» Opowiadania » Łagodna Apokalipsa – Will McIntosh

Łagodna Apokalipsa – Will McIntosh


wersja do druku

(Soft Apocalypse)

Autor: Redakcja: Marcin 'lemon' Łukasiewicz
Ilustracje: blublu
Tłumaczenie: Maciej Walasek

Łagodna Apokalipsa – Will McIntosh

Minąłem smukłą niczym kormoran kobietę przymierzającą maski przeciwgazowe przy ulicznym straganie. Wpatrywała się z uwagą w lusterko zawieszone na słupie telefonicznym, ubrana w śliczną krągłą maskę koloru awokado. Spodobał mi się sposób, w jaki się poruszała, jej okulary bibliotekarki i krótki wojskowy jeżyk na głowie. Czy była dla mnie za ładna? Nie byłem pewien.

Chudzieńka piękność zniknęła mi z pola widzenia. Dalej skanowałem, taksowałem każdą mijaną kobietę jako potencjalną partnerkę, w mgnieniu oka znakując jako „tak” lub „nie”. Nie mogłem się powstrzymać. Wszystkie inne aspekty świata przygasły – cała piękna waląca się architektura, barwni handlarze uliczni, smród paliwa odpadowego – wszystko zlało się w tło, gdy obsesyjnie oceniałem każdą mijaną kobietę, czekając na drgnięcie serca, wyrabiając sobie o niej zdanie na podstawie jej kroku, wyrazu twarzy, falowania piersi.

Nie żebym kiedykolwiek miał zagadywać kobiety na ulicy; nie znosiłem facetów, którzy to robią. Dla mnie było to rodzajem próby – wprawy przed rozpoznaniem mojej drugiej połówki, kiedy się pojawi. A może był to sposób na upewnienie się, że były w tym mieście kobiety zdolne rozpalić ponownie ten płomień, gdyby udało mi się je spotkać.

I jak wers z piosenki, której nie można pozbyć się z głowy, pomyślałem o Deirdre, która ostatnia rozpaliła ten płomień, i poczułem znajome ukłucie winy. Mała Deirdre, przypominająca dziecko Deirdre o rybiej twarzy.

Co zrobiła z moimi zdjęciami?

Nie powitała mnie w progu żadna sterta pociętych skrawków w dniu, w którym z nią zerwałem. Nie było żadnych nadpalonych brzegów wymieszanych z popiołem w kominku (z boleśnie wyraźnym kawałkiem tenisówki, z obwieszoną bombkami gałęzią choinki). Po prostu ich nie było, gdy dotarłem do domu – wszystkie cyfrowe kopie z mojego komputera usunięto. Wywaliła je na śmietnik? Nadal je miała?

Tęskniłem za nimi do bólu. Teraz nie posiadałem dowodów na to, że miałem przeszłość, że kiedyś byłem dzieckiem. Nigdy bym nie przypuszczał, że tak zaboli mnie ich strata. Najwyraźniej Deirdre tak.

Zwolniłem, mijając kawiarnię Jittery Joe’s, wbrew nadziei mając nadzieję zaliczyć filiżankę. Znak „Dziś Kawy Brak” nadal wisiał na tablicy na zewnątrz, niezmiennie już od trzech tygodni. Poniżej zaś pojawił się nowy, mniejszy: „Mleka Brak”. Szedłem dalej, bezkofeinowy, na umówione błyskawiczne randki.

Wypatrzyłem w tłumie seksowną parę nóg kroczącą w moją stronę. Zmroziło mnie, kiedy w polu widzenia pojawiła się twarz. Dziewczyna została zarażona tym mięsożernym wirusem, który ktoś wypuścił w Philly kilka lat temu. Połowa jej twarzy całkowicie się zapadła; skaza ciągnęła się wzdłuż szyi, znikając pod jedwabna bluzką. Starałem się, jak mogłem, by utrzymać uśmiech, gdy spojrzała w moja stronę, ale czuć w nim było sztywność. Biedaczka.

Biuściasta czarna kobieta z dreadami i plemiennym tatuażem bliznowym minęła mnie w pośpiechu. Obejrzałem się. Miała dupę jak piłka plażowa, za dużą, ale w dość erotyczny sposób.

Na trzydziestej dziewiątej ulicy pojawiła się infekcja bambusowa. Przystanąłem, żeby popatrzeć. Uliczni lekarze kuli chodnik młotami pneumatycznymi wokół zarażonej strefy, w pośpiechu odgradzając kłącza, zanim bambus zdąży się rozprzestrzenić. Czterech policjantów z bronią cieplną otoczyło teren w towarzystwie pół tuzina tych małych mechanicznych szczurowatych ochroniarzy, tak jakby wyskokowcy i terroryści mieli próbować przerwać ich małą akcję czyszczenia ulicy. Prawdziwych terrorystów gówno obchodził bambus.

Asfalt trzaskał i pękał. Niektórzy nie mogli znieść chrzęstu, chrupania bambusa rosnącego przez chodnik, ale ja nie miałem nic przeciwko. Część mnie trzymała kciuki za bambus, za kudzu, za wędrujący mech, za wszystkie roślinne wirusy wypuszczane przez gniewnych młodocianych biotechników próbujących zwrócić na siebie uwagę. Uważałem je za poprawę w stosunku do betonu i asfaltu. Były to niegroźne dziecięce figle, kiedy spojrzeć z odpowiedniej perspektywy. Nie wybuchały, nie rozpuszczały ci organów, nie paraliżowały cię. Nie powodowały śmierci wszystkich kotów. Nie zmuszały cię do noszenia maski przeciwgazowej.

Pomacałem saszetkę przy pasku, aby upewnić się, że moja zwijana maska jest na miejscu, dokładnie tak, jak uczyła nas kreskówka rządowej kampanii społecznej.

