» Opowiadania » Martwe zasoby. Część 2

Martwe zasoby. Część 2


wersja do druku

Opowieść z cyklu Dakkartan

Autor: Redakcja: Staszek 'Scobin' Krawczyk

Martwe zasoby. Część 2
Przedstawiamy II część piątego opowiadania z cyklu przygód wojowniczki Dallian. Z częścią I można się zapoznać tutaj.

(W opowiadaniu znajdują się wulgaryzmy).




   Na północ od Samgon zaczynał padać deszcz. Nic szczególnego, lekka morka, orzeźwiająca spoconego i zmęczonego uciekaniem mnicha. Bieg pod górę wzgórza, w stronę drewnianego młyna, mocno nadwyrężał kondycję Gamariela, kuśtykającego ile sił. Mężczyzna co chwila oglądał się za siebie, wypatrując nadciągającego niebezpieczeństwa.

   Nagle za plecami usłyszał cichy trzask. Rozejrzał się nerwowo, serce niemalże podskoczyło mu do gardła, lecz niczego podejrzanego nie zauważył.

   W ostatniej chwili zdołał zasłonić się rękoma, powstrzymując Sawkę przed przebiciem mu gardła. Miała na sobie magiczną pelerynę, dzięki której była niewidzialna. Gamariel wykazał się znakomitym refleksem. Odepchnięcie tak drobnej zabójczyni nie było dla niego trudne, pomijając wycieńczenie. Zaraz po tym, jak kobieta upadła z jękiem na ziemię, a kaptur zsunął się z głowy Sawki, ukazując jej oblicze, w oddali zadudnił ciężki dźwięk, jakby pędzącego, ociężałego zwierza. Koci ryk, który mu towarzyszył, zdradzał, że to Vaerghanz nadciągał z odsieczą.

   Gamariel powstał z ziemi i z trudem wznowił marsz na szczyt wzgórza. Podarte szaty, teraz przemoczone, były coraz cięższe, spowalniały go. Nie na długo, bowiem z góry, niczym jastrząb, rzucił się na kapłana jaszczur Nivey. Na łuskowatych skrzydłach sfrunął z wysoka, mierząc w mężczyznę ostrymi pazurami, gotowymi pochwycić i rozszarpać ofiarę. Raz jeszcze szczęście uśmiechnęło się do Gamariela: na moment przed atakiem poślizgnął się na wilgotnej trawie, latający Saurianin porwał jedynie jego zniszczony płaszcz. Niezadowolony jaszczur zaczął krążyć nad człowiekiem niczym sęp.

   – Gamarielu! – usłyszał mnich z oddali. Leżąc tuż przed wejściem do młyna, obejrzał się w stronę Samgon. Na granicy widoczności zamajaczyły cztery postaci, z każdym ich krokiem był coraz bardziej pewien ich tożsamości.

   – Gamarielu! – powtórzył przywódca Szponów, Thantotilius. – Tym razem nie dasz rady całej Pięści!

   Przywódca Szponów, odziany w purpurowy płaszcz, odsłonił starczą twarz. Jego przenikliwe, błyszczące błękitem oczy zdradzały pewność siebie oraz dumę. W chwili triumfu przy sobie miał zaufanych czarodziejów. Szarołuski jaszczur Nivey, rozpościerając szeroko skrzydła, skrzyżował ręce, oczekując rychłego zwycięstwa. Był jednym z dwójki czarodziejów odzianych w pancerze – z nagolenicami, karwaszami oraz kirysem – na głowie zaś nosił szeroką obręcz, imitującą hełm. Obok niego stanęła z długim mieczem przepiękna elfka, Nibiana, nosząca srebrzystą zbroję. Wyglądała jak duch, bowiem cerę miała bladą, długie włosy zaś – śnieżnobiałe.

   Kolejnym ze Szponów był Vaerghanz, pół człowiek, pół kot z kontynentu wyspy Melos, z rasy Kihairów. Jako zwiadowca w drużynie nosił się bardzo skromnie, wystarczała mu tylko przepaska na biodra oraz pióropusz we włosach, oczywiście purpurowy. Pomimo deszczu, który moczył jego brunatne futro, kihair nie drgnął, jedynie wyszczerzył wściekle kły i nastroszył długie trójkątne uszy.

   Ostatnim Szponem była Sawka, której podstępny atak odparł Gamariel. Każdego z osobna mnich znał bardzo dobrze, wiedział, że nie ma ze wszystkimi szans w bezpośrednim starciu.

   – Thantotiliusie, stary druhu, muszę ci przyznać rację – stwierdził Gamariel, po czym wyciągnął w górę ramię, by rzucić zaklęcie. Spod palców mnicha uleciał w niebo przeraźliwie jasny płomień, rozświetlając całą okolicę i na kilka chwil oślepiając wrogów.

   Ukryty przed wzrokiem Szponów mężczyzna cofnął się i zniknął za wzgórzem. Kulił się przy tym nisko, gdyż czarodzieje nie dawali za wygraną – posłali za nim strzały oraz magiczne promienie. Wszystko jednak na próżno, zbiegł.

   – Za nim? – spytał swego mistrza gotowy do pościgu Vaerghanz.

   – Nie – odparł Thantotilius, słysząc z oddali wrzaski potworów zza mgły. – Musimy się teraz zmierzyć z siłami, które daleko przekraczają to, co wiemy o magii.

***

   Kirianel i jej egzotyczny towarzysz długo wlepiali spojrzenia w eksplodujący na nieboskłonie pocisk. Oślepiający blask wyraźnie zaznaczał kontury budynków w Samgon, wioski górującej nad moczarami. Dodatkową atrakcją były tysiące iskier, szybujących na wietrze we wszystkich kierunkach. Przypominało to przepiękny kwiat, który rozwija się na widok słońca. Gdy ogień całkowicie się wypalał, zdawało się, jakby wszelkie światło z okolicy zostało wessane. Wszystko raz jeszcze spowiły ciemności.

   W ostatniej chwili, nim światło zblakło, elfka kątem oka zauważyła z tuzin par czerwonych ślepi, okrążających ją i Nargotha ze wszystkich stron. Zaraz potem nastała głęboka cisza, którą przerwały ciche dyszenie oraz jęknięcia. Choć ledwie co można było dojrzeć w ciemnościach, Kiria wyczuła, jak ork powoli wyciąga długi miecz.

