» Klub Wiktora » Utwory » Maszyna – Wiktor Żwikiewicz

Maszyna – Wiktor Żwikiewicz


wersja do druku
Maszyna – Wiktor Żwikiewicz

 

  Wiatr marszczył piaski zbierając z grzbietów wydm ziarnisty pył i wypełniając nim bruzdy kolein, szeregiem blizn tnące twarz pustyni aż po daleki horyzont. Szkarłat. Biel. Pod stopami dudnienie blach głuszone izolacją obcasów. Niechętnie patrzył przed siebie, z przymusem kierował oczy w nabrzmiały żarem krąg słońca, aby zmęczone źrenice znalazły dostęp do ogniska promieniującego zarzewiem czerwieni.
  — A–ast… Astu–ud!
  Miarowe podmuchy gnają kurzawę przesypując piach przy wtórze szelestu, który przez swą wszechobecność staje się niemal ciszą, zdławionym głosem pustyni.
  — As–tu–ud!
  Ktoś woła, słowa rozpadają się na szereg pustych dźwięków. Nasłuchuje długą chwilę, lecz nie ma sił obejrzeć się, wyjaśnić przyczyny głosu, który i tak nic nie znaczy. Obraz nieba ucieka w purpurę krwi ściskającej skronie, przeistacza myśli w strzępy neuronowych drgań.
  Lecz wołanie nie ustępuje.
  Natrętne echo sięga podświadomości, przenika zakamarki mózgu, po których zwykle błądzą ostatki sennych rojeń wymazywanych w czas przebudzenia. Logika rzeczywistości odrealnia, czyni absurdalną próbę ucieczki przed światem noszącym w sobie skotłowany puls atomowych mięśni maszyn, chłód elektronicznych obwodów i teatralną pantomimę ludzkich twarzy. Niepodobna uciec, gdy pod stopami wibruje metalowy pomost transportera, a łopaty gąsienic znaczą przebyty szlak zawieszoną w powietrzu smugą lotnego pyłu. Nie można uciec, kiedy wiatr wciska do uszu czyjś krzyk.
  — A–astu–ud!
  Wysiłkiem woli przemógł sprzeciw ciała i niechętnie spojrzał za siebie.
  Na pomoście transportera idącego ich śladem stał wyprostowany mężczyzna i balansując na szeroko rozstawionych nogach usiłował zrównoważyć częste przechyły pojazdu.
  Pomyślał, że po raz pierwszy ktoś z nich wylazł na zewnątrz w samo południe. To było zachowanie nocnej ćmy, która pomyliła porę dnia, komika albo mącznobiałej mrówki z termitiery, gdy oślepiona światłem nie znajduje drogi w ukryte przed światłem tunele i ginie przepalona na wylot słonecznym promieniowaniem. Przyjrzał się uważniej.
  Nawet z tej odległości można rozróżnić nagi kształt czaszki wystającej z metalowego kołnierza niczym zmarszczona zapałczana główka, czarny skafander, szeroki biały pas tnie figurę na połowę, jeszcze białe naszywki, jak otwory przewiercone kulą — Natan Savary, najstarszy z grupy.
  Trzymaną w ręku strzelbą wskazuje przed siebie. Astud podniósł oczy. Jednostajna do tej pory żółć nieba nabiegła siecią szkarłatnych zmarszczek, wydzieliła obszary nastroszone cytrynowym pierzem i spłynęła na boki ściekającymi od zenitu krwistymi smugami w roztoczu chmur. Było późno, o wiele później, niż myślał. Żylaste kliny czerwieni wlokły po pustyni zapowiedź wczesnego zmroku.
  Chwilę przypatrywał się horyzontowi, po czym uspokajająco machnął ręką i nie spojrzawszy więcej w kierunku Natana przeszedł do włazu. Namacał stopą szczeble drabinki i wśliznął się do kabiny.
  Barton siedział przy sterach zanurzony w łożysku amortyzacyjnego pęcherza.
  — Zatrzymamy się? — spytał.
  Transporter nabranym pędem przeskakiwał wklęsłości między wydmami, ciężarem podwozia znosił wierzchołki mniejszych wzniesień i tępym ryjem torował drogę w półksiężycach barchanów.
  Astud wskazał szczelinę przeziernika.
  — Widzisz ten cień? — zapytał.
  — Skały?
  — Raczej ich pozostałość. Stań na zawietrznej.
  Karawana wygięła prosty dotąd szlak swej drogi zbaczając ku grupie skał. Szeregi sterczących pionowo żeber wyrastały z chaosu nagromadzonych odłamków tworząc niesamowitą palisadę, od strony pustyni otoczoną jeszcze wieńcem luźnych głazów — kredowych brył rozwleczonych kolejnymi przypływami i odpływami piaszczystych mas na kilkaset metrów od głównego skupiska.
  Już cała przestrzeń płonęła czerwienią, nawet kamienie. Barton podprowadził transportery w miejsce ześlizgu łagodnej niecki terenu pod nawis skalnego tarasu. Dziewięć opancerzonych maszyn uformowało ciasne półkole, końcami zwrócone do skał. Z lotu ptaka, gdyby w tym świecie istniało choć jedno skrzydlate stworzenie, można by sądzić, że u brzegów kamiennej wyspy szuka schronienia stado żółwi, które wyłoniły się z oceanu piasków gnane niepojętym strachem, a zdając sobie sprawę z absurdalności tej próby wymknięcia się ścigającym je siłom — przystanęły pogodzone z losem, tylko w przedzgonnej obecności sobie podobnych znajdując pocieszenie.
  — Optymizmem miejsce nie napawa — mruknął Barton. — Może za to będzie bezpieczniej.
  Astud zmierzył go przelotnym spojrzeniem.
  — Sądzisz? — zapytał.
  — Ostatecznie wolę mieć za plecami kawałek kamienia niż sterczeć na wolnej przestrzeni, gdzie wystarczy zmrużyć oczy, aby nie obudzić się wcale lub z kilkumetrową kryptą piachu nad głową. — Barton wygasił ostatnie ogniwa silników. Cisza zapadła nagle, jak zatrzaśnięte wieko skrzyni.
  — Archeologowie wygrzebali szczątki ruin rozwalonego miasta, ponakładali na głowy jakieś miedziane siateczki, świecidełka — ciągnął. — I, w natchnieniu koczując między resztkami murów, udowadniali wysłanej na ich poszukiwanie wyprawie, że każdy z nich, co do jednego, jest wypisz–wymaluj rdzennym przedstawicielem rasy antropoidalnych tubylców. Żeby tylko antropoidalnych… Wystarczy usłyszeć coś takiego i wiadomo — to mogło się zdarzyć tylko na tej cholernej Drugiej Altaira.
  — Więc po co wybrałeś się tutaj? — zapytał Astud,
  — Czemu nie? Raz kozie śmierć. Zresztą ty siedzisz tutaj Bóg wie jak długo i nic.
  — Ja co innego.
  — Z innej gliny? — Barton uśmiechnął się pod nosem. — Dałbyś spokój. Czasami odkrywam w tobie szczególny rodzaj manier, przy których naprawdę można uwierzyć…
  — W co?
  — Sądzisz, że mało gadają o takich jak ty?
  Odchylił łożysko fotela do poziomu i, już półleżąc, podwinął rękaw bluzy. Tuż nad przegubem lewej ręki błysnęła szeroka na kilkanaście centymetrów obręcz.
  — Nie spałem trzy doby — rzucił w stronę Astuda. — Obudź, gdyby nie można się było obejść beze mnie.
  — Wątpię. Śpij spokojnie.
  — Dziękuję. Aha, jeśli nie narzekasz na nadmiar zajęć, zrób w końcu szkic dalszej marszruty.
  — Pamiętam drogę.
  — Rzecz w tym, żebyśmy my ją znali. Ty wiecznie pokutujesz u góry, i takiej myszy jak ja, gnijącej dobę przy sterach, czort wie czego się trzymać. Co dopiero inni, wlokący się za nami jak na postronku.
  — Tutaj nic nie da najlepsza mapa. Mówię o tym nie tobie pierwszemu i nie po raz pierwszy.
  — Trzeba mieć „instynkt”, co?
  — Każdy rok zmienia wszystko, można liczyć tylko na szczęście.
  — I na ciebie, oczywiście. Rozumiem. Pomimo to sporządź szkic.
  Astud wzruszył ramionami i zwrócił się do drabinki przed wieżyczką włazu. Podciągnął się na ramionach i, kiedy do opuszczenia kabiny wystarczyło odrzucić klapę, zawahał się, po czym powali odwrócił głowę czując wparte w plecy natarczywe spojrzenie.
  Barton spoczywał z odchyloną głową i wykrzywionym karkiem, jakby śledząc zmierzającego do wyjścia Astuda. Kiedy ten się obejrzał. Barton odwrócił wzrok.
  — Wiesz — powiedział z namysłem — jesteśmy ze sobą trzeci dzień, a nie pojmuję, jak ty wytrzymujesz swoje spacery. Na zdrowy rozum, każdego normalnego człowieka na twoim miejscu dawno powinien szlag trafić.
  Dwoma palcami, bardzo delikatnie i precyzyjnie, ustawił jedną z tarcz na obwodzie pierścienia opasującego przegub lewej ręki.
  — Na razie — powiedział i znieruchomiał.
  Astud patrzył na niego, jak leży bez drgnienia powieki, pozbawiony oddechu w mocno zarysowanej klatce piersiowej i z doskonałym odprężeniem twarzy. Tylko obręcz ledwie uchwytnym obrotem którejś z tarcz co pewien czas sygnalizowała letargiczną aktywność organizmu.
  — Normalny człowiek na moim miejscu — powtórzył Astud.
  Jednym szarpnięciem odrzucił klapę włazu i wydostał się na zewnątrz. Z górnego pomostu rząd klamer prowadził na ziemię. Zeskoczył z ostatniego stopnia — nogi po kostki zapadły w piasek.
  Rozejrzał się.
  Pusto. Nikt więcej nie wychodził z maszyn. W ograniczonej bryłami transporterów przestrzeni wiatr kręcił wiry, wygrzebywał w piachu ospowate leje i wydmuchując z nich krzemowy miał ciskał go na burty maszyn. Te były gładkie i twarde mocą ceramicznych pancerzy, od których szeleszczące ziarna odpadały bezsilnie tworząc na ziemi rosnący powoli wał.
  Astud ruszył przed siebie, między zwaliska luźnych głazów. Teren stromą pochyłością wznosił się ku podstawie skał i gdy po kilkudziesięciu krokach chciał spojrzeć w miejsce, skąd wyszedł, nie znalazł oczekiwanego widoku. Wystarczyło to niewielkie wyniesienie gruntu, aby grupę bliźniaczych transporterów zachwiana perspektywa osadziła nisko w dole, odkrywając przed oczyma niezwykłe usytuowanie otaczających je skał. Wydało mu się, że stoi we wnętrzu rozcapierzonej rozety, którą utworzył gigantyczny szkielet jaszczura powalonego na pustynię przed milionami lat. Prehistoryczne monstrum hatterii wyprężyło się w przedśmiertnym spazmie i tak już zostało obalone na grzbiet, ogryzionymi z mięsnej tuszy pałąkami żeber mierząc w prześwit nieba. Piszczele łap dawno utonęły w piachu albo skruszone walały się wkoło chaotycznym zwaliskiem nieforemnych brył i tylko białe żebra zachowały symetrię równych szeregów, jakby przyrosłe skamieliną do podstawy kręgosłupa skrytej pod łachą piachu.
  Spoza tej palisady naga pustynia mamiła oczy korowodem atmosferycznych miraży, niosła astmatyczny kaszel wiatru wydmuchującego ze spieczonej gardzieli wydm suchy, ostro zacinający pył. Słońce zawisło nad linią horyzontu kładąc na pustynię długie, polanę purpurą cienie skał i piaskochodów. Astud dobrnął przed koślawy głaz, do połowy zaryty w ziemię, i usiadł wspierając plecy o nagrzany kamień.
  Jeszcze raz sięgnął oczyma czerwonego kręgu słońca i pomyślał, że dzisiaj nie będzie trzeba czekać długo. Trwał w bezruchu ze skrzyżowanymi na piersi rękoma i tylko wiatr gorącymi palcami przebierał mu w stalowoszarych włosach, jakby chcąc spopielić je do reszty.
  Błyski fioletu tańczyły na niebie zawojem niespokojnej, roziskrzonej zorzy, festonami dymów osuwały się nisko wsiąkając w piasek pustyni, tworząc z nią jednorodny , przestwór nadciągającej nocy. Astud wiedział, że kiedy tarczę Altaira przesłoni owal planety, a pustynia wessie resztki fioletu — nastanie noc, piękna i groźna. Przez jej arterie pobiegnie puls nie znanego nikomu szeptu i tamci, których jeszcze nazywał ludźmi, wyjdą ze skorup swoich maszyn i będą nasłuchiwać, lecz głos pustyni pozostanie dla nich obcy, nie rozszyfrowany jak język altairskich ludów, które wymarły prędzej, nim pierwotny człowiek skrzesał pierwszą iskrę podobną do gwiazd.
  Więc posłuchają i odejdą — takie jest prawo sprawdzone nie tylko tu i nie po raz pierwszy.
  A on? Zostaje mu tylko milczeć i czekać, samemu nie wiedząc — na co, chociaż czasami zdawało mu się, że jest bliski poznania, zrozumienia tego świata i zawsze brakowało nieokreślonej pewności wiedzy, przeczuć, zmysłów do przełamania bariery obcości. Już ostatecznie.
  Przeprowadził przez pustynię dziesiątki wypraw. Ci, którym pomagał, byli z zasady młodzi i pewni siebie. I z każdym rokiem bardziej obcy. Prowadził ich od podbiegunowego Kosmodromu przez piekło żaru do podziemi Kontynentu.
  Między tymi punktami odniesienia leżała pustynia jak wygotowane, przed miliardami lat odparowane z resztek wilgoci morze. Karawany, które je przekraczały, niknęły w labiryncie dróg wykutych w miąższu planety — on zostawał u podnóża gór, przed wylotem podziemnych tuneli. Wiele razy czekał daremnie, kiedy indziej wracali w pojedynkę, bredząc już nie o miastach zalegających mrok, lecz o jakiejś planecie imieniem Ziemia. Współczuł im wtedy. Tylko wtedy. Ziemia była dlań niewiadomą zachowującą rangę symbolu, którego urokowi podlegali wszyscy nowi, przybywający z gwiazd.
  On sam był przewodnikiem prowadzącym ich przez pustynię. Znał drogi zmierzające do podziemnych miast, chociaż sam nigdy w nich nie był. Nie obchodziło go, czego szukają w wymarłych sztolniach, co znajdują, a co ciągle pozostaje dla nich zagadką. Przybyszy wabiły ślady zaginionych cywilizacji — on żył pustynią. Dla wszystkich była po prostu pustynią, jak na tysiącu innych światów, tymczasem on od pierwszego dnia, kiedy postawił stopę na białym piasku, wypełzając z wraka rozprutej rakiety, w niej upatrywał zagadkę tego świata. Wtedy jeszcze był sam, przez długie lata sam na sam z pustynnym morzem. Pamiętał ze swoich wędrówek burze, kiedy ramiona piaskowych gejzerów spinały ziemię z tężejącym niebem, i spokojne zmierzchy, gdy gwiazdy osiadały na lustrzanej tafli równiny, a z ich lśnień kiełkowały kwiaty ognia wypalającego transportery w zlepki stali sterylnie czystej, bez śladu żywej pleśni.
  Pamiętał z jądra planety wyrastające widma miast, których jeszcze nie zagarnęła w posiadanie zachłanna ludzka ciekawość, oraz chwile, kiedy błędne ognie ciągami zwodniczych płomyków sprowadzały zagubionych w miejsca, skąd nie było powrotu. Czasami słyszał przelatujący nad wydmami krzyk albo kształtowane prądami wiatrów krople słów nieartykułowanych, podobnych do jęku. Wtedy zaciskał powieki, nabierał w dłonie sypkiego piachu i czuł się wiatrem niosącym ten krzemowy miał nad otchłanią równin, ponad oceanem prężących grzbiety wydm i pod nalanym purpurą niebem.
  Czasami lot trwał godziny.
  Czasami ułamki sekund.
  Oko cyklonu zwijało pętlę orbity nad pokrywającym glob martwym oceanem.
  Mógł widzieć — nie patrząc, pamiętać wstecz i w przód, ogarniać nienazywalną wiedzę i nawet zdawało mu się, ale tylko wtedy, że jest mikroskopijnym ogniwem w trybach niesamowitej heteromorfozy świata. Lecz wiatr ulatywał swoją drogą i pozostawiał go pośród wydm samotnego. Niebo mętniało opadająca kurzawą, a on zostawał pod gwiazdami beznadziejnie samotny – stary człowiek w wytartym skafandrze i wysypywał z bezsilnych rąk zagarnięty strzęp pustyni.
  

