» Opowiadania » Martwe zasoby. Część 1

Martwe zasoby. Część 1


wersja do druku

Opowieść z cyklu Dakkartan

Autor: Redakcja: Staszek 'Scobin' Krawczyk

Martwe zasoby. Część 1
Prezentujemy I część piątego już opowiadania z cyklu przygód najemniczki Dallian. Czytelników, którzy nie mieli jeszcze styczności z serią, zachęcamy do lektury wcześniejszych tekstów, poczynając od inauguracyjnej Czerwonej Elfki. Niebawem przedstawimy II część Martwych zasobów.

(W opowiadaniu znajdują się wulgaryzmy).

 

 

   Witam was, dzielne elfki!

   Na wstępie pragnę zapewnić, że rzeczy, o które jestem oskarżany, nie miały miejsca. Wpadłem na trop cennego artefaktu, który w niepowołanych rękach może okazać się niezwykle groźny dla królestwa Pelliaru, jeśli nie całego kontynentu. Magowie z Gildii zbratali się ze Szponami, by mnie usidlić i zdobyć ten cenny przedmiot. Planowali to od samego początku, podobnie jak wasze szkolenie u Izabeli Vidii. Nie możecie ufać tej kobiecie, jest spokrewniona z przywódcą Szponów i w jej rękach staniecie się narzędziami dla niecnych celów. Apeluję do waszego sumienia, uciekajcie z Ebor!

   Musiałem zbiec, gdyż Purpurowi dybią na moje życie. Spotkajmy się w wiosce Samgon, na zachód od Atros, gdyż dzieją się tam niepokojące rzeczy. Chciałem to sprawdzić na własną rękę, lecz najwyraźniej potrzebuję waszej pomocy, ponownie.

   Miesiąc temu plony w regionie Samgon zaczęły masowo gnić. Całą okolicę okryła gęsta mgła, od kilku dni zaś znikają ludzie, nieważne, czy to miejscowi, czy podróżni, ponoć zaginął także emisariusz lokalnego szlachcica. Największa panika wybuchła, kiedy padło bydło, a dzika zwierzyna opuściła tutejsze lasy. Zakładam, że lada chwila wojsko ustanowi kordon sanitarny, zostało więc niewiele czasu. Tu jednak trzeba fachowej ręki, dlatego was potrzebuję. Tak jak zawsze, możecie liczyć na sowite wynagrodzenie. Na miejscu pytajcie o Artemiusa.

   G.

***

   Wioska Samgon, tak jak wiele innych osad w Pelliarze, była maleńką wysepką cywilizacji na bezkresnym morzu zielonych lasów. Od ponad stu lat wieśniacy próbowali odebrać naturze tereny pod uprawę, posyłając w ciemne puszcze dzielnych drwali.

   Młody mężczyzna biegł na przełaj, nie oglądając się za siebie. Było nieco ciemno, od tygodni złowrogie chmury spowijały niebo, nie pozwalając nikomu cieszyć się promieniami słońca. Panował także nieprzyjemny chłód. Drwal trząsł się niczym starzec, bowiem obdarto go z wszelkiego odzienia. Po chwili zderzył się z drzewem, nie mógł dalej gnać na ślepo gdzie popadnie, toteż posłużył się dłońmi, którymi wyszukiwał drogę. Szedł niemrawo, obmacując pnie drzew i gałęzie krzewów, aż natknął się na dwa miękkie, wypukłe obiekty, ciepłe i przyjemne w dotyku.

   – Łapy precz, zboczeńcu… – usłyszał po chwili młody kobiecy głos, myślał przez chwilę, że zejdzie z tego świata. Padł do tyłu wystraszony i jęknął przeciągle.

   – Już dobrze, spokojnie, nie bój się nas. Dali, daj mu spokój – powiedziała Kirianel, podbiegając do wystraszonego chłopaka.

   – Złapał mnie za cycki! – ofuknęła ją Dallian.

   Czerwonowłosa pomogła wstać drwalowi.

   – Coś się stało? Co tutaj robisz?

   Mężczyzna dukał coś niezrozumiale, najwyraźniej miał halucynacje i majaczył.

   – Od niego raczej nic nie wyciągniesz – stwierdziła Dali. – Co tutaj tak cholernie ciemno? Czyżby nas przeniosło po zmroku?

   – Nie, na pewno nie – odparła Kirianel – portal nie działa w ten sposób, przynajmniej tak mówiła Vidia.

   – No to pięknie, jak trafimy do wioski? Ej ty – elfka skinęła na mężczyznę – wiesz, jak dostać się do Samgon? Kiwnij głową.

   Potwierdził, co uradowało elfki.

   Nagle w gęstych krzewach coś zawyło. Nikt z obecnych nie mógł rozpoznać, jaki zwierz wydawał z siebie taki głos. Dallian od razu chwyciła za długi miecz zawieszony na plecach. Klinga wydobyta z pochwy szczęknęła przeciągle. Przerażony drwal padł na kolana i gołymi rękoma zaczął ryć ziemię, głośno przy tym lamentując.

   – Chcesz walczyć w tej mgle? – zdziwiła się Kirianel, choć w jej głosie nie zabrzmiała nutka wątpliwości czy strachu. Kierowała nią ciekawość.

   – Po to tu chyba przybyłyśmy, prawda?

   – Jeszcze zdążysz się nawojować, poszukajmy wyjścia z tego lasu.

   – W sumie – Dallian, nieco zawiedziona, schowała z powrotem miecz i uniosła dłonie nad głowę.

