– Shiro… Shiro… Zbudź się wreszcie!
– Shiro…!
– Shiro…!
Liczne głosy wirowały wokół obolałej głowy.
– Shiro!!!
Poderwałem się jak oparzony. Shiro. Pamiętam, kiedyś tak mnie nazywano. Kiedyś? A może wcale nie tak dawno? Nie miałem pojęcia, gdzie jestem, kim jestem ani co dzieje się dookoła. Myślenie przychodziło z potwornym trudem.
Stałem na szczycie góry, niebo zasnuły kłębiaste chmury, a silny wiatr przyginał trawy i porosty do podłoża. Wokół mnie kłębiły się jakieś przezroczyste kształty, szepcząc nieustannie niezrozumiałe słowa. To były kami, święte duchy, które zaraz rozpierzchły się po stromych zboczach, a z dziwnej, mlecznobiałej mgły wyłoniła się barczysta postać w jasnym stroju, z burzą tłustych, ciemnych włosów i bujnym, niechlujnie przystrzyżonym zarostem.
– Złożyłeś ofiarę z krwi w chramie – rzekł mężczyzna nonszalanckim tonem. W niebieskich oczach dostrzegłem wyłącznie chłód oraz dziwną pustkę. – Teraz twój los spoczywa w moich rękach.
Byłem zupełnie zdezorientowany, ale w porę przypomniałem sobie niewielki ołtarzyk z posążkiem boga. Wtedy dotarło do mnie, że znajduję się przed obliczem wielkiego Susanoo władającego morską kipielą, wichrem i burzami. Powiadają, że zrodzony został z nosa Izanagiego, że skazano go na banicję i wygnano z Wysokiej Równiny Niebios za obrazę bogini Amaterasu. Na Ziemi, dzięki podstępowi i kilku pękatym dzbanom sake, zabił ośmiogłowego potwora Yamata no Orochi, ocalił życie pięknej Kushiinadzie i odnalazł słynny Miecz–Trawosiecz, który potrafił rozciąć najdrobniejsze nawet ziarenko. Teraz broń owa należała do regaliów japońskiego cesarza, a Susanoo cieszył się wielką sławą i czcią w każdym zakątku Kraju Wschodzącego Słońca.
– Panie – skłoniłem głowę, bo przecież mojemu rozmówcy należał się szacunek. – Czy tak wygląda los duszy po śmierci?
Susanoo uśmiechnął się lekko.
– Jesteś na rozdrożu. Nie przekroczyłeś jeszcze granic świata zmarłych, mogę jednak wskazać ci drogę.
– Będę zaszczycony.
– Nim jednak tak się stanie, chciałbym usłyszeć z twoich ust, czemu zdecydowałeś się na samobójstwo. Nieczęsto mam okazję zamienić kilka słów ze śmiertelnikiem.
Zatem opowiedziałem wszystko, czego doświadczyłem w ciągu ostatnich godzin. Skończyłem mówić podniesionym głosem, gdyż na samo wspomnienie Kasumi ogarnęła mnie bezgraniczna wściekłość.
– A czy ty sam żyłeś bez skazy na honorze? – spytał, patrząc chytrym wzrokiem. – Zawsze postępowałeś zgodnie z drogą prawdziwego bushi?
Jeszcze bardziej poczerwieniałem na twarzy ze złości, że śmie przypominać dawne wydarzenia, w których zresztą nie było ani krzty mojej winy.
– Wykonywałem tylko rozkazy – warknąłem.
– A jak sądzisz, Shiro, kogo bardziej nienawidzą ludzie z tamtego miasta? Dowódcy, który posłał wojowników do walki, czy człowieka, który własnymi rękami podrzynał gardła mieszkańców?
– Sądzę, że nienawidzą obu równie mocno.
– I dobrze sądzisz – odparł bóg ze śmiechem.
– Nie pochwalam tego, co się stało, ale to był tylko jednorazowy akt obrony. Taira prędzej wymordowali z zimną krwią o wiele więcej naszych rodzin, a po odwecie wycofali się do fortec na południu. Gdybyśmy nie odpowiedzieli tym samym, być może teraz nie istniałby już ród Minamoto.