   – Umiałbyś w tych ciemnościach wrócić do wioski? – spytała niespodziewanie. Mówiła spokojnie, wolno, chciała zamaskować swój strach i podenerwowanie. Ale zamiast odpowiedzi usłyszała szczęk wydobywanej powoli broni. Ledwo słyszalny, ale jednak. Przeczuwając, że lada chwila rozpocznie się jatka, zacisnęła lewą pięść i skupiła się na zaklęciu. Choć nie była czarodziejką, od kilku miesięcy razem z Dallian trenowała sztukę magii, którą magowie nazywali psychokinezą. Kirię w tej chwili interesowała bardzo specyficzna gałąź tejże magii, mianowicie hydrokineza.

   Spokojnie lustro wody pod jej stopami zaczęło wibrować. W ostatniej chwili chwyciła towarzysza za nadgarstek i gwałtownie uniosła zaciśniętą pięść w górę, wydając przy tym krzyk, jak gdyby sporym wysiłkiem podnosiła ciężary.

   – Ruszaj! – krzyknęła ostatkiem sił. Dookoła uniosły się ściany wody, zalewając rzesze czyhających w ciemnościach upiorów. Zaskoczone istoty zawyły żałośnie jak wilki do księżyca. Dało to wojownikom chwilę na ucieczkę z mokradeł.

   Na szczęście dla elfki Nargoth doskonale orientował się w terenie. Nagły przypływ adrenaliny i skowyt straszydeł za plecami dodał im niebywałej szybkości, tak że kilka minut później znaleźli się na progu wioski Samgon. Podczas szaleńczego biegu na przełaj Kirianel obracała głowę to w lewo, to w prawo, unikając ostrych gałęzi krzewów i wysokich traw. W pewnym momencie zauważyła biegnące równolegle do niej postacie. Nie wiedziała, czy to mogły być te przeklęte stwory, czy też ktoś z ocalałych żołdaków.

   Ludzie w wiosce wybiegli z domów przerażeni, lecz zdeterminowani do walki. Była to dla elfki niespodziewana i zarazem miła odmiana. Wszyscy mężczyźni chwycili za włócznie, topory, młoty i łuki. Od wczesnych lat osadnictwa w puszczach chłopi pelliarscy byli przez swych panów szkoleni w walce – w przeciwnym razie każda wioska wyrżnięta zostałaby przez potwory, nim feudał ruszyłby z odsieczą. Dawniej bezpieczeństwo wieśniaków spoczywało na barkach rycerzy, lecz namnażające się hordy dzikich bestii były ponad siły szlacheckich wojowników i ich wojsk. Dlatego szkolenia w walce nie ograniczano wyłącznie na potrzeby ewentualnej kampanii zbrojnej seniorów.

   Przypływ odwagi u Samgończyków miał swe źródło w działaniach Nargotha. Ujrzawszy zbiegłych z mokradeł niedobitków z oddziałów Kasdriana, ork zdzielił każdego po twarzy i gromkim głosem nakazał całej zbieraninie gotować się do walki.

   Kirianel nigdy czegoś podobnego nie widziała, nawet sobie nie wyobrażała – ork przewodzący ludziom i elfom. Nargoth w jednej chwili przemienił się w wodza godnego pelliarskich dowódców. Nie było jednak chwili na podziwianie jego majestatu, zewsząd nadciągały potwory.

   Elfka nie mogła teraz użyć magii, gdyż czarowanie wymagało odporności umysłowej. U początkującego zaklinacza dłuższe korzystanie z mocy czarodziejskich mogło doprowadzić do skrajnego przemęczenia, podobnego do braku snu. Wówczas spadała koncentracja, a wtedy wywołanie jakiegokolwiek czaru przychodziło z trudem. Tych, którzy pomimo wyczerpania usilnie starali się czarować, mogło popaść szaleństwo, śpiączka lub nawet śmierć. Z tego powodu pogłoski, jakoby magowie w ogóle nie sypiali, były wyssane z palca – właśnie z powodu swej profesji musieli regenerować siły podczas długiego snu, czasami trwającego dni, tygodnie, a czasem nawet lata. Wiedźmy i wieszczki, często spotykane na prowincji, z powodu tego zaniedbania zazwyczaj popadały w obłęd.

   Kobiety wraz z dziećmi ukryły się w miejscowej świątyni, którą grupka żołnierzy oraz chłopów mogła zabezpieczyć i obronić. Reszta zaś, z Kirianel i Nargothem na czele, zebrała na środek wioski wozy i beczki, tworząc prowizoryczną barykadę. Naostrzone na szybko pale musiały wystarczyć jako jedyna osłona przez atakiem. A ten zacząć się miał lada chwila.

   Wróg zaatakował z zaskoczenia. Człekokształtne istoty, pozbawione odzienia, czasem też i skóry, wspięły się na dachy drewnianych chat i z góry rzuciły się na obrońców. Pierwszą ofiarą miał być Nargoth, który wydawał się dla monstrów największym zagrożeniem. Ork jednak uniósł obie ręce, w jednej trzymając miecz, i przebił na wylot lecącego stwora. Chwycił wolną ręką za coś, co przypominało szyję, i przerzucił potwora poza ostrokół, jakby był to worek kartofli.

   Wieśniacy dźgali nadciągające hordy. Wbite na pale potwory nie przestawały szarżować, ich wściekłe oczy budziły strach u walczących chłopów.

   Niektóre z istot przypominały ludzi, a raczej martwych ludzi: nadgnitych, bladych, śmierdzących, z ropiejącymi ranami i odsłoniętymi mięśniami. W większości przypadków były to jednak dzikie zwierzęta, wilki, dziki, nawet jelenie.

   Powoli, acz wyraźnie chłopi odsuwali się coraz to dalej od barykady, ustępując pola upiorom. Widząc to, Kirianel podbiegała do kolejnych pali, na których wisiały stwory, i dobijała każdego cięciem miecza. Jako że odrąbywanie kończyn nie dawało rezultatów, zabrała się do ścinania głów.

