» Recenzje » Kuźnia Ciemności

Kuźnia Ciemności

Kuźnia Ciemności
Steven Erikson zakończył swoją monumentalną, dziesięciotomową serię, ale nie ma zamiaru kończyć z opowiadaniem nam historii o bogach, półbogach, obcych rasach i ludzkim okrucieństwie. Ile nowego można jednak przekazać czytelnikom w prequelu?

Choć każda powieść z Malazańskiej Księgi Poległych zawierała interesującą "teraźniejszą" fabułę, równie ciekawe były zawsze fragmenty poświęcone zamierzchłej przeszłości, czasom, gdy świat był niszczony przez wojny między niemal wymarłymi na początku serii rasami, a pradawni bogowie wywierali bezpośredni wpływ na losy imperiów. Dlatego też niecierpliwie czekałem na premierę Kuźni Ciemności, w której autor zapowiedział przedstawienie wydarzeń, jakie doprowadziły do rozłamu między Ciemnością, Światłem i Cieniem. Po zakończeniu lektury jedno stało się pewne – powieść różni się znacząco od opus magnum Stevena Eriksona.

Nie ma Tiste Andii, Tiste Liosan ani Tiste Edur – jest tylko rządzony przez Matkę Ciemność lud Tiste, jeszcze niepodzielony, choć już od początku książki możemy zaobserwować praprzyczyny prowadzące do przyszłego konfliktu. Czczona jako bogini Matka nie ma zamiaru brać z nikim ślubu, co arystokracja mogłaby zaakceptować, gdyby nie to, że Ciemność wzięła sobie jako kochanka Draconusa: pochodzącego z obcych stron mężczyznę, który otrzymał tytuł i ziemię w podejrzanych okolicznościach. Wielu uważa, że najwłaściwszym partnerem dla królowej Kurald Galain byłby Vatha Urusander, najwyższy przywódca legionów i bohater narodowy; on jednak nie ma zamiaru wtrącać się do polityki i zależy mu tylko na utrzymaniu pokoju w królestwie. Niestety, niechęć Urusandera do objęcia władzy nie ma żadnego znaczenia, jako że inni konspirują w celu doprowadzenia do wojny domowej, która ponownie usprawiedliwiłaby powołanie stałego wojska, a tym samym zapewniła mu większość władzy. Już dostatecznie napiętą sytuację dodatkowo komplikuje pojawienie się T'riss, przybyłej znad morza Vir obcej pozbawionej pamięci, której wizyta będzie miała większe konsekwencje, niż ktokolwiek sobie wyobraża...

Jak zwykle u Eriksona najważniejszą rolę odgrywa świat przedstawiony i choć mogłoby się wydawać, że po przeczytaniu dziesięciu powieści wiemy już o nim wszystko, to autor w Kuźni Ciemności wręcz ze złośliwą radością uświadamia nam, jak bardzo się mylimy. Pierwsze i podstawowe zaskoczenie rodzi fakt, że przedstawieni w książce Tiste różnią się od wyobrażeń wyrobionych po lekturze Malazańskiej..., gdzie opisani są jako nieśmiertelni, dostojni i podobni do elfów mistrzowie miecza oraz czarownicy. Tutaj widzimy ich bez upiększeń, jako zwykłych żołnierzy, arystokratów, artystów i rzemieślników, którzy, jak każda inna opisana w serii rasa, dążą do samozagłady. Pozostałe niespodzianki są nieco innej natury – wiele rzeczy, jakie uznawaliśmy za pewne po lekturze Księgi Poległych, okazuje się nieprawdą. I tak Matka Ciemność wcale nie stworzyła świata, Anomander, Silchas i Andarist są jej dziećmi tylko w metaforycznym sensie, Osserc w żadnym razie nie może być ojcem Sukul i jej sióstr, a Caladan Brood jest znacznie starszy, niż można było przypuszczać. Z jednej strony budzi to zaciekawienie i przez to z chęcią przewraca się kolejne strony w poszukiwaniu następnych okruchów wiedzy na tematy, wydawałoby się, już omówione, ale z drugiej niektórzy mogą uznać pisarza za zwykłego naciągacza, który zmienia wedle swojego widzimisię wcześniej ustalone fakty. Tradycyjnie też każda odpowiedź łączy się z trzema nowymi pytaniami. Z ostateczną oceną tego zabiegu wstrzymam się do momentu zakończenia trylogii, ale na razie muszę przyznać, że Eriksonowi nieźle wychodzi podtrzymywanie czytelniczego zainteresowania oraz chęci spekulowania i tworzenia nowych teorii na temat historii świata i bohaterów.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Fani cyklu zapewne zauważyli, że w powyższym zarysie fabuły zabrakło wzmianek o Anomanderze i Silchasie, Ossercu, Scabandarim i pozostałych postaciach, których początki powinniśmy obserwować właśnie w Kuźni... Odpowiedź jest prosta – zdecydowana większość znanych nam z Malazańskiej... bohaterów została tu obsadzona w rolach drugoplanowych, podczas gdy akcję śledzimy z perspektywy grona nowych postaci, co również może budzić mieszane odczucia. Przed rozpoczęciem lektury na pewno nie spodziewałem się, że Anomander Rake, przyszły władca Odprysku Księżyca i jeden z najistotniejszych dla fabuły serii bohaterów, pojawi się w zaledwie kilku scenach, w których nie odegra zbyt istotnej roli. Zamiast tego Erikson uznał za ważniejsze zaznajomienie nas z punktem widzenia sześcioletniego Orfantala lub niewidzianego nigdy wcześniej w cyklu (choć co do tego wcale nie ma pewności...) Arathana. Nie da się nazwać tego wadą samą w sobie, ale wywołuje to jednak pewne rozczarowanie. Minusem jest na pewno nadmiar bohaterów, gdyż zamiast skupić się na kilku najistotniejszych, Kanadyjczyk swoim zwyczajem stworzył ich całą chmarę, z których może jedną trzecią można nazwać interesującymi i dobrze wykreowanymi, podczas gdy reszta reprezentuje różne odcienie przeciętności.