*

  Ze skał potoczyła się strużka zetlałych kamieni.
  Na grani osypiska stał Natan Savary wsparty na nieodłącznej strzelbie, tyleż groźnej, co śmiesznej i bezużytecznej w tym świecie. Chwilę przypatrywał się człowiekowi siedzącemu na krzywym głazie, potem przewiesił broń przez ramię i zszedł na dół uważnie stawiając stopy na porowatych występach skał.
  — Szukałem cię — powiedział.
  Stał przed Astudem wysoki, rozrosły w barkach, pomimo gorąca szczelnie opięty czarną folią skafandra. Tylko głowa pozostawała odkryta i ostro zacinający wiatr mógł smagać do woli ogorzałą skórę nagiej czaszki i twarz o twardym podbródku, spłaszczonym u nasady nosie i oczach lekko skośnych, osadzonych głęboko pod okapem czoła.
  — Szukałem ciebie — powiedział po raz drugi. — Cały dzień przebywałeś na pomoście transportera. W samo południe. Wołałem cię, lecz nie słyszałeś.
  Umilkł, lecz nie doczekał się odpowiedzi.
  — Tak – powiedział wreszcie. — Pierwszy etap mamy za sobą.
  — Pierwszy — zgodził się Astud.
  — Idzie lepiej, niż przypuszczałem. Za dwadzieścia dni powinniśmy dotrzeć do celu.
  — Dwadzieścia dni…
  — Prawda, czasami wystarczy jeden — i po wszystkim.
  — Czasami…
  Natan uważnie przyjrzał się Astudowi.
  — Na razie wszystko w porządku? — zapytał. — Jak sądzisz?
  — Na razie — znowu potwierdził Astud.
  Było w jego głosie i ciągłym powtarzaniu cudzych słów coś takiego, że Savary pochylił się nad siedzącym i zajrzał mu w twarz.
  Astud miał oczy szeroko otwarte, pokryte siecią czerwonych żyłek powieki drżały ledwie uchwytne z tajonego wysiłku.
  — Ast!
  Natan potrząsnął nim za ramiona.
  — Na razie — powtórzył Astud.
  Jego wargi poruszały się pewien czas, jakby nadając wypowiedzianym słowom niesłyszalny pogłos. Natan ujął go za przegub lewej ręki i szarpnął biegnący od łokcia błyskawiczny zamek. Przepołowiony rękaw bluzy odsłonił nagle przedramię. Natan cofnął się.
  – Niemożliwe – szepnął.
  Jeszcze nie dowierzając oczom zacisnął palce na prawej ręce Astuda, lecz i tam, pod miękkim materiałem skafandra, znalazł jedynie miarowy puls krwi w przyciśniętej kciukiem tętnicy, podatną ustępliwość mięśnia i opór kości.
  — Przecież to niemożliwe — powtórzył znowu.
  Bezradnie opuścił ręce.
  Cienie transporterów majaczyły w zapadającym zmierzchu — zdawało się, że poza nimi dwoma nie ma tu żywej duszy. Wytężył pamięć próbując odnaleźć w monokrystalicznych blokach coś, o czym, być może, wiedział kiedyś. Następnie . szybko pochylił się nad Astudem, z powrotem zapiął jego skafander i mrużąc oczy uderzył siedzącego w twarz.
  Raz i drugi. Mocniej.
  Astud zachwiał się.
  Jeszcze raz odskoczyła głowa, ciało niezwykle powoli przechyliło się w bok i Astud upadł na ziemię, twarzą w piach.
  Leżał zupełnie nieruchomo i tylko przepalone słońcem włosy chwiały się na wietrze niczym kępa suchej, pustynnej trawy. Natan stanął nad leżącym i czekał cierpliwie usiłując stłumić rosnący ciągle niepokój. Minęła długa chwila, nim jego uszu dobiegł przyduszony jęk.
  Astud zakaszlał w ziemię ciężkim, chrapliwym spazmem płuc, jego wąskie plecy drgnęły konwulsyjnie, a ręce wparły się w piasek i dźwignęły tułów.
  Strużki białego pyłu osypały się ze skafandra.
  Astud klęknął i dopiero wtedy otworzył oczy. Spojrzenie miał przytomne. Wierzchem dłoni otarł z warg krew, która w gorącym powietrzu zdążyła sczernieć i na nie golonym podbródku zostawiła przylepione do zarostu okruchy brunatnych skrzepów.
  Pod ostrym spojrzeniem Nalan poczuł nieprzyjemne mrowienie w karku.
  — Nie powinieneś był tego robić — powiedział Astud.
  Natan bez słowa pomógł mu wstać i usiąść na jednym z kamieni.
  Słońce zdążyło przestąpić próg antypodów i rzadkie iskrzenie fioletu ustępowało przed nadciągającym mrokiem, wbrew wszelkiej logice upodabniając do siebie ich twarze mimo odmienności rysów i głębokimi zmarszczkami zaznaczonej różnicy wieku; mrok niweluje wszelkie różnice, jeśli ma do czynienia z dwojgiem ludzi — wnętrze nie ma znaczenia.
  — Jak się czujesz? — zapytał Natan.
  Astud odruchowo musnął ręką policzek.
  Natan przypatrywał mu się z uwagą. Przez kilka minut nieprzytomności Astuda zdążył zrozumieć wystarczająco wiele, aby mieć nad nim przewagę, której istnienia tamten, być może, nie domyślał się wcale.
  — Sądziłem, że tak trzeba — powiedział. — Byłeś nieprzytomny. Co się stało?
  — Nic. Przemęczenie.
  — Tak? — Natan zastanowił się chwilę. — Możliwe. Dzisiaj w drodze wołałem cię bardzo długo, nie mogłeś nie słyszeć.
  Astud wzruszył ramionami, otrzepał stary, spłowiały skafander i już w pełni sił podniósł się, żeby odejść.
  — Dokąd? — zdziwił się Natan.
  — Odpocząć.
  — Zbliża się noc, powinieneś iść i położyć się w swojej kabinie, zamiast włóczyć się między wydmami. Sam mówiłeś, że o tej porze to niebezpieczne.
  — Nie dla mnie — stwierdził obojętnie.
  Chciał wyminąć zagradzającego mu drogę człowieka, lecz Natan znów stanął przed nim.
  — Zaczekaj — powiedział kładąc mu dłoń na ramieniu. — Zapominasz, że ja odpowiadam za tych ludzi.
  Kiwnął głową w stronę ledwie widzialnych już transporterów.
  — Za kogo? — spytał Astud.
  — Za wszystkich — podkreślił Natan. — Jako dowodzący grupą, choćby formalnie, jednak ponoszę odpowiedzialność za wykonanie programu badań i powrót każdego z nich.
  — Chyba nie stoję temu na przeszkodzie?
  — Mam nadzieję.
  Astud wyprostował się i, chociaż niższy od stojącego przed nim mężczyzny, jakby z góry zmierzył oczyma Natana.
  — Jak to rozumieć?
  — Dosłownie. Ty jeden znasz rozmieszczenie szybów na południe od dziewiętnastego równoleżnika i potrafisz przeprowadzić nas przez pustynię. Muszę mieć pewność, że nikt nie zakłóci tych zamiarów, przynajmniej nic z tego, czemu nie moglibyśmy zapobiec.
  — Masz zastrzeżenia co do spełnienia przeze mnie obowiązków?
  — Zaczynamy rozmawiać sensownie.
  — O co chodzi?
  — Otóż tak, mam wątpliwości szczególnego rodzaju i dobrze, że jesteśmy bez świadków.
  — Słucham więc? — z pewnym zniecierpliwieniem powiedział Astud.
  — Już od pierwszego dnia ekspedycji chciałem ci zadać kilka pytań, ale szukałem okazji. Pierwsze z nich to: Ile masz lat?
  Reakcja Astuda była natychmiastowa, zesztywniał cały i powoli, jakby z namysłem, zmarszczył brwi.
  — Pomogę ci — powiedział Natan. — Średnia wieku każdego z nas nie przekracza trzystu lat. Teoretyczne odchylenie z wyliczeń biomechaneurystyki wynosi in plus in minus trzy lata.
  — W takim razie zostało mi już niewiele.
  — Ile?
  — Może pięć–sześć lat.
  Natan z satysfakcją skinął głową.
  — Byłem pewien, że dasz mi mniej więcej taką odpowiedź — powiedział. — Pod znakiem zapytania pozostaje, w jaki sposób zdołałeś osiągnąć ten wiek.
  — Mów jaśniej.
  — Znaczy to tylko tyle, że twoje wyznania mają niewiele wspólnego z prawdą. Rozepnij lewy rękaw.
  — Skąd?…
  Astud zacisnął posiniałe wargi i odstąpił o krok.
  W narosłej ciemności piasek leżał nieruchomy, wreszcie pozostawiony w spokoju przez nieczęsto ustający wiatr. Lecz w miejsce szelestu krzemowych ziaren wystąpił z mroku inny głos, równie natarczywy i niepokojący, jakby wszystkie nagrzane w południe kamienie rozładowywały zapas nagromadzonego ciepła suchym trzaskiem pękającego szkliwa.
  Astud stał ze zwieszoną głową, jakby w jednej chwili utracił immunitet czyniący go odpornym na zwykłe, ludzkie zmęczenie.
  — Nie spodziewałem się, że żyje jeszcze ktoś taki — ciągnął Natan. — Ostatni był Komley z Trzeciej Transgalaktycznej, Zmarł, kiedy byłem szczeniakiem. Prawie sto lat temu.
  — Wszystko? Mam nadzieję, że więcej nie mamy sobie nic do powiedzenia.
  — Tak pewnie byłoby lepiej — w zadumie stwierdził Natan. — Lecz ja dopiero teraz uświadomiłem sobie, że my właściwie nic o tobie nie wiemy. Drugą Altaira od niepamiętnych czasów kojarzono z twoją osobą, wszyscy przyzwyczaili się do twojej tu obecności tak dalece, że nikomu nic przyszło na myśl, jak długo będzie to trwało. Ludzie zmieniali się, wykruszając lub idąc dalej — ty zawsze byłeś tutaj i nikt jakoś nie zadał pytania: jak długo jeszcze ani od kiedy?
  Nalan Savary usiłował przeniknąć wzrokiem ciemność odgradzającą od niego zgarbioną postać Astuda.
  — Chcę wiedzieć, kim jesteś — powiedział. — Wiek każdego z nas sięga trzystu lat, lecz to nie dotyczy ciebie. Umieraliście bardzo wcześnie.
  Astud potrząsnął grzywą ciężkich włosów i roześmiał się nieprzyjemnym, sztucznym śmiechem. Gdzieś w pustyni znowu przebudził się wiatr i szeleszcząc przebiegł po skarpach wydm.
  Cień Astuda poruszył się i Natan poczuł na twarzy muśnięcie gorącego oddechu.
  — : Wiesz, gdzie my jesteśmy? — usłyszał. — Za kilka godzin wstanie świt i zobaczysz tarczę Altaira nad martwą pustynią.
  — Nie musisz mi tego mówić.
  — Nie rozumiesz. To jest mój świat.
  — Przybyłeś tutaj z Ziemi,
  — Daliście mi imię Astud. Z Ziemi przyleciał kto inny. Wszyscy, których on znał — nie żyją, świat, jaki znał. — nie istnieje. Nie przeszkadzam wam, wręcz przeciwnie. I mam tylko jedną prośbę, żebyście mnie zostawili w spokoju.
  Natan poczuł skurcz w gardle i położył mu dłoń na ramieniu.
  — Rozumiem, co czujesz — powiedział.
  Astud odtrącił jego rękę.
  — Zostaw.
  — Jak uważasz, ale pamiętaj, że jesteś jednym z nas.
  — Chcę zostać sam.
  — W porządku, nikomu nie narzucam przyjaźni.
  Spoza szeregu zarytych w piachu transporterów nadbiegło echo dalekiego głosu, jakby wiatr nastrajał się w szczerbach skał przedmuchując piszczały kamiennych organów.
  — Jestem tutaj po to, żeby przeprowadzić was przez pustynię — powiedział Astud. – To wszystko.
  Odwrócił się na pięcie i piasek zaskrzypiał mu pod nogami, gdy mknął w ciemności. Jeszcze chwila i cień jego przepadł w głębszej czerni.
  Wtedy z wnętrza pustyni, zwielokrotniony rykoszetem wiatru między wydmami, rozległ się balansujący na granicy słyszalności dźwięk pękającego kryształu.
  Savary wzdrygnął się, ale to tylko był chłód, nocny ziąb.

*

  Z każdym świtem karawana transporterów mozolnym obrotem gąsienic odmierzała dalsze kilometry szlaku, a czas przesypywany klepsydrą pustyni zamieniał je w dni i noce. Dni jednakowo lejące z nieba spiekotę– lak samo duszne w obłokach białego kurzu i nieodmiennie konające pękaniem głazów w nadciągającym chłodzie nocy.
  U schyłku drugiego tygodnia pokonali przeprawę przez górski łańcuch, gdzie białe skały zastygły w fantastycznych nawisach niby skamieniałe resztki piany z wierzchołka ostatniej wielkiej fali, jaka przetoczyła się kiedyś nad obnażonym teraz dnem oceanu. Przekraczając jedną z przełęczy zostawili w skalnym kominie dwóch członków załogi z ostatniego transportera, którzy na chwilę odłączyli się od grupy, lecz w niczym nie powstrzymało to milczącego pochodu. Śmierć pozostaje śmiercią, jest zła, lecz nie najgorsza. Za dzień–dwa może spotkać każdego z nich. Człowiek rodzi się i umiera — na Ziemi. W trybach kosmosu istnieją rzeczy gorsze niż śmierć.

