» Artykuły » Inne artykuły » Książki w 2013 – Clod

Książki w 2013 – Clod

Książki w 2013 – Clod
Jeszcze do niedawna uważałem rok 2013 za całkiem udany czytelniczo, do czasu jednak! Zapoznając się z podsumowaniami baczka i Asthariela musiałem zrewidować swoje dotychczasowe przekonania, by dojść do wniosku, że było znacznie biedniej, niż początkowo myślałem. Możliwe, iż wiąże się to z faktem, że sporo fantastycznych książek, które przeczytałem w ubiegłym roku, zostało wydanych wcześniej, przez co nie mogły znaleźć się w tym podsumowaniu. Ale dość owijania w bawełnę, pora na konkrety!

Zaczęło się całkiem nieźle, i to polskim akcentem. Druga powieść Anety Jadowskiej z cyklu o Dorze Wilk (Bogowie muszą być szaleni) zdołała spełnić oczekiwania, zapewniając sporo rozrywki na bardzo przyzwoitym poziomie. Fani debiutanckiego Złodzieja dusz w kontynuacji mogli znaleźć wszystko to, co przypadło im do gustu w tomie pierwszym. Jadowska zrobiła wszystko jak należy, lecz tak naprawdę niczym nie zaskoczyła – przy tej okazji objawiły się również pierwsze znaki wskazujące na to, że Dora Wilk może cierpieć na syndrom Mary Sue. W dużej mierze znalazły one potwierdzenie w Zwycięzca bierze wszystko, trzecim tomie z serii, który ukazał się kilka miesięcy później. Jadowska po raz kolejny dostarczyła swoim fanom godziwej rozrywki, jednakże sprawdzona formuła nie doczekała się istotnych zmian. Pozostaje nadzieja, że część czwarta, zapowiedziana na ten rok, okaże się powiewem świeżości.

Niedługo później na rynku ukazała się najnowsza powieść Witolda Jabłońskiego, którą reklamowano jako polską Grę o tron. Mimo że Słowo i miecz z opus magnum George'a R. R. Martina ma bardzo niewiele wspólnego, to broni się niezwykle ciekawą wizją starcia pomiędzy pogańską religią Słowian a niosącymi krzyż i krew wyznawcami Chrystusa. Jabłoński otwiera przed czytelnikami podwoje do dawno zapomnianego świata, by pokazać, jak "naprawdę" wyglądał proces chrystianizacji ziem polskich. Fabuła powieści zamyka się w prostym schemacie drużyny, która musi zmagać się z kolejnymi trudnościami aby uchronić świat od zagłady, jednak historia została spisana w taki sposób i takim językiem, iż nie pozostaje nic innego jak chłonąć ją niczym gawędę snutą nocą przy ognisku.

Po kilku latach wyczekiwania w ręce fanów trafiła Wojna w blasku dnia. Niestety, trzeci tom cyklu, który przyniósł Peterowi V. Brettowi sławę na światową skalę, okazał się zaledwie niezłym czytadłem. O ile początkowe rozdziały niosły nadzieją na ciekawą lekturę, powieść nie sprostała bardzo wygórowanym oczekiwaniom. Ani kompletnie przezroczysty styl, ani coraz mniej wiarygodny świat, ani nieprzekonujący bohaterowie – absolutnie nic nie przemawia za tym, by owe czytadło miało prawo podbić serca czytelników na całym świecie. Szkoda, że wartościowsze książki nie cieszą się równie wielką popularnością.

Na szczęście na wysokości zadania stanął tak Joe Abercrombie, jak i wydawnictwo MAG, które przejąwszy prawa wydawnicze od ISY, w końcu wydało trzeci i ostatni tom debiutanckiego cyklu Brytyjczyka. Ostateczny argument królów okazał się nie tylko doskonałym zwieńczeniem trylogii Pierwszego prawa ale także udowodnił, dlaczego Abercrombie tak szybko zdobył sobie sławę oraz uznanie. Charakterystyczny, bezkompromisowy styl oraz mroczna, brudna i pełna czarnego humoru narracja połączona z plejadą arcyciekawych postaci stworzyły mieszankę wybuchową, która eksplodowała feerią barw w prawdziwie epickim finale. Tak się powinno zamykać cykle, tak się powinno pisać nowoczesną fantasy! Jeszcze przed Ostatecznym argumentem… na księgarskich półkach pojawiła się najnowsza powieść Brytyjczyka. W Czerwonej krainie Abercrombie zabrał czytelników na wycieczkę w nieznane dotąd zakątki stworzonego przez siebie świata. Przy okazji w dużej mierze odszedł od tematyki wojennej, skupiając się raczej na warstwie obyczajowej powieści. Choć ten fantasy western nie jest jego najwyższym osiągnięciem, to pokazuje, że Brytyjczyk nie boi się eksperymentować i wciąż szuka nowych dróg oraz rozwiązań.