   Ostatnie miesiące ona i Kirianel spędziły na ćwiczeniach w jednej z najznamienitszych dziedzin, jakimi władały rasy śmiertelne, magii. Jej poznawanie trwało latami, czasem nie przynosząc większych efektów, toteż jedynym talentem, jaki posiadła Dallian, było poruszanie przedmiotami siłą woli. Chociaż Gildia Magów, w której najemniczki pobierały nauki, dość restrykcyjnie odnosiła się do zasad wykorzystywania sztuk magicznych, naczelnym i niezbywalnym prawem każdego czarodzieja była samoobrona.

   Sosny porastające polanę przed elfkami zatrzęsły się, jakby porwane przez wichurę, i runęły pokotem. Istota, która ryczała złowieszczo, uskoczyła przed niebezpieczeństwem, zakwiliła jak zbity pies i czmychnęła gdzie pieprz rośnie.

   – Pewnie niedźwiedź albo wilk – stwierdziła Kirianel.

   – Znając nasze szczęście, nic z tych rzeczy – odparła Dallian. – Chodźmy znaleźć tę zawszoną mieścinę, zimno jak skurczysyn!

***

   Wbrew przewidywaniom ciemnowłosej Dallian wioska Samgon znajdowała się dość blisko, ledwie dwa kilometry od portalu. Kiedy elfki oraz wycieńczony drwal wyszli spod koron drzew, natychmiast zrobiło się jaśniej, toteż nastroje się poprawiły.

   Osada była dość stara, jej początki sięgały starożytności, kiedy tereny obecnego Pelliaru należały do Imperium Iriadonu, dawnego państwa elfów. W okolicach wioski zostało wiele pozostałości z tamtego okresu. Przypominały Dallian obóz treningowy w Caern, gdzie wszędzie walały się ruiny pozostałe po dawnej cywilizacji – zniszczone pomniki, zburzone mury, wystające z ziemi fundamenty świątyń.

   Przez wioskę przechodziła główna droga, którą można było dotrzeć do stolicy królestwa, Atros. W centrum wsi ścieżka rozgałęziała się: na północ, w bezkresne pola pszenicy, i na zachód, gdzie prowadziła do cmentarnej krypty. Samą wioskę zbudowano w niedużej kotlince, otoczonej niezbyt wysokimi wzgórzami. Cały teren łagodnie opadał na południe, ku rozlewiskom. To właśnie stamtąd, gdzie wylewała oddalona o wiele kilometrów rzeka Dolgon, wieśniacy pobierali wodę do nawadniania pól.

   Zaczęło się przejaśniać. Teraz było widać jak na dłoni, że na wzgórzach, porośniętych drzewami, kładła się gęsta, złowieszcza mgła. Nie słychać było żadnych śpiewów ptaków, ujadania psów czy rżenia trzody chlewnej. Martwa cisza była jedynym powitaniem, na jakie mogły liczyć najemne wojowniczki.

   Mieszkańcy o dość charakterystycznej cerze i rysach twarzy, w większości półelfowie, chodzili od chaty do chaty jak struci. Żadnego zainteresowania, a gdy miało przyjść do rozmowy, wszyscy chowali się do domów. Szczęśliwie gospoda na tyle wyróżniała się z otoczenia – piętrowe budynki wokół łączyły się z nią pomostami – że Kirianel i Dallian nie musiały już dłużej pytać o drogę miejscowych.

   W środku panował tłok, co nie zdziwiło Dali. Chłopi, zwłaszcza mężczyźni, trzęśli portkami tak mocno, że jedynym dla nich ratunkiem było pójść do karczmy i się urżnąć. Choć w większości wiosek byli myśliwi, a arystokracja szkoliła dodatkowo wieśniaków w posługiwaniu się łukiem i włócznią, to nie było nikogo, kto chciałby zająć się sprawą zaginięć w lesie. Zabobonni kmiecie mieli do czynienia z niejedną potworą, z wilkami czy niedźwiedziami, toteż obecna paranoja i frustracja dawały wiele do myślenia.

   – Mamy dla was swojaka! – wydarła się na całą izbę Dallian.

   Wszyscy obrócili głowy niczym mechaniczne kukułki. Siedzący przy najbliższym stole mężczyźni od razu przygarnęli zlęknionego druha, któremu szczęka trzaskała jak drzwiczki w burdelu, i podali mu kufel browaru. Elfki były w umówionym miejscu, toteż udały się do karczmarza.

   – Witam – czerwonowłosa pokłoniła się. – Szukamy człowieka imieniem Artemius.

   Gospodarz misternie czyścił gliniane kufle, wykonane niezbyt starannie, zapewne w samej wiosce. Czyścił i czyścił, ani słowem się nie zająknął.

   – Ej, ty, buraku, do ciebie mowa! – Dallian nie cierpiała, kiedy ignorowano ją lub Kirianel. – Szukamy Artemiusa.

   Karczmarz aż uskoczył do tyłu, zaskoczony słownym atakiem nieznajomej. Zmierzył niepewnie wzrokiem ciemnowłosą wojowniczkę, po czym odparł:

   – My, to znaczy kto?

   Zrobił przy tym tak niewinną minę, jakby nie zdawał sobie sprawy z tonu swej wypowiedzi. Dallian czuła, jak krew jej wrze. Zacisnęła wargi, nastroszyła wściekle brwi i pochyliła się ku mężczyźnie.

   – Słuchaj no, kmiocie – niemalże szeptała. – Widzisz te dwa miecze przewieszone na moich plecach?

   Karczmarz kiwnął głową.

   – Jak zaraz nie wskażesz mi człowieka, który niedawno przybył do tej wioski, duchownego, to możesz śmiało zwijać interes.