– Tożsamość? – szczeknął na mnie ospowaty mężczyzna w kombinezonie bojowym, kiedy wyszedłem zza rogu przed sklepem obrony cywilnej. Nie wiedziałem już, kto jest kto. Mógł być z policji, wojska, mafii.

Niedaleko leżały zwłoki, na wpół na ulicy, na wpół na chodniku, z jedną stopą wygiętą pod dziwnym kątem. Pojazdy gwałtownie skręcały, by je ominąć.

Stałem nieruchomo, kiedy facet skanował moje oczy małą srebrną różdżką. Zadźwięczała. Zerknął na odczyt na ekranie przypiętym do pasa taktycznego.

– W porządku – powiedział, dając mi znak, żebym przechodził.

Kiedy dotarłem do salonu SpeedMatch na 34. ulicy, poociągałem się na zewnątrz, udając, że zawiązuję but na ławce. Zanurkowałem przez obrotowe drzwi, kiedy nikt nie patrzył. Czułem się jak straszny nieudacznik, wchodząc tam – podobnie jak kiedyś się czułem, zakradając się w wieku osiemnastu lat do sklepów z pornosami. Minęły trzy lata, odkąd ostatni raz zdecydowałem się skorzystać z usług randkowych. Nie mogłem uwierzyć, że wróciłem.

To upokarzające, zaczynać od zera w wieku trzydziestu ośmiu lat. Ilu jeszcze kobietom mam opowiadać wszystkie swoje historie – wszystkie najśmieszniejsze anegdoty, jaką muzykę lubię, skąd mam bliznę na gardle? Jeszcze trzem? Jedenastu?

– Przyszedłem na dziesiątą – powiedziałem recepcjonistce, obnoszącej się z mocnym makijażem kobiety zbyt młodej, by wiedzieć, że czasem mniej znaczy więcej.

Zaprowadziła mnie do pokoju, pokazała, jak załadować dane i wideo-życiorys z nośnika, który przyniosłem, pomogła założyć sprzęt do wirtualu i zamknęła za sobą drzwi. Dłonie miałem mokre od potu.

Wirtualny krajobraz był oklepany, ale imponujący: siedziałem w bordowym fotelu na patio z kamiennych płyt pośrodku pięknego francuskiego ogrodu. Po lewej woda tryskała ze skrzydlatej nimfy sięgającej w niebo ze środka fontanny. Rabata idealnych żółtych tulipanów kołysała się w lekkiej bryzie z drugiej strony. Ogród znajdował się w dolinie otoczonej wyniosłymi białymi szczytami; wodospad lał się z jaskini w jednej z gór, wpadając do jeziora w idealnej harmonii szumów z fontanną.

– Pięć minut do pierwszej randki – poinformował mnie z nieba ociekający słodyczą damski głos. Zastanawiałem się, czy kobiety słyszą głos mężczyzny.

– Poproszę lustro – powiedziałem i upewniłem się, czy z którejś brwi nie zwisa mi łupież. Wszystko w środowisku wirtualnym było idealne i lśniące poza nami, randkowiczami – dokładna replika tego, co miałeś, to wszystko, co dostawałeś.

– Dziękuję. – Zwierciadło zniknęło. Lustra na randkach w ciemno to nie najlepsza rzecz; sam proces sprawia, że jest się wystarczająco zażenowanym.

W powietrzu po lewej pojawiły się dane pierwszej kobiety, razem z odczytem wykrywacza kłamstw, obecnie wypłaszczonym. Na imię miała Maura (chociaż miało to niewielkie znaczenie; wiele kobiet nie podawało prawdziwych imion, aby zminimalizować czynnik szalonego prześladowcy), miała trzydzieści pięć lat, lekarka, mieszkała w Trenton. Lubiła fuzz-jazz i postal, a także freerunning. Wziąłem kilka głębokich wdechów, przygotowując się na trzydzieści osiem trzyminutowych randek.

Maura zmaterializowała się w fotelu po drugiej stronie stołu. Miała krzaczaste brwi i spiczasty podbródek. Podłużne wąskie nozdrza, w które nie dało się nie zaglądać gdy się na nią patrzyło.. Trochę arystokratyczna z wyglądu. Interesująca.

– Cześć, Jasper. Mam do ciebie kilka pytań, a potem, jeśli chcesz, możesz przepytać mnie. – Mówiła szybko, ale przy trzech minutach było to normą.

– Brzmi nieźle – powiedziałem. Nagle zaswędział mnie nos; oparłem się chęci podrapania go. Drapanie, czy na dobrą sprawę jakiekolwiek dotykanie twarzy, nie wywiera najlepszego pierwszego wrażenia.

– Ile razy zdradziłeś żonę albo dziewczynę?

Gapiłem się na nią w osłupieniu. To musiał być żart. Co to miało być za pytanie wstępne?

– Mniej niż dwanaście – powiedziałem w końcu.

Patrzyła na mnie jak kiedyś nauczyciele w podstawówce, kiedy byłem niegrzeczny i wiedziałem o tym.

– Czy w twoich deklarowanych dochodach wszystko się zgadza?

– Czasami. – Moje dochody nie były znowu jakieś bardzo imponujące. Gdybym miał skłamać, wpisałbym sobie coś lepszego niż to, co miałem.

– Masz jakieś dziwaczne upodobania seksualne?

– Zdefiniuj dziwaczne.

Znałem ten typ. Musiała mieć trochę złych doświadczeń w związkach i teraz skupiała się bardziej na tym czego nie chciała, niż na tym, co chciała. Randkowanie zapobiegawcze. Już była zła na mnie za bezmyślne rzeczy, które potencjalnie mógłbym zrobić, gdybyśmy się spotykali.

Kiedy skończyła, ja zadałem jej parę pytań: ukradłaś kiedyś wózek ze spożywczaka? Jaka jest Twoja ulubiona piosenka Drowned Mermaids? Nie znasz Drowned Mermaids? Hmm, to może być problem. Udałem, że coś notuję; wyglądała jakby nie zdawała sobie sprawy, że to był sarkazm. Maura odpłynęła. Podrapałem mściwie nos.

