» Artykuły » Inne artykuły » Książki w 2013 - Patryk Cichy

Książki w 2013 - Patryk Cichy

Książki w 2013 - Patryk Cichy
Rok 2013 to dla mnie jeden z najgorszych w tej dekadzie jeśli chodzi o liczbę przeczytanych książek. Było ich raptem 38, z czego tylko 18 wydano w ciągu minionych dwunastu miesięcy. Mimo że nie mogę poszczycić się wieloma tytułami, to, co przyswoiłem, okazało się naprawdę interesujące. Nawet jeśli z różnych powodów nie tchnęło świeżością.

Trochę strasznie...

Każdy, kto poświęcił czasem chwilę na przejrzenie pisanych przeze mnie recenzji, dobrze wie, że rok bez powieści Grahama Mastertona to dla mnie rok stracony. Nie inaczej było i tym razem: udało mi się przeczytać jedną nowość, czyli Panikę z Rebisu, w której Masterton ponownie zawitał fabularnie w polskie realia. W odróżnieniu od Dziecka ciemności – jak dotychczas jedynej książki pisarza rozgrywającej się w całości w Polsce – tylko częściowo zahacza o nasz kraj, gdzie toczy się raptem jedna trzecia akcji. Cieszy jednak, że taki powrót do korzeni (bądź co bądź sam autor przyznaje się do polskiego pochodzenia) zaowocował całkiem porządną powieścią grozy. Nie postawiłbym jej obok jego najwybitniejszych osiągnięć, ale zdecydowanie zapewniła godziwą rozrywkę z okazjonalnym  dreszczykiem, wzbogaconą o rzadkie w bibliografii Brytyjczyka wątki ekologiczne.

Jak co roku, na księgarskich półkach nie mogło zabraknąć wznowień Mastertona, dlatego też przypomniałem sobie trzy horrory, które czytałem już dwadzieścia lat temu. Na pierwszy ogień poszedł Trans śmierci z Repliki, pretendujący do miana grozy psychologiczno-obyczajowej – książka znudziła mnie niemal śmiertelnie jako nastolatka, teraz natomiast okazała się bardzo przyjemnym zaskoczeniem. Powieść to wielce udana, choć czytelnika oczekującego szybkiej akcji i epatowania makabrą stanowczo nie zadowoli. Trochę inaczej sprawa ma się  z wznowionymi przez Rebis Kostnicą i Dziedzictwem. Obie skromne objętościowo książki nadal działają na wyobraźnię niemal równie skutecznie jak na początku lat 90., gdy miałem okazję przeczytać je po raz pierwszy. Oferują horror w starym, dobrym stylu, na którym niejeden zwolennik gatunku się wychował, i który z pewnością może trafić do młodszego odbiorcy. Odetchnąłem zatem z niekłamaną ulgą: kruche, nostalgiczne wspomnienia starego fana zostały zachowane. Martwi nieco, że nowa książka nie była tak dobra jak powtórki starych hitów, ale może w 2014 Masterton lepiej sobie poradzi.

Najważniejszym okołomastertonowskim projektem roku była antologia Dziedzictwo Manitou, zawierająca opowiadania polskich autorów grozy, debiutantów i weteranów, swoimi tekstami składających pisarzowi hołd. Zestaw okraszono premierowym Obserwatorem autorstwa samego Mastertona, który ponownie starał się przekroczyć granice dobrego smaku, tworząc jedno z najobrzydliwszych opowiadań w swojej karierze. Zbiór okazał się naprawdę udaną kolekcją koszmarów (choć nie zabrakło w niej autorów mierzących zdecydowanie bardziej w humor niż w horror); bez wahania należy polecić ją czytelnikom mocno wyrobionym w gatunku.

Oprócz tej antologii nie czytałem zbyt wiele polskiego horroru, jednak udało mi się wyłowić prawdziwą perełkę, Krew, pot i łzy, autorstwa debiutującej pod pseudonimem Carli Mori. Wydana przez Oficynkę w coraz lepiej radzącej sobie serii Ja gorę powieść jest udanym połączeniem satanistycznej grozy z klasycznym kryminałem i nie szczędzi czytelnikowi ani makabrycznych opisów, ani wątków teologicznych zahaczających o herezję. Skandalu artystyczno-religijnego co prawda nie wywołała, ale z pewnością mogła tego i owego odbiorcę nieco zgorszyć. Mnie natomiast zainspirowała do uważnego śledzenia kolejnych literackich poczynań pani Mori.