   Wkrótce dołączył do niej Nargoth, który długim mieczem bez trudu przepoławiał nieumarłych. Ich liczba rosła jednak z każdym zabitym, a napór wcale nie słabł. Nie mogąc przebić się przez las włóczni, ożywieńcy wdarli się do karczmy i zaczęli ciskać w barykadę dzbanami z oliwą i winem. Następnie chwycili za palące się pochodnie, aby z wrzaskiem rzucić je na dach świątyni i w broniących się wieśniaków. W wyobraźni Kirianel widziała już płomienie ogarniające mieszkańców, kiedy nagle przybyła odsiecz.

   Jakby za sprawą czarów między szeregami upiorów pojawiły się Szpony – Vaerghanz, Nivey, Sawka, Nibiana oraz ich mistrz Thantotilius. Nim ktokolwiek z obrońców wewnątrz ostrokołu odetchnął z ulgą, było po wszystkim. Cała piątka uderzyła na nieumarłych niczym huragan, tnąc, siekąc, miażdżąc, rażąc piorunami, paląc ogniem, wyrzucając w powietrze podmuchem wiatru, rozrywając na kawałki kłami i pazurami. Zaskoczone brutalnością obcych potwory przerwały atak i wszystkie zbiegły w ciemności, w stronę północnych wzgórz. Tuż za nimi w pogoń ruszyli Purpurowi.

   Korzystając z chwili, Kirianel i Nargoth nakazali wszystkim opuścić barykadę. Nie było wyjścia – świątynia i okoliczne domy zajęły się ogniem. Mężczyźni od razu rzucili włócznie na ziemię i pobiegli w stronę studni, aby walczyć z pożarami.

   Po chwili wszyscy usłyszeli lament wychodzących ze świątyni kobiet. Choć wielu z Samgończyków zginęło lub odniosło rany, to wcale nie zwłoki obrońców wywołały wrzawę, lecz truchła pokonanych bestii, wśród których mieszkańcy rozpoznali swych bliskich i krewnych. Był to dla nich zły omen – z grobów powstali ich ziomkowie, w dodatku gniewni i żądni krwi. Wszyscy zaczęli się głośno zastanawiać: czy to kara za grzechy, czy obrazili bogów lub swych zmarłych?

   – Co teraz? – spytali Nargotha ocalali żołnierze. Nie było wśród nich ani oficera, ani podoficera, jedynym autorytetem w tej chwili był dla nich ork.

   Włochaty wojownik obejrzał się na płonące zabudowania, później na łkających nad zabitymi chłopkami, w końcu zaś zwrócił się do Kirianel. Elfka jednak była zbyt zdezorientowana całą sytuacją, by móc cokolwiek doradzić.

   W końcu Nargoth splunął, chwycił mocno wojaka za bark i rozkazał:

   – Zbierz resztę żołnierzy i wyprowadźcie mieszkańców poza obszar mgły. Macie iść do najbliższego posterunku i powiadomić ród Adriani o tym, co tu się stało.

   Przyjmujący rozkazy wojownik stał jeszcze chwilę, nie wiedząc, czy zasalutować. Kiwnął tylko głową i wraz z towarzyszami broni zebrali wszystkich mieszkańców. Nie było to łatwe, część niestrudzenie walczyła z ogniem, inni byli zbyt oszołomieni, by wykonać polecenia.

   Tymczasem Kirianel klęczała nad przepołowionymi zwłokami półelfki, która razem z hordą ożywieńców zaatakowała barykadę. Ciało było stosunkowo świeże, najemniczka nie była pewna, czy ofiara była jedną z porwanych, czy może… niedawno pochowano ją na cmentarzu. Z tych myśli wybiła elfkę obecność orka. Nargoth podszedł do Kirii, czyszcząc z zakrzepniętej krwi długi miecz.

   – Nie wracasz z resztą? – zdziwiła się.

   – Moje zadanie jeszcze się nie skończyło – odparł, nadal czyszcząc oręż – a ty ponoć kogoś szukasz.

   Kirianel wstała i lekko się uśmiechnęła, cieszyło ją wsparcie kogoś takiego jak Nargoth.

   – Te stwory uciekły na północ, tam jest cmentarzysko z kryptą – wyjaśniła, poprawiając rynsztunek. Miejsce, do którego chciała się udać, z całą pewnością roiło się od nieumartych stworów. Kiedy już pożegnali odchodzącą kolumnę żołnierzy oraz chłopów, skierowali swe kroki na kamienną ścieżkę, wijącą się po pagórkach w stronę cmentarnego wzgórza, skrytego za gęstą ścianą mgły.

***

   Przez całą drogę Kirianel głowiła się nad losem Dallian. Istniała jeszcze nadzieja, bowiem wśród ciał poległych istot elfka nie znalazła przyjaciółki. Innym strapieniem dla wojowniczki była świadomość, iż walczy poniekąd z mieszkańcami Samgon. Nie pojmowała magii, która ożywiała zmarłych – nie była pewna, czy jej działania nie krzywdzą czasem niewinnych, opętanych przez złe siły.

    Czy jest jeszcze dla nich nadzieja? Co jeśli wśród porwanych spotkam Dallian? Co się dzieje z duszą, jeśli ciało zostaje wskrzeszone? Czy czeka ją potępienie?

   Pytań było stanowczo za wiele, a nie mogła sobie pozwolić na wątpliwości. Nie teraz, kiedy każda chwila zwłoki mogła zaważyć na jej życiu czy śmierci. Wyparła ze świadomości złe myśli, skupiła się na poszukiwaniach Dallian. Jedyną drogą do sukcesu była wiara, że ta nadal żyje.

   Nargoth najwyraźniej nie trapił się takimi rozważaniami. Szedł wyprostowany, w pełnym skupieniu, tuż za elfką.

   Cmentarz był o rzut kamieniem od wioski. Wyglądał inaczej, niż wyobrażała sobie Kirianel. Był to stary elficki cmentarz, ze zrujnowanymi posągami i nielicznymi kamiennymi grobowcami. Pochodziły z czasów panowania elfów w tym kraju, to jest ponad czterysta lat wcześniej, i należały do majętnych rodzin. Reszta surowych nagrobków była własnością obecnych mieszkańców Samgon i ich krewnych. Niestety, wiele z nich było rozkopanych, pozbawionych trumien i pochowanych w nich zmarłych. Ostały się tylko te najstarsze, w których kości obróciły się w proch.