Następna była Victoria – za gruba: wielka i pudłowata, prostokąt na nieproporcjonalnie chudych nóżkach. Podczas rozmowy zbeształem się w myślach za bycie płytkim, potem naskoczyłem na besztający głos: atrakcyjność się liczy; to nie jedyna rzecz, która się liczy, ale liczy się i nie będę udawał, że się nie liczy, by zadowolić swoje średnio atrakcyjne znajome, które nie chcą, aby się liczyła. Dziewczyna musi być dość atrakcyjna, a przynajmniej dość atrakcyjna dla mnie. Tyczkowate kobiety z nagryzem strasznie mnie pociągają. Tak samo kujonki – wstydliwy, towarzysko nieporadny typ bibliotekarki naprawdę mnie kręci.

Kiedy Victoria odpłynęła, z grzeczności pobrałem jej wideo-życiorys. Prawdopodobnie bym go nie obejrzał, ale wydawała się miła i nie chciałem urazić jej uczuć. Kilka sekund później ona też pobrała mój.

Gizelle była Latynoską, śliczną jak diabli. Zmierzyła mnie od stóp do głów. Jej warga skrzywiła się. Było to maleńkie skrzywienie i zaraz minęło, ale przez lata wyrobiłem sobie radar wyczulony na odrzucenie.

– Witaj – powiedziała raczej sztywno.

– Cześć – odparłem. – Słuchaj, widzę po minie, że nie jestem w twoim typie. – Nie oponowała. – Zamiast zmuszać cię, byś udawała zainteresowanie, może po prostu wrzucimy na luz przez parę minut?

Wzruszyła ramionami.

– Dobra. – Wywołała lustro i wyjęła szminkę z torebki.

Wykorzystałem ten czas na wyobrażenie sobie Deirdre wciskającej wszystkie zdjęcia, jakie posiadałem, do ścieku, garść za garścią.

Byłem tam ja, wsiadający do autobusu pierwszego dnia przedszkola. Moja siostra, Jilly, wkładająca rękę w odcisk dłoni Shirley Temple w Hollywood. Dziadek z dumą unoszący złapaną przez siebie rybę. Ja, siedzący na schodach przed naszym domem w Trenton, w tym samym miejscu, gdzie zjadłem spreparowanego M&M’sa jako dziesięciolatek.

Nigdy nie ustalono, jak wyskokowcy umieścili szkodliwe M&M’sy w torebkach, ale pewnie dla ludzi potrafiących zaprojektować M&M’sy, które rozszerzają się gwałtownie, kiedy czekoladowe nadzienie wejdzie w kontakt ze śliną (ale nie na tyle gwałtownie, by rozszerzanie nastąpiło w ustach ofiary), ponowne zamknięcie torebek nie stanowi problemu. Numer z M&M’sami uosabiał typ sadystycznego, błyskotliwego showmeństwa i prawdziwej losowości, która stała się znakiem firmowym wyskokowców, odróżniającym ich od pospolitych terrorystów.

Jilly była tam wtedy. Nie pamiętam, co robiliśmy, ale pamiętam, że był to zielony M&M’s. Kiedy go rozgryzłem, miał kredową konsystencję, ale nadal był słodki i czekoladowy, więc go połknąłem.

Nie powędrował w dół – czułem, że stanął mi w gardle, jak pigułka, kiedy łyknie się ją nie tak, jak trzeba. Przełknąłem mocno, ale on nadal się nie ruszył i teraz czułem, jakbym miał w gardle robala, wijącego się i naciskającego na ścianki. Jilly spytała, czy wszystko w porządku i klepnęła mnie w plecy.

Nie mogłem złapać oddechu, trudno mi było wciągnąć powietrze, wydawałem taki okropny świszczący dźwięk. Krzyki Jilly ściągnęły mamę. Mama spojrzała raz i zaczęła wołać o pomoc.

Nie pamiętam, jak nazywała się pielęgniarka z naprzeciwka, która uratowała mi życie. Miała kręcone blond włosy. Położyła mnie na plecach, wsadziła palec do gardła i powiedziała:

– Jezus Maria, co tam jest? Co on zjadł? – Mniej więcej wtedy moje gardło zatkało się całkowicie, a ja leżałem na werandzie ze łzami spływającymi po policzkach, gapiąc się na ich twarze, dusząc się.

A potem coś się przełączyło. Wiedziałem, że umrę. Byłem pewien. Więc poddałem się, przestałem próbować oddychać. Przestałem walczyć o oddech. Gapiłem się z otwartymi ustami na mamę, potem na Jilly, która krzyczała moje imię. Chciałem powiedzieć, że jest w porządku, że już się nie boję.

– Dajcie mi nóż! – wrzasnęła pielęgniarka z daleka i mama pobiegła, a ja czułem się... świetnie. Miałem umrzeć, tak, ale mimo to wszystko było w porządku.

I gdy obserwowałem nóż opadający mi na gardło, poczułem ukłucie i ciepłą krew spływającą po szyi, ciągle nie mogłem odnaleźć w sobie strachu. Pielęgniarka kazała mi oddychać, ale ja nie widziałem takiej potrzeby, dopóki nie nacisnęła mi mocno na pierś i nie miałem wyboru – czerwony strumień trysnął z wyciętej przez nią dziury i oddychałem przez szyję.

Kiedy wróciłem do domu ze szpitala, usiadłem na ganku i patrzyłem na świat. Myśleli, że jestem w szoku, ale nie byłem. To była ekstaza. Uczucie, jakby każda molekuła świata została obmyta i odnowiona, łącznie z tymi wewnątrz mnie. Obserwowałem styropianowe pudełko po jedzeniu, niesione wiatrem przez trawnik, zaskoczony i zachwycony każdym jego odbiciem i skrętem. Wdychałem letni wiatr, moje płuca buzowały ładunkiem elektrycznym. Wszystko było w porządku, zrozumiałem. Wszystko.

