» Recenzje » Łabędzi śpiew, tom 1

Łabędzi śpiew, tom 1


wersja do druku

Łabędzi skrzek

Autor: Redakcja: Jarek 'jareckr' Rusak, Matylda 'Melanto' Zatorska, Staszek 'Scobin' Krawczyk

Łabędzi śpiew, tom 1
Nie wszystko złoto, co się świeci, i nie zawsze uznane wśród czytelników nazwisko gwarantuje jakość lektury. Robert McCammon co prawda w naszym kraju nie jest szerzej znany (triumfy do tej pory święcił w Ameryce), ale za sprawą kilku swoich tekstów zdołał zaskarbić sobie zaufanie odbiorców. Czasami jednak wydawcy przypominają powieści, które powinny pozostać przykryte kurzem – tak jak w przypadku Łabędziego śpiewu, łudząco podobnego do Bastionu Stephena Kinga.

Gdyby chcieć określić Łabędzi śpiew w kilku słowach, to najtrafniejszym sformułowaniem byłoby zapewne "baśniowy Bastion". Bo faktycznie książka McCammona zapożycza z kultowej powieści Kinga zaskakująco wiele (co, niestety, nie wychodzi autorowi Godziny wilka czy Magicznych lat na plus). Fabuła dzieli się na trzy wątki, a każdy z nich dotyczy losu innej z osób, które przetrwały zagładę. Jest tu były zapaśnik ukrywający się pod stacją benzynową w Nebrasce, żebraczka niespełna rozumu znajdująca dziwny szklany przedmiot oraz dziewczynka towarzysząca byłemu sportowcowi w poszukiwaniu skupisk innych ocalałych. A także młody psychopata, który cudem przeżył wybuch w kompleksie mającym przetrwać atomową burzę.

Największym problemem z pierwszą częścią Łabędziego śpiewu jest to, że nie do końca wiadomo, gdzie gatunkowo chciał uplasować się sam autor. Bo z jednej strony recenzowana powieść to faktycznie postapokalipsa, która rozgrywa się niedługo po wybuchu bomb (rozpoczyna zaś tuż przed tym – będziemy obserwować nawet ostatnie tchnienie amerykańskiej machiny wojennej i kontruderzenie w Rosjan). Z drugiej strony istotnym komponentem Łabędziego śpiewu jest mroczna baśniowość. W pewnym momencie nie wiadomo, z czym mamy do czynienia, bo proporcje między składowymi są mocno niestabilne.

Fabularnie dzieło McCammona nie ma się za bardzo czym obronić. Jedynie z nakreślaniem wątków pisarz radzi sobie dobrze, a czytelnicy otrzymują obszerny przegląd amerykańskiego społeczeństwa (zarówno ludzi sukcesu skazanych na odnajdywanie się w nowych warunkach, jak i osób z marginesu, które w obecnej sytuacji czują się niczym ryba w wodzie). Rozwinięcie fabuły i próby ukazania całego powojennego chaosu wychodzą raczej marnie – niby gdzieś w tle przewija się apokalipsa i wszystkie niedogodności z nią związane, ale w praktyce efekt finalny przypomina raczej obozowisko survivalowe. Kiedy dodać do tego zupełnie niewiarygodne i przejaskrawione przemiany wewnętrzne bohaterów, to wychodzi, co wychodzi.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Owszem, Bastion był czymś na kształt "powieści ekonomicznej" osadzonej w świecie po potężnym przetrzebieniu ludzkości przez pandemię i obfitował raczej w wątki słabo powiązane z główną fabułą, czego Łabędziemu śpiewowi zarzucić nie można. Z drugiej jednak strony McCammon miał dość paskudny pomysł, by gdzieś nad bohaterami zawiesić niewidoczny dla czytelnika kompas w postaci neonu, który wskazuje im kierunek, w jakim mają się udać. Efekt tego taki, że postapokalipsa jest kwiatkiem do kożucha: bardziej przeszkadza, niż pomaga. Pierwszy tom recenzowanej powieści bez najmniejszych problemów można by odrzeć z elementów fantastycznych i prawdopodobnie wyszłoby to z korzyścią tak dla samego dzieła, jak i czytelników, którzy otrzymaliby niezły, mroczny thriller. I chyba obecność złego bytu daleko na południu w powieści Kinga była jednak ideą dużo lepszą, niż równie tajemnicza, emanująca negatywną energią istota podążająca za bohaterką.

Gdyby próbować zgadywać źródła inspiracji McCammona przy tworzeniu Łabędziego śpiewu, to najbardziej odpowiednie byłyby… Baśnie braci Grimm. I to nie tylko ze względu na wspomniany tajemniczy artefakt (który jest zresztą obiektem pożądania tajemniczej istoty podążającej za bohaterką), lecz także ze względu na mroczną aurę dookoła postaci. Co więcej, nawet w głównych bohaterach można doszukać się pewnej inspiracji w ludowych podaniach – bokser jako skruszony wieśniak szukający odkupienia swoich win z przeszłości; żebraczka wchodząca w posiadanie cennego artefaktu o znacznej mocy, czy też nastoletni psychopata w roli złośliwego gnoma, który może nie każe odgadnąć swojego imienia w zamian za wolność, ale także pała żądzą władzy i dominacji. Zapewne gdyby aspekty te zostały silniej zaznaczone w powieści (nawet jeśli ich obecność nie była zamiarem twórcy), to efekt finalny mógłby być dużo ciekawszy.

Pierwsza część Łabędziego śpiewu przynosi jedynie rozczarowanie – autor o takiej marce jak Robert McCammon spłodził coś, co trudno umiejscowić zarówno w postapokalipsie, jak i w konwencji baśni. Masa podobieństw do Bastionu Kinga i przekucie ich na iście grimmowską modłę powoduje raczej napady śmiechu niż strachu (który zapewne miała wzbudzić obecność tajemniczej istoty w świecie zniszczonym przez głowice nuklearne). Charakterystyczni bohaterowie zostali poddani tak przejaskrawionym przemianom, że czasami trudno uwierzyć, iż czytamy rzekomego klasyka gatunku, nie zaś powieść dla nastolatek. Krótko mówiąc, McCammon w pierwszej części Łabędziego śpiewu zawodzi na całej linii – pozostaje mieć nadzieję, że tom drugi jego cyklu przyniesie powiew świeżości i zmiany na lepsze.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę
4.0
Ocena recenzenta
5.5
Ocena użytkowników
Średnia z 3 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: Łabędzi śpiew (Swan Song)
Cykl: Łabędzi śpiew
Tom: 1
Autor: Robert McCammon
Tłumaczenie: Maria Grabska-Ryńska
Wydawca: Papierowy Księżyc
Data wydania: 6 listopada 2013
Liczba stron: 500
Oprawa: miękka
Format: 143x205 mm
ISBN-13: 9788361386346
Cena: 41,90zł

Komentarze

string(15) ""

Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.