Zupełnie odwrotnie niż w przypadku książki I dusza moja Michała Cetnarowskiego, przerzucającej pomost między dreszczowcem a literaturą głównego nurtu. Owszem, smutny opis psychologicznych konsekwencji wybuchu strzelaniny w jednym z polskich liceów zawiera sporo ciekawych pomysłów, jednak pierwsza połowa wydanej przez Powergraph krótkiej powieści okazała się o wiele bardziej udana niż rozczarowujące rozwinięcie i zakończenie. Umowna przynależność tytułu do fantastyki wynika zaś z pewnego wątku, który chyba większości recenzentów zabił solidnego klina: przyznaję, że i ja nie do końca zrozumiałem odrealnione sekwencje dotyczące postaci pewnej nauczycielki. Ogólnie I dusza moja zrobiła na mnie wrażenie pozycji o ogromnym potencjale, który, chyba wskutek pośpiechu, nie został należycie wykorzystany. Panu Cetnarowskiemu należy się mimo wszystko uznanie za eksplorację ważkiej i niełatwej tematyki.

Nietypowa sytuacja miała miejsce w kwietniu, bowiem Fabryka Słów i Drageus postanowiły zawalczyć o tego samego czytelnika, wydając w niespełna tygodniowym odstępie dwie powieści na niemalże identyczny temat. Michael Vey: Więzień celi 25 Richarda Paula Evansa i Obca pamięć Dana Krokosa opowiadają historie nastolatków odkrywających u siebie nadprzyrodzone moce, czyniące z nich superbohaterów, którzy następnie muszą uniknąć pojmania przez organizacje pragnące owe talenty wykorzystać w sposób niemoralny. Podobieństwa można wymieniać, nie zamierzam jednak tego robić i poprzestanę na stwierdzeniu, że to Fabryka wyszła z tego starcia zwycięsko, gdyż Więzień... okazał się bardzo sprawnie napisanym oraz trzymającym w napięciu kawałkiem młodzieżowej prozy. Drageus natomiast zaserwował mi pozycję dość niestrawną, chaotycznie skonstruowaną, w większości pozbawioną dobrze funkcjonującej dramaturgii, autentycznie przyprawiającą o bóle głowy z bezsilnej frustracji w trakcie czytania. Obie powieści stanowią początki cykli, jednak muszę przyznać, że nie jestem aż tak ciekaw, co kiedyś w swojej serii jeszcze opowie niedojrzale debiutujący Krokos.

Interesuje mnie za to, co tenże autor wymyśli w swoim drugim uniwersum, którego początek miałem okazję poznać w jego kolejnej powieści, Złodzieje planet. Choć ta dziecięca space opera nie grzeszy zbytnią oryginalnością (ponownie ziemska flota mierzy się z zagrożeniem ze strony tajemniczych i bezlitosnych obcych), od nudnej Obcej pamięci różni ją fakt, że emocje i zaskoczenia towarzyszą w trakcie czytania na każdym kroku. Zdecydowanie nie jestem głównym odbiorcą tego typu literatury, a jednak wydana również nakładem Drageusa książka okazała się naprawdę skutecznym remedium na migreny spowodowane znacznie mniej udanym debiutem pisarza.

... bardzo kosmicznie...

Na tym jednak nie koniec barwnych kosmicznych epopei ściągniętych przez to wydawnictwo na polski rynek. Jesienią dostaliśmy także Rozgrywkę w ciemno, początek kolejnej gwiezdnej sagi – Odyssey One. Evan Currie, trochę jak wcześniej omawiany autor, zdołał z dobrze znanych motywów sklecić bardzo wciągającą i ekscytującą opowieść, która, mimo niemal 600-stronicowej objętości, nie nuży ani przez chwilę, co już jest osiągnięciem. Zresztą, pisarz raczej nie wstydził się konwencjonalnych wątków fabularnych, skoro już w samych opisach i dialogach umieścił bezpośrednie aluzje do klasyki SF, choćby do filmów z cyklu Obcy. Kontynuacja tej powieści znajduje się na mojej liście tytułów do przeczytania nawet wyżej niż Złodzieje planet.