To uczucie zostało ze mną. Kiedy szedłem na przystanek autobusowy, podskakiwałem jak korek na wodzie. I nawet lata później potrafiłem odszukać w sobie to uczucie – potrafiłem zaczerpnąć garść i ogrzać się przy niej, gdy tego potrzebowałem. Dopiero kiedy byłem prawie dorosły, zdałem sobie sprawę, że zniknęło, że wypiłem ostatnie krople M&M’sowego doznania. Co jakiś czas szukałem go, ale choć pamiętałem, jakie to uczucie, nie potrafiłem go już schwycić. Wszystko, co miałem, to zdjęcie schodów, na których to się stało. Dopóki Deirdre nie zabrała zdjęcia i nie miałem nawet tego.

Zmaterializowała się kolejna kobieta, wyrywając mnie z zadumy. Była na wózku.

Pierwszy raz, kiedy spróbowałem całego tego speed-datingu, myślałem, że najtrudniejsze będzie starać się wyglądać na bystrego, dobrego i pewnego siebie, wszystko to na przestrzeni trzech minut. Jednak naprawdę trudne było ukrywanie niezadowolenia i braku zainteresowania.

Po raz trzeci dzisiaj walczyłem o utrzymanie sztywnego uśmiechu przyklejonego do twarzy, gdy lawirowaliśmy przez wszystkie „miło cię poznać”.

Sądząc z gumowatego, wątłego ruchu, jaki wykonała dłonią na powitanie, Maya była ofiarą Polio-X, tego z pierwszej czterdziestki wirusów na telefon, które przetoczyły się przez kraj w ’22. Pomyślałem, że miała niezły tupet, zapisując się do usług randkowych, narzucając nam poczucie winy za odrzucenie jej z powodu niepełnosprawności. Potem wziąłem w garść swój irracjonalny jaszczurczy móżdżek i zrozumiałem, jak niewiarygodnie niesprawiedliwe to było. Ona nie wywierała na nikim presji. Ale nie było opcji, żebym mógł z nią być. Wózek to po prostu zbyt wielki bagaż. Nie byłem z tych, co się poświęcają, gotowi podcierać kobiecie tyłek, jeśli właśnie tego potrzebuje. To po prostu nie byłem ja. Może nie daję z siebie i nie poświęcam się wystarczająco, by kiedykolwiek stworzyć naprawdę udany związek. Przynajmniej jestem w tej sprawie szczery.

– A więc jesteś ekonomistką? – zapytałem, szukając uprzejmego tematu, przy którym zleciałby czas, mając nadzieję równocześnie zakomunikować, że uważam ją za interesującą, ale nie jestem zainteresowany. – Jakieś przemyślenia dotyczące obecnej sytuacji? Jak myślisz, kiedy rynek się poprawi?

– Wow, to dość osobiste pytanie, nie sądzisz? – Jej głos ociekał sarkazmem; przejrzała, co robię i dawała mi to do zrozumienia.

Zaśmiałem się niepewnie.

– Nie poprawi się – powiedziała. – Pogorszy się jeszcze bardziej, a potem załamie zupełnie.

Zaśmiałem się niepewnie po raz drugi.

– Myślisz, że żartuję – powiedziała.

– Musi się w końcu polepszyć.

– Nie musi. U dinozaurów się nie poprawiło.

– Jasne – powiedziałem. Zaraz pewnie powie mi o końcu świata i spyta, czy pogodziłem się z Jezusem Chrystusem.

– Widzę, że mi nie wierzysz – zauważyła, bez złośliwości wskazując wykrywacz kłamstw.

– To nie jest kwestia wiary. Widzę, że ty wierzysz w to, co mówisz, i jestem pewien, że jesteś dobra w tym, czym się zajmujesz, ale jaką możesz mieć pewność przy czymś takim? Szczerze.

– Każdy ekonomista z Nagrodą Nobla, który jeszcze żyje, jest tego pewien – powiedziała. – Gospodarka powoli się załamuje. Pamiętasz wszystkie te złowieszcze ostrzeżenia o globalnym ociepleniu, przeludnieniu, wyczerpaniu zasobów, lasach deszczowych, ratujmy wieloryby? Cokolwiek z tego brzmi znajomo?

– A-ha – powiedziałem ostrożnie. Ewidentnie wybrałem niewłaściwy temat. Ile czasu mi z nią zostało? Jedna minuta, czterdzieści sześć sekund.

– Oni nie żartowali. Miliardy ludzi umrą, zanim to się skończy. – Wskazała podbródkiem odczyt wykrywacza kłamstw. Spojrzałem na niego. Dziewięćdziesiąt siedem procent szczerości. Ani cienia przesady.

Miała ciekawą twarz. Duże, szerokie usta ukazujące mnóstwo zębów – coś, co zawsze nazywałem ustami rekina – i przerażająco jasnoniebieskie oczy, jak przejrzysta, delikatna tkanina przewieszona przez niebo. Gdyby tylko nie wózek. Cóż, gdyby nie wózek, byłaby poza moim zasięgiem. Przypuszczam, że gdybym pogodził się z wózkiem, to byłoby to jedno z tych wzajemnych ustępstw, o których wszyscy udajemy, że nie ma ich w miłości i związkach: ona godzi się na trochę niedojrzałego, wielkonosego faceta o czerstwej twarzy, a ja dostaję kobietę atrakcyjniejszą, niż mógłbym mieć nadzieję zdobyć, ale na wózku, z rękami i nogami w większym stopniu bezużytecznymi.

– Czemu nie ostrzegają ludzi? – spytałem, tak naprawdę nie z chęci usłyszenia odpowiedzi, ale z potrzeby odezwania się, bo milczałem od trzech czy czterech sekund.

Zaśmiała się.

– Krzyczeli o tym na całe gardło od lat! Parę tygodni temu był artykuł w „New York Timesie”. Nikt nie słucha naukowców. Mądre jest passe.