*

  Gdy rozłożyli się na kolejny postój, wieczór był dziwnie chłodny, żar zastygł w niszach wydm pamięcią południa i wysączał się z nich powoli, rozkładając zapas nagromadzonego ciepła na długie godziny nocy.
  Między skłonami piaszczystych wzniesień ktoś znalazł szczątki drzew; zwęglone kikuty dawno wypartego przez pustynię lasu wyciągały ramiona, nagimi splotami przeczesywały wiatr. Ktoś podał myśl rozpalenia ogniska, znieśli więc suche naręcza przed zbite ciasno transportery.
  Nasycone tlenem powietrze przyjęło ofiarę i ogień buszował wesoło, trawiąc resztki wymarłego świata karłowatych drzewostanów, a oni siedzieli zapatrzeni w grę płomieni, .zasłuchani w trzask dopalających się głowni. Zdane na pastwę ognia gałęzie drzew, których barwy liści nie potrafili nawet odgadnąć, dały im, w zamian za przypieczętowanie zgonu, posmak żywicznej zieleni sosnowych szpilek, świeżej, od pnia odłupanej kory i przekwitłego mchu, którego nawet nie trzeba zapalać wystarczy strzepnąć ręką, aby podniosła się rdzawa fala płomienia wyschłych zarodników, które nie dadzą więcej życia niż prawdziwy płomień.
  Ale wyobraźni człowieka nie trzeba wiele, czepia się byle pretekstu. Ewolucja zastawiła sidła na każdy gatunek bez wyjątku, choć zdawać by się mogło, że ten czy inny ma większe predyspozycje nie tylko do przetrwania, lecz i doskonalenia się aż do pierwszych prób samodzielnego myślenia. W rzeczy samej każdy rodzaj żywych istot, prędzej czy później, kołacze w pułap nieprzekraczalnych konstant i zasada ta z jednakową mocą obowiązywała prahistorię, motywując kenozoiczne podzwonne wielkich gadów, agonię tytanoterii — ostatniego z ostatnich, wyłączenie spod znaku ewolucji owadów, gehennę mamucich cmentarzysk, jak i późniejsze wyginięcie wielu gatunków, przydatnych dla człowieka z racji futra, mięsa i innych dodatków stosowanych w „chińskiej medycynie”, i tym samym potraktowanych jako łowne — aż do końca. Lecz fatalistycznej determinacji losu nie oparł się również człowiek neandertalski oraz, dzięki technice tylko pozornie uniezależniony od praw natury, homo sapiens. Nastąpiło tylko przewartościowanie kategorii ewolucyjnego ostracyzmu — z biologicznych na psychiczne, gdyż człowiek — gdziekolwiek by nie był — pozostanie zawsze niewolnikiem obsesji lasów, rzek, pni opleśniałych w mule bagien, nie uwolni się od tundry, dżungli i buszu i nie zdoła uciec przed pamięcią rybich oczu w koralowym atolu czy u brzegów nadgryzionych golfstromem wulkanicznych wysp. Ten ludzki geocentryzm w erze kosmicznej ekspansji jest zarazem błogosławieństwem i przekleństwem człowieka, ograniczającym zasięg jego penetracji we wszechświecie, gdyż nie pozwala odejść tak daleko, żeby nie można było wrócić. Oczywiście, jeśli jest się naprawdę człowiekiem z krwi i kości. Jeśli się jest.
  Tylko empiria pozwala rozłożyć na czynniki pierwsze sprzężenia cielesnej i duchowej osobowości człowieka, lecz kiedy to nastąpi, na wnioski może być za późno.
  — Jeśli wyjdę stąd cało, lecę pierwszym rejsem na Tau Wieloryba — powiedział Yourcenar.
  Siedział na piasku przecierając kawałkiem filcu części prymitywnego mechanizmu. Był jednym z młodszych antropologów, którzy próbują swych sił w kosmosie, gdzie zawsze łatwiej błysnąć śmiałą, choćby i z gruntu bezpodstawną hipotezą o międzygatunkowych koligacjach planetarnej fauny, flory i człekopodobnych.
  — Dlaczego akurat tam? — zapytał ktoś.
  — Zawsze wolę wiedzieć, z czym mam do czynienia.
  — Z czym czy z kim?
  — Obojętne. Tam drzewo jest drzewem, skała — skałą, a dwunożni–wielkogłowi również po prostu wielkogłowymi–dwunożnymi. Przynajmniej wiadomo, czego się trzymać.
  Yourcenar jest ostatnią osobą, którą w zebranym wokół ogniska towarzystwie można posądzić o przywiązanie do matematycznie ścisłej analizy rzeczywistości, jest na to po prostu zbyt podszyty wiatrem i daleki od wyrachowanego rozsądku. Cechy charakteru są zawsze wypisane na twarzy, nawet nie trzeba się spowiadać, wystarczy pozostać sobą, kiedy każde słowo znajduje odbicie w drwiącej intonacji głosu, skrzywieniu warg, które tylko powstrzymują się od ciągłej wesołości, nie wzbraniając tego oczom.
  — Skąd taka prostolinijność? — zapytał wąskolicy mężczyzna w kombinezonie, jak wszyscy czarnym, lecz z żółtymi naszywkami geofizycznego pododdziału.
  — Od czasu gdy klasyczny barok fizyki dzięki pewnym ludziom zaczął kokietować zakrętasami rokoko — odciął się Yourcenar.
  Fizyk skrzywił suchą twarz.
  — Oszczędź — mruknął. — Od kiedy jednak przestałeś być entuzjastą Drugiej Altaira?
  — Tutaj wiadomo tylko, że coś jest i gdzieś jest. Pech w tym, że nikt właściwie nie ma pojęcia, co i gdzie. Na dłuższą metę taki stan ochłodzi najgorętszą głowę.
  Yourcenar po raz ostatni dmuchnął na metalowy, gwintowany drążek i począł skręcać poszczególne elementy.
  — Ty, Hemery — powiedział — masz swoją fizykę z arsenałem tachionowych holograficznych mikroskopów, z przetwarzalnikami promieniowania, spektroskopami, wariatorami hipostaz sprzęgniętymi z hipotezotwórczym modulatorem komputerów. Możesz, co najwyżej, cierpieć na ból głowy z nadmiaru danych, ale to już twoja sprawa. Podobno kilkanaście lat temu miałeś wspaniałe osiągnięcia, wróżono ci sporo sukcesów. Ile z tego zostało?
  Yourcenar wzruszył ramionami.
  — Genialny fizyk i taka sobie planetka, na której bynajmniej nie „tacy sobie” połamali zęby. Ze swej strony życzę ci powodzenia, drogi Hemery.
  Tego rodzaju życzenia wywołały salwę śmiechu ludzi, którzy porozsiadali się na piasku. Na Drugiej Altaira wszelkie życzenia, a życzenia szczęścia przede wszystkim, nie spełniają się nigdy.
  — Wiesz, co przez to rozumiem? — Yourcenar spojrzał na fizyka spod przymrużonych powiek. — Na tej planetce szansy dla siebie szukają tylko tacy wykolejeńcy, jak my wszyscy, co do jednego. Reszta ma prawo wyboru na pierwszej linii, my wałęsamy się na szarym końcu, gdzie oni nie dali rady.
  — I my nie damy — powiedział Hemery.
  — Przynajmniej ty powinieneś. Archeolog mało co tu znajdzie, biolog jeszcze mniej, antropolog nic zupełnie, cokolwiek kiedyś znajdowało się tutaj, dawno już się rozsypało, zostały tylko skorupki.
  — W czym moja sytuacja jest lepsza?
  — Fizyka zawsze istnieje.
  — Zapominasz, że i dla mnie połowa instrumentów, które za każdym razem wleczemy tutaj, jest ślepa i głucha — odparł Hemery. — Zbyteczny balast.
  — Nie będziemy się licytować — machnął ręką Yourcenar.
  — Jeśli ktokolwiek miałby tutaj coś do powiedzenia, to nasz przewodnik, ale on nie należy do rozmownych.
  Wszystkie głowy zwróciły się w kierunku milczącego Astuda.
  Siedział pod brzuchatą burta transportera daleko poza kręgiem zebranych, odwrócony plecami do ogniska i zapatrzony w przestrzeń, gdzie nie docierał złotawy blask płomieni. Nie opodal niego majaczyła nieruchoma sylwetka człowieka stojącego z założonymi na piersi rękoma.
  — Biedny Cobb, sterczy jak słup soli — powiedział Yourcenar.
  — Przynajmniej jeden z logicznym zajęciem — półgłosem zauważył rudobrody Cugnot.
  — Przejął się rolą.
  — Od kiedy Natan przesadził go na prowadzący transporter, Barton zyskał wreszcie towarzysza nie zapominającego języka w gębie.
  — Cobb i krasomówstwo — z ironią zauważył Yourcenar.
  — Dobre i to.
  — Ten Cobb intrygował mnie zawsze — w zamyśleniu powiedział Hemery. — Chciałbym wiedzieć, co on robił przedtem, zanim zjawił się tutaj. Przecież on nic nie potrafi, jest tylko potwornie silny i wytrzymały jak automat.
  — A co my właściwie wiemy o sobie? — spyta! Cugnot.
  — Nic, to nawet dobrze.
  — Więc nie ma co się dziwić, że temu czy innemu natura poskąpiła rozumu — powiedział Yourcenar i uśmiechnął się pod nosem. — Klasyfikując ludzi według zdolności prowadzenia dyskusji to… One też potrafią zabawić cię rozmową, tylko ile w tym sensu?
  Yourcenar umilkł i niepewnie przebiegł, oczyma ponure twarze pozostałych mężczyzn.
  Nie zareagowali.
  Odetchnął z ulgą. Oczy odruchowo prześliznęły się wzdłuż rzędu zamkniętych na głucho transporterów. Miał ochotę plunąć na wszystko i iść tam nie zważając, gdy reszta przewierci mu wzrokiem plecy, a polem spojrzy po sobie i będzie milczeć dalej, jak od początku.
  Aż się wstrząsnął opędzając od głupich myśli.
  — Że też Astud tak łatwo pogodził się z aniołem stróżem — powiedział przełamując milczenie.
  — Co mu zależy? — zdziwił się Cugnot.
  — Podobno przedwczoraj Cobb wylazł za nim podczas jazdy na pomost i wytrzymał do samego końca, po czym staruszek nie rzekł słowa, ale już drugi dzień sam nie wysuwa nosa na zewnątrz.
  — Niemożliwe!
  — Barton świadkiem.
  Barton skinął głową, ale jednocześnie obrzucił ich niechętnym spojrzeniem.
  — Dajcie im spokój — powiedział. — Może Natan i Astud mają jakieś stare porachunki, ale jeśli obaj milczą, tym bardziej nam wypada trzymać język za zębami. A że przydzielił mu Cobba? Normalne. Ja nie mam czasu, a swoją drogą Astuda trzeba krócej trzymać Nie oszczędza się, choć każdemu życzę takiej formy w jego wieku. Szczerze mówiąc wolę, żeby w razie czego szlag trafił mnie. Cobba czy któregoś z was niż przewodnika. Nie mam pojęcia, skąd u niego ten zmysł orientacji, ale rzeczywiście tylko on jeden jest w stanie odszukać drogę w tym piekle.
  — To lekkomyślność polegać na jednym człowieku — zauważył Hemery.
  — Spokojna głowa. W Bazie wiedzą, co robią. Zresztą potrafisz wymyślić coś innego? Przeprowadzi nas. Nie jesteśmy dla niego pierwsi i — wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują — nie ostatni. Sam tak mawia.
  Yourcenar zakończył wreszcie skręcanie metalowych elementów i z satysfakcją obejrzał swoje dzieło.
  — Proszę — powiedział z dumą. — Kto zgadnie, co to za mechanizm? Może ty, Paveze?
  Zagadnięty drgnął i zwrócił na niego spojrzenie nieobecnych, ciemnych oczu. Pośród mężczyzn o pospolitym raczej wyglądzie i twarzach gruboskórnych, często od dawna nie golonych, wyglądał paradoksalnie ze swoją cerą Ledy wymuskanej w oślim mleku, długimi rzęsami i niemal dziewczęcą sylwetką.
  Teraz odrzucił na kark długie kosmyki czarnych włosów i patrzył na Yourcenara z półotwartymi wargami, jakby zdziwiony, że ktoś zwraca się bezpośrednio do niego.
  — Co to jest? — powtórzył pytanie Yourcenar.
  — Młotek.
  Yourcenar parsknął śmiechem.
  — Bynajmniej, młody człowieku. Jak niewątpliwie słyszałeś, nasz genialny fizyk narzeka na brak instrumentów zachowujących zdrowy rozsądek w magnetycznym, grawitacyjnym i czort wie jeszcze jakim polu tej planety. Doceniamy te kłopoty i wychodząc naprzeciw pragnieniom uczonych składamy w ręce jedynej kompetentnej tu osoby KLUCZ, który utoruje drogę w empirii tego globu. Tak więc jest to klucz skonstruowany na zasadzie geologicznego młotka ze sprężynową amortyzacją trzonka, a nie po prostu młotek, jak to w nieświadomości trywializując określił nasz młody kolega.
  To mówiąc Yourcenar przekazał klucz od empirii w ręce fizyka, który bynajmniej nie odżegnywał się od prezentu. Antropolog spojrzał w stronę Astuda i warującego obok Cobba. Najwidoczniej znowu miał coś na języku pod adresem tej pary, gdy jego wzrok padł na twarz Paveze i Yourcenar aż zatrząsł się nowym paroksyzmem śmiechu.
  — Niech mnie kule biją! — parsknął. — Cha–cha–cha! Przecież on się naprawdę zawstydził. Spójrzcie! Kochany Paveze spłoniony jak panienka.
  Biedny Paveze pogrążył się do reszty.
  — N–nie wiedziałem — powiedział rozbrajająco i poczerwieniał po czubki uszu.
  Yourcenar skręcał się na piasku.
  — Cha–cha–a–ah!
  — Moglibyście skończyć — ujął się za nim Hemery. — Nie dosyć, że chłopak kończy siedemnaście lat, po kątach pisze wiersze i peszy się przy lada okazji, to jeszcze podpuszczacie biedaka. Stare konie.
  — Genialnie, Hemery! — piał z zachwytu Yourcenar. — Nareszcie wiem, na czym polega poezja!
  Uspokoił się nagle i klepnął Paveze po ramieniu.
  — Głowa do góry. Wiesz doskonale, że ciebie lubię najbardziej z tego towarzystwa, jesteś jedyny, który jeszcze nie zdążył sobie zapaskudzić sumienia. Ale ni w ząb nie pojmuję, czego szukasz między nami i kto ci w ogóle pozwolił na udział w rozgrzebywaniu Drugiej Altaira.
  — Co w tym dziwnego?
  — Półtora roku temu — wtrącił Cugnot — tam gdzie idziemy, zginął jego ojciec.
  Yourcenar przycichł.
  — Nie wiedziałem — mruknął.
  Chwilę siedzieli w milczeniu.
  — Jak to się stało? — zapytał wreszcie.
  — Nikt nie wie — zamiast Paveze odpowiedział Cugnot. — Po prostu zniknął. Oni wtedy znaleźli w pustyni wrak jakiejś starej rakiety, która rozbiła się podczas lądowania, cholernie stary wrak. Tam był również jeden z moich przyjaciół, opowiadał, że ojciec Paveze zniknął w dzień po tym zdarzeniu.
  — Prowadził ich Astud?
  — On.
  — Nie wspominał nic na ten temat? — Yourcenar zwrócił się do Paveze.
  Po raz pierwszy spostrzegł, że chłopak ma bardzo wąskie, sine wargi, szczególnie wtedy gdy je zaciska, marszcząc przy tym brwi; zupełnie nie pasowało to do reszty twarzy. Paveze burknął coś pod nosem w rodzaju: „Nie chciał”, i opuścił głowę.
  Hemery strzelił palcami skupiając na sobie uwagę.
  — Chcecie się zabawić? — zapytał widząc, że mają coraz bardziej ponure miny. — Mam dla was kilka piekielnie prostych pytań.
  — Wal — ożywił się Yourcenar.
  — Chcę udowodnić, że nie macie zielonego pojęcia, gdzie się znajdujecie i dlaczego pewne rzeczy wyglądają tutaj tak, a nie inaczej. Im większym autorytetem jest każdy z was na własnym podwórku, tym większe dyletanctwo czyni go analfabetą w pozostałych dziedzinach.
  — Żebyś nie przeszarżował, Hemery.
  — Spokojna głowa. A więc primo — Hemery zagiął mały palec. — Dlaczego komunikację na drodze kosmos — powierzchnia planety zapewniają tylko wąskie podbiegunowe korytarze? Czemu musimy wlec się do równika w tych żelaznych trumnach, zamiast przebyć odległość powietrzem?
  — Atmosfera — powiedział ktoś. — I pole magnetyczne.
  — Co znaczy: atmosfera?