– A więc jednak wstydzisz się swoich czynów.
– Nie. Byłem bardzo młody i obsesyjnie wykonywałem każde polecenie starszych i bardziej doświadczonych. Ponadto pałałem żądzą zemsty, ponieważ do ofiar Taira należeli również moi rodzice. Dopiero później stałem się prawdziwym bushi, w pełni zrozumiałem, co to oznacza, i zacząłem podążać własną drogą. Wtedy nie zgodziłbym się na równie okrutny czyn, tak jak nie mogłem ukarać Kasumi za zdradę, choć tego wymagał ode mnie kodeks. Odebrałem sobie życie, bo wolałem godnie odejść i odzyskać splamiony honor.
– Uważasz zatem, że to najlepsze rozwiązanie? – zapytał. – W takim razie popatrz.
Powiedziawszy te słowa, wskazał dłonią na zagłębienie w skale. Podszedłem bliżej i okazało się, że w dziurze utworzyła się niewielka kałuża. Lustro wody falowało, poruszane przez porywiste podmuchy wichru. Przez chwilę widziałem tylko drobne kamienie, którymi usiane było dno, ale zaraz potem w zmąconej tafli pojawiły się obrazy. Kolorowe. Żywe. Magiczne.
Setki wojowników nacierały na siebie z ochrypłym wrzaskiem, posoka tryskała obficie, a wyprute wnętrzności wypływały na wierzch. Pomarańczowy motyl dumnie wzbijał się ponad gromadę walczących. Patrzyłem z trwogą, jak kilku żołdaków dopadło zajadle osamotnionego samuraja niczym wataha wściekłych wilczurów. Nie miał żadnych szans, kiedy ze wszystkich stron posypały się nań ciosy potężnych no-dachi*. Legł na ziemi i ostatkiem sił ściągnął hełm, zupełnie jakby chciał ujrzeć niebo po raz ostatni.
Znałem jego twarz. Należała do szlachetnego Yoritomo Minamoto.
Krajobraz zamigotał i zmienił się błyskawicznie. Teraz przed oczyma miałem młodą ciemnowłosą dziewczynę w podartych, brudnych łachach, biegnącą ile tchu w płucach przed siebie. Wokoło panowała wrzawa, trzaskały baty, płonął ogień, a żołnierze mordowali chłopów bez cienia litości. Kobieta potknęła się, upadła twarzą w rozrytą ziemię. Ktoś chwycił ją silnym uściskiem i pociągnął za włosy w stronę wozu z jeńcami. Kasumi załkała, z podkrążonych oczu pociekły łzy.
Otoczenie znowu zafalowało, a powierzchnia kałuży ukazała córkę daimyō szorującą podłogę na kolanach. Posiniaczone dłonie zdobiło mrowie drobnych skaleczeń i zadrapań. Nad jej karkiem stała tęga gospodyni i darła się w niebogłosy, wymachując przy tym nerwowo rękami.
Nastał zmierzch, księżyc zajrzał przez okiennice do małej, ciemnej izdebki. Kasumi jęczała cicho, zagryzając wargi, ale w ciemnozielonych oczach nie było widać ani krzty przyjemności. Zamiast uniesienia dostrzegłem jedynie wstyd i poniżenie. Wysoki i barczysty mężczyzna sapał głośno na podobieństwo starego, zmęczonego psa, wykonując rytmiczne ruchy.
Coś tknęło mnie w sercu, kiedy przyglądałem się przemijającym obrazom. Coś pękło, przyprawiając o niespodziewany ból. To nie był jeszcze koniec, potem widziałem jak dziewczyna leży powalona ciężką chorobą i mamrocze niezrozumiale pod nosem. Zostało jej niewiele czasu, zdawał się szeptać pochylony nad łożem medyk, a gospodyni kiwała smętnie głową.
Nagle zdałem sobie sprawę, że mimo zdrady wciąż miłowałem Kasumi. Chociaż miała ona na swoich rękach krew Minamoto, chociaż rozum podpowiadał, że zasłużyła na to, co ją spotkało, chociaż Bushidō wymagało powściągliwości w uczuciach, i tak nie mogłem znieść wizji pojawiających się w kryształowej wodzie.