   Ożywieńcy zaatakowali niespodziewanie niczym nagła ulewa. Kirianel nie zdążyła nawet wydobyć miecza, gdy wokoło zaroiło się od Szponów i nieumarłych. Wszystko działo się tak szybko, że jedynym, co utkwiło w pamięci czerwonowłosej elfki, był martwy niedźwiedź, który rzucił się na Nargotha. Silnie umięśniony ork ledwo zdołał utrzymać się na nogach, gdy przebita mieczem bestia napierała swym cielskiem. Instynktownie elfka wywołała wir powietrza w chwili, gdy niedźwiedź zaatakował. Ciężko ranny zwierz padł tuż pod jej nogi, a kamienna posadzka zaczęła pękać. Kirianel ze zgrozą słuchała, jak całe podłoże rozrywa się niczym lód na zamarzniętym jeziorze. Nim zdążyła uskoczyć, ziemia się zapadła, wciągając elfkę i martwego niedźwiedzia w głąb czarnej jamy.

   Upadając, wojowniczka uderzyła się w głowę, przez moment dźwięczało jej w uszach, toteż nie słyszała wyraźnie wrzawy walki na górze. Szybko rozejrzała się po grocie – trafiła do podziemnej jaskini, będącej częścią katakumb. Wtedy usłyszała zbliżające się głosy z powierzchni. Ukryła się w ciemnym kącie i patrzyła, jak niewielka grupa ożywieńców zeskoczyła z góry w ślad za nią i zbiegła tunelem w głąb podziemnego kompleksu. Najwyraźniej nie miały dobrze rozwiniętego węchu – żaden nieumarły jej nie zauważył.

    Nie można było wrócić na górę, toteż najemniczka postanowiła ruszyć śladem potworów. Wędrówka była niebezpieczna, wszystko spowijały ciemności, w każdej chwili któraś z bestii mogła zaatakować. Na jej szczęście większość potworów wciąż zajęta była walką z Nargothem i Szponami.

   Wkrótce trafiła do wielkiej komnaty wyrzeźbionej w skale przez śmiertelne istoty. Pomieszczenie wspomagały kamienne kolumny, pośrodku ustawiono skalny ołtarz, który rozświetlały sterczące w ścianach pochodnie i świece. To dzięki nim Kiria mogła rozpoznać sprawcę całego tego koszmaru.

   Nad leżącą na ołtarzu półelfką, jeszcze żywą, stał zdeformowany mężczyzna o madrackich rysach. Choć z trudem przyszło to najemniczce, poznała czarnoksiężnika. Był to Doav'Rahir, dawny uczeń Gamariela, zdrajca z Ebor, któremu Dallian odcięła w walce rękę. Teraz, gdy odczytywał makabryczne zaklęcia z tajemniczej księgi, nie był już pozbawiony kończyny – wyglądała jednak potwornie, jak zdeformowana gadzia łapa.

   Kirianel zawahała się, czy może mu przeszkodzić w zrobieniu krzywdy uwięzionej dziewczynie. Wątpliwości, raz wygnane, wróciły teraz ze zdwojoną siłą. Ożywione trupy nie były dotąd znane w Trianonie, zatem nie można było pojąć istoty magii, która wydostawała zmarłych z grobów. Tu nie chodziło tylko o życie doczesne, ale również i to po drugiej stronie. A jeśli wskrzeszenie mogło spaczyć duszę, odciąć ją od krainy bogów? Jeśli to samo miało czekać Kirię?

   Od konieczności wyboru uwolnił ją niespodziewany gość. Ukryta w mroku czarodziejka, białowłosa elfka Nibiana, przesłoniła Kirii usta i przycisnęła ją mocno do jednej z kolumn. Najemniczka wciąż nie była w stanie się ruszyć i tylko ze zgrozą obserwowała nikczemne eksperymenty Doav'Rahira oraz cierpienia, jakie przynosiły porwanej wieśniaczce. Skóra zaczęła jej pęcznieć, z ust płynęła obficie ślina i krew, ofiara dławiła się i wrzeszczała ile sił, aż jej oczy wyszły na wierzch. Trwało to chwilę, nim skonała. Gdy było po wszystkim, czarnoksiężnik zaklął pod nosem, rozwiązał martwą chłopkę i zepchnął jej truchło na ziemię. Dopiero wówczas Kirianel zauważyła leżący pod ołtarzem niewielki stos zwłok.

   – Idź – Doav’Rahir zwrócił się do sługi – i przynieś mi kolejną!

   Stojący obok ożywieniec odpowiedział ukłonem i cichym chichotem, po czym ruszył korytarzem nieopodal ukrywających się elfek. Przylgnęły do ściany i umilkły, stwór je wyminął.

   – Musimy to zatrzymać – wyszeptała Kirianel, próbując wymusić na członkini Szponów jakieś działanie.

   – Czekaj tutaj – odparła stanowczo Nibiana – i nie ruszaj się. Pod żadnym pozorem się nie wtrącaj. – Nałożyła na głowę kaptur magicznej szaty, która działała podobnie jak odzienie Sawki, ukrywając kobietę przed cudzym wzrokiem, choć z mniejszą mocą.

   Kiedy jednak Nibiana zniknęła, Kiria zaczęła rozmyślać nad losem porwanych. Bestia udała się w miejsce, gdzie są przetrzymywani. Skoro żyją, może znajdę wśród nich Dallian!

   W tym momencie całkowicie zapomniała o słowach Purpurowej i ruszyła za ożywieńcem. Nie było trudno znaleźć drogę – korytarz się nie rozgałęział, słychać także było rechot nieumarłego sługi. Dodatkowe ułatwienie stanowiło mgliste światło na końcu przejścia. Cały kompleks tworzyły pradawne katakumby, wydrążone przez podziemne rzeki. Część zapewne skonstruowali dawni mieszkańcy tych ziem, usypując olbrzymią kopułę z kamieni i ziemi. Niektóre pieczary były dość okazałe, by pomieścić tysiące grobów.

   Gdy Kirianel doszła do końca ścieżki, ujrzała wychudłego, garbiącego się ożywieńca, który ciągnął za nogi małe dziecko przywiązane do drewnianego pala. Najwyraźniej stwór nie trapił się, żeby uwolnić ofiarę, wpierw chciał wyrwać jej ręce ze stawów.