Choć nie mogę się chwalić książkami, których nie przeczytałem, tak czy inaczej muszę zauważyć, że w roku 2013 Drageus z godną podziwu determinacją usiłował uchylić nam rąbka tajemnicy głębokiego kosmosu, bo zaproponował wielbicielom space opery jeszcze jeden cykl z tego gatunku. Star Carrier doczekał się w Polsce jak na razie trzech tomów, wydanie czwartego (na chwilę obecną ostatniego) natomiast jest planowane na marzec. Sądząc po recenzjach naszej redakcyjnej koleżanki, Aleksandry "yukiyuki" Cyndler, seria trzyma poziom i warto będzie po nią sięgnąć w tym roku. Cieszy fakt, że nowy wydawca wszedł na rynek kosmicznej science fiction tak mocnym krokiem.

Aby ponownie nawiązać do tematyki superbohaterów, należy odnotować udany początek kolejnego cyklu Jakuba Ćwieka, którym jest Dreszcz. Przygody Ryśka, podstarzałego nieroba w dziwnych okolicznościach obdarzonego iście komiksowymi mocami, napisane w charakterystycznym dla autora stylu – ten zbiór opowiadań pełni jednocześnie funkcję dłuższej opowieści – dostarczyły mi sporo dobrej zabawy, suto okraszonej swojskim, na wskroś polskim humorem, ale i niegłupimi obserwacjami społecznymi. Ciekawie zaplanowana kampania promocyjna Fabryki Słów – a w niej nietypowy event polegający na premierze w warszawskim "Tramwaju do piekła" – uczyniła z książki rozchwytywaną pozycję. Ale nie oszukujmy się: jeśli ktoś do tej pory nie zasmakował w typowym dla Ćwieka popkulturowym miszmaszu, ukazującym klasyczne dzieła rozrywkowe od nietypowej strony, to i Dreszcz tego nie odmieni.

Nieszczególnie udany za to okazał się mój pierwszy kontakt z pisarstwem popularnego czeskiego autora, Miroslava Žambocha, którego Percepcja wydała mi się raczej konwencjonalną powieścią sensacyjną, nie do końca sugestywnie przebraną w szaty wampirycznej urban fantasy epatującej mocną makabrą. Być może pisarz był zwyczajnie w gorszej formie, a może po prostu nie nadaję się na zapalonego fana jego twórczości. Dość, że tę powieść uważam za jedną ze słabszych jakie ostatnio czytałem.

... ze szczyptą apokalipsy...

Obok horrorów i space opery mój fantastyczny rok 2013 upłynął też pod znakiem postapokalipsy. Dan Evans, do tej pory znany w Polsce głównie jako autor dreszczowców, uraczył nas pierwszą częścią cyklu Częściowcy – opowieścią o trochę nietypowej apokalipsie wywołanej wirusem zaprojektowanym przez tytułowych superludzi. Mimo iż zapowiadana jako powieść młodzieżowa, historia okazała się jednak przeznaczona raczej dla starszych czytelników. Dostarczyła mi na tyle silnych wrażeń, że nie mogę się doczekać, aż Jaguar wyda kontynuację.

Jeszcze lepiej było w przypadku wyjątkowo ciekawego debiutu w polskiej fantastyce. Mowa o Ołowianym świcie, którego akcję Michał Gołkowski umieścił w znanym i lubianym przez miłośników gier komputerowych uniwersum S.T.A.L.K.E.R. Na poły powieść, na poły zbiór opowiadań o Misiu, Polaku który porzucił dotychczasowe życie i udał się do zakazanej Zony na poszukiwanie cennych artefaktów, dostarczył mi wielu niespodziewanych przemyśleń i zaskoczył wysokim jak na debiutanta poziomem warsztatowym. Nie zawaham się powiedzieć, że Ołowiany świt odsłonił przede mną nieznane aspekty wyklętej strefy, znacznie wybijając się ponad standardowe spin-offy towarzyszące popularnym markom. Gołkowski nie spoczął na laurach, bo przetłumaczył też na język polski świetną powieść Ukraińca Wiktora Noczkina Ślepa plama, również eksplorującą i poszerzającą wywodzący się z komputera świat. Najwięcej przyjemności dostarczył mi fakt, że mimo najszczerszych prób, nie umiałbym wskazać którą z nich uważam za bardziej udaną. Pozwala to mieć duże nadzieje w związku z otwartą przez Fabrykę Słów literacką serią S.T.A.L.K.E.R., w której Gołkowski będzie teraz zarówno autorem, jak i koordynatorem, jako że to on zajmie się doborem i przekładem kolejnych zagranicznych książek stalkerskich.