Kto nigdy szczerze nie kochał, ten nie wie, jak wielki ból sprawia widok krzywdy wyrządzanej najbliższej sercu osobie.
– Czy to przyszłość? – spytałem, choć równie dobrze nie musiałem tego robić, bo znałem odpowiedź.
– Tylko jedna z dróg, wcale nie musi tak być.
Milczałem.
– Czy zatem chcesz iść dalej? – odezwał się po chwili Susanoo. – Pragniesz wypełnić przeznaczenie każdego samuraja i odejść z honorem? Podążyć dalej? Czy też może wolisz wyrzec się Bushidō i powrócić do Kraju Kwitnącej Wiśni? – zaproponował, zupełnie jakby wiedział, o czym myślę.
– Powrócić? Naprawdę? – dociekałem, nie wierząc własnym uszom. Bóg potaknął z krzywym uśmiechem. – Dlaczego akurat mnie proponujesz coś takiego? Innym poległym samurajom również składasz podobne oferty?
– Innym nie, czuj się zatem wyróżniony. A czemu? – Susanoo zmarszczył krzaczaste brwi. – Mógłbym użyć podniosłych słów i rzec, że byłeś przykładnym bushi i zasłużyłeś na możliwość zmiany decyzji. Tylko że to wierutne kłamstwo. Robię to wyłącznie dla rozrywki, bowiem mam zamiar przyglądać się z dala twoim poczynaniom. Jak więc będzie?
Targały mną wątpliwości, ale podjąłem decyzję. Przed samobójstwem nie zdawałem sobie sprawy z konsekwencji. Teraz, uzbrojony w wiedzę, nie mogłem dopuścić, aby Kasumi spotkał tak okropny los. Psiakrew, po prostu nie mogłem. Drugi raz nie chciałem popełnić tego samego błędu.
– A więc idź i odnajdź ukochaną! Zwracam ci życie! Jesteś gotów, Shiro?
Kiwnąłem głową.
Tak jak i śmierci, nie bałem się powrotu do świata żywych.
Ze zdumieniem przyglądałem się własnemu odbiciu. Zupełnie nic się nie zmieniło, tradycyjna fryzura noszona przez samurajów, czyli włosy upięte na czubku głowy i wygolone nad czołem, pozostała na miejscu, podobnie zresztą jak i zbroja lamelkowa, a u pasa, dzięki niech będą Susanoo, tkwiła katana w pochwie.
Klęczałem jeszcze chwilę nad strumieniem, próbując zmyć ślady zakrzepłej krwi. Bez trudu odgadnąłem, że tuż obok wiedzie Tōkaidō, gdyż całkiem nieźle znałem te okolice. Taira musieli udać się na południe, z powrotem do swoich siedzib, więc ruszyłem również w tym kierunku. Powinienem ich śledzić, w tej chwili ważniejsza była wojna, dopiero potem mogłem zaopiekować się Kasumi.
Następnego dnia wreszcie spotkałem kogoś na trakcie. Tym kimś okazał się postawny kupiec przewożący naręcza skór, narzędzia i wszelkiej innej maści towary na wozach zaprzęgniętych w woły. Szczerze się zdziwiłem, widząc ubogą eskortę złożoną z zaledwie kilku zbrojnych.
– Witaj, wędrowcze – zawołał dziarsko handlarz, kiedy mnie dostrzegł. Na widok pokrwawionej zbroi wybałuszył oczy i wstrzymał karawanę. – Czy jesteś ranny, panie?
– Nie, skądże – powiedziałem. – To tylko pozostałość po pewnej potyczce. Potrafię o siebie zadbać. A jak jest z tobą? W tych ponurych czasach rzadko widuję równie nierozważnych kupców, podróżujących bez należytej ochrony.
– A czego niby miałbym się bać, hm? Odkąd tytuł shōguna spoczywa w rękach Sanetomo Minamoto, te ziemie cieszą się względnym spokojem…
– Zaraz, zaraz – przerwałem mu pośpiesznie. – Jak to?! A cóż się stało z wielkim Yoritomo?!