   – Mogę go poszukać – wydukał arendarz, odstawiając na bok ścierkę oraz brudne naczynia, po czym zniknął między klientami.

   – Cholerni ludzie… – wymamrotała pod nosem Dallian.

   – Zauważyłaś, że to nie pierwszy raz? – wtrąciła się Kirianel.

   – Co takiego?

   – Ludzie dziwnie zachowują się w naszym otoczeniu, są strasznie milczący, czesto nie chcą ze mną rozmawiać.

   – Jesteśmy elfkami, do tego maruderami do wynajęcia, czego byś chciała, orszaku powitalnego? Unikają nas, bo nie chcą kłopotów.

   – To nie jest nawet unikanie, po prostu traktują nas jak powietrze. A raczej mnie, bo ciebie nikt nie może lekceważyć – zaraz dasz takiemu w pysk.

   – Ano widzisz, olewają cię, bo dajesz się tak traktować. Wioskowi są strasznie przesądni - czerwone włosy oznaczają czarownicę i zwiastują ogień. Może się ciebie boją?

   – A wiesz, że nie pomyślałam o tym? Ale już wraca nasz gospodarz.

   Mężczyzna chrząknął.

   – Ekhem… pewien jegomość czeka przy tamtym stole – spojrzał na człowieka siedzącego w najdalszym kącie gospody.

   Dallian bez słowa ruszyła na spotkanie, Kiria pokłoniła się na pożegnanie karczmarzowi, lecz ten nie odpowiedział. Gamariel, były oficer Agendum, królewskiej organizacji wywiadowczej, ukrywał oblicze pod obskurnym kapturem, wyglądał jak nędzarz.

   – Nikt was nie śledził? – rzucił na powitanie.

   – Możesz być spokojny, Gamarielu, skorzystałyśmy z portalu – odparła Kirianel, przysiadając się obok Dallian.

   Kapłan wymamrotał coś pod nosem, popatrzył na Dallian, a później pokręcił oczyma wokół stołu.

   – Więc o co chodzi? Pamiętaj, że możemy cię jeszcze aresztować. Przybyłyśmy tylko upewnić się, jaka jest twoja wersja zaistniałej sytuacji.

   – W porządku – Gamariel odsłonił twarz. Nie był sędziwego wieku, jednakże nowe zmarszczki oraz blizny sprawiały, iż wyglądał starczo. W dodatku nieco posiwiał.

   – Wpierw muszę wyjaśnić – kontynuował zmęczonym głosem – na czym polega konflikt ze Szponami i co wydarzyło się podczas waszej ostatniej misji. Pół roku temu na dworze króla Iseara gruchnęła wieść, że na wyspie Sustes odkryto ruiny podziemnego kompleksu świątynnego. Znaleziono tam między innymi starą księgę zaklęć. Król zażyczył sobie, aby nasz wywiad zaopiekował się woluminem. Powierzono tę misję mnie.

   – I cała ta afera z powodu jakiejś księgi czarów? – zdziwiła się Dallian.

   – Stare manuskrypty mogą zawierać unikatowe zaklęcia, zapomniane przez śmiertelne rasy. Ten kto je posiądzie może zyskać władzę i bogactwa. Wielu by za to zabiło: Gildia Magów, niezrzeszeni czarownicy, zielarze, medycy, uzdrowiciele, przywoływacze demonów, kapłani Świątyni Arkanów, szpiedzy obcych królestw lub innych grup, jak Szpony. Spodziewaliśmy się, że mogą obserwować naszych agentów w portach Ebor czy Balei, toteż sprowadziłem kogoś z zewnątrz, aby umieścić go na statku kierującym się na Sustes. Nie kontaktowałem się z tym człowiekiem osobiście, robił to za mnie Avren. Nie pracował dla Agendum, ale zawsze był chętny do pomocy. Szpony zapewne uznały, że to Avren prowadzi śledztwo dotyczące księgi zaklęć, więc go zabiły. W dodatku, jak pamiętasz, Dallian, podmieniły w więzieniu agenta, który miał zabrać księgę z Sustes. Wtedy wy wkroczyłyście na scenę. Podstawiony agent został zabity, a Szpony skłoniły swą uwagę ku wam. Podczas gdy Kirianel udała się do Kery, żeby rozwiązać konflikt między chłopami a driadami, ja ruszyłem na Sustes i odebrałem księgę. Niestety, purpurowi dowiedzieli się o tym i zastawili na mnie pułapkę w porcie w Ebor. W międzyczasie mój zastępca, Doav'Rahir, miał zorganizować przeniesienie madrackiej szlachcianki do Pirii, a skoro działacie na Szpony jak magnes, postanowił to wykorzystać.

   – A tobie to nie przeszkadzało? – spytała Kirianel.

   Gamariel jednak nie przerywał wywodu.

   – Dzięki temu wydostałem się z miasta. Niestety, nie potrafię wyjaśnić, co zaszło w Pirii – czy to Doav'Rahir przeszedł na stronę Szponów?

   Dallian rozwarła usta, aby zabrać głos.

   – Wątpię – Gamariel nie pozwolił jej się odezwać. – To już nie jest ważne, nie żyje. A jeśli chodzi o demona w ciele księżniczki, dobrze się stało, że został powstrzymany.

   Kapłan podniósł kufel piwa i pociągnął łyk.

   – A jak to się ma do naszej misji? – spytała Kirianel, pochylając się w stronę Gamariela.

   Agent wywiadu jednak nie odpowiedział, gapił się w swój kufel jak zaklęty.