Od sprawdzonego schematu odszedł również Scott Lynch. W naprawdę długo oczekiwanej Republice złodziei zmienił środek ciężkości i rozłożenie akcentów fabularnych. Tym razem Niecni Dżentelmeni zostali zdegradowani do roli podmiotów, zależnych od potężnego zleceniodawcy. Najnowsza powieść Amerykanina została przyjęta w niezwykle spolaryzowany sposób, wielu czytelnikom nie przypadł do gustu fakt, iż tym razem to nie Locke snuje wielkie plany oraz że fabuła ustępuje miejsca poprzednim pod względem skomplikowania i epickości. Ja jednak podczas lektury bawiłem się setnie, ponieważ to wciąż świetny Scott Lynch – bodajże w dotychczas najlepszej pisarsko formie! – to wciąż ten sam Locke o niewyparzonej gębie, którego poznajemy teraz od romantycznej strony, ten sam Jean – choć nieco odsunięty na dalszy plan. Nie można nie wspomnieć o Sabethcie; czekaliśmy na nią tak długo, iż nie zdołała spełnić bardzo wygórowanych oczekiwań niektórych czytelników. Mnie przekonała i liczę na to, że jeszcze w tym roku dostaniemy więcej jej, Locke’a i Jeana w The Thorn of Emberlain¸ który został już oficjalnie zapowiedziany. Brawa dla Scotta Lyncha, taka postawa się chwali – Patrick Rothfuss powinien wziąć z niego przykład.

Baczko w swoim podsumowaniu dokonał świetnej syntezy, punktując najważniejsze wydarzenia na rynku książki fantastycznej. By nie pisać po raz drugi tego samego, chcę tylko zwrócić uwagę na akcję BookRage, która może być doskonałą szansą na przyśpieszenie rozwoju rynku e-booków w Polsce. Coraz więcej wydawnictw decyduje się na niemal symultaniczne wydawanie głośnych tytułów tak w wersji papierowej, jak i elektronicznej – choć druga opcja wciąż wydaje się tylko sztuką dla sztuki – co cieszy i dobrze wróży na przyszłość. Bartek w swojej syntezie wspomina również o wydawnictwach, które zdołały utrzymać się na rynku, ale pominął jedno całkiem nowe, które mocnym, pewnym krokiem wkroczyło na fantastyczno-literackie podwórko. Wydawnictwo Uroboros, bo o nim mowa, całkiem udanie debiutowało Tancerzami Burzy, by wkrótce rzucić na księgarskie półki kolejne pozycje. Oprócz zagranicznych nazwisk w swojej ofercie mają również uznanych polskich autorów – chociażby Annę Kańtoch i Marcina Mortkę – lecz nie boją się także inwestować w nieco mniej znane nazwiska. Żywię szczerą nadzieję, że Uroboros nie tyle utrzyma się na rynku, co powtórzy sukces SQN i będzie się wciąż rozwijało.

W 2014 roku gorąco liczę na to, że uda mi się przeczytać jeszcze więcej świetnych książek – nadrabiając zaległości, jednocześnie nie robiąc nowych (mrzonki!). Szczególnie wyczekuję nowej powieści Roberta M. Wengera – zgarnięcie obu statuetek nagrody im. Janusza Zajdla dobitnie pokazało, że autor Opowieści z Meekhańskiego Pogranicza to chyba obecnie nasz największy as, jeśli chodzi o fantasy. O czwartym tomie Niecnych Dżentelmenów już pisałem, przy okazji wypominając Rothfussowi opieszałość graniczącą z zarzutem nieróbstwa – bo ile można czekać na Doors of Stone?! Wydawnictwo MAG w planach na ten rok zapowiedziało TYLE książkowego dobra, że człowiek zaczyna kombinować jak wydłużyć dobę i sprawić, by pieniążki rosły na drzewach. Wszystko wskazuje na to, że najbliższe dwanaście miesięcy będą prawdziwą ucztą dla miłośników literatury spod szyldu fantastyki – tego właśnie życzę sobie i Wam.




Czytaj również

Tancerze Burzy
Lotos musi zwiędnąć!
- recenzja
Łzy Mai
Warstwy pod warstwami warstw
- recenzja
Tancerze burzy, Bratobójca
Ciekawi bohaterowie w nieprzekonującym świecie
- recenzja

Komentarze


Melanto
   
Ocena:
+1

O tak, Jabłoński zrobił kawał dobrej roboty, z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy. 

28-01-2014 20:22

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.