Listy lorda Bathursta - Marcin Mortka

Rejs bez emocji

Autor: Camillo

Listy lorda Bathursta - Marcin Mortka
Okręt bez bandery, płynący z tajną misją w nieznanym kierunku – na takim pomyśle oparto Listy lorda Bathursta. Rezultatem jest poprawna, ale pozbawiona fajerwerków powieść przygodowa.

____________________________


Marynistyczna historia Marcina Mortki osadzona jest w czasach wojen napoleońskich, a zaczyna się w angielskim Plymouth. Peter Doggs, były kapitan brytyjskiej Royal Navy, zostaje zmuszony do udziału w tajemniczej morskiej wyprawie, organizowanej przez wpływowego lorda Bathursta. Wyprawa jest tak tajemnicza, że jej cel zostanie ujawniony dopiero po dotarciu na miejsce. Doggs obejmuje dowództwo nad załogą, ale w rzeczywistości musi realizować polecenia wysłanników Bathursta, a także wolę samego lorda, zawartą w tytułowych listach, przekazywanych Doggsowi po osiągnięciu kolejnych etapów żeglugi. Aby zagwarantować lojalność kapitana, Bathurst porywa jego nastoletnią córkę. W przypadku niesubordynacji ojca, panna zostanie... wydana za mąż.

Listy lorda Bathursta powielają większość zalet i wad charakterystycznych dla przeciętnie napisanej prozy rozrywkowej. W powieści wiele się dzieje, pojawiają się zwroty akcji, nie brakuje morskich bitew i słownej szermierki. Jest też związana z wyprawą intryga, którą Doggs próbuje od początku rozgryźć. Każdemu z tych elementów brakuje jednak jakości, która odróżnia kartkowane dla zabicia czasu czytadło od lektury, przez którą zarywa się noce albo spóźnia na ważne spotkanie. W przypadku Listów... ta druga ewentualność nikomu raczej nie grozi.

Powieść Mortki cierpi przede wszystkim na niedostatek klimatu i napięcia. Fabuła została skonstruowana niemal z gotowych klisz, przez co przygody kapitana nie budzą szczególnych emocji, a zwroty akcji są łatwo przewidywalne. Przykładowo, kiedy rozpoczyna się bitwa, to z kilkunastostronicowym wyprzedzeniem możemy założyć, że załoga Doggsa ją wygra, a gdy bohater zostaje uwięziony, to od razu wiemy, że za chwilę ktoś go uwolni. I tak dalej. O ile jeszcze przez początkowe i środkowe strony trafiają się drobne niespodzianki i możemy mieć nadzieję, że coś nas zaskoczy, to im dalej w treść, tym bardziej fabuła schematycznie mknie po nitce do kłębka. Sytuację poprawiliby dobrze skonstruowani bohaterowie, ale oni również rozczarowują. Kapitan Doggs jest dzielny i wygadany, jednak nie ma w sobie niczego, o czym pamiętałoby się po odłożeniu książki. Jeśli zaś chodzi o postacie drugoplanowe, większość z nich jest jedynie imionami, plątającymi się i mylącymi w trakcie lektury.

Prawie cała akcja powieści dzieje się na morzu, siłą rzeczy pojawia się więc marynarski żargon, niezrozumiały dla szczura lądowego. Na szczęście autor nie szafuje nim na prawo i lewo (czy raczej od sterburty do bakburty), ale korzysta z niego tylko wtedy, gdy to konieczne. Wszystkie opisy są klarowne i nawet największy dyletant nie powinien mieć problemów z przyswojeniem powieści. Pytanie tylko, czy warto po nią sięgnąć? Ma to sens, ale raczej tylko w przypadku planowania długiej podróży pociągiem lub autobusem. Albo statkiem.