Miasto cieni

Już trochę mniej osobliwie

Autor: Aleksandra 'yukiyuki' Cyndler

Miasto cieni
Osobliwy dom pani Peregrine był powieścią nierówną - czytało się ją przyjemnie, a kolejne strony cieszyły oko świetnie dobranymi, intrygującymi zdjęciami, jednakże lektura pozostawiała pewien niedosyt. Czy w drugim tomie trylogii o osobliwych dzieciach autor zdołał poprawić ten mankament?

Po ataku na wyspę i porwaniu ymbrynki Avocet oraz uwięzieniu pani Peregrine w postaci ptaka, dzieci postanawiają porzucić do tej pory bezpieczne schronienie i szukać pomocy dla swojej opiekunki. Wyruszają w podróż w nadziei odnalezienia innych pętli czasowych – takich, które nie zostały jeszcze najechane przez głucholce i upiory, lub też odparły ich atak, i w których znajdują się ymbrynki zdolne odczynić przemianę pani Peregrine.

Miasto cieni opowiada właśnie o tej wędrówce, pełnej niebezpieczeństw, chwil zwątpienia i momentów triumfu. Uciekinierzy z Cairnholm co i rusz popadają w różne tarapaty, kilkakrotnie zostają nawet uwięzieni, ale zawsze udaje im się wyjść z opresji obronną ręką, umacniając przy tym więzi przyjaźni i dając pokaz praktycznych zastosowań swoich zdolności. Uwolnione z pętli dzieci wędrują przez pogrążony w chaosie II Wojny Światowej kraj, walcząc z trudnościami i zagrożeniami niesionymi zarówno przez zwyczajnych jak i nieco mniej zwyczajnych ludzi. Upiory tylko czekają aby ich pojmać, inni osobliwcy są nieufni i przestraszeni, zaś przymusowe ewakuacje i wszechobecne działania wojenne niosą ze sobą ryzyko nagłej śmierci lub poważnych uszkodzeń ciała.

Niestety biorąc pod uwagę wojenną rzeczywistość Anglii w 1940 roku, trzeba zauważyć, iż u Riggsa trochę szwankuje realizm. Przez kraj przemieszczają się wojska, wyją syreny, a z nieba spadają bomby, a ludzie umierają, ale to wszystko dzieje się jakby w tle i jest mało dramatyczne – dzieci wydają się zamknięte w szklanym kloszu, chroniącym je przed koszmarem wojny, a śmierć przytrafia się jedynie innym i to poza nurtem głównych wydarzeń, daleko od pola widzenia protagonistów. Co prawda wspomniane jest kilkakrotnie, że obserwują koszmarne obrazy, jednak ich opisy są zdawkowe i pozbawione szczegółów, złagodzone i odarte z jakiejkolwiek brutalności, na czym traci dramatyzm lektury. Chwilami odnosi się wrażenie, że dzieci wędrują przez całkowicie odrealniony świat z pogranicza baśni i sennej wizji, co byłoby nawet ciekawym rozwiązaniem, gdyby zostało sprawnie i konsekwentnie zrealizowane.

Od samego początku było wiadomo, że sieroty z wyspy Cairnholm nie są jedynymi osobliwymi istotami na świecie. W Mieście cieni można było spodziewać się, że na scenę wejdą kolejne postacie obdarzone niezwykłymi zdolnościami – i tak jest w istocie. Autor poświęcił dużo uwagi kreacji kolejnych nietypowych bohaterów, zarówno ludzkich, jak i zwierzęcych, jednakże po raz kolejny nie bardzo wysilił swoją wyobraźnię. Większość napotkanych osobliwców nasuwa na myśl skojarzenia z podopiecznymi profesora Xaviera z serii X-Men – może nie na tyle silne, by razić wtórnością, ale dostateczne by nie w pełni zaspokajać oczekiwania czytelnika. Niewidzialność, telekineza czy szybka regeneracja trochę spowszedniały. Jedynie kilka nowych postaci jest naprawdę oryginalna, a pośród nich prym wiodą zwierzęta – przemądrzały pies z aspiracjami medycznymi, emurafa i kury znoszące wybuchowe jajka należą do dziwnej menażerii, która jest tyleż intrygująca, co urocza.

Niestety, podobnie jak w Osobliwym domu pani Peregrine  portrety postaci (tak nowych jak i tych już znanych) są bardzo powierzchowne. Kilkoro z dzieci nabiera cech indywidualnych, a czytelnik nie kojarzy już z imienia jedynie Emmy, ale trudno się oprzeć wrażeniu, że mogło być zdecydowanie lepiej. Portrety protagonistów są rozczarowująco jednowymiarowe i wiążą się z uwypukleniem jednej-dwóch cech ich osobowości, przez co trudno mówić o jakiejkolwiek pogłębionej charakterystyce. Przykładowo siłaczka Bronwyn jest niezwykle opiekuńcza i cały czas matkuje bardziej zagubionym dzieciom z ich grona, mający prorocze wizje Horace to straszny tchórz, a tworzący golemy i ożywiający zmarłych Enoch to egoista, który ciągle marudzi i sprawia przykrość wszystkim wokół. Trudno też mówić o jakimkolwiek rozwoju postaci Jacoba, ponieważ przez większość czasu biernie poddaje się biegowi wypadków, a kiedy zaczyna odgrywać większą rolę, dzieje się to na zasadzie deus ex machina.

W pierwszej części serii istotne były intrygujące i trochę niepokojące, momentami wręcz groteskowe fotografie.Nie zabrakło ich także w Mieście cieni, lecz nie robią takiego wrażenia jak wcześniej. Z jednej strony z pewnością straciły już urok nowości i czytelnik wie, czego może się po nich spodziewać. Jednakże w przeważającej części w tomie drugim są bardziej realistyczne, mniej intrygują, a bardziej obrazują opisane w powieści sceny. Nie jest źle, ale ich odbiór jest już inny, przez co w mniejszym stopniu wpływają na klimat powieści, który w pierwszej powieści Riggsa był wyjątkowy.

Chociaż Osobliwy dom pani Peregrine był książką skierowaną do młodszego odbiorcy, to również osoby starsze mogły się dobrze bawić przy jej lekturze i jedynie w kilku miejscach historia sprawiała wrażenie zbyt dziecinnej i naiwnej. W Mieście Cieni odczucie to będzie towarzyszyło dojrzalszym czytelnikom przez cały czas, nie znaczy to jednak, iż opowiedziana przez Ransoma Riggsa historia jest zła. Wręcz przeciwnie – fabułę poprowadzono w sposób logiczny i konsekwentny, a losy grupki osobliwych dzieci mogą naprawdę zainteresować. Tyle że sposób ukazania ich przygód nie każdemu przypadnie do gustu i należałoby powiedzieć, że lektura tej książki najwięcej przyjemności sprawi nastolatkom i dzieciom, które w pełni docenią wszystkie jej zalety.