  — Zarejestrowano jakieś strefy energetycznych zapadni — odezwał się z boku ktoś nie biorący dotąd udziału w dyskusji. — Nawet energia kosmicznego promieniowania wsiąka gdzieś, do powierzchni docierając tylko w wąskim paśmie widzialnego światła. Nie wiem na pewno, ale opowiadano, że istnieją miejsca, gdzie w zmiennym polu magnetycznym mięknie nawet stal. Kilkanaście rakiet wstępnego zwiadu rozwaliło się przy lądowaniu, dopóki nie stwierdzono występowania dwóch kanałów umożliwiających bezpieczne zejście z przestrzeni na powierzchnię Drugiej. Obydwa podbiegunowe, na osi obrotu planety.
  Yourcenar pomyślał, że tamten rozbity wrak, klóry spotkała wyprawa starszego Paveze, pewnie też pochodzi z okresu pierwszych prób lądowania.
  – Doskonale – Hemery ze zdziwieniem spojrzał na chudego jak szczapa jasnowłosego mężczyznę, niewiele starszego od Paveze Ale dlaczego tak się dzieje?
  Tego nawet blondyn nie wiedział.
  — Zostawmy na razie. Weźmy drugie — fizyk założył do środka dłoni następny palec. — Dlaczego nie korzystamy z radia?
  — Robisz z nas durni, Hemery — powiedział Yourcenar. — Przecież tu nie można posługiwać się łącznością na talach radiowych.
  — Znowu: dlaczego?
  — Przecież to… normalne.
  Yourcenar rozłożył ręce.
  — Myślisz nie gorzej od Paveze — osądził Hemery. Tylko sęk w tym, że jego można usprawiedliwić. Ktoś jeszcze?
  — Pewnie te same pola magnetyczne plus pasy radiacji — rzucił jasnowłosy chudzielec.
  — To wszystko? Nie znalazł się chętny. Tak myślałem — pokiwał głowa Hemery. — Od kilkudziesięciu lat wiadomo, że nie można. Kropka. Ustanowiono aksjomę, której przyczyna nie leży w sterze zainteresowań nowo przybyłych. Oni przede wszystkim szukają śladów innych cywilizacji, reszta ich nie obchodzi. Na Ziemi mieliśmy podobne dogmaty: słońce świeci, wiatr wieje, jabłko spada, drewno nie tonie, woda jest mokra.
  — Rzeczywiście, dlaczego jest mokra? — Cugnot stuknął się w czoło rozpostartą dłonią.
  Hemery poderwał się z ziemi.
  — Zrobimy wizję lokalną i małą demonstrację.
  Podszedł do jednego z piaskochodów, z wysiłkiem odrzucił klapę bocznego włazu i zniknął w ciemnym wnętrzu Nie czekali długo, wrócił po chwili trzymając stary hełmofon.
  — Kto odważny? — zapytał.
  Yourcenar spojrzał na ponurego, męczącego się własnymi myślami Paveze i pomyślał, że chłopak powinien się nieco rozerwać zamiast Bóg wie czym dręczyć.
  — Paveze! — powiedział.
  Chłopiec długo patrzył zdziwiony, zanim dotarło do niego, czego chce Hemery.
  — Może ja? — zapytał niepewnie
  — Chodź.
  Paveze wcisnął na głowę ciężki kołpak i wtedy Hemery przekręcił włącznik.
  W nausznikach zabrzmiał chaos nakładających się wzajemnie trzasków.
  — Pochyl się — powiedział Hemery. — Niżej.
  Paveze zgiął plecy przybliżając głowę ku stopom. Trzask przerodził się w zwariowaną kakofonię pisków balansujących na granicy słyszalności. Poczuł nagłą słabość w miękkich kolanach i osunął się na klęczki, odruchowo przykładając twarz do samego piasku.
  Raptem zapadła absolutna cisza, jakby otworzyło się coś wielkiego i pustego, co bezpowrotnie pochłania każdy dźwięk, promień, kształt. Lecz w głębi tej przestrzeni nabrzmiewa głuche dudnienie, wypełnia myśli rozwijając wachlarz rezonansów, aż zdało mu się, że czaszka pęka rozłupana udarem pneumatycznego dłuta, które trafiwszy na stalowy rdzeń budzi w nim dźwięk pękniętej struny i, przełamując błony mózgowych opon, chlusta zawartością szarych uzwojeń na biały piach pustyni.
  Skręcił się, jakby kopnięciem podrzucony w powietrze, i opadając na ziemię wydał przejmujący do szpiku kości,’ do wilczego wycia podobny skowyt, po którym ciarki przeszły trzydziestu podrywających się na nogi mężczyzn.
  Natan Savary wyjrzał z uchylonego włazu transportera.
  — Co się stało?! — zawołał.
  W niepewnym blasku dogasającego ogniska i w poświacie dopiero co wzeszłego nad horyzontem pierwszego księżyca gromadka mężczyzn zastygła nad rozpostartym na ziemi człowiekiem. Owładnięci niespodziewaną grozą nie byli w stanie wykonać żadnego gestu, nawet pomóc leżącemu. Natan odwrócił się w głąb ciemnego luku i powiedział coś uspokajająco do bladej plamy twarzy majaczącej w mroku, po czym zeskoczył z pomostu i podbiegł do stojących. Dopiero wtedy poznał czarne kosmyki włosów Paveze, wystające spod czarnego kasku. Leżący zwinął się nagle jak w epileptycznym transie i znów rozrzucił ręce i nogi niczym pająk przykłuty do ziemi, brużdżący piach w przedśmiertnych skurczach.
  — Czy wyście zwariowali?! — krzyknął Savary. — Pomóżcie!
  Jednym szarpnięciem zerwał hełmofon z głowy nieszczęśnika. Chłopiec chwilę jeszcze wił się w jego dłoniach, potem zmiękł i zwisł z odrzuconą do tyłu głową. Natan powiódł po otoczeniu rozjuszonym wzrokiem.
  — Gdzie Gulczar? — rzucił przez zęby rozpinając skafander nieprzytomnego.
  Nikt się nie poruszył. Milczeli wpatrzeni z zabobonnym lękiem w martwą twarz Paveze.
  — Ruszać się! — nieswoim głosem ryknął Natan. — Gulczar!
  — Jestem.
  Krępy mężczyzna przecisnął się w krąg ludzi, był bardzo niski, o twarzy zmarszczonej jak u buldoga i z wyłupiastymi oczyma, idąc przewalał się ciężko z nogi na nogę. Wspólnie położyli Paveze na piasku podsypując wyższy kopczyk pod sztywny kark.
  — Niech ktoś przytrzyma głowę — powiedział Savary.
  W odsłoniętej piersi Paveze, na wysokości mostka wiążącego żebra i niemal idealnie pośrodku klatki piersiowej lśniła przymglonym szlifem, jakby zaparowana oddechem, srebrna płytka.
  Gulczar ściągnął z rąk elastyczne rękawice z doskonałą imitacją żywego naskórka. Pod spodem jego dłonie miały absolutnie bladą, prześwitującą nitkami naczyń krwionośnych skórę, a palce były jakby nieco dłuższe, może bardziej rachityczne, lecz nawet na oko niesamowicie wyczulone, sprawiające dziwne wrażenie, że posłuszne woli chirurga przenikną we wnętrza człowieka bez poprzedzającego cięcia skalpelem. Z każdej opuszki przebijała na zewnątrz metalowa końcówka kontaktowego receptora.
  Lekarz przesunął palcami po twarzy chłopca. Stężałe rysy zatraciły dziewczęcą delikatność brużdżąc czoło i policzki liniami głębokich zmarszczek, wargi zbiegły się w ledwie naznaczoną, siną bliznę. Palce Gulczara ześliznęły się na nagą pierś i wparły kciuki w płytkę.
  — Jest? — niecierpliwił się Savary.
  Gulczar nie odpowiedział, lecz jego twarz stężała w napięciu . nie mniejszym od Paveze, jakby przejmował od niego wewnętrzny paraliż mięśni, na czoło wystąpiły krople potu, aż wreszcie wysiłek zmienił się w zupełną konsternację.
  — Brak kontaktu — powiedział.
  — Musisz znaleźć! — nastawał Savary.
  Gulczar raz jeszcze przebiegł po płytce wszystkimi pięcioma palcami każdej z rąk, po czym bezsilnie obejrzał dłonie. Jakby nie wierząc zmysłom zwinął palce w pięści, aż zatrzeszczały białe stawy. Po raz pierwszy przez woskową skórę przebił się żywszy rumieniec.
  — Beznadziejne — pochylił głowę.
  Savary wyłuskał z rękawa lewą rękę Paveze i przyjrzał się wielobarwnemu tętnu soczewek osadzonych na obwodzie szerokiej bransolety biomechanicznego inkluzora. Migotały pobudzone do świecenia rozkojarzoną wiązką impulsów, idących z głębi organizmu uzwojeniami nerwów i nadprzewodliwym rdzeniem dynamicznej intarsji szkieletu. Savary spróbował poruszyć jeden z regulatorów, lecz Gulczar powstrzymał go natychmiast, gdyż leżący na piasku Paveze zaskowyczał znowu, jakby broniąc się przed wszelką ingerencją, i skurczył się jeszcze bardziej.
  — Zostaw powiedział Gulczar. — Nie wiemy, co mu jest.
  — Coś trzeba zrobić!
  — To człowiek, dlatego nie możemy sobie pozwolić na metodę prób i błędów. Poza tym on żyje i, jak mi się zdaje, życiu jego nic bezpośrednio nie zagraża. To najważniejsze. Obawiam się, że to rodzaj szoku czy bardzo głębokiej depresji psychicznej.
  — Dlaczego brak kontaktu?
  — Mnie pytasz?
  — Jesteś lekarzem.
  Gulczar poruszył masywnymi ramionami i niby żółw wciągnął szyję między łopatki.
  — Moja obecność z wami jest wynikiem konieczności przestrzegania odpowiednich paragrafów kosmicznego prawa, nic poza tym — powiedział ponuro, patrząc na Paveze. — Na tej planecie każdy liczy na siebie. Mamy równe szansę. Lekarzem jestem w odkrytym kosmosie i w każdym innym miejscu. Tutaj… sam widziałeś.
  Z powrotem wsunął dłonie w cielistej barwy rękawice.
  — Co w niczym nie umniejsza moich obowiązków, jeśli już jestem — dodał. — Przenieście go do ambulatorium.
  Kilku ludzi ostrożnie podniosło bezwładnego Paveze i poniosło w stronę piaskochodu Gulczara. Savary przesypał między palcami biały piasek.
  — Jak to czasami dobrze mieć ograniczone zmysły — powiedział. — Nie widzieć nadfioletu, nie słyszeć fal radiowych, być ślepym i głuchym. Inaczej byśmy wszyscy dawno zwariowali.
  Pozostał nad miejscem, gdzie w piasku widać było jeszcze odciśnięty ślad rozpostartego ciała. Jednocześnie czuł wściekłość z powodu własnej bezsilności i nową falę niepokoju wobec sił, których tajemnicy pilnie strzegły martwe wzgórza, skały, pustynie i nie wiadomo dlaczego wymarłe podziemne miasta. Nawet trzy księżyce, nie mniej ponure od planety, wystawione w przestrzeń niczym łby trójgłowego Cerbera, z nastroszoną grzywą warującego u wrót Hadesu, też pilnie kryły przed człowiekiem ślady dziwnej tragedii, która rozegrała się tutaj, a ich puste, wydrążone wnętrza przeistoczyła w cmentarzysko makabrycznie poskręcanych szkieletów, miedzianych sieci i szklanych słoi z resztkami zmumifikowanych czaszek.
  Poczuł dotyk czyjejś ręki na swoim ramieniu.
  — Spokojnie — powiedział Cugnot patrząc nań sponad zmierzwionej rudej brody.
  Savary podniósł się z ziemi, wyprostował i powiódł wzrokiem po tych, którzy zostali.
  — W porządku — odparł. — Mam tylko pytanie. Kto wymyślił tę idiotyczną zabawę?
  Hemery rozłożył ręce.
  — Zupełnie nie rozumiem — powiedział tonem usprawiedliwienia. — Sam słuchałem tyle razy i nic. Inni też. Normalne — piszczy, aż głowa pęka, ale to wszystko.
  — Skąd wam przyszło do głowy na królika doświadczalnego brać akurat Paveze?
  — Sam chciał.
  Savary uśmiechnął się krzywo.
  — Uczeni — powiedział ze źle tłumioną złością. — Przecież wiecie, jaki on był. Jesteśmy wszyscy toporni jak z grubsza ciosane kloce. I jeszcze pchamy się w kosmos, brudnymi paluchami babrając się w kulturach wymarłych cywilizacji. Zjawi się między takimi szczeniak malujący akwarelą jakieś pejzażyki, ślęczący po nocach nad poezją, kochający się nawet w takich jak one…
  Machnął ręką.
  — Zjawi się nie wiadomo po co, a oni mu zaraz w łeb swoim toporem. Ech!
  Chciał odejść, lecz sprawdziwszy, czy Astud nie ruszył się ze swojego miejsca, zapytał jeszcze:
  — Nie wiecie przypadkiem, w którym roku i czyja wyprawa po raz pierwszy osiągnęła powierzchnię Drugiej Altaira?
  — Daj spokój — powiedział Yourcenar. — To musiało być cholernie dawno.
  — Może ktoś zna historię układu Altaira?
  — Nie — po namyśle zaprzeczył Hemery. — Znam tylko fizyków, którzy tutaj pracowali.
  — A ja biologów — dziwiąc się sobie samemu dodał Cugnot.
  Odezwało się jeszcze kilka przeczących głosów.
  — Chyba Lebeck — powiedział wreszcie jasnowłosy chłopak, który wcześniej wykazał pewną orientację w geofizyce planety.
  Natan poszukał w pamięci.
  — Możliwe — mruknął. — A nazwisko Kenan nic wam nie mówi? Dowodził trzyosobową grupą, chyba trzysta lat temu–
  — Nie.
  — Raczej nie.
  Savary z irytacją potarł podbródek.
  — Niech diabli wezmą tę planetę — zaklął. — Gdybyśmy mieli kontakt z Bazą, ale na tej przeklętej planecie wystarczy zniknąć z pola widzenia i — jak kamień w wodę. Piekielnie szkoda, trzeba było poszperać w archiwum przed wyjazdem. Pewien czas mruczał jeszcze do siebie coś na temat trzech zmarnowanych tygodni adaptacji, potem raz jeszcze z niechęcią spojrzał na ciemniejącą w oddaleniu sylwetkę Astuda z nieodłącznie sterczącym w pobliżu Cobbem. Byli jedyną parą, która nie poruszyła się podczas tragicznego zdarzenia, jakby ich to nic nie obchodziło. Savary zaklął znowu i wracając do transportera rzucił przez ramię:
  — Swoją drogą, czego my tutaj szukamy? Przecież właściwie nikt nic nie wie — po tylu latach.
  Hemery westchnął ciężko.
  — Oddałbym pół życia, żeby Paveze wylizał się z tego.
  Stali zwartą grupką obok dogasającego ogniska. Nie zdążyli spostrzec, kiedy ciemność podeszła blisko, jakby przesiąkając siecią kapilarnych kanalików wydrążonych pod grzbietami wydm. Zgarnęli resztkę suchych szczap i cisnęli na żarzące się węgle. Złoty płomień zakiełkował znowu pióropuszem smoczych języków i raz jeszcze zepchnął między wzgórza przypływ chłodnego mroku.
  Usiedli w milczeniu obserwując buzowanie płomienia. Milczeli. Przez studnie wykłute w błonie nocy spoglądały gwiazdy przemywając przestrzeń rozproszonym światłem — kalejdoskopem zdarzeń dogasających przed ich jądrowymi źrenicami. Gwiazdy — świadkowie nigdy nie składający zeznań, jeśli przypadkiem człowiek nie stawał się współwłaścicielem ich wiedzy — odczytanej z księgi nieba lub pomnożonej przez niego samego.
  Hemery dojrzał porzucony geologiczny młotek. Wygrzebał z piachu trzonek i rozejrzał się w poszukiwaniu większego kamienia. Krągły otoczak leżał nie opodal, na wyciągnięcie ramienia.
  Wzeszedł drugi księżyc.
  Astud poruszył się niespokojnie.
  Hemery zważył na dłoni doskonale gładki odprysk kredowej skały. Powierzchnia była tak podobna do strusiego jaja, aż przez chwilę wydało mu się, że czuje pod skorupą przemieszczanie plazmatycznej zawartości. „W sam raz” — pomyślał i przymierzył młotkiem.
  Krótki zamach.
  — Stój! — rozszerzone źrenice. Czyjaś starcza ręka przed twarzą. Obok Cobb. Za daleko.
  Trzask.
  Dwie połówki w rozpostartej dłoni. Fioletowy świt płynnym światłem przecieka między palcami.
  Błyskawica bodzie niebo zjeżoną ostrogą, przewleka pancerze transporterów z organicznym nadzianiem grodzi, stapia negatyw skamieniałych na piasku dwurękich, dwunogich posągów. Fiolet pełgający za rubieżą bieli. Brzęk, stukot — jakby molekularny czytnik tłukł w skronie deszczem ołowianych czcionek. Każda czcionka — słowo. Każde słowo — jęk.