   – Gamarielu! – wydarła się Dallian.

   – Tak? – uskoczył na krześle, jakby nie spodziewał się ataku elfki.

   – Kiria pytała: po cholerę nas tu sprowadziłeś?

   – W walce z moimi dawnymi towarzyszami z Agendum nadszarpnięto moje siły. Przez pewien czas nie będę mógł korzystać z magii.

   – Więc mamy odzyskać tę księgę, tak? – wtrąciła się Dali.

   – Tak. Nie musicie daleko szukać. Na pewno jest gdzieś w tej okolicy.

   – Skąd ta pewność? – zaciekawiła się Kirianel.

   – Jak pisałem w liście, od kilku tygodni dzieją się tu dziwne rzeczy. Znikają mieszkańcy i wędrowcy, którzy odwiedzają te tereny. Jestem pewien, że to przez tę księgę. Znajdźcie porwanych, a dotrzecie do niej. O zapłatę się nie martwcie, przez lata uzbierałem pokaźną sumkę. Jeśli odzyskacie dla mnie księgę, oddam wam połowę mojego majątku.

   – Dobra – Dallian wyrwała Gamarielowi z dłoni kufel piwa i uniosła go w górę. – Zatem umowa stoi.

   Elfka wypiła zawartość kufla. Po chwili jednak wypluła ciemny trunek.

   – Co to, kurwa, jest?!

   – Piwo krasnoludzkie – mężczyzna wzruszył ramionami. – Dodałem więcej ziół leczniczych, żeby się podkurować.

   Gamariel uśmiechnął się, odebrał od elfki swój napitek i udał się do wyjścia.

   – Nie podoba mi się to – rzuciła od razu Kirianel.

   – Wykonamy zadanie – Dallian była pewna siebie – i możemy spokojnie przejść na emeryturę.

   – Nie ufam Gamarielowi, jego tłumaczenia mnie nie przekonują.

   – Czego ty jeszcze chcesz? Pomaga nam od samego początku, hojnie płaci, a przy tym nie owija w bawełnę.

   – A co z Doav'Rahirem? Ponoć był jego uczniem, sam miał niby zaplanować tamten zamach z opętaną księżniczką? Poza tym nie wiemy, co dokładnie się tutaj dzieje – znikający ludzie i zwierzęta oraz ta mgła…

   – Daj spokój! – Dali wpadła we wściekłość, uderzyła pięścią w stół. – Mam już dość treningów i zamknięcia. Bite pół roku w murach Gildii to stanowczo za wiele jak dla mnie. Wiem, co potrafię, i chcę to wykorzystać.

   Kirianel spuściła głowę. Jak dla niej zbyt wiele było niewiadomych, zbyt wiele wątpliwości, by podjąć się takiej misji. Dallian, widząc zwątpienie przyjaciółki, wsparła ją swym ramieniem.

   – Hej, damy radę – wyszeptała. – Cokolwiek to będzie, poradzimy sobie z tym. Ale razem… zgoda?

   Czerwonowłosa uśmiechnęła się i potwierdziła.

   – W porządku. Od czego chcesz zacząć?

   Dali wstała i rozejrzała się po zatłoczonej izbie.

   – Trzeba zasięgnąć języka.

***

   Schorowany kapłan przypatrywał się poczynaniom Dallian z pewnej odległości. Zadowolony, uśmiechnął się pod nosem, albowiem dobrze wiedział, co stanie się dalej. Sam miał dopilnować, by wydarzenia potoczyły się według jego zamysłu.

   Upewniwszy się, że nie jest śledzony, Gamariel przekradł się przez zniszczone pola pszenicy. Musiał być bardzo ostrożny, poza elfkami utrapieniem okazać się mogły istoty zza mgły oraz ten, kto im przewodził. Przedarcie się przez szarą zasłonę okazało się prostsze, niż sądził, bez problemów odnalazł także kryształ komunikacyjny, a to dzięki młynowi na wzgórzu, który wyraźnie wybijał się spod morza gęstej mgły.

   Przedmiot pierwotnie wyglądał jak zwyczajna skała, ale duchownemu udało się zdjąć czar iluzji. Wyczuł także, że do dawna z kryształu nie korzystano. To dobrze, pomyślał – nikt nie wiedział o istnieniu przedmiotu. Gamariel pogratulował sobie, że nie skorzystał z kryształu do powiadomienia Dallian i Kirianel. Nadal był nieuchwytny dla Szponów. Jednakże nie na długo.

   Sprowadzenie najemniczki do Samgon było najprostszą częścią jego planu. Wiedział, że Dali mu nie odmówi. Od roku misternie ukierunkowywał jej gniew w stronę Szponów, więc było niemal pewne, że dziewczyna skorzysta z okazji do spotkania się z nimi. I choć ostatnie wydarzenia z Doav'Rahirem mogły wpłynąć na jej stosunki z jego wrogami, to i tak warto było ją tu sprowadzić.

   Gamariel przewidywał możliwe scenariusze. W każdym z nich powtarzał się jeden schemat – nie odzyskiwał księgi. Tym razem musiał ustąpić pola, zejść ze sceny, inaczej czekała go śmierć. Poza tym tak naprawdę chodziło o znacznie większą stawkę. Z każdym dniem wróg rósł w siłę, należało go bezsprzecznie powstrzymać.

    A jak powiadają, wróg mojego wroga jest moim przyjacielem.

   W magicznym obelisku błysnęła mglista poświata, a po chwili pojawiła się postać starca ubranego w purpurową szatę.