   Kiria na nic już nie czekała, dobyła krótkiego miecza i wbiła ostrze w kark ożywieńca. Potwór wyprostował się i zesztywniał, wyciągnął ręce za siebie, by wydobyć z pleców ostrze. Czerwonowłosa pociągnęła raz jeszcze za oręż, tym razem przesuwając go w dół, czym powaliła bestię na ziemię. Mocne szarpnięcie pozwoliło jej wyswobodzić broń, po czym szybkim zamachem ścięła nieumarłemu głowę.

   Dopiero gdy odetchnęła, do jej uszu zaczęło dochodzić, że uwięzieni pod ścianą wieśniacy błagają o ratunek. Wcześniej elfka nawet ich nie zauważyła. Teraz jednak natychmiast przystąpiła do rozcinania więzów oraz dziwnej, kleistej mazi niewiadomego pochodzenia. W sumie więźniów było ponad dwanaścioro, jednak Kiria nie znalazła wśród nich Dallian, co było dla elfki sprawą najwyższej wagi.

   – Czy to już wszyscy? Czy nie widzieliście może ciemnowłosej elfki, wojowniczki? – chwytała się ostatniej deski ratunku, jednak nikt nie miał dla niej dobrych wieści.

   – A wiecie może, jak stąd się wydostać?

   – Tak, z tej krypty jest tylko jedno wyjście – jeden z porwanych mężczyzn wskazał korytarz po drugiej stronie pomieszczenia.

   Kirianel kiwnęła głową i kazała wszystkim uciekać. Gdy tylko ostatnia osoba zniknęła za zakrętem, elfka zawróciła, żeby szukać przyjaciółki, Dallian.

   Wtedy drogę zatarasował jej Doav'Rahir. Poprzednio stał do niej tyłem, toteż nie mogła dostrzec wszystkich deformacji jego ciała – był potwornie wychudły i jakby trędowaty. Jego prawa ręka poczerniała, pokrywało ją coś w rodzaju zgrubiałej łuski. Zamiast zwykłych palców miał długie szpony, zaciśnięte na odrąbanej głowie Nibiany.

   Kirianel zaczęła się powoli wycofywać. Wiedziała, że nie ma do czynienia ze zwykłym czarnoksiężnikiem, Doav"Rahir mógł nawet nie być już człowiekiem. Po chwili tuż za jego plecami pojawiły się zmartwychwstałe sługi.

   – Pamiętam cię… – przemówił ciężko mężczyzna, jakby miał za chwilę kaszlnąć. – Byłaś w Balei.

   – Mylisz się, pierwszy raz widzieliśmy się w Ebor.

   Czarodziej zacharczał, a potem zaśmiał się:

   – Tak może ci się wydawać, ale w rzeczywistości spotkaliśmy się, gdy umierał Avren, tyle że wówczas celowałem do ciebie z kuszy.

   – To byłeś ty! – Wojownczika przypomniała sobie wydarzenia sprzed roku, kiedy zamaskowany skrytobójca próbował ją zabić w świątyni. – A więc Gamariel o wszystkim wiedział…

   – Wiedział? Sam kazał go zabić!

   W tym momencie Kirianel poczuła, jak dochodzi do krawędzi, przejście biegło tuż nad rozpadliną. Elfka obróciła nieznacznie głowę, nie ujrzała jednak dna. Sługi Doav'Rahira wydawały się niecierpliwe, niemalże przepychały się zza niego, aby tylko dobrać się do Kirii.

   – Moi podopieczni najwyraźniej łakną elfickiej krwi – zaśmiał się czarownik.

   – Jak to możliwe, że wskrzeszasz zmarłych, czemu to robisz? – wojowniczka mogła tylko kupować czas. Dobycie broni nie miało w tym przypadku sensu, ożywieńców była piątka, a Doav'Rahir był uczniem Gamariela, obeznanym w sztuce magii.

   – Nie, nie zdradzę ci swojej tajemnicy. Powiem jednak, co będzie dalej…

   Głowa zabitej Nibiany poturlała się do stóp Kirianel.

   – Zginiesz – kontynuował nekromanta – a później dołączysz do mojej armii. Dzięki swej rosnącej mocy pokonam śmierć, będę istotą nieśmiertelną, która rzuci na kolana wszystkie królestwa Trianonu. Ludzie będą mnie czcić jak boga, pana życia i śmierci – mężczyzna wypowiadał się coraz głośniej, nieprzerwanie, płynnie. Widać jednak było, iż to dla niego wysiłek.

   – Aby jednak mój plan się ziścił, potrzebuję zasobów. Martwych zasobów, aby zbudować największą i najgroźniejszą armię, jaką kiedykolwiek opisywała historia.

   – A ci porwani, po co trzymałeś ich przy życiu? – Kiria czuła, że to mogą być jej ostatnie słowa, gdyż Doav’Rahir i jego potwory zbliżali się nieubłaganie. Za chwilę mogli wyciągnąć ku niej ręce.

   – Nim uda mi się pokonać śmierć, muszę wpierw spróbował swych sił na innych okazach – uśmiechnął się szyderczo czarownik – ale dość już rozmów. Pora na śmierć. – Pewny siebie Doav'Rahir powoli wyciągał zdeformowaną dłoń ku elfce. Wojowniczka jednak nie zamierzała się poddawać.

   Gdy czarnoksiężnik chełpił się swymi planami, najemniczka w skupieniu przygotowywała zaklęcie psychokinezy. Jeśli miała spaść, chciała zabrać ze sobą również te potwory. Gwałtownie uniosła przed siebie dłonie i posłała potężny wir, który wyrzucił ożywieńców i ich pana w powietrze. Powiew powietrza był tak silny, że rykoszetując, odepchnął elfkę wprost w przepaść. Jedyne co wówczas czuła, to opadanie, gwałtowne, szybkie.

***

   Dallian przebudziła się dopiero wtedy, gdy w jaskini zabrzmiał głośny kobiecy krzyk. Czuła się poobijana i zdezorientowana, znalazła się w nieznanym miejscu, nie wiedziała, jak tu trafiła ani jak się stąd wydostać. W ciemnej grocie słychać było coraz więcej dźwięków, lub raczej pisków i ryków; odbijały się echem od ścian, więc trudno było zlokalizować ich źródła. Dali sprawdziła ekwipunek, nic jej nie zginęło, nawet miała przy sobie broń. Wydawało się to co najmniej dziwne.