  KARTA EZZIGORN — STRATEG OSTATNIEJ FAZY

  …W pryzmacie szklanego stropu sierp księżyca w nowiu. Za nim drugi i jeszcze, niżej — wystawiony spoza horyzontu pazur z zadrą pustego krateru. Trudno zapomnieć o nim, gdy zbliżają się kroki ciężkozbrojnych gomów.
  Palce po raz ostatni w ogniska kontaktów — komparacja albeda stratosfery z projektowym wzorcem.
  — Jeszcze ćwierć fazy.
  Skąd tyle ulgi w stwierdzeniu faktu? Nie zdążyłem nauczyć się obojętności. Źle — był czas,
  U wylotu tunelu przednia straż. Ołowiane stąpanie dzieli na dwoje przestrzeń kopuły. Rozchodzą się na boki, za ich plecami ochrona dyspozytorni — kształty, maski, cienie bez twarzy, bez rąk — tylko sople czerni. W porządku — żadna siła nie wyciśnie żywego rdzenia spod pancerza absorpcyjnej zbroi. To wszystko, co zostało po nim.
  Oczy szukają trzeciego księżyca. Jest. Ledwie widoczny nad zakapturzonym sabatem piaskowych dziadów — wydm.
  Chciałbym wiedzieć, co robisz na swoim zesłaniu — Strategu Pierwszej Fazy. Niewiele brakowało i moglibyśmy uścisnąć sobie dłonie. Umieraj spokojnie — Grazigom.
  — Moment tysięczny przed ustanowieniem bariery.
  Główna kwatera potwierdza odbiór informacji obrzmieniem powietrznej wakuoli w źrenicy neuraksa.
  Sferyczne zwierciadła po bokach pulpitu kierują w moją stronę obraz spiralnego leja w wylocie transkontynentalnego tunelu. Posłuszna rozkazowi ręki czerń spłynęła na boki zwalniając przejście i już pośród wysokich, bladych postaci stoi skrzydlaty gom. Szelestem zeschłych liści nieruchomieją obszyte łuską nakładki czarnej peleryny. Zawsze zazdrościłem gomom z południa ich wyniosłości i siły. A przede wszystkim skrzydeł.
  Odwracam się od dyspozycyjnego pulpitu wychodząc naprzeciw przybysza. Stoi w otoczeniu gwardii bladolicych. Wszyscy przybrani w peleryny nie kryjące kirysów opinających piersi cyzelowaną platyną. Dłonie na kaburach dyfuzyjnych defibratorów. Dlaczego zbrojni? Rzut oka za ich plecy uspokaja — czarne kaptury ochrony z powrotem zwarły szereg przed lejem tunelu. Absolutna czerń pochłania wszystko, we własne siłowe pole transformuje energię promieniowania korpuskulamego i elektromagnetyczną emisję ziemi, zasklepiają pancerz kinetyczne uderzenia atomów, a każdy udar tylko pomnoży jego siłę. Grazigom umiał myśleć.
  Przybysz patrzy na mnie pionowymi szparkami źrenic wtopionych w inkrustację białka. Za późno przyszedł. Już nad pustynią rozwinął się nieprzenikliwy pierścień energetycznego ekranu. Nowy początek.
  — Która faza? — zapytał.
  — Ostatnia. Energetyczny bilans nad północną półkulą sprowadzony do zera.
  — A południe?
  Oczywiście, jeszcze ma nadzieję, że pozostało nietknięte jego południe. Niewątpliwie miało swój urok.
  — Po wszystkim.
  Przeszył mnie niesamowitym spojrzeniem.
  — Mogę to zobaczyć? — zapytał.
  Skinąłem głową rozpościerając palce nad receptorem neuraksa.
  Trzask.
  Błyskawica toruje drogę głownią meteoru sypiącego w ciemności gradem fioletowych iskier. Firmament kopuły zasklepia jądro dyspozytorni, formując ostry klin, i przewleka nim przestrzeń, aż ciekła żółć tryska nam w twarze, powleka przedmioty nadając im wielogranność innego wymiaru.
  Jesteśmy wzrokiem nad omiatanym wiatrem bezkresem równiny. Ostra bryza zacina grzbiety wydm zbierając z nich siwe pióropusze piachu. W powietrzu mętny posiew burzy. Spojrzenie skacze w dal hiperbolą zakreśloną pod progiem gwiezdnej próżni. Droga w przestrzeni albo w czasie. Konwulsje iskrzeń przesłaniają pole widzenia wtórną przebitką geometrycznego schematu, gdzie czysta grań powtarza się miliardem wcieleń budując gotyk kryształu. Misterna siatka rzutowana na piach. Tylko piach.
  Nieruchomy niczym sztormowa fala poskromiona wylanym z beczek olejem, tylko miejscami stygnącą gładziznę przebiega puls morfogenetycznych spazmów. Spiętrzony wał nagina cięciwę grzbietu garbatej stonogi, nie umarłej jeszcze, wzdrygującej się czasem pod elektrycznym udarem.
  Coraz wolniej. Coraz częściej kurcz przeciągnięty w pozgonne trwanie. Pustynia nieruchomieje.
  Pokój uśpionym.
  Poskromionym.
  Z piaszczystej tkanki sterczą w niebo oszczędzone kikuty skał — może wykruszonych kolumn. Piach zwarty ziarnem do ziarna, rozbita w krzemowe granule symetria kryształu. Martwy, pusty świat. Może tak czekać miliardy lat, aż impuls z zewnątrz nakaże mu powstać tarasami miast, nowych, w niczym niepodobnych do rozsypanych w proch, aż zacznie stymulować proces formowania żywych akweduktów i stratostrad włączonych krwioobiegiem w przęsła standu od zalewu chmur po cyrkuły liliowców, schodzących na dno planetarnej epistrefy stokami porośniętymi fantasmagorią wyczarowanego w wyobraźni lasu. Jak zechce budowniczy.
  Kto da mu natchnienie? W upiornym świecie podziemnych leży rzesze gomów czekają na swój exodus. Najłatwiej kierować Duszą Świata, kiedy się nią jest. W gigantycznych obwodach zniknie wszystko, co stanowiło twój świat. Przebudzenie MASZYNY kosztuje czyjąś śmierć cielesną. Czy tylko? Pozostanie zaklęta w interwale przestrzeni od strato– do litosfery namiastka uduchowienia inspirującego działanie MASZYNY.
  MASZYNA.
  A może coś jeszcze? Cokolwiek. Czy tamto coś zyska w zamian za osobniczy zgon choć jedno zadośćuczynienie? Nieśmiertelność i mądrość na przedprożu wszechwiedzy, potęga tworzenia — puste słowa. Niewarte ryzyka. Niech powstanie jeszcze jeden analogowy homeostat, matematyczna maszyna trawiąca dyspozycje i wydalająca wyniki — z siebie do siebie — prawa wszechświata modelowane w jej własnym ciele i z własnej tkanki budowane światy. Zasada wiecznego krążenia — niech w jego tryby kohorty zgłodniałych gomów wyjdą z podziemia rozpleniając się wreszcie po powierzchni globu. W przeciwnym razie udławią się tam — w głębi.
  Czy być ich przeznaczeniem jest wystarczającą rekompensatą za śmierć? I czy to jest śmierć?
  Nie powinienem tracić czasu na rozmyślanie o sprawach dawno postanowionych. Wystarczy odczekać, aż zamknięty układ dopełni strefa północnej półkuli, wtedy wszystkie nici zejdą się tutaj i wystarczy nałożyć kołpak transformatora, aby wypreparowane ze swego pierwotnego zapisu bity informacji dopełniły sferę zamkniętego wszechświata. Jak wiele dla goma znaczy szansa władzy…
  STOP!
  Przestrzeń pęka fosforescencją gwiezdnego planktonu, z którego twarde promieniowanie wysupłuje bezludny pejzaż pustyni, wraca oczom projekcję rzeczywistości.
  Znowu wywinięta po bokach małżowina dyspozycyjnego pulpitu. Światła kładą nań nieskończoną roszadę błękitu i czerwieni. Szklana kopuła odgradza widmową przesłoną zjawy wydm w pomroce dogasającego dnia. Wylot tunelu–
  Czyjś wzrok — prześwietlone purpurą szparki źrenic i twarz z metalicznym połyskiem sierści zachodzącej z policzków na skronie spiralnym rysunkiem żelaznych drobin w magnetycznym polu. Przybysz gestem prawej ręki kieruje bladolicych w obchód dyspozycyjnego pulpitu.
  — Co to ma znaczyć? — pytam.
  — Przejmuję obowiązki stratega. Realizacja projektu odroczona do zebrania niezbędnych dowodów.
  — Dowodów czego? Nie rozumiem.
  — Wiesz.
  Czuję, jak powietrze zapada ciężko na dno płuc.
  — Jeśli teraz przerwiemy, stracimy kontakt raz na zawsze.
  — Niestety.
  — Organizacja potoczy się dalej, ale my nigdy nie odnajdziemy klucza podporządkowującego nam jej działanie. Będziemy współistnieć obok czegoś, co na zawsze pozostanie tajemnicą.
  — Tę cenę trzeba zapłacić.
  — Za co?
  — Za wolność samostanowienia.
  — Przecież to tylko MASZYNA podlegająca naszej woli.
  — Aby zacząć działać, według projektu, musi być inspirowana przez jednego z nas, gomów. Tym samym przestanie być MASZYNĄ. Czy ty sam, jako główny strateg Ezzigom, byłbyś gotów zaręczyć za siebie?
  Zrozumiałem. On wiedział.
  Błyskawicą pojawił się w moich myślach obraz sprzed dwóch lat, kiedy to ja zjawiłem się z ramienia Areopagu, a Grazigom stał blady w tym samym miejscu przed . dyspozycyjnym pulpitem i bez zmrużenia powieki słuchał wyroku — Trzeci Księżyc.
  — Co ze mną będzie?
  — Klinika utylizacyjna Trzeciego Księżyca.
  Wyobraźnia materializuje chwilę, gdy znowu stanę przed nim, przed żywym kościotrupem o mózgu poddanym obróbce wstecznej ontogenezy, skurczonym do szczątkowego listka ektodermy na dnie pustej czaszki. Nie umiałeś umierać, Grazigom.
  Cofam się, jakby niechcący muskając ręką powiekę neuraksa. Powietrze zachłystuje się powodzią fioletu i czerń spływa od ścian, ostrzami kapturów godząc w centrum dyspozytorni. Fala pochłania krąg bladolicych, zanim zdążą zagrozić defibracyjnym polem. Stek kolapsującej przestrzeni. Skrzydła biją powietrze, ułamek sekundy i czarna ameba wypluwa wgniecioną zbroję w szczątkach peleryny, oblepioną łuską i śluzem z pływającymi w mętnej kałuży resztkami stalowej sierści. Ból zwiera wnętrzności paraliżującym chłodem i tułów zapada się pode mną momentalnym rozkładem organicznej tkanki — każdego dosięgnie — już poza kontrolą. Jeszcze świadomość podtrzymuje powieki.
  Szklany strop pęka rozłupany chlaśnięciem toczącego się po kamieniach defibratora i pustynny wicher wbija klin wirującego piasku w posadzkę nowo pozyskanej ziemi.
  Brzęk. Jeszcze neuraks sypie iskrami.
  Trzeci Księżyc — wysoko, za mgłą.
  W bełkocie giną słowa.
  Brocząc zielonym osoczem z rozchełstanej piersi słania się nad zalewem nocy bladolicy gom. Ostatni z czterech. Oślepły. Jakiś dźwięk na granicy słyszalności budzi rezonans sparaliżowanych zmysłów. Katapulta transkontynentalnego tunelu raz za razem strzela w mrok. Piach zgrzyta w zębach. Wyszczerzyć je naprzeciw gomów wychodzących z odpalonych gilz. Szybko przybyli, kto by pomyślał, jeszcze nie opadł piaskowy wir.
  Idą. Ktoś się pochyla nadstawiając szklany słój. Nie! Jak przetoczyć czaszkę prężąc nerwy w bezcielesny żel? Za późno. Dosyć, trudno utrzymać na wodzy sen. Jednak spotkamy się, Grazigom.
  Przyjemny wyraz twarzy — boleśnie rozciągnąć wargi w szyderczy śmiech.
  Niech tak zostanie.