– Przecież umarł już dawno – odrzekł mężczyzna, przyglądając się dziwnie, zupełnie jakby lękał się o stan mojego umysłu. – Po nim przez dwa lata panował pierwszy syn Yori’ie, a po jego śmierci nadeszła kolej na rządy młodszego Sanetomo.
– A wojna?!
– Jaka wojna? – Na twarzy kupca widać było coraz większe zdumienie.
– Między Minamoto a Taira! – zawołałem z narastającą złością.
– Aaaa… Cóż, minęło wiele lat, odkąd Yoritomo Minamoto zwyciężył ród Taira i podporządkował sobie większość kraju. Pamiętam, że byłem całkiem mały, kiedy po raz pierwszy opowiedziano mi, jak podczas ostatniej bitwy samobójstwo popełnił małoletni cesarz Antoku wraz ze swoją babką…
Słuchałem z otwartymi ustami, zastanawiając się, czy to on zwariował, czy ja. A potem do głowy wpadła mi pewna myśl, która sprawiła, że całe ciało przeszyły dreszcze.
– Ile dokładnie czasu upłynęło?
Rozmówca podrapał się palcem po brodzie.
– Będzie już prawie trzydzieści lat.
– To… niemożliwe – wyszeptałem.
Nagle zrozumiałem, iż Susanoo przywrócił mnie do życia, ale w znacznie późniejsze czasy. W jednej chwili dobyłem katany i z całej siły wbiłem ostrze w pień drzewa.
Zadrżałem z bezsilnej wściekłości. Nie chciałem uwierzyć, bo i jakże losy upragnionej wojny mogły się rozstrzygnąć bez mojego udziału? A chwała, która przypadła innym, a powinność, a obowiązek wobec rodu? Owszem, popełniłem seppuku, ale skoro Susanoo dał mi drugą szansę, musiałem przecież uczestniczyć w zwycięstwie nad Taira! W ostatecznym rozrachunku nawet jeśli Minamoto zwyciężyli, nie czułem z tego powodu radości. Uczucie dziwnej pustki na dobre wypełniło podświadomość.
A co z Kasumi? Czy przetrwała tamten burzliwy okres? Czy byłem w stanie w ogóle ją odnaleźć?
Ktoś inny machnąłby pewnie ręką i zaczął wszystko od nowa, ale ja nie potrafiłem tego uczynić.
I nie miałem najmniejszego zamiaru się poddawać.
Przeszedłem Kraj Kwitnącej Wiśni wzdłuż i wszerz. Wiem – brzmi to banalnie – ale tak właśnie było. Od górzystej i wulkanicznej wyspy Ezo, aż po gęsto zalesione połacie Kiusiu. Nie spotkałem jej na zatłoczonych ulicach Kamakury, najważniejszego miasta w państwie, gdzie co krok powiewały dumnie proporce rodu Minamoto, ani w licznych górskich wioskach przytulonych do ogromnych skalnych masywów. Nie znalazłem też żadnego śladu w przydrożnych gospodach usianych wzdłuż najważniejszych traktów handlowych, nikt nigdzie nie potrafił udzielić mi żadnej wartościowej informacji.
To przypominało szukanie igły w stogu siana – ja sam jeden przeciw wielkiej, tajemniczej i niezbadanej Japonii.
Spytacie pewnie, czy odwiedziłem wioskę mojego dawnego daimyō. A i owszem, zaraz na samym początku moich poszukiwań, lecz zastałem tylko zgliszcza, jałową ziemię oraz opowieść o śmierci pana Takeshi’ego, którą uraczył mnie pewien pasterz mieszkający nieopodal. Niestety nie było w niej ani krzty chwały, ani bohaterstwa. Ponoć Takeshi Genji nie poległ na polu bitwy, lecz zmarł z powodu zakażenia, które wdało się w krew po upadku z galopującego wierzchowca.