    Po chwili dziewczyna zauważyła na ziemi świecący kryształ. Od razu go rozpoznała, był to amulet teleportacyjny, który wydawał się w tej chwili jedyną drogą ucieczki. Dzięki niemu mogła przenieść się w pobliże portalu, którym wraz z Kirianel dostała się do Samgon. Lecz oprócz kryształu w ciemności znalazła również swą przyjaciółkę.

   Na szczęście Kiria jeszcze żyła, Dallian udało się ją obudzić.

   – Kiria, wstawaj, musimy stąd pryskać. – Potrząsnęła czerwonowłosą.

   – Dali – uśmiechnęła się wojowniczka i objęła zaginioną.

   – Dobra, dobra. Dosyć tych czułości, powiedz mi lepiej, co tu się dzieje.

   – Jesteśmy w podziemiach cmentarza nieopodal Sam… – Kirianel nie dokończyła zdania, elfki usłyszały podejrzany chrzęst, dochodzący z pobliskiego tunelu. Gdy już wydawało się, że zagrożenie minęło, dokończyła wyjaśnienia:

   – To Doav'Rahir. Żyje i w jakiś sposób zmienia zmarłych w krwiożercze potwory.

   – I jesteśmy na cmentarzu? Cudownie… Czekaj, ktoś idzie.

   Obie wojowniczki skryły się u wylotu tunelu. Słychać było czyjeś kroki. Nie czekając dłużej, Dallian dobyła miecza i wyskoczyła z zamiarem ataku.

   – Nie! – krzyknęła Kiria, chwytając przyjaciółkę za uniesioną rękę. – To wieśniacy.

   Przed elfkami stali dwaj wystraszeni chłopcy, zasłaniali się rękoma.

   – Proszę, nie rób nam krzywdy! Chcieliśmy sprawdzić, czy nikt za nami nie został.

   Dallian od razu chwyciła młodzieńca za bark i poleciła prowadzić się do wyjścia. Już Kirianel miała ruszyć za nimi, kiedy nagle tuż nad jej głową przeleciał magiczny pocisk. Uderzając w sufit tuż przy wejściu do tunelu, wywołał zapadnięcie się skał, blokując czerwonowłosej elfce ucieczkę. Wojowniczka obejrzała się za siebie, na drugim końcu pomieszczenia czekał Doav'Rahir.

   – To on! – krzyknęła do przyjaciółki przez skalną ścianę. – Nie ma czasu, zabierz ocalałych i uciekajcie na wschód.

   – A co z tobą? – Dallian przylgnęła do barykady, żaden z głazów nie dał się ruszyć.

   – Zatrzymam ich tu na chwilę.

   – Przestań ciągle bawić się w cholernego rycerza, możemy rozwalić tę ścianę!

   – Nie! – zaprotestowała Kirianel. – Inaczej te bestie dopadną nas wszystkich podczas ucieczki. Nie ma innego wyjścia, trzeba ich tu zatrzymać.

   Ciemnowłosa wojowniczka w głębi ducha przyznała przyjaciółce rację. Choć jej natura najemnika ostrzegała przed niebezpieczeństwem i kazała się wycofać, to serce uporczywie odmawiało ucieczki.

   – Nie możesz… – zaczęła Dali, ale Kiria nie pozwoliła jej dokończyć.

   – Dla przyjaciół warto się poświęcać.

   Po tych słowach Dallian usłyszała za ścianą szczęk miecza oraz ryk ożywieńców, czasu było niewiele Postanowiła zrobić najgłupszą rzecz, jaką sobie wyobrażała.

   – Bierzcie dupy za pas, wynocha mi stąd! – krzyknęła do chłopców, po czym sięgnęła po kryształ teleportacyjny. W skrajnych przypadkach można było go wykorzystać do teleportacji kierunkowej. Po chwili ciemnowłosa najemniczka znalazła się przy Kirianel, gotującej się do walki z ożywieńcami. Odrzuciła na ziemię magiczny kryształ, który utracił moc i blask.

   – Co ty wyprawiasz! – wystraszyła się czerwonowłosa, teraz im obu pisana była śmierć.

   – Przejmuję twoje złe nawyki – odparła Dallian, lecz widząc zbliżającą się hordę nieumarłych, zrozumiała, że ten bohaterski wybryk najprawdopodobniej był jej ostatnim błędem w życiu. Pogodziwszy się z nieuniknionym, pokonała strach. Niespodziewanie chwyciła przyjaciółkę za kołnierz skórzanej kurty, przyciągnęła ją do siebie i pocałowała agresywnie w usta.

   Potwory rzuciły się na wojowniczki jak kot na mysz. Kiedy jeszcze były w powietrzu, Dallian uniosła rękę i siłą woli wystrzeliła zamontowane w rękawicy strzałki. Pociski z wielką siłą przebiły się przez miękką skórę ożywieńców. Haczykowate końcówki wczepiły się w mięśnie i narządy, siła odrzutu zrobiła resztę. Pierwsza fala została odepchnięta, najemniczki zdążyły dobyć broni siecznej.

   W okrążeniu przez nieuzbrojonego (w pewnym sensie) przeciwnika najskuteczniejszą taktyką wydawał się Dallian atak wyprzedzający. Cięła na lewo i prawo, nie trzeba było się wysilać czy celować w konkretną część ciała. Bestie, nawet pozbawione kończyn, wciąż nacierały, toteż Dali musiała wspomagać się magią. Trzymając mocno miecz w prawym ramieniu, lewą ręką wyzwalała zaklęcia psychokinezy, by odpychać od siebie potwory, które zalewały ją niczym morskie fale. Ta taktyka okazała się skuteczna.

   Kirianel, choć nieco bardziej doświadczona w walce z ożywieńcami, wyraźnie ustępowała gwałtownej przyjaciółce. Miast agresywnie atakować – trzymała nieumarłych na dystans, okazyjnie korzystając z magii. Mogła sobie na to pozwolić, za główny cel potwory obrały sobie właśnie Dallian. Chociaż istoty nie miały kłów i pazurów jak dzikie zwierzęta, dorównywały im zaciętością. Co i rusz któremuś ze stworów udawało się dosięgnąć elfek, drapiąc je po zbroi i ciele.