   – Drogi druhu – zaczął Gamariel – przyszedł czas, byśmy się ponownie spotkali…

***

   Moczary na południu przypominały trochę Drewię – wszędzie woda i zarośla. Na tym jednak podobieństwo się kończyło. Choć trzęsawisko znajdowało się ledwie kilometr od wioski, zabudowania były przesłonięte przez mgłę. Gęsty jak śmietana obłok unosił się nad wzgórzami, roztaczając kolisty mur nad całą krainą. Mgła wewnątrz okręgu, nad wioską i bagnami, była nieco rzadsza.

   Okolica przywoływała na myśl późną jesień – wszelka roślinność dookoła, od traw po drzewa, mieniła się kolorami zgniłej zieleni oraz brązu. O ile jeszcze liście się ostały, gdyż wiele drzew było już nagich.

   Mimo że elfki dobrze poznały trzęsawiska z centrum kontynentu, w okolicy Samgon czuły się niepewnie. Żadna z nich nie wiedziała, czy trzęsie się ze strachu, czy z zimna. Chociaż Dallian twierdziła, że niczego się już nie boi.

   – Jesteś pewna, że to dobre miejsce? – spytała Kirianel, szczękając zębami.

   Bagno nie do końca było bagnem, prędzej wielkim stawem, na którego powierzchni rosło coś, co przypominało mech albo rzeżuchę. Stawiając na tym krok, człowiek wpadał jak w dziurę. Na szczęście niewielką, woda wlewała się jednak do butów.

   – Z tobą nikt nie chciał gadać – odparła Dallian, przebijając się przez bajoro – a wystarczyło przycisnąć jednego i drugiego i od razu śpiewali jak najęci. Tutaj zaczęły się porwania. Może to jaki upiór wodny czy coś w tym stylu.

   – A znasz jakieś wodne potwory? – Kirianel popatrzyła w mętną wodę, zastanawiając się, jakież ryby mogą gnieździć się w tej brei.

   – Nie, nie polowałam jeszcze na nic takiego. Kiedyś musi być ten pierwszy raz.

   – A jeśli to coś innego? A ta mgła? Jest już południe, a ona nadal się utrzymuje. Sama słyszałaś, wszystko tutaj umiera.

   – Wiesz co? Siedź cicho, bo nie…

   Resztę jej wypowiedzi zagłuszył głośny plusk. Zdecydowanie nie była to płochliwa ryba, brzmiało to tak, jakby do wody wskoczył duży zwierz. Dallian zamarła, próbując wyciszyć swoje ciało, w tym serce, walące jak taran o zamkowe odrzwia. Wzięła głęboki wdech i nadstawiła uszu. Już miała powiedzieć przyjaciółce, aby wycofały się w mniej widoczne miejsce, kiedy spostrzegła, że jest zupełnie sama. Kirianel przepadła jak kamień w wodę.

   – Kiria? – wypowiedziała w miarę cicho. Powtórzyła tę czynność parokrotnie, dopóki nie przyszedł znienacka ból. Jej kolejny znajomy, towarzysz podróży od ponad roku, wrócił z niezapowiedzianą wizytą.

   Migrena zaatakowała najpierw głowę, powoli, acz intensywnie wwiercając się w skronie. Dźwięki otoczenia zagłuszył porażający pisk. Dallian nie wiedziała, co zrobić z rękoma – czy zasłonić nimi uszy, czy może nos, z którego sączyła się obficie krew. Porażona skoczyła w zarośla, skuliła się na miękkim skrawku ziemi i tak czekała na zakończenie agonii. Przymknęła mocno powieki, jakby miało to w czymś pomóc. Im mocniej walczyła z bólem, tym było gorzej. W końcu rozluźniła mięśnie, mając nadzieję, iż jeśli się podda, trochę zaboli, a potem przejdzie.

   Myliła się. Miast ukojenia nastała ciemność.

***

   Poszukiwania trwały dobre dwie godziny, nim Kirianel przyszło na myśl, aby powrócić do Samgon. Gęsta mgła okazała się śmiertelnie niebezpieczna, czyhały w niej dzikie stworzenia, których porykiwań elfka nie rozpoznawała. Nawoływania za Dallian tylko wzbudzały ich zainteresowanie, więc najemniczka dała za wygraną.

   Wróciła piechotą, choć oczywiście mogła posłużyć się magią – miała przy sobie kryształ teleportacyjny. Zwinęła go wraz z Dallian z gabinetu swojej mistrzyni magii, Izabeli Vidii. Dzięki niemu elfki mogły w chwili zagrożenia przenieść się w pobliże portalu, którym dostały się do Samgon. Użyć go można było tylko raz, toteż Kirianel postanowiła nie korzystać z niego, póki nie odnajdzie Dali.

   Gdy tylko przygnębiona Kiria wróciła do Samgon, udała się do karczmy, gdzie przy samotnym stole zaczęła rozmyślać nad wydarzeniami znad południowych trzęsawisk. Miała nadzieję znaleźć Gamariela, lecz duchowny opuścił gospodę, nie zostawiając elfkom żadnej wiadomości.

   Tak jak poprzednio, karczma była wypełniona po brzegi zapijaczonymi i zlęknionymi chłopami, pogodzonymi ze swym żałosnym losem. Kiria popatrzyła po ich twarzach, malowała się na nich bezsilność. Elfka miała wrażenie, że wkrótce i ona sama zacznie topić smutki w kuflu ciemnego poidła. Zdenerwowana tą myślą zerwała się na równe nogi i stanowczym krokiem ruszyła do lady, za którą stał karczmarz. Mężczyzna popatrzył na nią, lekko zaskoczony, jak gdyby zobaczył kogoś, kogo do końca nie mógł rozpoznać, jakby pamięć go zawodziła.