To był sensowny argument. A w ciągu ostatnich dziesięciu lat zrobiło się tylko gorzej. Braki prądu, wojna, pięćdziesiąt siedem rodzajów terrorystów, niedobory wody, zarazy.

Przypomniało mi to historię o żabach, że jeśli włożyć je do odkrytego garnka z wodą i włączyć palnik, to siedzą sobie i gotują się na śmierć, bo nie są wyposażone w mechanizm rozpoznawania i reagowania na stopniowe zmiany w temperaturze wody. Mogą wyskoczyć w każdej chwili, ale nigdy nie następuje moment, w którym ich móżdżki decydują, że czas skakać. Więc się gotują.

Spojrzałem w poważne, półprzejrzyste oczy Mai i wypróbowałem jej beznadziejną, pustą wizję przyszłości, wypełnioną zarazami i głodem, uzbrojonymi mężczyznami o grubych karkach, brzęczeniem much nad trupami.

Czy naprawdę może być tylko gorzej? Czy gospodarka naprawdę może runąć? Teraz już nie byłem pewien.

– To może być straszne – powiedziałem, bo nic więcej nie przyszło mi do głowy.

Sprawdziła odczyt, lekko kiwnęła głową.

– Wybacz, że zrzuciłam to na ciebie. Nie po to tu jesteśmy. Ale zapytałeś.

Wzięła głęboki oddech i uśmiechnęła się do mnie wszystkimi tymi zębami.

– Właściwie pytałeś chyba o poradę finansową – powiedziała. – Wszystkie pieniądze włóż w amunicję.

Roześmiałem się i przez chwilę pomyślałem: może. Było w niej coś, co wywoływało we mnie ciepłe, prawie nostalgiczne uczucie.

Siedzieliśmy w ciszy, słuchając szumu fontanny.

– No, to... – odezwała się, odchrząkując. – Znasz jakieś kawały?

Zaśmiałem się.

– Tak. Był sobie raz facet, który chyba był trochę palantem...

Maya odpłynęła, na całe szczęście, bo nie wiedziałem, jak kończy się ten kawał.

Pojawił się nowy profil. Było mi trudno się na nim skoncentrować. Danielle, 31 lat, Konsultantka Energetyczna (cokolwiek to, cholera, znaczyło), dwunastoletnia córka. Wdowa. Potrzebowałem czasu, żeby pomyśleć.

Danielle zmaterializowała się z drugiej strony stołu.

– Jasper, tak miło cię poznać! – powiedziała, trzęsąc entuzjastycznie głową. Była bardzo ruchliwa, atrakcyjna na włoski sposób. Naprawdę niezłe wargi.

Próbowałem bezskutecznie nadążyć za jej entuzjazmem, a ona zdawała się nie zauważać, że mówię z wnętrza czarnej chmury. Spytała o moją pracę, ja spytałem o jej. Rzuciła kilka tekstów flirtem, które przepuściłem – byłem kiepski we flirtowaniu, nawet w swoje najlepsze dni. Zastanawiałem się, jak umarł jej mąż.

Gdy byłem młody, przyjmowałem za pewnik, że podczas gdy sporadycznie mogą mieć miejsce wojny, katastrofy, zapaści ekonomiczne, to ogólnie wszystko pozostanie mniej więcej takie samo. Ale ludzie zawsze zadawali innym ludziom cierpienie, w gruncie rzeczy nieprzerwanie, od zarania dziejów. Kiedy więc opracowywano lepsze sposoby zadawania cierpienia, oczywiście więcej cierpień zadawano. Kiedy tylko biotechnologia rozwinęła się do punktu, w którym bystry amator może opracować i uwolnić zarazę z laboratorium w garażu, oczywiście ktoś to zrobi.

I nagle wszystko stało się oczywiste. Przeżywałem apokalipsę. Siedziałem w salonie randkowym pośrodku powolnej apokalipsy. Nie będzie lepiej, jak mówił rząd, będzie coraz gorzej.

Danielle powiedziała, że poznanie mnie sprawiło jej prawdziwą przyjemność; odpowiedziałem to samo, chociaż nie miałem pojęcia, czy sprawiło mi przyjemność poznanie jej, czy nie. W głowie wirowała mi teraz piosenka, jakaś naprawdę stara rzecz o tym, że kiedy świat już traci dech, trzeba korzystać jak najlepiej z tego, co jeszcze zostało. To zabawne, jak adekwatne piosenki niepostrzeżenie zakradają ci się do głowy.

Gdy Danielle odpłynęła, popatrzyłem na wyciągniętą ku niebu nimfę i pióropusz wody lejącej się z jej ust. Jej skrzydła były za małe względem reszty ciała, co stwarzało wrażenie, że gdyby miała polecieć, byłaby to forsowna próba – nie wznosząca się wolność szybującego orła, a szalone łopotanie nietoperza-giganta.

Kilka kolejnych randek przeszło jak we mgle. Była Savita, drobna Hinduska o wielkich sarnich oczach i długich czarnych włosach, które przewiesiła przez ramię, jak to robią hinduskie kobiety. Keira z ciemnymi jak u szopa kręgami pod oczami. Wysilałem się, żeby je usłyszeć przez dźwięk wytracającego resztki pędu świata i dartych fotografii.

Potem była Emily, która rzucała kiepskie żarty i z której aż wyciekała desperacja.

Większość ludzi nie może znieść bycia singlem. Widzę, jak znajomi rozwodzą się, po czym natychmiast stosują taktykę „najlepszy z wolnych”, desperacko wyszukując najzdatniejszą wolną osobę, którą potrafią znaleźć w ciągu, powiedzmy, trzech miesięcy i biorą z nią ślub. Nie mogą znieść idei nie bycia z kimś. Jakby światło było zbyt jasne. Pędzą do najbliższego cienia.