*

  Fiolet pełgający za rubieżą bieli.
  Brzęk, stukot — molekularny czytnik tłucze w skronie deszczem ołowianych czcionek. Każda czcionka — słowo.
  Każde słowo — jęk.
  Natan Savary podniósł się spod wybrzuszonej pancernymi blachami burty transportera. Mroczna wyrwa włazu ciemniała pod owalem odrzuconej klapy — upadł na piasek nie sięgnąwszy rzędu metalowych klamer.
  Strzepnął mączny pył ze skafandra i wciąż otumanionym wzrokiem obejrzał się w kierunku ludzi zgrupowanych wokół ogniska.
  Co to było? Majak, sen na jawie? Inni też?
  Wizja niespełnionej śmierci pozostawiła w mięśniach pamięć bolesnego spazmu, oporny bezwład członków, kołek języka bez kropli śliny i ciężki oddech w zadyszanej piersi. Ścisnął rękoma skołataną głowę. Nic. Roztarł kciukami gałki oczne i raz jeszcze rozejrzał się wkoło.
  Ustawione półkolem transportery i skrawek pustyni, gdzie czerniał krąg wypalonego ogniska, nakrywało blade świecenie tworząc pęcherz rozcieńczonego fioletu. Szukał, oczyma źródła światła, lecz go nie było, jakby ognie świętego Elma promieniowały słabym blaskiem — same pozostając w ukryciu za pokracznymi garbami piaskochodów.
  Fosforescencja powietrza gasła powoli. Przekłuty pęcherz kurczył się zapadając do środka i Natan stwierdził nagle, że sam znajduje się już poza sferą świetlistej implozji, w zupełnym mroku.
  Mignęła postać wskakującego z ziemi Hemery i obok podświetlona od dołu twarz Astuda.
  Ostatnia iskra zogniskowała się u ich stóp, Hemery krzyknął i zapadła nieprzenikniona ciemność.
  Natan odnalazł pierwszą klamrę wiodącą do włazu i po omacku wdrapał się do góry. Jednym skokiem znalazł się we wnętrzu kabiny. Drogę do sterowniczego pulpitu zagrodził mu ciepły kształt, dotyk warg musnął policzek. Pokręcił głową i odsunął wynurzające się z ciemności ręce Iskierki pulpitu zalśniły w zasięgu ramienia — znał na pamięć położenie każdego przełącznika. Manipulując przy tablicy rozdzielczej zwolnił mechanizm odsłaniający nakryte łuskami stalowych tarcz ogniska zewnętrznych reflektorów.
  Kolumny światła wydrążyły w nocy podwójny tunel mlecznej bieli, oślepiły zbitą gromadkę ludzi i omiatając przestrzeń liznęły wierzchołki wydm. Natan zmniejszył siłę światła, do maksimum rozszerzając pole jego zasięgu. Niemal jednocześnie błysnęły reflektory sąsiedniej maszyny, potem jeszcze jednej z końca szeregu i zrobiło się widno, a cienie ludzi stojących w centrum oświetlonej przestrzeni zatraciły wyrazistość karykaturalnie wyciągniętego rysunku.
  Odwrócił się napotykając ciemne oczy.
  Siedziała skulona w kącie kabiny z podciągniętymi pod brodę kolanami, drobna i krucha, gotowa wstać znowu i przyjść, jeśli tylko pozwoli.
  Uśmiechnął się i pogładził ją po głowie, włosy nastroszyły się szczypiąc dłoń naelektryzowanymi igiełkami, zupełnie jak sierść kota.
  Szybko przeszedł do włazu i opuścił wnętrze transportera. Reszta również wyszła na zewnątrz, brakowało tylko Gulczara i Paveze.
  W kręgu podnieconych mężczyzn krzątał się Hemery. Rozłożył na piasku niepokaźny arsenał posiadanych przyrządów pomiarowych i klęknął odprawiając sobie tylko wiadome misterium. Na niskim statywie zamocował spodarkę z długim wysięgnikiem, na którego prowadnicę nałożył suport dyspersyjnego rejestratora. W obręczy o półmetrowej średnicy lśniła idealnie gładka membrana powleczona cezowo–srebrną emulsją.
  Hemery doprowadził do poziomu libellę pudełkową spodarki i z zadowoleniem odstąpił o krok. Potem pochylił się zaczerpując garść piasku i powoli wysypał go na srebrną tacę.
  Ziarenka zatańczyły na sprężystej powierzchni budząc cichy werbel, z warkotem osypały się po bokach i znieruchomiały wreszcie sprowadzoną do zera amplitudą drgania fotoemisyjnej membrany. Wtedy Hemery włączył na moment bateryjne ogniwa i pola elektrostatyczne układu elektrod zamontowanych pod ekranem napiętej błony zmieniły strukturę warstwy fotoczułej rejestrując dyspersję krzemowych ziaren w płaszczyźnie przebiegu wiązki elektronowej.
  Fizyk zdjął obręcz, zsypał piasek i, zwalniając zaciski, podniósł do góry kawałek śnieżnobiałej, szeleszczącej folii.
  — Oto MASZYNA — powiedział.
  Natan wziął do ręki cienki arkusz i przyjrzał się uważnie wysypce czarnych punktów. Yourcenar. Cugnot i inni wyciągali szyje zaglądając mu przez plecy.
  Na czystej powierzchni biegły ciemne kropki, w których rozmieszczeniu, wbrew oczekiwaniu, nie pozostało śladu przypadkowości, wydzielone punkty układały się przejrzystym rysunkiem prostych linii, u zbiegu których narastała czasem misterna siatka wzajemnych powiązań. Zdawało mu się, że ktoś przerywaną linią nakreślił na papierze schemat przenikających się nawzajem promienie, rozgwiazd, skulonych kolczatek, krystalicznych struktur i pęczków promieni na podobieństwo śladów przebiegu elektronów w komorze Wilsona. Całość nosiła piętno symetrii, doskonałej równowagi stanowiącej sugestię jakiegoś nadrzędnego celu.
  — Świadomie wybrałem wibrującą membranę — powiedział Hemery. — Dłuższe trwanie drgań pozwala ziarnom dokładniej wpasować się w schemat.
  — Dlaczego one układają się w ten sposób? — Natan wskazał kropkowany arkusz.
  — One posiadają różne bieguny elektrostatycznych napięć.
  — W jakim celu?
  — Mnie pytasz? Widziałeś przecież.
  Natan Savary wygładził folię szeleszczącą w palcach, czarny schemat na białym polu coś mu przypominał.
  — Jak wpadłeś na ten pomysł? — zapytał.
  — Tam były nałożone na siebie dwa obrazy: widok pustyni i schemat geometrycznej struktury.
  — Wziąłeś na serio ten majak? — zapytał Yourcenar.
  — A wy nie?
  — MASZYNA EZZIGORNA — wtrącił Barton.
  — Oczywiście — Hemery zaczął składać statyw dyspersografu. — Jak oni to zrobili, nie mam zielonego pojęcia, ale to jest największy mózg elektronowy, komputer, homeostat czy po prostu MASZYNA — jaką kiedykolwiek stworzono na świecie.
  — I ona dotychczas istnieje? — zapytał Yourcenar.
  — Taki jest logiczny wniosek — potwierdził Hemery. — Poza tym już dawniej zwróciłem uwagę na zwiększoną ruchliwość ziaren, ale nie przywiązywałem do tego specjalnego znaczenia. Czasami ucichnie wiatr, a pustynia dalej szeleści przesypującym się piaskiem. Przy okazji sami możecie to zaobserwować.
  — Czyli elementy MASZYNY nie są statyczne? — spytał Barton.
  — Jak z tego wynika — nie. Ale to tylko świadczy o jej doskonałości.
  Natan wyobraził sobie biliony krzemowych okruchów wprawionych w ruch, przemieszczających się kurczami piaskowej perystaltyki, okręcających wokół osi, jak mikroskopijne zwierzątka moszczące sobie najwygodniejsze leże, aby odnaleźć przynależne każdej komórce miejsce w hierarchii uznanej przez mikrostrukturę materii, od atomów, narastających ciągów molekuł, chromosomów, kryształów, aż po elementy maszyn i żywych organizmów. Jaka musi być komplikacja energetycznego pola, które podporządkowało sobie przestrzeń zwiniętą wokół całego globu, od wnętrza ziemi po stratosferę? Obłędna idea.
  — Jak każdy homeostat również i ta MASZYNA posiada komórki pamięci. Rozbiłem jedną z nich. Hemery wskazał walające się tu i ówdzie kamienie.
  — Sądzisz, że to wszystko — Cugnot rozejrzał się dokoła z niemal zabobonnym lękiem — to jest ich MASZYNA?
  — Jestem przekonany.
  — Coś mnie zastanawia — powiedział białowłosy chudzielec. — Dlaczego trafiłeś akurat na to ogniwo pamięci, które zawierało informację dla nas najbardziej przydatną? To nam praktycznie rozwiązuje zagadkę planety.
  — ONA nam podrzuciła — zażartował Yourcenar.
  Hemery spojrzał na niego, potem znowu zwrócił się do młodego mężczyzny.
  — Co w tym dziwnego? — zapytał.
  — Teoria prawdopodobieństwa.
  — On ma rację — poparł chłopaka Yourcenar. — Nie podejmuję się obliczyć prawdopodobieństwa trafienia akurat na tę, a nie inną komórkę pamięci, jeśli jest ich tak wiele.
  Zatoczył ręką szeroki krąg.
  — Właśnie ta informacja powinna być wszędzie — powiedział Hemery.
  — Dlaczego?
  — Dotyczy momentu tuż przed zerwaniem z nią kontaktu przez tych gomów. Innej po prostu nie ma. Pamięć MASZYNY jest pusta.
  — Nie wiemy nic konkretnego na ten temat.
  — Dlatego istnieją hipotezy.
  — Jest jeszcze coś — odezwał się Natan. — W jaki sposób nasza psychika rozszyfrowała znaczenie informacji kodowanej w nie znanym nam języku? Zwróciliście na to uwagę?
  — To nie musiał być język — powiedział Yourcenar — lecz suma spostrzeżeń i przemyśleń określonych reakcją zmysłów owego Ezzigoma. Nie chodzi więc o przełamanie leksykalnego kodu informacji, a jedynie o naszą własną interpretację bodźców odbieranych przez zmysły innej istoty.
  — Możliwe, ale tym bardziej wydaje mi się niemożliwe zrozumienie anonsu poprzedzającego przekaz podstawowej treści.
  — Jaki anons?
  — Wszystkiemu dał początek nagłówek: KARTA EZZIGORN — STRATEG OSTATNIEJ FAZY — wyjaśnił Natan.
  — Co z tego?
  — To nie były słowa należące do Ezzigoma ani replika z jego strony — powiedział Natan. — A więc nie mogły być również wynikiem sprzężenia naszych zmysłów. Musiały być przekazane na użytek naszej psychiki w ziemskim języku.
  — Bzdura.
  Spojrzeli po sobie. Daleko w pustyni wiatr zaczął znowu naświstywać cienko, przenikliwie.
  — Słuchajcie! — Yourcenar zrobił wielkie oczy, jakby dokonał niezwykłego odkrycia. — Oni zbudowali maszynę, lecz według tego zapisu nie zdążyli jej, uruchomić. Zabrakło ostatecznego impulsu.
  — MASZYNA posiada źródła energii. Słońce, pływowe oddziaływanie księżyców, termiczne promieniowanie jądra planety…
  — Lecz nie ma programu.
  — Nie miała — powiedział Hemery.
  Spojrzeli na niego zaskoczeni.
  Natan poczuł jak coś go chwyta za gardło, dziwny, irracjonalny niepokój. Odwrócił się gwałtownie w stronę, gdzie spodziewał się zastać Astuda — wszystkie oczy były tam skierowane. Ostatni w rzędzie transporter wypiął brzuchatą burtę i przewodnik stał z rękoma założonymi na piersi, tuż obok zadartej na wysokość człowieka gąsienicy.
  — Powiedz, co to wszystko znaczy? — zapytał Natan. — Ast, przecież wiesz więcej niż my.
  Astud drgnął, kiedy zobaczył ich zwróconych frontem do siebie. Wyciągnął rękę w nieokreślonym geście.
  — Zostawcie mnie — powiedział głuchym głosem.
  Tuż obok wyrosła postać Cobba.
  — Przecież wiedziałeś, co się stanie, gdy Hemery uderzy w kamień…
  Szelest piasku narastał poza oświetloną przestrzenią, poczuli na twarzach delikatne mrowienie naelektryzowanego powietrza.
  — Co tu się dzieje! Ast!
  Od północy nadbiegło echo dudnienia balansującego na granicy słyszalności i nagle prysł spokój, białe bryzgi piachu wtargnęły w krąg światła, poderwane przez pustynny wiatr. Światła reflektorów przygasły nagle, jakby przestrzeń wchłonęła energię reaktorów, a ciemność wyroiła się rozproszonym rojem lśnień. Wicher smagnął twarze.
  — Ast, stój!
  Cień Cobba skoczył w miejsce, gdzie widniała postać przewodnika, ciężko stęknęła ziemia i Cobb niespodziewaną siłą odrzucony w bok spełzł po pancernej burcie transportera, sztywnymi palcami czepiając się zębatego bieżnika.
  Pustynia wprawiła w ruch żarna piasków.
  Ktoś podchwycił ciało Cobba i powlókł je w stronę włazu uciekając przed wściekłym rykiem wichury. Trzasnęły zamykane pośpiesznie włazy. Płaty piachu rozwarstwiły powierzchnię pustyni w nadęte węzłami głazów piętra, puściły w obieg puls krzyku przeraźliwie rozciągniętego, zasklepionego czernią, załomotały w skronie i żelazne rdzenie kręgosłupów przebiegła fala ferromagnetycznych wzbudzeń, ale oni już byli bezpieczni, wciśnięci w piankowe leża, skuleni niczym małże w wapiennych szczękach muszli — chyba, żeby zdeptać.
  Ktoś ostatni szamocze się w trybach zbudzonej maszyny.
  — A–ast! Astu–ud!
  Pod pierwszym naporem wiatru Astud cofnął się tylko o krok. Czuł w sobie dziwną lekkość, nagłe uspokojenie po tysiącach nieprzespanych nocy, w napięciu przetrwanych dni, jakby dziś właśnie spełnić się miało przeznaczenie, fatum, nieubłagana konieczność — wyczekiwana daremnie, o której wiedział, że jeśli się stanie, to właśnie tak — nie inaczej. Postąpić krok do przodu, aby wiatr już nie stawiał oporu. Właśnie tak.
  Iść przed siebie znajdując kierunek drogi tak bardzo znajomy, bez niespodzianek, chociaż wiodący w odmęt, lecz bez przepastnych zapadni. Szybciej, szybciej — zdyszany bieg. Stopy więzną w piasku — na szczycie rozwichrzonej wydmy runąć twarzą w piach i nie podnieść się więcej. Ramiona w ciepłe wnętrze ziemi, niech się rozewrze, chciwą piersią obejmie ciało.
  Chce krzyknąć — nad pustynią przetacza się grzmot. Potem blask. Bolesną jamę oczodołów wypełnia mgła falującej czerwieni, niematerialne smugi tłoczą sublimat barw wyzwolonych z materii, nakładają na rzęsy woal tającej poświaty i znów tętniczym pulsem natężają blask. Widzi Natana Savary. Drobna postać chwiejnym biegiem przemierza jego twarz, na skos — brużdżąc śladami stóp wydmy warg. Słyszy czyjeś imię rzucone na wiatr… A–ast! Astu–ud! Wystarczy strząsnąć z powiek ciężki wiew i człowiek pada, i toczy się w tumanie wichrów skręconych w diabelskim tańcu… Kim jestem? Leży owinięty wokół skalnej bryły. Czuje ciałem drogi wykute przez dawno zapomniane robactwo, które wygniotło się nawzajem. Tuż blisko, w chłodnej próżni, rozjątrzony wrzód słońca pali dłonie oddechem plazmy… Strach, tylko strach…

  KARTA BRYAN COBB — SYMBOL 02/C–ORG

  — Czego znów?
  Głos w szczelinie drzwi, wystarczy wcisnąć but.
  — Jakim prawem?
  Barkiem z całych sił. Starczy. Nie puszcza łańcuch, lecz zawiasy strzelają pękiem białych drzazg. Drzwi wybite z futryny lecą w korytarz, w kącie drżący kształt. Żeton Disposal–service pod nos. Rozumie. Garścią za kołnierz i przekręcić pod brodą, aż wylezą na wierzch gałki przerażonych ślepi.
  — Gdzie?
  — J–ja n–nic — chrzęst. — Nie wiem nic!
  — Prowadź.
  Zwolniony z uścisku zatacza się na ścianę, chude ramiona wstrząsa astmatyczny kaszel.
  — No już!
  Tylko pierwsze drzwi drewniane — sprytnie zrobione, nie domyśli się nikt. Dalej korytarz sklepiony łukiem, metaliczny połysk ścian — pięścią u zbiegu stalowych wręgów — głuchy dźwięk biegnie w głąb.
  A ten kręci przerażonym, chytrym pyskiem. Dać okazję — szus w bok i tyle go widziałeś.
  — Prowadź. No?
  Koniec korytarza.
  — Tutaj? Otwórz.
  Drugie drzwi. Szyfrowy zamek — ależ mu latają ręce, jakby nigdy ich nie otwierał. Szmata.
  Szczęk. Za progiem długa sala. Maszyneria podwieszona pod stropem, tylko nici przewodów zwisają od czarnej skrzyni.
  Wielkie to.
  Pająk rozpostarł krzywe odnóża sięgając w kolonię kokonów owiniętych jedwabniczą przędzą — każde jądro kryje nagi kształt człowieka. Bez znaku życia. Bez oddechu. Tylko słoje kroplówek kapią w lejki plastykowych tętnic fizjologiczny płyn. Jakoś musi żyć. Jak długo?
  — Od kiedy?
  — N–nie wiem. Ja tylko… niedawno. Przedtem inny. Nie znam. Tylko pilnuję.
  — Od kiedy ty?
  Nie chce mówić, kanalia. Poczekaj jeszcze.
  Dobrze urządzone. Dobry połów. I jak nigdy tylu na raz — dwa, sześć… dwudziestu trzech. Psia krew! Akurat w mojej strefie — będzie źle.
  Pierwszy sarkofag. Woskowe ciało prześwituje pręgami żeber i błękitną siatką krwionośnych naczyń. Szklany kołpak na głowie, przyssane do czaszki końcówki elektrod, plątanina przewodów zwija się w centralny splot i pokrytym izolacją kablem prowadzi do czarnej skrzyni. Dwudziestu trzech — dobry połów. Dosyć tego dobrego!
  Ręka w kaburę. Lekko wychodzi — rękojeść blastera stworzona tylko do tej, nie innej dłoni. Celownik na osi oko — czarny klosz.
  — Nie!
  Jeszcze się ciska — kanalia. Pięścią na odlew, w łeb. Palec na spust. Szczęk.
  Sypie się czarna emalia. Swąd palonych przewodów, białe wnętrza fantomatu niczym wybebeszony rybi odwłok, lgnące do jelit kryształy kwarcu. Wystarczy. Dość.
  — Wstawać!
  Leżą sukinsyny i żaden ani drgnie. Może im mózgi majaczą jeszcze przerywanym snem. Cudowne iluzje. Zapewne żyło się ciekawiej i lżej, ale przed rzeczywistością każdy ma swój dług.
  Wstawać!
  Czego jeszcze chce ta szmata? Mało? Ślimaczy się bełkocąc i przewracając krwistymi gałkami ślepi. Precz! Nie leź pod nogi. Płacili ci za ryzyko, więc nie miej nikomu za złe.
  Teraz za późno skomleć. Każdy kiedyś wpada, I nie rycz, jak baba! Że też nawet takie kanalie potrafią płakać.
  — Czego chcesz?
  — Zabiłeś ich… — chlipie jak skopane szczenię. — Oni nie wstaną.
  — Zobaczymy.
  Roztrzęsiona galaretowata poczwara, aż wstręt patrzeć. Jak można być tak podszytym tchórzem i jednocześnie brać się za taką robotę? Tfu!
  — Zabiłeś… Oni już tutaj czterdzieści lat.
  — Co–o?!
  Jak obuchem w skroń. Przed oczyma mgła. Czterdzieści lat! Teraz gwałtowne przejście to dla nich śmierć. Dwudziestu trzech.
  — Czemu milczałeś, kanalio?!
  Karaluch odpełza pod ścianę. Rozdeptać, aż wyjdzie czarna krew. O tak!