   Kirianel miała już do niego przemówić, gdy za jej plecami rozległ się głuchy huk, jakby wywrócono stół. Elfka obejrzała się. Spłoszeni wieśniacy rozglądali się na wszystkie strony, prawdopodobnie ktoś się potknął i wywrócił. Nikogo jednak nie zauważono, nikomu nic się nie stało.

   Kiria nie była jednak przekonana, wytężyła wzrok i rozejrzała się po izbie. Niczego podejrzanego nie widziała i to ją zaniepokoiło. Skoro tylko oberżysta zajął się usługiwaniem gości, czmychnęła na tyły gospody, powoli zamykając za sobą drzwi.

   Chwilę później w spiżarce rozległo się ciche skrzypienie, odrzwia rozwarły się powoli, jakby muśnięte wiatrem. W progu jednak nikt nie stał.

   Ukryta za drzwiami Kirianel uderzyła w nie pięścią, zatrzaskując je tuż przed nosem intruza. Nim ten zdołał się otrząsnąć, elfka chwyciła niewidzialnego szpiega i uniosła wysoko w górę, napierając na regał z przetworami. Kiedy zdjęła magiczny kaptur, okazało się, że schowana pod nim twarz jest Kirii dobrze znana.

   – Tak czułam, że to ty… Sawko – stwierdziła z zadowoleniem wojowniczka.

   – To teraz na dzień dobry walisz po gębie? – syknęła ze złością agentka. Tak jak większość niziołków, miała jasne włosy i pulchne policzki. Nie pasowały do gniewnego grymasu, który malował się na jej twarzy.

   – Nie jestem w nastroju, gdzie jest Dallian?

   Kiria tym razem przytrzymała kobietę mocniej. To nie były jej metody i nie chciała robić Sawce krzywdy, chociaż jej nie lubiła. Poznały się niecały rok wcześniej, podczas konfliktu między chłopami a driadami w królestwie Kery, i od tamtej pory pałały do siebie niechęcią.

   Jednakże w Samgon działy się rzeczy, których Kirianem nie rozumiała. I tylko ktoś pokroju Sawki, agentki Szponów, mógł coś wiedzieć. Tę wiedzę musiała od niej wydobyć, choćby i siłą.

   – Nie mam u licha pojęcia, puszczaj mnie, bo…

   – A co ty tutaj robisz? Chciałaś mi wbić nóż pod żebra? – tym razem elfka nie chciała dać agentce choćby cienia szansy na przejęcie inicjatywy. Ostatnim razem, gdy się widziały, to Sawka była górą. Aby wymusić na niej otwartość, Kirianel musiała wiele poświęcić. Tym razem to ona chciała rozdawać karty.

    – Twoja uwaga mnie rani… Gdybym mogła, to skręciłabym ci po prostu kark, moja kochana – odparła agentka, mrużąc wściekle powieki.

   – Co w takim razie taka mała dziewczynka – elfka zaakcentowała to umyślnie – robi w takim miejscu?

   – Nie nazywaj mnie małą dziewczynką! – oburzyła się Sawka, przemawiając piskliwym, dziecięcym głosikiem. W innych okolicznościach Kirianel uśmiałaby się z tego powodu, ale nie teraz.

   – To mówże, co tutaj robisz? Kto jest z tobą? Vaer? Nivey? To oni nas zaatakowali na bagnach i w lesie?

   – Gdyby nie my, to byłabyś już karmą dla psów, kretynko. Nic nie wskórasz, nie powinnam z tobą gadać. Ale jak już mnie znalazłaś, to powiem jedno: wyjedź stąd, nim stanie ci się krzywda.

   – To groźba?

   – Wpakowałaś się w nieliche bagno, Czerwona Elfko. Nasz mistrz nie chce, aby coś ci się stało, ale wtrącasz się w sprawy, które cię przerastają, i nikt z nas nie będzie mógł cię dłużej chronić.

   – Bez Dallian nie wyjadę!

   – Żal mi ciebie, żyjesz w kompletnej iluzji, i nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy…

   – Wyjaśnij mi więc, co tutaj się dzieje?

   – Szukamy Gamariela. Ta mgła, istoty żyjące za nią, zniknięcia. To wszystko przez niego.

   – Mów dalej. Jak do tego doszło?

   – Doav'Rahir żyje. On i Gamariel uciekli z Ebor wraz z pewnym artefaktem, który ma dużą wartość zarówno dla nas, jak i dla Gildii Magów.

   – Chcieli się wzbogacić? – zdziwiła się elfka, bowiem zarówno duchowni, jak i magowie nigdy nie narzekali na brak grosza przy duszy.

   – Nie – ciągnęła Sawka – chodziło o samą moc zawartą w artefakcie. Przybyli do Samgon i zaczęli eksperymentować. Z mgłą, z plonami, ze zwierzętami, a teraz zapewne badają wpływ magii na mieszkańców.

   – Skoro znał zagrożenie, czemu po nas posłał?

   – Ty durna, jesteś przynętą, wsadzasz nos gdzie popadnie i stwarzasz nam same problemy. Gdyby nie ty, zajęlibyśmy się tą sprawą jak należy. Ale dla naszego mistrza ty i Dallian jesteście zbyt cenne.

   W tym momencie do pokoju zajrzał karczmarz, zaniepokojony dźwiękami kłótni. Kiedy tylko zauważył elfkę trzymającą Sawkę na uwięzi, wycofał się, potulnie przepraszając. Ale ta chwila dekoncentracji Kirianel wystarczyła agentce, aby wyswobodzić się z uścisku i nałożyć na głowę magiczny kaptur. Niewidzialna, przedostała się między nogami oberżysty i uciekła z gospody.