Kiedy jesteś niezwiązany, żyjesz życiem bliższym krawędzi. Partner daje poczucie bezpieczeństwa i myślę, że prowadzić to może do szkodliwego samozadowolenia, do gnuśności, jeśli nie jest się uważnym. Nie czuje się potrzeby barwniejszego życia. Bycie singlem oznacza, że nie ma siatki bezpieczeństwa. Jest ryzykowniej. Jeśli stracisz nogę, wchodząc na uliczną minę, nie będzie żony do popychania wózka. Jeśli napijesz się mleka zaprawionego czynnikiem krzepnym i dostaniesz udaru, nie będzie żony do wycierania ci śliny z podbródka.

Następna kobieta nazywała się Bodil Gustavson. Trzydzieści trzy lata, artystka. Zmaterializowała się. Serce zaczęło mi tłuc wolno i mocno.

To była Deirdre. Jezus Maria, to była Deirdre.

– O, to będzie niezłe – powiedziała. Miała w ustach zielonego lizaka. Przywołało to obrazy, które szybko od siebie odepchnąłem.

Poznałem Deirdre na wernisażu absolwentów Wydziału Sztuk Pięknych Uniwersytetu Nowojorskiego, na który zaprosił mnie znajomy profesor, Cuddy. Deirdre była swego rodzaju artystką, ale nie była członkinią wydziału ani studentką – była bardziej jak groupie wydziału sztuki. Nosiła sześć czy siedem obręczy podkreślających jej strusią szyję i obcisły czarny trykot podkreślający jej ogromne piersi.

Czy właśnie to mnie w niej pociągało? Czy wszystkie te bzdury o nieopisanej „iskrze” między ludźmi daje się sprowadzić do jednej płytkiej, pierwotnej cechy, a my po prostu nie chcemy tego przed sobą przyznać? Czy gdyby Deirdre była płaska jak mój wujek Ted, to ten elektryczny motyl nadal kołatałby się wśród moich najważniejszych organów na jej widok?

Miała umysł jak paliwo rakietowe, wyłupiaste oczy, urocze małe dłonie, które stale kręciły się niespokojnie. Widziałem, że miała defekt, ale kto nie miał po wszystkim, co się wydarzyło? Miała dziecinny charakter, który rozpuszczał mnie jak lody na czerwcowym chodniku.

Zacząłem martwić się, kiedy pokazała mi swoją kolekcję nagrań z numeru alarmowego. Miała ich tysiące, skatalogowane według rodzaju wypadku. Puściła mi niektóre ze swoich ulubionych – ludzie krzyczący do telefonu, ludzie umierający do telefonu. Miała nagrania sześciolatków mówiących dyspozytorce, że twarz mamusi zrobiła się niebieska i piana leci jej z ust, kobiet o drętwych głosach mówiących, że zostały zgwałcone przez grupę włamywaczy. Mówiła, że to nowy rodzaj sztuki. Mnie to wyglądało na bardzo stary rodzaj.

– Powiedz mi... Jasper, tak?... czego poszukujesz w kobiecie? – zapytała, celując we mnie lizakiem.

– Co zrobiłaś z moimi zdjęciami?

Dzwoniłem na policję, ale powiedzieli, że drobna kradzież nie jest już karalnym przestępstwem. Musieli dysponować zasobami stosownie do priorytetów. Kiedy świat się kończy, trzeba oszczędzać, na czym się da.

– Jeb się, Jasper. Już ci po mnie przeszło? Zdaje się, że mówiłeś, że będziesz potrzebował co najmniej sześciu miesięcy, zanim w ogóle pomyślisz o spotykaniu się z kimś.

– Ruszyć naprzód było łatwiej, niż myślałem. Po tym, jak mnie okradłaś i w ogóle.

W dniu, w którym z nią zerwałem, zaszokowała mnie nienawiść, jaką Deirdre potrafiła wyrazić oczyma. Posłała mi teraz to samo ostre jak brzytwa spojrzenie.

– To powiedz, tęsknisz za nimi? – Uniosła pokrytą kwiatowym wzorem skromną bluzkę z golfem i potrząsnęła piersiami w moją stronę. Upajałem się nimi jak heroinista witający się z igłą.

– Masz jeszcze moje zdjęcia? Co z nimi zrobiłaś? – spytałem, a moje oczy przeskakiwały od jej twarzy do zmarszczonych, sterczących, różowych sutków.

Opuściła bluzkę i wygładziła ją z powrotem.

– Wszystkie te nasiona papryczek, które posadziliśmy na schodach pożarowych, wzeszły – powiedziała. – Czerwone i zielone, i fioletowe... są śliczne. Nie pamiętam, które z nich są naprawdę ostre, więc boję się jeść którekolwiek.

To był dobry dzień, sadzenie papryczek, pasy słonecznego światła sączące się spomiędzy stopni schodów przeciwpożarowych.

Przez najkrótszą chwilę rozważałem ponowne wskoczenie na konia i ujeżdżanie chaosu, jakim było życie z Deirdre, poddanie się jej mrocznemu urokowi, pozwolenie, by moje życie osobiste odzwierciedlało przemoc wokół mnie. Mógłbym chociaż przestać czuć się winny za jej porzucenie.

Jak tylko prześpię się z kobietą, czuję się odpowiedzialny za jej szczęście. Właściwie to do końca życia. Nie mam pojęcia, dlaczego tak jest. Dwa czy trzy lata terapii prawdopodobnie wyjaśniłyby przyczyny.

Pomyślałem o kolekcji nagrań, o jej całkowitym braku uczuć, kiedy odtwarzała mi telefony. Był to kojący metadon, który zabił myśli o pojednaniu.

– Przykro mi – powiedziałem.

I Deirdre zniknęła.

Pobrałem jej wideo-życiorys. Nie mogłem się oprzeć. Jak Deirdre zaprezentowałaby siebie potencjalnemu partnerowi? Posiadała 360-stopniowy rejestrator wideo, włączony prawie na okrągło (dla sztuki, oczywiście), miała więc wybór nagrań z większości swojego dorosłego życia. Czy były tam wyuzdane sceny seksu? Ta sytuacja, kiedy w jej apartamentowcu wzięto zakładników? Czy ja tam byłem?