  KARTA CLIV HEMERY — SYMBOL 05/C–ORG

  Nareszcie świeże powietrze. Ulga.
  — Cliv!
  Rozpromieniona gęba, zaokrąglone policzki tryskają radością. Dobrze mu zrobiło trochę wypoczynku po pracy.
  — Wierzyłem jak w święty obrazek. Nareszcie. Mów.
  — Skąd się tu wziąłeś?
  — Aż mnie poderwało, gdy przekazali wiadomość przez wszystkie informacyjne kanały. Wczoraj wieczorem. Zamówiłem transkontynentalny i — już. Strasznie się cieszę, Cliv. Przekonałeś wreszcie te zakute łby. Do tego brakuje mi talentu…
  — Cóż…
  — Prawie nie wierzyłem, że ktoś potraktuje serio te moje rachunki. Daj pyska, Cliv. Nie wystarczy pomyśleć, trzeba umieć sprzedać. Nawet do tego potrzebny jest dobry menager. Ja się do tego nie nadaję. Co tam, stary, od tej chwili wszystko, co moje, należy do ciebie. Niech mnie końmi włóczą.
  — Czytałeś poranne wydania?
  — Nie, dawaj!
  Wyrywa z ręki, cieszy się jak głupi gówniarz. Nie znasz ty życia.
  Tytuły bite tłustą czcionką.
  — Jest. „Przewrót w energetyce” — Genialna teoria znajduje potwierdzenie w praktyce. Nikomu nie znany fizyk Cliv Hemery rewolucjonizuje poglądy… ziemskiej nauki… Cliv Hemery!
  Śmiesznie zdziwiony pysk.
  — Cliv!
  W porządku, po wszystkim. Nawet łatwo. Tylko obejść bokiem — nie potrafi ruszyć ręką.
  Perspektywa chodnika zbiega w aleję płaczących wierzb.
  Wybacz, przyjacielu — jak to się nazywa? Aha — upadek ideałów.

  KARTA MARIO PAVEZE — SYMBOL 05/C–ORG

   „… Niby taka sama — zawsze
  Gdy z lancetem klęcząc
  Plątasz na półkule
  Smętnie, beznadziejnie
  Próżno poszukując…”

  Brzęk wizjofonu. Na ekranie jego twarz. Postarzał się znowu. Życie ma swoje prawa.
  — Chciałbym się z tobą zobaczyć i pożegnać. Przyspieszyli start.
  — Kiedy?
  — Przed świtem. Dzisiaj.
  — Tak.
  — To… bardzo ważne– — patrzy jakoś dziwnie. — Jeśli wrócimy, to dopiero za rok.
  — Dokąd to?
  — Paskudna planetka. Druga Altaira. Będziesz?
  — N–nie wiem. Powinienem przesiedzieć nockę. Wiesz, przyjęli wreszcie do druku. Twierdzą, że coś w tym jest i nawet chcą jeszcze.
  — Rozumiem. Cieszę się.
  Milczenie. — No to…
  — Cześć.
  Ręka sama wyrywa kabel z gniazdka. Spokój. Dajcie mi chociaż trochę skupić się.

   „… Próżno poszukując
  Umarłych pamięci — odmianę odcieni
  W rozłupanych czaszkach
  Zawsze takich samych
  Dziwnie szarych
  Smutnych…”

  KARTA HENRI CUGNOT — SYMBOL 03/C–ORG

  Przez szybę ekranu kłują w oczy świetlne żądła obnażonych w próżni białych słońc Procjona. Głownie rozpalone do pełnej jasności. Protuberancje liżą przestrzeń erupcją płomienia. Czerń. Biel. Szkarłat w skroniach.
  Nad skrajem przepaści srebrna iskra szuka przeznaczenia poddana bezwładem prawom grawitacji, gaśnie — coraz mniejsza, skurczona, jakby trupi żar gwiazdy obierał ją z kolejnych warstw naskórka, złuszczał słoje blach daremnie polewanych helem, rozpraszał je w atomy słonecznego wiatru. Anteny, zmysły statku, spełzły wstecz ogonem komety, uczyniły wrak niemym i głuchym. Może płomień sięgnął już samego środka, zagotował żołądkowe soki, wilgoć pod powiekami i ślinę w ustach?
  Cisza. Nareszcie, choć w uszach wciąż jeszcze słychać jego głos. Wciąż jeszcze i na zawsze. Uciec, uciec jak najprędzej, dopóki sprawne chłodzenie, zanim żar gwiazdy odnajdzie jakąś skazę w ekranizacji reaktora lub wypryskiem protuberancji zasklepi dysze i nie wypuści z rąk drugiej ofiary.
  Wcisnąć do oporu dźwignię przyśpieszenia i nie oglądać się za siebie. To nie moja wina, że jedni giną, gdy inni mają szansę przeżyć. Przecież nie mogłem pomóc!
  Błysk w dole — eksplodujące jądro komety.
  Ręce spokojnie leżą na sterach. Wrócę. Tylko — co ja im powiem?

  KARTA JOHN BARTON — SYMBOL 03/C–ORG

  — Słuchasz mnie, Jack?
  — T–tak.
  — Jestem szczęśliwa. Nie myślałam nigdy, że może być tak dobrze… Od razu wszystko inaczej wygląda– Prawda?
  — Tak.
  — Jak przez różowe okulary. Wiem, że to nienormalne…
  — Co?
  — W moim wieku pierwszy mężczyzna. Mam przecież dwadzieścia pięć lat.
  — Wiem.
  — Chcę wierzyć, że zawsze będzie nam tak dobrze z sobą.
  — Oczywiście. Kocham tylko ciebie.

  KARTA YAR YOURCENAR — SYMBOL 04/C–ORG

  Trochę mniej gorąca, a więcej wilgoci, ot — cały biegun. Spękana płyta Kosmodromu. Kilka wypalonych kręgów, dwa czy trzy kratery wyrwane odrzutem ciężkich krążowników. Ludzie z Bazy odprowadzają nas z głupawym uśmieszkiem na uroczyście wzniosłych fizjonomiach, ściskają dłonie, poklepują po ramionach. OK boys — jeszcze oddychamy i cieszymy się wcale znośnym zdrowiem, choć dla was każdy pchający się w pustynię — a priori nieboszczyk.
  A chłopak nie odrywa wzroku od tej z Bazy. Niczego sobie. Tylko niepotrzebnie wzdychał przez trzy tygodnie adaptacji i snuł się za nią jak cień. Dzisiaj i tak przyszła jedynie po to, żeby mu nie zrobić przykrości. Żal się zrobiło. Ech! Masz pecha, Paveze. Prawdziwa dziewczyna gustuje w bardziej męskich typach, nic nie zdziałasz ze swoją beznadziejnie słodką buzią i dziewiczym rumieńcem.
  Zresztą już niedługo będziesz się naprzykrzać. Ruszamy na szlak, a twoja anielska gołębica i tarzanowaty fagas z Kapitanatu we wspólnym łóżku odklepią pater noster za zbawienie twojej duszyczki. Oczywiście, jeśli nie będą mieli tam nic więcej do roboty.
  — Oho, Mario! Skąd wytrzasnąłeś taką dziewczynę?
  Mówisz do niego, a on tylko patrzy maślanym wzrokiem i nie wiesz, czy coś dociera, czy też jak do ściany. Dziewczyna zapewne mniej natchniona urokiem partnera.
  — Jak ci na imię?
  — Następny?
  Ależ zarozumiała bestia.
  — No więc?
  — Miriam.
  — Cudownie. Długo tu jeszcze?
  — Pół roku i koniec praktyki.
  Jasne, prawdziwa dziewczyna na takiej Bazie wysiaduje tylko z racji jakiejś praktyki, którą trzeba odbębnić.
  — Co potem?
  — Wracamy z Peitem na Ziemię.
  Peit to ów tarzan z Kapitanatu. A Paveze jakby mu mowę odjęło.
  — Czas, Mario — trącam go łokciem w bok. — Savary woła.
  Już prawie wszyscy zgromadzeni wokół transporterów. Ludzie z Bazy pakują w bagażowe luki resztę wyposażenia. Wypucowane pancerze piaskochodów lśnią w słońcu jak czołgi na defiladzie. Nowa partia — dziewięć sztuk. Ciekaw jestem, co z tego zostanie. Rozumie się, jeśli wrócimy, w przeciwnym wypadku niewiele więcej niż z nas.
  Dziewczyna patrzy mi w oczy.
  — Wytłumacz mu — mówi.
  — Idź do diabła — rzucam z naglą złością. — Nie jesteś pępkiem świata.
  Obrażona wzrusza ramionami.
  Obok nas przejeżdża gąsienicówka załadowana solidnie plombowanymi kontenerami. Paveze odwraca głowę. To zabawne, jak głęboko zakorzeniła się w nas zmowa milczenia. Co najmniej, jakby trzeba było wstydzić się czegokolwiek. Każdy pojemnik wydłużony, metr sześćdziesiąt — siedemdziesiąt.
  — Przeżyjemy, Mario — stukam pięścią w biały bok pojemnika.
  Dziewczyna parska śmiechem.
  Paveze jakby dostał w twarz — sztywnieje, robi zwrot w miejscu i niemal biegiem oddala się do transporterów. Głupiś, Paveze. Myślisz, że nie rozumiem? Że ja, to co? Ale u nas nie ma miejsca na sentymenty. Wszystkim wiadomo — ani kroku bez transporterów, bez mechanicznych sprzężeń organizmu, komputerów, zestawu narzędzi, zapasu tlenu, żywności. Tam gdzie idziemy, nie wolno się z nikim cackać, i jeszcze podziękujesz Bogu, gdy będzie koło ciebie ta, która jest po to, po co jest.

  KARTA LEILEN — SYMBOL 00/C–MECH

  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .0.

  KARTA NATAN SAVARY — SYMBOL 05/C–ORG

  Przeciągłe westchnienie otwieranej śluzy. Prąd świeżego powietrza drażni nozdrza gamą niezwykłych zapachów. Nie sądziłem nigdy, że tyle emocji kryje spotkanie z pierwszą planetą. W dodatku taką, gdzie można stanąć w słońcu z odkrytą głową, odetchnąć pełną piersią, wykąpać się w strumieniu i… czort wie, co jeszcze. Choćby usiąść na trawie, wywalić się brzuchem do góry w cieniu prawdziwego drzewa i zapomnieć o wszystkim bujając pod obłokami.
  — Odważnie, Savary. Twoja pierwsza planeta.
  Śmieją się. Wszyscy trzej. Łatwo im powiedzieć.
  — Dalej!
  Tłoczymy się w śluzie, chociaż dawno opadła klapa włazu tworząc platformę rakietowego wyciągu. Można by zjechać i powałęsać się — człowiek tak dawno nie miał twardego gruntu pod stopami. Można zapomnieć.
  Czyjaś pięść wali mnie między łopatkami i odruchowo ścisnąwszy w ręku strzelbę wstępuję na pomost — pierwszy człowiek u progu terra incognita.
  W dole krąg spopielałej ziemi. Niezbyt przyjemny widok, jak na początek, ale trudno — tę cenę zawsze trzeba płacić.
  Na szczęście dalej jak łza czysty pejzaż. Stoimy w sercu dziewiczej, kryształowej dżungli, przejrzyste korony drzew kołyszą się bez wiatru, łamią promienie szmaragdowej gwiazdy, która mnoży się tysiącem tęcz odbitych w liściach–kryształach. W takim świecie będą nie tylko rośliny.
  — Patrz, tam!
  W bezchmurnym niebie ciągnie klucz ogromnych, zielonych ptaków, białe skrzydła tną gęsty syrop powietrza, odbłysk łabędziego pierza.
  Strzelba do ramienia, policzek twardo przywarty do kolby. Spust. Odrzut bije w ramię. Pierzcha ptasi klucz. Jeden pozostał, pierwsza zdobycz — kamieniem w dół.

  KARTA GRAL GULCZAR — SYMBOL 06/C–ORG–MED

  Na biurku brzęczy interkom. Głos dyżurnej z recepcji:
   „Uwaga, nowy donor. Przysłany przez A–32”.
  — Proszę wejść.
  Jest. Zamyka za sobą drzwi, rozgląda się po gabinecie.
  Wspaniale zbudowany. Przystojny.
  — Zwerbował pana agent nr 32?
  Kiwa głową. Wysokie czoło. Odpowiednia pojemność.
  — Proszę usiąść i czuć się swobodnie. Papieros?
  — Dziękuję. Nie palę.
  Tym lepiej. Zdrowe płuca.
  Siada na brzegu krzesła. Nie przyzwyczajony do elektroniki, to rzadko się zdarza.
  — Kim pan jest?
  — Myślałem, że pan wie — jest wyraźnie skrępowany. — Wróciłem niedawno.
  Więc to tak. Wskazuję kciukiem gdzieś w sufit.
  — Stamtąd?
  — Tak. Mam dosyć.
  — Dziwne. Słyszałem, że wracający stamtąd zawsze mają nabite kieszenie.
  — Nie każdemu się poszczęści. Teraz muszę się tutaj jakoś urządzić.
  Wspaniały materiał. Taki trafia się raz na sto lat: Nikt go nigdzie nie zna, nikogo nie obchodzi.
  Kiedy trzyma ręce na kolanach, widać żylaste palce i kwadratowe, krótko spiłowane paznokcie. Powinien być silny, oni tam wszyscy, w przestrzeni, są okazem zdrowia. 461 będzie zachwycony. 461 albo 1704? Raczej ten pierwszy, czeka dłużej.
  — A więc zgadza się pan?
  — To zależy.
  Oni tak wszyscy. Pod tym względem nie różni się od innych. Niby przejdą najgorsze badania, ale zawsze lubią się asekurować albo potargować.
  — Rozumiem. Chodzi o to — ile?
  — Między innymi. Potrzebuję pieniędzy,
  — Pan rozumie, my nie dostajemy specjalnych subsydiów, nasza klinika jest w pewnym stopniu… nielegalna.
  — Domyślam się.
  — My również potrzebujemy pieniędzy — widać po nim, że traci przekonanie. — Ale w pana wypadku pozwolę sobie na pewną niedyskrecję. Nasz aktualny klient może z czystym sumieniem podnieść zwykle znormalizowaną stawkę o… powiedzmy pięćdziesiąt procent.
  Jest zaskoczony. Może za dużo? Nie wolno tak — ze skrajności w skrajność, jeszcze się spłoszy.
  — Oczywiście my weźmiemy swoją część — dodaję.
  — Więc to… — kręci się niespokojnie. — Jedna nerka?
  — Tak. Nasz klient jest w podeszłym wieku i zachodzi konieczność wymiany. Oczywiście, gdyby pan się namyślił, co jeszcze…
  — Nie, nie — protestuje szybko. — Wystarczy. Na razie.
  Podsuwam mu blankiet umowy i czerwony pisak.
  — Tutaj, proszę.
  Stawia jakiś niewyraźny gryzmoł. Tym lepiej.
  — Czy od razu? — pyta.
  — Tak będzie najlepiej. I pana również to chyba urządza? Proszę przejść tak samo, jak przyszedł pan tutaj. Mój asystent zaopiekuje się panem.
  Wychodzi.
  Interkom: „Donor gotów. Zaprowadzić na oddział chirurgiczny… Tak, natychmiast. Co? Nie, tylko jedna nerka.”
  Interkom na Operacyjną: „Zabieg głównego przeszczepu.
  Przygotować wszystko. Będę za dziesięć minut.”
  Interkom do Przechowalni: „Dostarczyć na Operacyjną nr 461. Tak, tak — 461…”
  …Operacyjna. Biała czasza. Automed. Układ reanimacyjny.
  Biostymulator. Stół zasłany białym prześcieradłem. Już leży.
  Narkoza. Oczne gałki pod powiekami biegają jeszcze.
  Koniec.
  Asystent z powrotem zakrywa nagi bok. Już nie potrzeba.
  Podciąga prześcieradło aż pod szyję, na piersi zarys stymulatora pracy serca, czujniki na przegubach, odsłonięta zostaje tylko głowa. Obcięte długie włosy spadają w ujście ssącej pompy. Automatyczna brzytwa. Ręcznik. Spirytus.
  Czaszka gładko wygolona. Można zaczynać. Cięcie od skroni do skroni i w dół, do potylicy.
  Przez drzwi wtaczają wózek z ciężką aparaturą. Przezroczysty słój — nitki plastykowych tętnic i żył podtrzymują aktywność.
  W szklanej bani wielki mózg. 461 może sobie pozwolić na luksus drugiego życia.