Pierwszy raz w życiu pojąłem, czym naprawdę jest samotność. Moja wędrówka wciąż trwała, choć wiedziałem, że żyję wyobrażeniem kobiety, która zapewne nie istnieje. Nawet gdyby Kasumi przetrwała, byłaby teraz zupełnie inną, nieznaną mi osobą.
Wreszcie po upływie kolejnych tygodni zrozumiałem, że ona umarła, choć oczywistym kłamstwem byłoby stwierdzenie, że się z tym pogodziłem. Jeszcze długo wypatrywałem jej w każdym napotkanym miejscu, ale bez żadnego skutku.
W międzyczasie imałem się różnych zajęć, musiałem wszakże zarobić na utrzymanie. Mimo iż powróciłem z zaświatów, nadal nie mogłem obyć się bez jadła i napitku. Pracowałem jako portowy strażnik, służyłem również w świcie kilku pomniejszych daimyō, wasali shōguna Sanetomo. Nikt mnie nie poznawał, więc nie mogłem korzystać z przywilejów stanu bushi.
Czas mijał, a ja traciłem nadzieję. Kiedy nic nie idzie po twojej myśli, zaczynasz szukać winnego.
Nie musiałem szukać długo.
Ryo był odpowiedzialny za każde nieszczęście. Przeklinałem jego imię przed posiłkami i przed zaśnięciem, marzyłem, aby przeciąć tętnicę i umoczyć klingę w krwi tego obłudnika. Lękałem się jednak, że zginął podczas wojny i już nigdy nie dane będzie mi skrzyżować z nim ostrza.
Zdarzyło się jednak, że kiedy tułałem się bez celu po północnych rubieżach Kantō, dość przypadkowo natrafiłem na pewien trop. Była wczesna wiosna, wszędzie bieliło się od kwitnących śliw, a przydrożne łąki wprost tonęły w powodzi niebieskawych irysów.
Stara karczma, podobnie jak wiele innych tego typu budowli, wznosiła się tuż przy trakcie i kusiła podróżnych nęcącymi zapachami strawy dolatującymi z kuchni. One przede wszystkim sprawiły, że przekroczyłem wrota gospody i zamówiłem gorący posiłek.
Właścicielem przybytku okazał się szeroko uśmiechnięty staruszek, który korzystając z okazji, że brakowało innych gości, usiadł obok mnie i zajął rozmową. Najpierw gawędziliśmy o rzeczach błahych jak śnieg na stokach gór Tanzawa, potem zaś starzec opowiadał o minionych dziejach, rad, że wreszcie znalazł wdzięcznego słuchacza, choć ja błądziłem myślami zupełnie gdzie indziej. Dopiero kiedy wspomniał wojnę między Minamoto a Taira, nadstawiłem uważniej ucha.
– Tak, tak – gospodarz wyraźnie się ożywił, dostrzegłszy moje nagłe zainteresowanie. – Pamiętam dobrze… Również tych terenów nie ominęły krwawe walki, wielu prawdziwych bushi poległo na naszej ziemi. Na szczęście są i tacy, którzy przeżyli tamte dni krwi i popiołu. Bracia Hachirou i Hikaru Minamoto, waleczny Ryo Heishi, a także jednoręki Kenshin to tylko najznaczniejsi z nich. Niestety coraz rzadziej przejeżdżają oni obok mej karczmy, zawsze jednak gotowi są wstąpić na czarkę herbaty i powspominać dawne czasy.
– Jak powiedziałeś, czcigodny gospodarzu? Ryo Heishi? – spytałem, a serce zabiło mi mocniej.
– Owszem. Mieszka o kilka dni drogi stąd i zarządza swymi włościami, które otrzymał po wojnie w zamian za oddanie dla sprawy Minamoto. Aż do teraz cieszy się zresztą wielkim poważaniem wśród tutejszych daimyō.
– A czymże zasłużył się dla rodu?
– Nigdy nie mówił o tym chętnie, ba, zazwyczaj zbywał tę kwestie milczeniem, ale z tego, co powiadają, można wywnioskować, iż początkowo walczył przeciw Minamoto. Możliwe, że w trakcie wojny zrozumiał jak wielkimi zbrodniarzami są Taira i postanowił ich porzucić. Podobno dzięki zebranym przezeń informacjom udało się wygrać potem kilka kluczowych potyczek.