Nie wyczekałem – włączyłem je w trakcie sześćdziesięciu sekund przerwy przed swoją następną randką.

Zaczynało się od jedenasto- czy dwunastoletniej Deirdre przykucniętej w małym ogródku przy garażu; w tle widać było stos drewna. Zerwała wielkiego czerwonego pomidora i uniosła go, szczerząc się w uśmiechu. Scena przeszła w inną: ośmioletnia Deirdre w piżamie siedzi po turecku na drewnianej podłodze, układa puzzle, wszędzie wokół niej leżą rozrzucone fragmenty. Potem Deirdre zakopana w prezentach gwiazdkowych i podartym kolorowym papierze, siedząca przy mojej siostrze Jilly przed naszą choinką, obie szeroko uśmiechnięte. Deirdre wsiadająca do szkolnego autobusu pierwszego dnia przedszkola, machająca na pożegnanie mojej mamie. Pedałująca na dużym trzykołowym rowerze, mój kuzyn Jerome stojący w wielkim koszu z tyłu, jego ręce na jej ramionach. Na wakacjach z moją rodziną w Puerto Rico, spalona słońcem, w restauracji z półtuzinem lei na szyi. Siedząca na ganku mojego domu z dzieciństwa, zanim tornado zabrało połowę.

Było zrobione przepięknie, krótki moment przepływający w krótki moment, wszystkie radosne, nostalgiczne, wszystkie zaaranżowane w sceny z moich zdjęć, z Deirdre na moim miejscu.

Płakałem, oglądając. To było takie żałosne. Moje serce pękło dla niej. Nagle zapragnąłem oddać jej coś z tego dzieciństwa – ten ogródek, te puzzle, te wakacje, zamiast czegokolwiek, co naprawdę dostała. Co dostała?

Nie lubiłem wyobrażać sobie, co dostała. Raz spytałem ją o małą bliznę pod brodą, a ona powiedziała, że ma ją po oku-guziku pluszowego misia, którym uderzył ją ojczym.

Być może tak naprawdę radziła sobie dobrze, biorąc pod uwagę wspomnienia, które starała się utrzymać upchnięte w piwnicy umysłu. Nie wiem.

Gdy obrazy wyciemniły się, pomyślałem znów o rozmowie z kobietą na wózku, jak jej tam było – Maya. Dla nikogo nie będzie już więcej takiego dzieciństwa, nie kiedy dzieciak musiał nosić maskę przeciwgazową, przechodzić przez punkty kontrolne ochrony, uciekać przed głodnym bezpańskim psem ze strachu, że ktoś chirurgicznie umieścił w nim bombę, a potem wytresował do wyszukiwania zbiorowisk ludzi.

Pojawiła się śliczna rudowłosa kobieta. Byłem w mokrych, łkających strzępach. Otarłem oczy. Próbowała nie zauważać.

– Przepraszam – powiedziałem. – Nie czuję się zbyt dobrze. Nie będę kontynuował. To nie ma związku z tobą.

Zakończyłem sesję.

Po wirtualnym ogrodzie pokój wydawał się obskurny i obdarty. Płakałem dalej, zaskoczony nieznajomą, gardłową barwą mojego głosu. Czułem, jak nadzieja na lepsze jutro, na błękitne nieba i dziewczynę z nosem jak guzik opada ze mnie jak martwa skóra, zostawiając mnie różowym i odsłoniętym.

Ekran wyboru przestraszył mnie nagłym opadnięciem. Przez długi czas po prostu gapiłem się na małe zdjęcia wszystkich poznanych kobiet. Potem zacząłem zaznaczać profile. Nie oglądałem żadnych wideo-życiorysów, zacząłem po prostu zaznaczać wszystkie kobiety, z którymi mógłbym się spotykać. Danielle, włoska maszyna szczęścia, Savita, indyjska księżniczka; trzy, cztery, pięć innych.

Zawahałem się przy kobiecie na wózku.

Pociągnąłem nosem, wytarłem go w rękaw, zapatrzyłem się na jej uśmiechnięte zdjęcie.

Czułem, że jest między nami więź. Była moją sensei – stłukła mnie kijem, a ja obudziłem się na prawdę. Zaznaczyłem jej profil. Co mi tam.

Wtedy doszedłem do profilu Deirdre.

Nie zaznaczyłem go, a moja taśma neurotycznych myśli o Deirdre nie zaczęła grać. Czułem ciepły smutek, to wszystko.

Czytałem gdzieś, że decydujemy się na spotykanie z ludźmi z powodów, które zagubione są w naszych osobistych historiach i dokonujemy stale tych samych wyborów – popełniamy te same błędy – aż rozgryziemy dlaczego.

***

Alarm Obrony Cywilnej włączył się, kiedy szedłem do domu. Wyciągnąłem maskę przeciwgazową i jednym zręcznym ruchem wsunąłem ją na nos i usta, szybki niczym rewolwerowiec. Ludzie popędzili do budynków – maski (w szerokiej gamie kolorów i fasonów) i napięte, zgarbione ramiona nadawały im wygląd szympansów.

Sześciu chłopaków w ceglastym kamuflażu przebiegło obok, ściskając krótką, prostokątną broń, zwisającą im z garści jak pudełka śniadaniowe. Zszedłem im z drogi. Cholera, werbują ich coraz młodszych.

Szedłem dalej, ciesząc się słońcem na twarzy, lekką popołudniową bryzą. Zdałem sobie sprawę, że czuję się lekko. Wziąłem głęboki, spokojny oddech. To było tak, jakby ograniczenia, z których nigdy nie zdawałem sobie sprawy, zostały zerwane. Nie doświadczałem go od bardzo dawna, ale rozpoznałem je natychmiast. Odczucie M&M.

