piotr przechylił głowę i dalej widział plecy uciekającego oprawcy. W chwilę potem, na pasach, dokładnie na środku przejścia dla pieszych, staranował go srebrny mercedes. Słychać było pisk hamulców i przerażające łupnięcie. Pan Waldek, właściciel pobliskiego sklepu monopolowego, opowiadał później, jak facet pofrunął do przodu po tym, jak huknęło go auto. Padł z rękami rozrzuconymi symetrycznie, a lewa noga wyglądała okropnie, wprost makabrycznie, bo jakoś tak nienaturalnie zawinęła się w bok. Nie wył z bólu i szoku, nie błagał o ratunek, do nikogo nie wyciągał zakrwawionych rąk. Zginął na miejscu.

Mała sprawiedliwość.

Pan Zenek pożył niecały rok, ale o jego śmierci Piotr dowiedział się znacznie później, w sposób zupełnie przypadkowy. Zenon Tarczewski, były bokser z niespełnioną karierą i stały bywalec okolicznych spelun, zmarł w wieku czterdziestu jeden lat na raka płuc z przerzutami.

Nie błogosławieństwo. Dar. Działa wtedy, gdy u innych ludzi pojawiają się silne negatywne emocje. Czasami w gniewie, złości, agresji bliźnich Piotr mimowolnie, jakby między wierszami, wyczytuje coś dodatkowego, wyłuskuje ukryte informacje. Ale nie dzieje się tak zawsze, nie ma żelaznych zasad. Dar, ale nie błogosławieństwo. Pamiątka po zawieszeniu między życiem a śmiercią, stanie pośrednim. Pamiątka po najdalszej podróży, jaką kiedykolwiek odbył.


Komentarze


Exar
   
Ocena:
0

spoko. może być fajny patent do WoDa.

30-10-2013 16:34
Scobin
   
Ocena:
0

Nie pomyślałem o tym, redagując, ale rzeczywiście. ;-)

30-10-2013 16:53
Z Enterprise

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.