   W końcu do walki przystąpił ich władca, który siłą i zwinnością przewyższał swe sługi. Szczęściem w nieszczęściu, postanowił korzystać z magii jedynie do regeneracji ciała. Może nie miał już dość mocy na potężniejsze czary.

   Doav'Rahir zacisnął zniekształconą, jaszczurzą pięść i uderzył Dallian w twarz. Cios był na tyle silny, że wojowniczka wypuściła z dłoni miecz. Była jednak całkowicie skupiona – czarami odepchnęła czarnoksiężnika, siłą woli zaś zdołała natychmiastowo przywołać utracony oręż do dłoni. Drugą czynność wykonała przypadkowo, od razu jednak pojęła płynące z tej umiejętności korzyści.

   Pewna siebie, rzuciła miecz w górę, by następnie wolną ręką przeciąć powietrze przed sobą. Tym gestem poprowadziła ostrze, jakby przywiązane niewidzialną liną, tnąc przeciwników z dystansu. Najemniczka zaczęła wręcz tańczyć z wirującym w powietrzu mieczem, szlachtując ożywieńców na drobne kawałki. Nic to jednak nie dawało – z każdą chwilą bestii było coraz więcej. A gdy już elfki opadły z sił, śmierć zajrzała im w oczy.

   Dallian coraz wolniej cięła mieczem, aż w końcu padła na kolana, próbując złapać powietrze w płuca. Widząc to, Kirianel raz jeszcze posłała wir powietrza w stronę atakujących. Tym razem był o wiele słabszy niż poprzednio, a ożywieńcy nadal stanowili śmiertelne zagrożenie. Czując bezsilność, Kiria podbiegła do przyjaciółki i mocno ją objęła.

   Po chwili ciało dziewczyny zalała fala ciepła, włosy Dallian zesztywniały, jakby zaraz miał w nią uderzyć piorun. Ciemnowłosa najemniczka poczuła iskrzące się płomyki między palcami dłoni, oczy zaczęły ją piec, toteż mocno zacisnęła powieki. Nagle obie dziewczyny ogłuszył potworny huk.

***

   Wzgórze cmentarne wyglądało jak ciasto polane ciemną polewą, tyle że w rzeczywistości była to krew zabitych ożywienców. Nargoth obejrzał się po okolicy, chcąc upewnić się, że pokonani ostatecznie wyzionęli ducha. Spokojnie, nie spiesząc się, odcinał kolejne głowy. Niezbyt interesowali go magowie, przebrani w purpurowe szaty. W niewielkiej odległości przeszukiwali ciała nieumarłych, najwyraźniej czegoś szukali.

   Po chwili z mgły wyłonili się uprowadzeni mieszkańcy, od razu zaczęli wołać o pomoc.

   – Skąd przychodzicie? – spytał wieśniaków Thantotilius.

   – Nieopodal jest wejście do krypt, została tam jakaś elfka – wyjaśnił młody chłopiec.

   – Białowłosa?

   Zaprzeczył i podał Szponom rysopis Dallian.

   – Może powinniśmy zatrudnić tę najemniczkę? – zażartował Nivey.

   Wtem spod wyrwy w ziemi, w której zniknęła Kirianel, buchnął snop ognia. Zebrani na wzgórzu instynktownie przykucnęli, zaskoczeni lwim rykiem płomieni. Gdy ogień przygasł, Nargoth oraz czarodzieje ostrożnie zbliżyli się do wyjącej dziury. Mozolnie, z wielkim trudem, poparzony Doav'Rahir wspiął się po skarpie i padł skulony na ziemię. Miał odsłonięte plecy, skórę poczerniałą od żaru płomieni. Wyglądało na to, że najbardziej ucierpiał na tułowiu, być może krwawił, jak zdawało się Szponom.

   – Brać go – rozkazał Thantotilus. Na twarzy jednak nie dało się ujrzeć radości triumfu, mag był bardzo podejrzliwy.

   Kiedy tylko purpurowi magowie dotknęli rannego czarnoksiężnika, ten zaczął wierzgać i szaleć jak zapędzony w pułapkę zwierz. Szponiastą ręką ciął na wszystkie strony, w lewej zaś trzymał dziwny wolumin. Ślepia mężczyzny błyszczały zieloną poświatą, z ust płynęła ślina. Był jak opętany.

   – Ma księgę! – zwróciła uwagę przywódcy Sawka.

   Nivey już szykował się do obezwładnienia przeciwnika, najwyraźniej Doav'Rahir stracił zbyt dużo sił, aby korzystać z magii, Szponom zaś zależało, by pochwycić go żywcem.

   Wtedy na powierzchnię wypadła Dallian. Z mieczem w dłoniach skoczyła wprost na szalejącego czarnoksiężnika. Po chwili mężczyzna z niedowierzaniem patrzył na wystające z piersi ostrze. Wściekła elfka wydarła się na cały głos, odepchnęła Doav'Rahira nogą i wyszarpnęła oręż. Z otwartej rany trysnęła obficie krew. Purpurowi poderwali się, aby powstrzymać najemniczkę, ale było już za późno – następnym ciosem ścięła nekromancie głowę.

   Gdy było już po wszystkim, Dallian głośno westchnęła, a później zaśmiała się – była to radość z ocalenia. Wciąż żyła, a przecież już żegnała się ze światem. I nie ona jedna. Ciemnowłosa wojowcznika podeszła do krawędzi dziury i wyciągnęła z pustki swą przyjaciółkę. Kiria i Dali przyklękły zmęczone i objęły się mocno, by cieszyć się sobą po kolejnej rozłące.

   Bez słowa Szpony przeszukały ciało zabitego i magią spaliły jego zwłoki. Thantotilius popatrzył na Dallian z dezaprobatą.

   – Jakiś problem? – elfka zaczęła słowny atak.

   – Bardziej przydałby się żywy – wyjaśnił mistrz Szponów.

   – Wiesz, gdzie jest Nibiana? – wtrąciła się Sawka.

   Kirianel wyszła naprzeciw Dali i powiadomiła Purpurowych o śmierci ich towarzyszki. Sawka popatrzyła na Niveya, który pokręcił przecząco głową. Załamana spuściła głowę, zanim wręczyła Thatotiliusowi księgę Doav'Rahira, przeklęty przedmiot, który był źródłem całego tego szaleństwa.