Mimo że Erikson zapowiadał przed premierą zauważalną zmianę w stylu, ciężko jest dostrzec jakieś istotne różnice, stała się za to rzecz niemożliwa – atmosfera książki  jest jeszcze bardziej ponura, a że już poprzednie powieści pisarza (takie jak chociażby Myto Ogarów i Pył snów) były miejscami naprawdę ciężkie, należy to uznać za wyczyn. We wcześniejszych tytułach pióra tego autora zawsze pojawiały się jednak elementy rozluźniające atmosferę i postaci czysto humorystyczne – w Kuźni... niczego takiego nie uświadczymy. Zostajemy skazani na podróż eksplorującą tematy tak wesołe jak ludzka niegodziwość, niesprawiedliwość losu oraz jednostki miażdżone przez przemiany dziejowe. Powraca też kolejna charakterystyczna cecha pisarstwa Kanadyjczyka, którą jest skłonność do zmuszania niemal każdej postaci do snucia filozoficznych rozważań, bez względu na to, czy robi to wykształcony lord, czy prosty żołnierz. Jestem w stanie wiele wybaczyć Eriksonowi, ale nawet ja muszę przyznać, że większość tego typu wstawek można by usunąć bez straty dla fabuły.

Mieszane odczucia budzi również konstrukcja fabuły: poszczególne tomy Malazańskiej... charakteryzowały się wolnym rozwojem akcji, lecz im bliżej końca, tym ciekawsze stawały się kolejne rozdziały, po czym książkę wieńczył emocjonujący, świetnie napisany finał. Kuźnia Ciemności ma z kolei interesujący początek, fascynujący środek... po czym napięcie zaczyna stopniowo opadać, a powieść kończy się ot tak, bez emocji i kulminacji wątków. Można to uzasadnić tym, że mamy do czynienia z pierwszą częścią trylogii, która ma zbudować grunt pod kolejne tomy, ale nie usprawiedliwia to niższego poziomu drugiej połowy książki.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Mimo wszystko nie mamy do czynienia z kiepską powieścią. Kuźnia Ciemności wciąż jest co najmniej dobra, jednak brakuje jej wielu elementów, które pozwalały zapomnieć o występujących również w Malazańskiej... wadach. Co więcej, pierwsze tomy cykli są z reguły trudniejsze w lekturze od kontynuacji, co dało się już zaobserwować w Księdze Poległych, której pierwsza część stanowiła niezaprzeczalnie najsłabsze ogniwo. Pomimo niedostatków najnowszą powieść Eriksona powinni przeczytać wszyscy fani jego poprzednich książek – oni są już uodpornieni na większość niedopatrzeń.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę
7.5
Ocena recenzenta
9
Ocena użytkowników
Średnia z 1 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: Kuźnia ciemności (Forge of Darkness)
Cykl: Kharkanas
Tom: 1
Autor: Steven Erikson
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Wydawca: MAG
Data wydania: 28 czerwca 2013
Liczba stron: 640
Oprawa: miękka
Format: 165x230 mm
ISBN-13: 978-83-7480-361-8
Cena: 49 zł



Czytaj również

Kuźnia ciemności
Dawno, dawno temu, gdzieś w odległym Kharkanas
- recenzja
Okaleczony Bóg
Wielkie zamknięcie
- recenzja

Komentarze

string(15) ""

Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.