***

   Nieoczekiwanie do wioski przybyli goście. Inaczej niż w przypadku najemnych elfek, teraz mieszkańcy wybiegli stadem z karczmy oraz domostw, aby powitać swych, jak mniemali, wybawców. Kirianel, zaskoczona reakcją Samgończyków, wraz z nimi wyszła na zewnątrz, po czym wpadła w osłupienie.

   Do Samgon nadciągnęła kolumna jeźdźców, ciężkozbrojna jazda oraz piechota. Jak mniemała Kiria, przybysze należeli do kordonu wojskowego otaczającego prowincję. Nie spodziewała się jednak, że żołnierze wkroczą w rejon plagi.

    Chyba że wiedzą, z czym mają naprawdę do czynienia, pomyślała.

   Było ich około stu, znaki na ich tarczach i zbrojach należały najwyraźniej do jakiegoś tutejszego lorda. Elfka nie wiedziała, komu mogą służyć. Dowódcę oddziału rozpoznała z łatwością – miał najlepszy rynsztunek.

   Podeszła bliżej, by się z nim rozmówić, została jednak przekrzyczana przez rozentuzjazmowanych chłopów.

   – Mieszkańcy Samgon – przerwał wrzawę oficer, w stopniu kortiusza – z rozkazu naszego Pana, Kasdriana z rodu Adrani, mam przerwać plagę, która was nawiedziła. Pozostańcie w domu, a ja, Lizander z rodu Adrani, wraz z mymi wojami udam się na południe, by zwalczyć niebezpieczeństwo. Czuwajcie do naszego powrotu!

   Po chwili piechurzy rozpędzili całe zbiegowisko. Mowa dowódcy niezbyt przekonała elfkę, już miała się odezwać się do Kasdriana, kiedy ciemny włochaty stwór niespodziewanie złapał za uzdę szlacheckiego konia.

   – Wpierw należałoby zabezpieczyć wioskę – rzekła człekopodobna istota, odziana niedbale w kolczugę i skórzane naramienniki. – W dodatku zaraz zapadnie zmrok, a tutejsze moczary są bardzo zdradliwe…

   – Zrobimy, jak powiedziałem – odparł dowódca do swego zwiadowcy. – Musisz pamiętać, gdzie jest twoje miejsce, i robić to, co ci każą.

   W tym momencie zwiadowca począł warczeć jak wściekły pies, gotowy do ataku, płosząc tym samym rumaka, na którym siedział szlachcic.

   – Zejdź mi z oczu, inaczej każę cię zakuć jak niewolnika! – mężczyzna chwycił za rękojeść miecza.

   Ork nieco się uspokoił, spuścił łeb i ruszył za maszerującymi żołnierzami. Na odchodne zmierzył tylko Kirianel wściekłym spojrzeniem. Elfka dobrze przyjrzała się jego oczom, były jednocześnie gniewne, dumne i przebiegłe.

   Po chwili oficer zwrócił się do Kirii.

   – Nie potrzebuję także nikogo z zewnątrz – rzucił władczo.

   – Ale jestem…

   – Nieważne kim jesteś, pochwycenie odpowiedzialnych za porwania w Samgon leży teraz w gestii mojego kortu. Nic tu po kimś takim jak ty. – Mężczyzna spiął konia i kłusem ruszył za swymi ludźmi.

   Nie uzyskawszy żadnych nowych wieści ani wsparcia z niczyjej strony, Kiria mogła już zrobić tylko jedno – kontynuować poszukiwania Dallian.

***

   Czerwonowłosa elfka, tym razem z gotowym do walki orężem, z wolna przeszukiwała okolicę. Nie spodziewała się po zmroku znaleźć przyjaciółki, ale liczyła choćby na trop.

   Okolica wydawała się bardziej zatłoczona, w oddali słychać było maszerujących żołnierzy Kasdriana. Mieli ze sobą dziesiątki pochodni, a zalegająca wciąż mgła sprawiała, że cały nieboskłon nad Samgon przybrał barwę ciemnej pomarańczy.

   Kirianel usłyszała przed sobą ciężkie sapanie, miarodajne i głośne. W tym miejscu gęstwina traw była na tyle wysoka, że ukrywała istotę przed światłem. Tylko dzięki instynktowi Kirianel uskoczyła na bok, unikając tym samym ataku dzikiego zwierza. Z tym że atak nastąpił zza pleców, a nie od frontu. Na chwilę wściekły wilk zniknął dziewczynie z pola widzenia, usłyszała za to jego skowyt. Zanim jednak zdążyła przygotować się do odparcia napaści, było już po wszystkim.

   Wstając z klęczek, najemniczka przyjrzała się uważnie wojownikowi, który pierwszy dobrał się do wściekłej bestii. To był ork, zwiadowca szlachcica ze wschodu.

   – Nie spodziewałam się towarzystwa, wielkie dzięki. – Uśmiechnęła się szeroko.

   Najwyraźniej jej nowy towarzysz nie był zainteresowany rozmową. Zaraz po ubiciu wilka zaczął uważnie go oglądać. Dopiero po chwili elfka zrozumiała, że to co ją zaatakowało, nie było zwyczajną dziką zwierzyną.

   – Dziwne… wygląda… jakby… – Kiria spojrzała na pozbawione sierści ciało. W niektórych miejscach na tułowiu brakowało skóry, a mięśnie i żebra były odsłonięte. Problem leżał w tym, iż były to rany śmiertelne, zadane bardzo dawno temu.

