Luna: Nów

Uważaj którędy chodzisz

Autor: Balint 'balint' Lengyel

Luna: Nów
Wyobraźmy sobie księżyc jako miejsce rozwijającej się ludzkiej społeczności, pełne gwarnych miast, zwalczających się korporacji oraz zwyczajnych ludzkich dramatów. Spójrzmy na Ziemię widzianą z perspektywy Srebrnego Globu. Luna: Nów zaprasza do świata, gdzie zdrada i podstęp uśmiercają równie szybko jak brak tlenu.

Już trzy pokolenia ludzi zamieszkują jedynego naturalnego satelitę Ziemi. Populacja rozrosła się z zaledwie garstki pionierów do liczącej sobie 1,5 miliona społeczności mieszkającej w miastach oraz rozmaitych habitatach. Księżyc stał się miejscem wydobycia bezcennych zasobów energii oraz przemysłową potęgą podtrzymującą funkcjonowanie ekonomii macierzystej planety. Pieczę na rozwojem lokalnego przemysłu sprawuje pięć konkurujących pomiędzy sobą potężnych rodów, połączonych rozlicznymi konotacjami małżeńskimi oraz ekonomicznymi. Cortowie, McKenzie, Asamoah, Woroncowie oraz Sunowie – każda z rodzin tylko czeka, aż rywalom podwinie się noga, otwierając tym samym możliwość do własnego wzrostu.

Ian McDonald po raz kolejny zabrał czytelników w fascynującą wycieczkę po obszarach swojej niespożytej wyobraźni. Tym razem jest to jednak podróż więcej niż odległa: zamiast Brazylii, Turcji czy Indii miejscem akcji jest jedyny naturalny satelita Ziemi. Pełne oderwanie od ziemskich uwarunkowań otworzyło przed autorem szereg możliwości, a także zapewniło swobodę w zakresie kreacji świata oraz fabularnych koncepcji. Autor skrzętnie wykorzystał nadarzającą się okazję, umiejscawiając Niebieską Planetę w cieniu Księżyca.

Przyczyny eksodusu potraktowane zostały dość swobodnie, a McDonald nie przywiązuje nadmiernej uwagi do bardziej szczegółowego politycznego, ekonomicznego czy społecznego podłoża kolonizacji satelity, chociaż oczywiście ten wątek przewija się od czasu do czasu na kartach powieści. Księżyc przedstawiony został jako źródło niezbędnej Ziemi energii oraz miejsce ekspansji gospodarczej, będące równocześnie swoistym nowym światem, otwierającym swoje podwoje przed Kolumbami przyszłości. Znacznie większą rolę odgrywa tutaj struktura obywatelska, obyczaje mieszkańców Księżyca oraz wszelkie elementy związane z lokalnymi zagadnieniami społeczno–ekonomicznymi.

W tym aspekcie autor zaprezentował powieść godną Diuny Franka Herberta, zabierając czytelnika w świat, w którym technologiczne nowinki są równie ważne jak przeobrażenia społeczne oraz dynastyczne rozgrywki pomiędzy zwaśnionymi rodami. Zresztą to nie pierwszy raz, kiedy McDonald popisuje się wielopłaszczyznową wizją. W Brasyl była to co prawda historia rozbita na kilka równoległych intryg, tutaj zaś w jeden wątek fabularny wpisane zostały przeżycia bohaterów, ich rozmaite retrospekcje oraz spostrzeżenia na temat funkcjonowania księżycowych osad i dominującej formy ustrojowej.

Styl McDonalda zachwyca na każdej stronie: rozmach pisarza oraz skłonność do słownych ornamentów dają poczucie językowego bogactwa oraz pieszczą zmysły odbiorcy. Autor czaruje i uwodzi czytelnika popisowymi wręcz umiejętnościami pisarskimi, chociaż efekt końcowy bywa niekiedy dyskusyjny. Księżyc widziany oczyma McDonalda ujmuje swoim ascetycznym, choć nieodmiennie zabójczym pięknem. Dominujące poczucie klaustrofobii, będącej nieodłącznym elementem w dusznych pomieszczeniach księżycowych miast, nabiera dodatkowego znaczenia w momencie przebywania w obcisłych skafandrach będących jedyną osłoną przed morderczą próżnią. Na drugim biegunie pozostaje bardzo kontrastujący, bizantyjski wręcz przepych siedzib rodowych.

Równie interesująco odmalowana została atmosfera bezustannych spisków oraz rywalizacji pomiędzy rodami, co zresztą bardzo przypomina wzajemną nienawiść dzielącą Atrydów oraz Harkonnenów. Knowania, podstępy, a nawet swoiste Kanly charakteryzujące wszystkie pięć rodów dążących do zajęcia dominującej pozycji pośród możnych tego świata, są kolejnym elementem budującym atrakcyjność powieści. Podobnie zresztą prezentują się bohaterowie: wyraziści, obdarzeni unikalnymi cechami charakteru, oddani powierzonym im zadaniom, stanowią niezwykle ważną składową całości. Luna to teatr wielu aktorów, z których każdy jest istotnym elementem układanki.

Mimo to Luna nie zachwyca tak jak to niedawno czynił Brasyl. Z początku fabułą poprzetykana jest licznymi retrospekcjami bohaterów oraz niewiele wnoszącymi dialogami, w efekcie powieść miejscami przypomina przegadaną operę mydlaną z tą różnicą, iż ulokowaną w księżycowej scenerii. Podobnie sceny o charakterze erotycznym są niczym innym jak bardzo przeciętnym zapychaczem. Natomiast ostatnie kilkadziesiąt stron – kiedy to wydarzenia następują po sobie w zawrotnym tempie –  wynagradza czytelnikowi okazaną cierpliwość. McDonald jak wytrawny dramaturg najlepsze zostawił na koniec, wzbudzając tym samym uczucie zainteresowania dalszymi losami protagonistów.

Mimo świetnego języka, interesującej wizji księżycowego osadnictwa oraz nietuzinkowych protagonistów, powieść minimalnie rozczarowała. W przypadku Luny oznacza to, iż wszystko jest w porządku, poszczególne elementy poukładane zostały bardzo zręcznie, ale jednak poczucie, iż McDonald zjada właśnie własny ogon nie odstępuje ani na krok. W rezultacie słabe fragmenty bardzo obniżają przyjemność z lektury i nie są w stanie zasłonić fenomenalnej końcówki. Trudno w tym momencie jednoznacznie orzec, czy to celowy zamysł autora, czy raczej jest to efekt chwilowego braku weny. Oby było to to pierwsze.