   – Co to jest? – Kirianel zauważyła, jak pieczołowicie magowie obchodzą się z tajemniczą książką.

   Jaszczur Nivey natychmiast podszedł do swego mistrza, chwycił go za rękę i wyszeptał coś do ucha. Thantotilius spojrzał na czarnowłosą wojowniczkę i odparł:

   – To źródło mocy Doav'Rahira. W naszych rękach będzie bezpieczna.

   – Gildia Magów tak nie uważa – usłyszeli za plecami znajomy kobiecy głos.

   To była Izabela Vidia, nauczycielka Dallian i Kirianel z Gildii Magów, ubrana jak zawsze w gustowną lazurową suknię. To właśnie odzienie zdradzało, że nie zamierza wszczynać z nikim walki.

   – Jako twój ojciec – zaczął Thantotilius – odradzam próbę odebrania nam księgi.

   Czarodziejka uśmiechnęła się, jakby opowiedziano jej żart.

   – Skąd Gildia może wiedzieć, że mamy księgę? – zdziwił się Vaerghanz.

   – To jasne – odparł Nivey. – Gamariel ich ostrzegł.

   – Będzie chciał nas skłócić ze sobą. Tylko on zyska na wojnie między Szponami a Gildią Magów – stwierdził przywódca Purpurowych.

   Vidia jednak uspokoiła zgromadzonych:

   – Nie martwcie się, nie po to tu jestem – spojrzała na Dallian. – W zwyczaju mam karać nieposłusznych uczniów… ale widząc to, co się tu stało, chyba jednak należałoby wręczyć nagrodę.

   – Tak – wtórował Thantotilius – nasze elfki spisały się znakomicie, widzę dla nich świetlaną przyszłość…

   – Chwileczkę – głos zabrała Dali. – Nie mam nic przeciwko zapłacie za odwaloną tutaj robotę, ale dłużej tego nie wytrzymam. Im dalej w las, tym częściej ja i Kiria mamy do czynienia z demonami, wielkimi potworami, a teraz skopałyśmy tyłki armii truposzy. Co jeszcze ten wór koszmaru chowa, może wycieczkę na samo dno Dakkartanu, gdzie piekielny ogień przypala dupy, a na powitanie wychodzi sam Delnor i jego rogate poczwary? Jeśli mamy dalej babrać się w tym bagnie, chcę mieć własną kompanię! Koniec z partyzantką, jeśli mamy działać jak profesjonalistki!

   – Wszystko jest możliwe – uspokoiła krewką elfkę nauczycielka.

   Dallian, uznając swą propozycję za zaakceptowaną, zwróciła się do nieznajomego orka:

   – Hej, ty! Jesteś najemnikiem?

   Nargoth potwierdził.

   – Wojownicy z mego plemienia służą szlachcie w zamian za złoto i bogactwa. Nie chcemy dłużej żyć na północy, gromadzimy zasoby, aby pewnego dnia osiąść na Południu.

   Dallian zaproponowała więc orkowi, aby dołączył do niej i Kirianel. Nieco zmieszany zwiadowca spojrzał to na Vidię, to na Thantotiliusa, jakby czekając na wyjaśnienie. Ci jednak tajemniczo się uśmiechnęli i lekko kiwnęli głową. Zgodził się.

   Wkrótce Nargoth razem z Vidią, elfkami i uratowanymi wieśniakami opuścił cmentarne wzgórze, zostawiając Szpony samych sobie.

   – Jest coraz silniejsza – Nivey podziwiał umiejętności ciemnowłosej elfki. – Telekineza jest stosunkowo prosta do opanowania, ale pyro?

   – Tu nie chodzi już tylko o zdolności Dallian… – stwierdził Thantotilius. – Powoli zbliża się chwila, gdy nasza najemniczka będzie musiała zmierzyć się z przeznaczeniem.

   – Chciałbyś, żeby do nas przystała? – zapytał jaszczur.

   – Myślę… – Thantotilius zawiesił głos, spoglądając na magiczną księgę Doav’Rahira – …że to nie leży już w naszej gestii.

***

   Praca na cmentarzu pirijskim coraz mniej podobała się dwójce grabarzy. Od kilku tygodni każdej pracowitej nocy natrafiali na dziwne ślady nieopodal grobów. Niektóre były rozkopane, choć na pewno nie przez hieny cmentarne.

   – No dalej, Orik, nie chcę siedzieć dłużej niż potrzeba – grabarz ponaglał swego wspólnika. Na wpół pijany, od kilkunastu minut kopiący dół Orik obejrzał się na przewrażliwionego Skipa.

   – A tobie co tak się spieszy? Tawerny przecie nie zamkną!

   – Nie o bimber mi biega. Słyszałem na targu dziwne rzeczy od przyjezdnych…

   Orik zaśmiał się głośno:

   – Tak? A to ci dopiero, heh. No mów, czego tam się wywiedziałeś?

   – Podobno na cmentarzach i kryptach w całym królestwie – Orik mówił szeptem – umarli powstają z grobów i pożerają żywych.

   – Wiesz co? – Skip zaczął wrzeszczeć – Takiej głupoty się po tobie nie spodziewałem. Masz, bierz łopatę i kop dalej, zamiast pierdzielić jakieś farmazony!

   Wtem usłyszeli dochodzące zza pleców stukanie. Grabarze obejrzeli się za siebie, niczego jednak nie zauważyli, niczego oprócz wózka z trumną. To właśnie ją mieli umieścić w dole. Nagle jej wieko gwałtownie wystrzeliło w powietrze, a ze środka powoli podniosła się młoda kapłanka, ubrana w szkarłatny habit. Blada na twarzy, otworzyła powieki. Oczy miała czarne, pozbawione blasku, martwe.

   Orik już wiedział, że wędrowcy mieli rację. Umarli wracają do życia.




Czytaj również

Martwe zasoby. Część 1
Opowieść z cyklu Dakkartan
Z ognia ogień. Część 2
Opowieść z cyklu Dakkartan
Z ognia ogień. Część 1
Opowieść z cyklu Dakkartan

Komentarze


earl
   
Ocena:
0
Całkiem przyjemnie się czyta.
22-03-2013 09:31

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.