   Ork bez słowa ruszył dalej, zupełnie nie zwracając uwagi na elfkę. Ta jednak próbowała wyciągnąć od niego jakieś informacje.

   – Spotkałeś się już z czymś takim?

   – Nie – odparł krótko, grubym niskim głosem. Szedł przed nią, a raczej ją prowadził, uważnie przyglądając się każdemu drzewu czy krzewinom. Dla Kirii był to bodaj najspokojniejszy ork, jakiego kiedykolwiek można było spotkać. Członkowie jego rasy mieli bowiem opinię bardzo porywczych wojowników, dumnych i nieustępliwych. Ich skazą był temperament, orkowie łatwo wpadali we wściekłość, potrafili rzucić się na przeciwnika jak wilki na owcę. Dlatego elfka przestraszyła się, kiedy szlachcic podniósł głos na zawiadowcę.

   Znane były historie, kiedy ork najemnik zabijał oficera, gdy ten się uniósł. Rozproszeni po całym Trianonie, orkowie służyli przeważnie jako opłacani żołnierze, dowodzeni przez ludzi. To pozwalało trzymać ich w ryzach, bez żelaznej dyscypliny gotowi byliby rzucić się do samobójczego ataku.

   Ten ork wydawał się jednak inny. Kirianel przy każdej okazji spoglądała na jego oblicze. Jak każdy przedstawiciel swej rasy, ciało miał pokryte gęstą ciemną sierścią, z głowy odznaczała się gładka twarz oraz odstające, zaokrąglone uszy i płaski, bardzo mały nos. Największe wrażenie robiły jednak oczy – zielone, spokojne, nadające orkowi człowieczego wyrazu.

   – Jak masz na imię? – spytała, nie spodziewając się poufałości ze strony towarzysza.

   – Jestem Nargoth – odparł niechętnie.

   – To nie jest twoje prawdziwe imię, zgadza się?

   – Tak.

   Kirianel zaczęła przypominać sobie wszystko, co słyszała o orkach. Nargoth było jednym z plemion, które po Drugiej Wojnie Bogów udały się na tułaczkę na Północ. Zdezorganizowane, toczące ze sobą spory i waśnie, służyły innym rasom w wojaczce, zdobywając łupy dla swego klanu. Plemię, z którego wywodził się Nargoth, najmowało się głównie w armii pelliarskiej, broniąc górskich przełęczy. Wydawało się dziwne, że przenieśli orka na tyły, w głąb królestwa.

   – Nie przepadasz chyba za swoim dowódcą?

   W tym momencie Nargoth wstrzymał marsz i powoli obrócił się w stronę najemniczki. Spojrzał na nią uważnie, zmrużył oczy. Serce dziewczyny zaczęło bić mocniej.

   – Od pięciu lat służę Legronom Pelliaru. Większość tego czasu spędziłem na wschodzie, walcząc u boku najdzielniejszych spośród rasy ludzkiej. Służba dla tak znamienitych wodzów przynosi chlubę całej mojej rasie. – Przerwał na chwilę, jakby próbował zebrać myśli. – Pół roku temu mój dowódca, z którym stoczyłem wiele dobrych bitew, zginął w walce. Wtedy odesłano mnie do Pelliaru, gdzie miałem służyć jego siostrzeńcowi, Kasdrianowi Adrianiemu. Przy nim jednak nie zapewnię sobie chwały i złota dla mego ludu. Jeśli naprawię zło, które tu się wydarzyło, być może zaskarbię sobie przychylność mężniejszego wodza.

   Wywód orka był niezwykły nie tylko z powodu ujawnienia pobudek, jakimi kierował się zwiadowca, ale również sposobu, w jaki wypowiadał słowa. Nargoth był całkowitym przeciwieństwem samolubnej, aroganckiej i prostackiej rasy orków, o których Kirianel słyszała z opowieści weteranów.

   Kontynuowali podróż. Nargoth stał się bardziej wylewny, zaczął wyjaśniać motywy, które nim kierowały. Miał dość życia na północy, chciał wyprowadzić swój klan na południe, do Pelliaru, gdzie pobratymcy orka mogliby zostać poddanymi króla Iseara. Kiria nie potrafiła sobie nawet wyobrazić, z jakimi trudnościami musi mierzyć się rasa Nargotha na mroźnych pustkowiach na północy Trianonu.

   Zwiadowca znów przystanął.

   – Co się dzieje? – wyszeptała elfka, gładząc dłonią po rękojeści miecza.

   Ork pochylił się i pociągnął nosem, po czym wyjaśnił:

   – Szliśmy w stronę oddziałów Kasdriana… powinniśmy ich już spotkać.

   W tym momencie oboje zdali sobie sprawę, że nie widać już blasków pochodni ani nie słychać nawoływań żołnierzy pelliarskich. Krocząc powoli, w zupełnej ciszy, natrafili w końcu na zwłoki jednego z nich. Rozszarpane, rozczłonkowane. Potem kolejne i kolejne, aż w końcu oboje wytężyli wzrok, aby policzyć dziesiątki trupów unoszących się na wodzie. Wszyscy żołnierze, którzy udali się na mokradła, zostali zabici. I nikt tego nie spostrzegł. Kirianel zadrżała.




Czytaj również

Martwe zasoby. Część 2
Opowieść z cyklu Dakkartan
Z ognia ogień. Część 2
Opowieść z cyklu Dakkartan
Z ognia ogień. Część 1
Opowieść z cyklu Dakkartan

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.