*

  Sklepienia niewidzialnych stropów sączą ciężkie krople, otwierają szczeliny nieba w nawarstwieniach nocy, krople rtęci kapią powoli, opornie, z trudem znajdują przecieki w bezgwiezdnej czerni.
  Bryza marszczy powierzchnię zwierciadła.
  Na skorupie stalowego żółwia tryskają pęcherzyki światła, kwantowym impulsem wyłuskują jedną molekułę w niezniszczalnej gładziźnie pancerza. Atom po atomie, bez pośpiechu, starannie. Krople drążą kanaliki w murszejących blachach, przesiąkają spojenia, trawią korundowe nity rozdrabniając cząsteczki w mikroskopijne tęcze promiennych eksplozji. Deszcz czerwieni zmieszanej z błękitem przenika pancerze maszyn, skrapla lśnienia na sufitach kabin i znów kapie, dżdżystą poświatą zatapiając ciała w odczynie formaliny odbierającej im ochronę syntetycznych otoczek. Leżą obrane z łuski skafandrów, obnażone molekularnym rozkładem nieorganicznej materii, już nagie.
  Kropla za kroplą.
  Głębiej. Czasami trzeba przebudować wszystko. Na zewnątrz piaskowa burza zmieniła okolicę, wypleniła wydmy ścieląc jednostajną powłokę, która pochłonęła strzęp lasu, zrównała powierzchnię oceanu w krzemowe zwierciadło tak doskonale, że przypadkiem rzucone spojrzenie nie oparłoby się prędzej, jak hen — za horyzontem. Lecz nie ma oczu, które by je wysłały.
  Parujące strużki mgły poszerzają wgłębienia w wybielonym całunie lustrzanego uroczyska, wysysają z kamienia molekularny szpik, aby w procesie sublimacji pozostawić tylko włóknistą, porowatą tkankę–gąbkę. Z monolitu równiny pozostaje szkieletowy pejzaż ziemi usianej dziobatą wysypką kraterów, od mikroskopijnych po księżycowe cyrkuły.
  Ponad toczoną rakiem grzybni, marszczącą się miliardem fałd, murszejącą niziną wyrasta inny świat. Zrazu niematerialny taniec dymnych zawirowań synchronizuje brownowskie ruchy, nadaje im geometryczną ciągłość przeistoczeń i nagle przestrzeń nasycona swobodnym przemieszczaniem materialnych cząstek znajduje konstanty płaszczyzn nawisających z wysoka, łączących się nawzajem, przepływających do środka w węzły zwartych konstrukcji.
  Szklane pęcherze, wprowadzone od spodu pod już zmaterializowane formy, rozłupują się kaskadą iskier nasączających dymy pełnią barw wyzwolonych z alchemicznych tygli, eksplodują skondensowanym w sercu dźwiękiem, który znów dzieli się na składowe głębokich pomruków, bulgotów, pisków i westchnień, urywanych szeptów, niemal artykułowanych głosów.
  Ludzi jeszcze nie ma.
  Poszczególne barwy i dźwięki przemieszczają się w poszukiwaniu własnych motywacji, korowodem mydlanych baniek wylewają skondensowany zaczyn na płótna martwych natur, w pejzaże, portrety, w oczy ikon, znajdują odzwierciedlenie ruchów w logicznym doborze skali natężeń akustycznej fali, w tonacji, barwie głosu.
  Ludzie śpią. Dziewięć więcej.
  Szept wiatru, szelest liści, dotyk trawy kołyszącej palce kłosów, zapach czarnoglebia.
  Wsłuchać się głębiej.
  Na stelażu gałęzi ktoś rozwiesił mlecznobiały świt.
  Nie czekaj dłużej — wstań!
  Tylko nie patrz pod nogi. Jeszcze nie. Zachowaj spokój, nie pozwól, żeby żołądek skoczył do gardła. Przecież widziałeś nieraz — sześcioletni szczeniak na deskach molo — przez odbite w lustrze wody cienie bosych pięt, widziałeś w dymnej błonie prześwitujące dno.
  Pod szklistym kożuchem mlecznej rzęsy, Coraz głębiej ścinającym powierzchnię ustałego stawu — przeryta ropnymi bruzdami, zapiekła w szarym popiele równina. Rzadkie strużki oparów jeszcze biją ku górze i siecią kapilar przenikają w chwiejne rdzenie — tylko z wierzchu stwardniałych kształtów, w odlewy martwych i żywych form, aż się zespolą, nabiorą cielesności zwartej nawet pod wejrzeniem twoich oczu i nie dostrzeżesz więcej piaszczystego dna. Sina błona ściągnie ostatni kurcz blizny nad biegnącym w dole pulsem wdech — wydech, zeskorupieje oblazłym z piachu strupem gleby i wróci oparcie twoim stopom.
  Wstań i idź.

*

  Natan otworzył oczy.
  Wsłuchiwał się w ciało, lecz energia komórek inaczej przenikała każdy nerw. Inaczej niż zwykle. Podniósł ręce przed oczy i nie znalazł obręczy na przegubach rąk.
  Śmierć — pomyślał,
  Jednak śpiewny szmer liści błądził gdzieś wysoko w koronkowych prześwitach gałęzi. Drzewa nachyliły ostrokół pni cieknących bursztynem, złotawych w górze — dołem ciemniejących mozaiką brązu na płatach kory i wrastającym w szczeliny srebrzystoszarym mchem.
  Dziwnie lekki oddech, jak nigdy spokojna i jasna myśl. Tylko wskoczyć i krzyknąć zwycięsko, przyjmując świat krzyżem rozpostartych rąk.
  Posłuszny wyzwaniu mięśni przewinął się na brzuch i, zanim nozdrza poczuły gorzki zapach ziemi, nie podkurczając nóg, siłą samych ramion wybił ciało do góry. Stopy ugrzęzły w wysokiej kępie traw.
  Stał nagi i bosy pośrodku polany ograniczonej kręgiem kwitnących zarośli, ocienionej rozrosłymi szeroko koronami drzew, przez które sączyło się nierealne, słoneczne światło. Obok dziewięć brył osuniętego żelastwa. Czerwono–czarne nacieki rdzy znaczą miejsca postępującej korozji. Podszedł do pierwszego z brzegu wraka o pancerzu oblazłym nawet z czarnej barwy, kruszącym się łuszczycą rdzawych blaszek. Uderzył pięścią w zatrzaśnięty właz. Jazgot blachy wypełnił puste trzewia w ślimacznicy grodzi, kabin, ostygłych na zawsze motorów. Wstrząsnął się przeszyty metalicznym zgrzytem i wtedy zobaczył ludzi.
  Jak on nadzy, pozbawieni lśnienia metalu w sklepieniu piersi poruszanej spokojnym oddechem, leżeli po drugiej stronie szeregu martwych maszyn.
  Nawet nie przejął się, że już nigdy nie wejdą tam, do środka, nie puszczą w ruch atomowych mięśni, aby przeorać ziemię łopatami gąsienic. Widocznie tak musiało być. Może innych chwyci lęk — różni są ludzie — na razie śpią. Nie pamiętające słońca ciała toną w zieleni niby jasne boki ryb wyłowionych z rzeki, oskrobanych z łuski, rzuconych na brzeg. Są wszyscy — kościsty Hemery, Cobb wyróżniający się z daleka rozprężonymi teraz węzłami mięśni, Yourcenar, rudobrody Cugnot z czerwoną sierścią zachodzącą na pierś, uda i brzuch, Barton i obok jasnowłosy chłopak z twarzą zabawnie wtuloną w poduszkę mchu, Gulczar, inni — bezradni w swojej nagości, przemienieni w dzieci zmęczone zabawą w dorosłych, grą we władców maszyn i stali, we wszystkowiedzących. Wystarczy zawołać, a siądą na kobiercu ożywionej ziemi i zdziwieni, może przerażeni i obarczający szaleństwem zmysłów to swoje widzenie, zaczną przecierać oczy, poznając na nowo, ucząc się prawdy o świecie, który już nie był Drugą Altaira.
  Nikomu dotąd nie było dane poznać drugiego człowieka od wewnątrz. Co nam da ta szansa?
  Natan drgnął. Leżących było zbyt wielu.
  Podszedł bliżej i przyjrzał się uważniej. Pośród mężczyzn spoczywało kilka ciał innych, lecz bardziej nawet znajomych. Nieco pełniejsze kształty, płynniejszy rysunek linii brzucha i ud, nagie piersi kołyszące się przy głębokim oddechu i włosy ciemne, jasne, przystrzyżone po chłopięcemu albo rozrzucone szeroko, zaplątane w trawę. Dopiero teraz zwątpił w realia rzeczywistości. Roześmiał się do samego siebie i, żeby udowodnić absurdalność myśli cisnących mu się do głowy, podszedł do kobiety leżącej na skraju szarorudej połaci mchu.
  Przyklęknął i chciał przyłożyć ucho do jej piersi, gdy pojął, że nic mu nie da — cokolwiek by przedsięwziął. Tętno serca? Było zawsze. Oddech, rozkład temperatur — również. Nawet krew, choć płytko pod skórą, której nikt nie odróżni od żywego ciała. Więc co? Musiałby znaleźć nóż i sięgnąć głębiej, pod żebra, i podważając plastykowe listwy obnażyć precyzyjny, mechaniczny miąższ.
  Nie potrzebował szukać ostrego narzędzia. To była żywa, uśpiona tylko dziewczyna. To czuje się nawet wtedy, gdy tak długo przestaje się jedynie z NIMI. Jedna z dziewięciu. Wiedział o tym, czuł każdym zmysłem, choć przedtem żadnej nie widział w pełnym świetle dnia. Przedtem, zanim dopełnił się cud.
  Inaczej być zresztą nie mogło. Przecież każdy z nich również nie był ten sam.
  Podniósł się i rozejrzał dokoła.
  Drzewa jedynie na skraju polany stanowiły zwierciadlane odbicie ziemskich drzew. Dalej palisadę pni przenikały jakieś pędy rozczłonkowanych odrostów, torbiele huby zakwitającej śnieżnym wirem kwiatów i nastroszone kłęby jemioł . z pejczami płowobrunatnych, nitkowatych piór. W gęstwinie poruszają się jakieś hybrydy zwierząt, skórzaste wręgi korzeni uciskają głazy grając na omszałych garbach pręgami ujawnionych izochrom. Mroczny, dziki świat, jakby zbudowany z klocków zaczerpniętych z biosfer tysiąca . planet, z wybujałej fantazji i snów, coś takiego pleni się zwykle w głębokich zakamarkach podświadomości.
  Z drugiej strony wyłom w ścianie drzew. Szmat sawanny i na jej tle dwoje ludzi. Natan zdziwił się tylko, że ktoś obudził się przed nim.
  Dziewczyna siedziała na trawie obejmując kolana, obok szczupła sylwetka zapatrzonego w dal Paveze. Poznał go po włosach, gdyż oboje byli zwróceni doń plecami. Poświata niskich chmur osiadała na ich skórze dziwnie fioletowym odcieniem. Wszystko tu było absurdalne — w jednym miejscu złote słońce, obok fioletowy pułap obłoków, jeszcze dalej brunatne nacieki mgieł.
  Zbliżył się do nich i położył dłoń na ramieniu Paveze.
  — Wstaliście już? — zapytał.
  — Dawno.
  — Wszystko w porządku?
  — W porządku? — zdziwił się chłopak. — Z nami? Tak.
  Stali nieruchomo, patrząc w przestrzeń aż po wchłonięte półmrokiem przęsło horyzontu. Wysoka trawa kołysała się dostrzegalnym tylko z góry śladem przebiegu niewidzialnych zwierząt. W zadymce mgieł majaczyły żywe pasma przeciągnięte pod niebem, rozchybotane cienie gór, a może miast, gdyż skały przeistaczały się w białe mury, w fosy przepełnione iskrzeniem rybiego planktonu i zwodzone mosty chmur, płynnymi warstwami wparte w boki napowietrznych stułbiopławów.
  — Ciężko będzie przejść — powiedział Natan. — Kiedy teraz przypomnę sobie nasz lęk przed pustynią… Zabawne.
  Paveze milczał.
  — O czym myślisz? — zapytał Natan.
  — Zastanawiam się, jak to możliwe.
  — MASZYNA poszła w ruch.
  — Nie o tym. Wiesz, kto pierwszy wylądował na Drugiej Altaira?
  — Oczywiście — ON.
  — Niezupełnie. Teraz już wiem. Pierwszy był rzeczywiście Lebeck, trzysta lat temu.
  Natan nie rozumiejąc zmarszczył brwi.
  — Więc skąd?…
  — Jeszcze dawniej. Rakieta Kenana rozbiła się w pobliżu równika. Myślałeś prawidłowo, ale oni nie wylądowali. Zginęli wszyscy, chociaż wrak statku zachował się dobrze.
  — Kiedy to było?
  — Prawie pięćset lat.
  Natan poczuł w piersi dziwny chłód.
  — Półtora roku temu odnalazła wrak wyprawa, w skład której wchodził mój ojciec — ciągnął Paveze. — Badali przyczyny awarii sprzed pięciu wieków i wtedy wykryli, że wewnątrz zostały szczątki tylko dwóch. Trzeci zniknął.
  — Kto? — zapytał Natan.
  — Ast Kenan.
  Natan wyobraził sobie człowieka, który wyszedł cało z katastrofy kosmicznego statku, aby zamienić nagłą śmierć na powolne konanie. Bez szans ocalenia. Na pewno ranny, ledwie wlokący zgruchotane kości wypełzł na zewnątrz rozprutego statku, przewalił się przez próg śluzy albo zwykłej wyrwy w pancerzu i stoczył w piach. Twarzą do ziemi.
  Wtedy radiostacje były na stałe wmontowane w hełmy pilotów i ostatniemu z załogi nie miał kto ściągnąć z głowy przeklętego kasku, przez który wlewał się pod czaszkę przeraźliwy jazgot MASZYNY.
  Dlaczego przeklęty? Przecież wtedy był jedynym zbawieniem.
  — Wiesz, on chciał być z nami i lękał się nas — powiedział Paveze. — Postawmy się na jego miejscu. Ludzi nieczęsto cechuje wzajemna tolerancja w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie chciał ryzykować, że ktoś znając jego prawdziwą historię zada pytanie: jakim cudem jeszcze żyje, a on nie będzie mógł odpowiedzieć.
  — Uważał się za normalnego człowieka.
  — Więcej, miał się za ostatniego z normalnych ludzi, bez ingerencji bioniki i cybernetyki. To musiał być potworny strach, gdy czując się ostatnim prawdziwym człowiekiem pomyślał, że ktoś powie mu w oczy — MONSTRUM.
  — Ktoś musiał znaleźć się wreszcie.
  — Oczywiście – — potwierdził Paveze. — Dlatego wzajemna nieufność ludzi jest jedynym powodem, dla którego mogę mu wybaczyć. Zapomnieć — nie.
  — O czym zapomnieć?
  — Opowiadał mi jeden z tych, co ocaleli półtora roku temu, że ojciec mój zginął właśnie wtedy; gdy znaleźli tamten wrak.
  — Co chcesz przez to powiedzieć?!
  — Po prostu domyślił się wcześniej niż my, a w dodatku sam jeden. I taka jest KARTA AST KENAN. Resztę może poznamy jeszcze… Zastanawiam się tylko, czy warto. Spójrz tam…
  Wskazał ręką srebrny błysk na skraju równiny, na który Natan nie zwrócił przedtem uwagi.
  — Co to jest?
  — Nie poznajesz? Przypatrz się uważniej.
  W odsłonie szarorudej mgły leżał skulony człowiek, fałdy skafandra upodabniały go do zmiętej i odrzuconej kulki papieru. Niepotrzebna kartka wyrwana z zapisanego brulionu.
  — Ast! — krzyknął Natan.
  Dziewczyna podniosła się z ziemi i stanęła obok Paveze. Jej nagość była tak oczywista przez swą otwartość, aż Natan poczuł, że pryska jego wiara w zagmatwaną mitologię, jaką stworzyli na usprawiedliwienie swojej bezradności w tym niezwykłym świecie.
  Pomyślał, że wszystko może być o wiele prostsze, bliższe ludzkiemu rozumowi. Pełen nadziei poszedł przez łąkę do leżącego w wysokiej trawie.
  Ujął go w pasie i dźwignął z ziemi.
  Ze skafandra wysypał się biały pył. Sączył się spod kryzy kołnierza, na której zwykle bywa zamocowany hełm, a wiatr porywał go i rozsiewał coraz dalej, aż w ręku Natana pozostał próżny łachman kombinezonu. Sucha i wiotka skórka zrzucona przez larwę nocnej ćmy pofrunęła szarpnięta podmuchem wiatru i u nóg Natana szeleszczące ziarna osypały się z wierzchołka piaszczystego stożka, . wygładzając go powoli w ledwie dostrzegalne wzniesienie — ropny wrzód między kępami bujnej trawy i ziołorośli. Podniósł oczy sięgając pułapu chmur. Smugi fioletu odcisnęły w masywie obłoków szare karbowanie mózgowia, a on stał z zadartą głową, nagi i spokojny, na samym dnie.

1974 r.




Czytaj również

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.