Pozostając w temacie literatury apokaliptycznej, muszę również polecić Silos Hugh Howeya, który w ostatnich latach z kompletnie nieznanego autora przemienił się w popularnego na Zachodzie pisarza. Jego powieść o społeczności wegetującej w wielokondygnacyjnym podziemnym kompleksie i skrycie marzącej o powrocie na powierzchnię Ziemi, zaprezentowała kilka naprawdę interesujących portretów psychologicznych oraz barwne tło obyczajowe. Warto poczekać na drugą część –  oby Papierowy Księżyc wydał ją jak najszybciej.

... a finał zaskoczył.

Na koniec postanowiłem zostawić powieść przeczytaną w ostatnich dniach grudnia, która wzięła mnie kompletnie z zaskoczenia, a do tego okazała się najlepszą pozycją w moim fantastycznym roku. Faworytem tym jest Co wie noc Deana Koontza z Albatrosa. Po niespełna dekadzie pisania kryminałów i dreszczowców z okazjonalną nutką niesamowitości, pisarz postanowił w ostatnich latach wrócić do horroru. Owocem są Dom śmierci i omawiana tutaj pozycja. Co wie noc jest wyborną podróżą do przeszłości gatunku klasycznych ghost stories, w stylu Stephena Kinga czy Jamesa Herberta. Powieść nastrojowa, wysmakowana stylistycznie, a co najważniejsze – całkiem straszna. To dla mnie znak, że muszę poważnie pomyśleć nad nadrobieniem zaległości w bibliografii Koontza, którego talent najwidoczniej podlega podobnej przemianie jak dobre wino.

Ale podsumowanie to nie tylko osiągnięcia (w moim przypadku było ich zresztą zawstydzająco mało), przełom lat skłonił mnie też do podliczenia kilku ważnych dla mnie książek, których (głównie z lenistwa) nie zdążyłem przeczytać. Najciemniejsze plamy na honorze wieloletniego wielbiciela horroru to oczywiście brak na mojej liście nowych powieści Stephena Kinga. Owszem, zdążyłem ponownie przeczytać wznowienie Carrie z Prószyńskiego, jednak lektura potwierdziła jedynie opinię, którą wyrobiłem sobie na temat owego debiutu jeszcze w latach 90. – to powieść poprawna, nosząca znamiona pośpiechu i niedopracowania, a zarazem wykazująca zalążki przyszłego ogromnego talentu. Nowe na polskim rynku Joyland i Doktor Sen spotkały się z bardzo przychylnym przyjęciem czytelników, a ja liczę na to, że przeczytam je jak najszybciej. Jest to dla mnie tym bardziej kłopotliwe, że King jest autorem, którego czytam tylko trochę krócej niż Mastertona. Wobec tego ostatniego też jestem nieco do tyłu: w ubiegłym roku wydał on również kolejny, ósmy już tom cyklu Rook, pod tytułem Ogród zła, także zajmujący miejsce na mojej półce w oczekiwaniu na swoją kolej.

Dlaczego moje podsumowanie nie tchnie porażającym pesymizmem? Chyba dlatego, że choć rzadko miałem czas i energię na czytanie czegokolwiek, książki, po które sięgałem, prawie zawsze okazywały się co najmniej dobre lub wręcz znakomite, więc stosunek ilości do jakości wynagrodził mi niewielką wydajność jako czytelnika. Nie wspominając o tym, że najlepszą okazała się powieść, od której oczekiwałem najmniej! Gdy zerknąłem na moją zeszłoroczną listę (od wielu lat pieczołowicie zapisuję każdą przeczytaną pozycję na kartce, jak na zapalonego bibliofila przystało), doszedłem do wniosku, że mój 2013 nie był wcale tak "biedny" jak mi się zdawało, dlatego, widząc niewielką liczbę tytułów, czułem mimo wszystko zadowolenie zamiast goryczy. Obym w kolejnym roku zdołał złapać nieco wiatru w żagle i solidnie przysiadł fałdów z nadrabianiem beletrystycznych zaległości.




Czytaj również

Spotkanie z Wiktorem Noczkinem
Nie przyszedł pisarz do Zony, przyszła Zona do pisarza
Droga donikąd
Zono moja
- recenzja
Łańcuch Pokarmowy
Kusicielka Zona
- recenzja
Ślepa plama
Daltonista wśród mutantów
- recenzja
Ciemna materia
Tłoczna pustka kosmosu
- recenzja
Star Carrier: Otchłań
Epopei kosmicznej ciąg dalszy
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.