Wyłowiłem telefon z jednej kieszeni, a z drugiej wydruk numerów do dziewczyn z szybkich randek.

– Szybki jesteś – odezwała się Maya.

– Nie sądzę, żebym dał sobie radę z wózkiem; chcę być w tej sprawie szczery i mam nadzieję, że nie urazi to twoich uczuć – powiedziałem. Alarm nie przestawał wyć w tle.

– W porządku. Zadzwoniłeś, żeby mi to powiedzieć?

– Po prostu nie chcę marnować twojego czasu. Nie chcę nikogo skrzywdzić. Ja...

Chciałem powiedzieć jej, że świat jest ulotny i piękny. Chciałem powiedzieć, że białe wiatraki na dachach poczerniałych od spalin budynków kręciły się unisono i że jakimś sposobem ona była odpowiedzialna za to, że to widzę.

– Chcę cię prosić, żebyś spędziła ze mną trochę czasu. Jeśli poświęcisz mi trochę swojego czasu, swojego cennego czasu, nie zmarnuję go.

Nie odpowiedziała. Usłyszałem pociągnięcie nosem i pomyślałem, że mogła płakać.

– Jestem w tym dobry, dobry w teraz – dodałem.

– W porządku. – Miałem rację, płakała. Zabrzmiało, jakby wycierała nos w chusteczkę. Potem dotarło do mnie, że to nie było możliwe.

Zrozumiałem, że walka Mai z Polio-X mogła być jak moje doświadczenie z M&M’sem. Zdawała się rozumieć to, co mówiłem.

– Mam problem z „dopóki śmierć nas nie rozłączy”.

– Kto może wiedzieć, jak powinno się potoczyć życie? – powiedziała. Tak, to prawda. Kto może wiedzieć?

***

Z naszych miejsc na górnej trybunie gracze drużyny Phyllies wyglądali jak papierki rzucone na trawę, ale było tak cicho, że mogłem usłyszeć, jak przechwytujący szurał stopą po ziemi w polu gry, wyrównując niewidzialna grudę.

Sięgnąłem po orzech. Nawet szelest celofanowej torby zdawał się głośny, jakbyśmy byli w kinie. Przypuszczałem, że ktoś mnie upomni, kiedy zgniatałem orzech kciukiem, zdejmowałem górną połówkę łupiny, wrzucałem jeden w czerwonej skórce do ust i wyciągałem rękę, żeby dać drugi Mai. Zamknęła wargi na moich palcach i wyszczerzyła się w uśmiechu, kiedy na nią zerknąłem.

Miotacz zwinął się i rzucił wysoką szybka piłkę. Wymizerowany pałkarz zamachnął się i chybił, i zmiana się skończyła. Nikt nie klaskał.

Metsi weszli w pole, a miotacz zaczął rzucać na rozgrzewkę.

– Cokolwiek jest w atmosferze, sprawia, że zachody słońca są piękniejsze – powiedziała Maya.

– Mmm – odparłem. Słońce zachodziło nad ogrodzeniem boiska po lewej, chmury były cudownymi pastelami w odcieniach różu, brzoskwini, indygo, fioletu.

Przy pierwszym rzucie pałkarz Phillies wybił piłkę w prawy róg pola. Prawy zapolowy zrobił kilka apatycznych kroków za nią, potem odpuścił. Przykucnął i patrzył jak się toczy. Ukrył twarz w dłoniach, kiedy piłka zatrzymała się na torze ostrzegawczym. Środkowy dotruchtał do niego, położył mu rękę na ramieniu, powiedział coś. Prawy zapolowy pokręcił głową.

Pałkarz potruchtał do drugiej bazy i zatrzymał się, wyliczywszy pewnie, że tam by właśnie dotarł, gdyby zagranie zostało dokończone. Zwycięstwo nie znaczyło już tak wiele, gdy umierało tylu ludzi. Pogrzebałem w plecaku i wyjąłem aparat, strzeliłem fotkę Mai.

– Teraz ja ci zrobię – powiedziała. Zaczynałem się przyzwyczajać do jej paralitycznego humoru.

Uśmiechnąłem się od ucha do ucha i wycelowałem aparat w siebie...

Znad lewego muru boiska dobiegł błysk i gwałtowny huk. Ludzie na trybunach wrzasnęli, skoczyli na nogi. Gracze popędzili do ławek ukrytych w zagłębieniach, oglądając się przez ramię na eksplozję, która nastąpiła dobre dwadzieścia przecznic dalej. Wyglądała jak rozchodząca się tęcza kolorów, jak fale na stawie słodyczy.

Popatrzyłem na Mayę. Uśmiechnęła się, uniosła palce na ile była w stanie. Wziąłem jej dłoń w swoją.

To mogło być cokolwiek – chemiczne, biologiczne, nuklearne lub wypadek w fabryce kredek.

Czekaliśmy. Nie bałem się.

 

Will McIntosh

Urodzony w Nowym Jorku amerykański pisarz tworzący na polu fantastyki. Z wykształcenia doktor psychologii społecznej, porzucił stanowisko profesora na University of Georgia, żeby w całości poświęcić się pisarstwu (mimo to jest adiunktem w College of William and Mary). Mieszka w Williamsburg w stanie Virginia, razem z żoną i dwiema córkami.

Opublikował wiele opowiadań i trzy powieści. W Polsce ukazały się dotąd cztery jego krótsze utwory: Mrożona panna młoda (nagroda Hugo 2010 i nominacja do Nebuli), Po drugiej stronie, Obrońcy i Podążający.

Prezentowana tu Łagodna Apokalipsa została doceniona nominacją do nagrody BSFA. Autor powrócił do przedstawionej w opowiadaniu wizji świata w nominowanej do nagrody Locusa debiutanckiej powieści pod tym samym tytułem.




Czytaj również

Hitchers - Will McIntosh
Powrót kochających zmarłych
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.