Choć nękały mnie wątpliwości, poczułem przypływ ponurej radości. Czyżbym miał do czynienia z zrządzeniem losu? A może Susanoo wreszcie postanowił mi pomóc i skierował do owej gospody? Wątpię, by ktoś prócz niego samego był w stanie udzielić odpowiedzi.
Wypytałem jeszcze starca o drogę, podziękowałem za gościnę i ruszyłem w dalszą wędrówkę, przeczuwając, że będzie to jej ostatni etap.
Noc okryła całą okolicę całunem mroku i ciemności. Skromna siedziba Ryo sterczała na wzgórzu, z daleka prezentując podróżnym swe gabaryty. Był to niewielki dom z werandą, otoczony paroma budynkami gospodarczymi i ogrodem. Już z daleka wypatrywałem wartowników, ale nie dostrzegłem żadnego zbrojnego. Widocznie przeceniłem czujność wroga, który albo w czasach pokoju nikogo się nie obawiał, albo nie miał dość pieniędzy na opłacenie straży. Tak czy siak, wszystko układało się nader dobrze. Chciałem z zimną krwią zamordować Ryo oraz całą jego rodzinę, lecz nie miałem zamiaru się spieszyć. Pragnąłem jedynie, aby zemsta smakowała słodko i jak najdłużej.
Ryo zniszczył mój świat i pohańbił kobietę, którą kochałem. Zasłużył na tortury, które dlań zaplanowałem.
Ukryłem konia w chaszczach u podnóża wzniesienia i podkradłem się w pobliże domostwa. Kolejny raz szczęście się do mnie uśmiechnęło, bowiem dotarłem niezauważenie do sosnowych drzwi i pchnąłem je powoli, uprzednio dobywszy ze zgrzytem katany.
Wnętrze było przytulne i suche, a w powietrzu unosił się zapach świeżo zerwanych kwiatów. Nie zdążyłem się nawet dokładnie rozejrzeć, kiedy kątem oka ułowiłem jakiś ruch. Obróciłem się w tamtą stronę i zobaczyłem stojącą w przejściu rozbudzoną, odzianą w stare kimono kobietę.
A zatem przedstawienie czas zacząć!
Ścisnąwszy mocniej katanę, podszedłem bliżej i nagle zamarłem.
Znałem tę twarz, mimo iż zmieniła się ona mocno od naszego ostatniego spotkania. Skóra, już nie tak gładka jak dawniej, teraz straszyła jedynie siecią zmarszczek i bruzd, włosy wypłowiały, a prosty niegdyś nosek przekrzywił się znacznie, zapewne wskutek złamania.
Kiedyś marzyłem, że gdy wreszcie odnajdę ukochaną, padniemy sobie w ramiona i będzie jak w snach. Niestety zdrowy rozsądek zawsze temu przeczył.
Moja mała Kasumi.
– To ty – ledwie zdołała wydukać. Chciała cofnąć się do innej izby, ale powstrzymałem ją, unosząc katanę na wysokość piersi.
– Wróciłeś, żeby skończyć to, czego nie potrafiłeś uczynić trzydzieści lat temu! – wrzasnęła drżącym z przejęcia głosem, lecz nie ruszyła się nawet o krok, zapewne czując chłód ostrza na skórze.
Milczeliśmy przez chwilę, oddychając głośno.
– Jak mogłaś… za takiego potwora jak Ryo…
– To był warunek paktu Yoritomo z Heishim, nie mogłam nic zrobić – rzekła lodowatym głosem.
– Wyjedźmy! Ucieknijmy stąd razem! Wiem, że dzieli nas wiele lat, ale… uczynię cię szczęśliwą.
– Nie…
– Kochasz go zatem? – Mój głos przepełniony był wyrzutem.
– A jakie to ma teraz znaczenie – powiedziała dumnie, wydymając wargi. Zaraz jednak dodała cicho: – Owszem, kocham.
– Czyżbyś zapomniała o krzywdach, które ci wyrządził?
– To wszystko zdarzyło się przez ciebie! Tobie chciał odpłacić za dawną zbrodnię, kiedy przekroczył progi domu mego ojca! Ja padłam jedynie ofiarą planu zemsty! Wiem, że zabiłeś oblubienicę Ryo w czasie pierwszej wojny klanów! Nie jesteś lepszy niż on!
Pobladłem na twarzy. Czy to mogła być prawda? Mało co pamiętałem z nocy, kiedy Minamoto postanowili odwdzięczyć się za bestialskie mordy dokonane przez ród Taira.
Nagle coś zaskrzypiało. Obróciłem się i ujrzałem dobrze zbudowanego chłopaka, mającego nie więcej niż siedemnaście, no, może osiemnaście lat. W dłoniach dzierżył już własny miecz, a kiedy dostrzegł, że celuję kataną w Kasumi, skoczył do przodu z wrzaskiem mogącym zbudzić nawet umarłego.
Skrzyżowane ostrza zadźwięczały donośnie, krzesząc iskry. Stanęliśmy naprzeciw siebie, sondując umiejętności przeciwnika i wymieniając ciosy.
W ostatecznym rozrachunku młodzieniec nie mógł się ze mną równać, mimo iż dość długo radził sobie całkiem nieźle, parując błyskawicznie i zajadle kontrując niepozornymi na pierwszy rzut oka uderzeniami od dołu.
Nasze miecze znów zwarły się w powietrzu, a ja, skorzystawszy z okazji, poczęstowałem chłopaka solidnym kopniakiem w kolano. Biedak jęknął z bólu i prawie natychmiast odpowiedział sztychem. Natarł szybko, ale i nerwowo, popełniając garść prostych błędów.
Odbiłem rozpędzony miecz młokosa i dokładnym cięciem rozpłatałem jego brzuch. Strumień krwi zbroczył znoszoną hakamę, a syn Ryo ze zdziwieniem w oczach bezwładnie i powoli osunął się na posadzkę.
– Nie! Shiro! – wrzasnęła Kasumi, po czym dopadła do ciała i je przytuliła.
Shiro? Nazwała dziecko moim imieniem? Puściłem katanę, która z brzdękiem upadła na podłogę. Popatrzyłem ze smutkiem na truchło chłopca. Równie dobrze on mógł być moim synem, gdyby wszystko potoczyło się inaczej.
Susanoo, czemuś nie przywrócił mnie do życia zaraz po samobójstwie?! Czemuś?!
– Przykro mi – szepnąłem. – Chciałbym móc cofnąć czas, Kasumi–chan…
– Zejdź z moich oczu! Pozwól, bym w spokoju opłakała syna! Odejdź i już nigdy nie wracaj!
Obróciłem głowę, by nie oglądać łez Kasumi, ona zaś błyskawicznie porwała synowski miecz z podłogi. Nie zdążyłem nawet zareagować; zaryczałem z potwornego bólu i ze zgrozą popatrzyłem na ostrze wystające z mojej piersi.
Potem poczułem tylko, jak lecę w dół i uderzam głową o chłodną posadzkę. Ostatnim, co zobaczyłem, był kwiat lotosu zawiązany w jej włosach.
Nagle serce podskoczyło mi do gardła, kiedy wreszcie przypomniałem sobie tamtą zamordowaną dziewczynę. Ukochaną Ryo, która w dniu odwetu Minamoto na Taira ozdobiła fryzurę śnieżnobiałą rośliną. Gdy odnalazłem Kasumi w zniszczonej wiosce pana Takeshi’ego, również miała ona przypięty kwiat lotosu. A więc rzeczywiście to wszystko było starannie zaplanowaną grą, którą podjął ze mną Ryo, aby dokonać zemsty. Tyle tylko, że ja dopiero teraz zorientowałem się w regułach tej gry.
Powoli odpływałem, a przed oczyma wciąż jawił mi się zwiędły, pognieciony i upaprany krwistą czerwienią kwiat lotosu.
- No-dachi – dużych rozmiarów miecz dwuręczny.



