» Recenzje » Król Smutek

Król Smutek


wersja do druku

Wiedli ciekawe, udręczone życie, nieco oddzieleni od reszty świata i bliscy sobie jak kochankowie

Redakcja: Tomasz 'Asthariel' Lisek

Król Smutek
W ubiegłym roku Joe Hill zapowiedział pisanie nowej powieści co rok, co stanowi tempo iście imponujące, szczególnie kiedy wziąć pod uwagę, jak długo milczał: Strażak ukazał się w Stanach po raz pierwszy przeszło dekadę temu, a Król Smutek ledwie przed jedenastoma miesiącami. Sprawdźmy, czy autor nie zatracił przez ten czas swoich literackich umiejętności. 

Arthur Oakes jedzie spotkać się z matką. Nic w tym dziwnego, wszak każdy student prestiżowego uniwersytetu czasem spędza nieco czasu z rodzicami, prawda? Bardziej zaskakujące jest natomiast to, że w tym celu musi odwiedzić więzienie, gdzie ta – pastorka i teolożka - odsiaduje wyrok za zabójstwo. W trakcie tej podróży poznaje kilku przedstawicieli dilerskiego klanu Nighswanderów i w wyniku zbiegu nieszczęśliwych okoliczności wchodzi z nimi w interakcję, co całkowicie zmienia jego dotychczasowe spokojne życie. Aby pozbyć się niechcianych znajomych, chłopak będzie musiał poprosić o pomoc grupę swoich najbliższych przyjaciół: Allie Shiner, Donnę i Donovana McBride’ów, Colina Wrena i Gwen Underfoot. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że pomoc ta polegać będzie na przyzwaniu smoka o niepokojącym imieniu Król Smutek. 

Zacznijmy może od informacji kluczowej dla wszystkich fanów Joego Hilla: autor przez niemal dekadę nie oduczył się pisać. Czuć to od pierwszych stron Króla Smutek, bo pisarzowi wystarczy kilka scen, kilka przedstawionych postaci, kilka początkowych zwrotów akcji, aby zarzucić wędkę i złapać czytelnika na haczyk. Od pierwszej części tego monumentalnego tekstu naprawdę ciężko się oderwać, bo Hill zręcznie i z wyczuciem naciera na dwóch frontach: mnoży sekrety niczym w założycielskiej dla nurtu dark academia Tajemnej historii (a tej oczywistej inspiracji nie kryje, bo Dona Tartt zalicza w epilogu malutkie cameo), jednocześnie coraz szerzej opisując tło zachodzących wydarzeń, związane przede wszystkim z życiorysami poszczególnych postaci. Przy tej okazji zdarza mu się drobny kiks przywodzący na myśl raczej debiutanta niż doświadczonego rzemieślnika, ale z kategorii niegroźnych: w jednej ze scen zupełnie bez powodu i bez uzasadnienia informuje odbiorcę o statusie finansowym kolejnych bohaterów. Podobny błąd, choć nieco poważniejszy, ma miejsce później, kiedy w rozdziale opisującym wydarzenia z perspektywy konkretnej postaci rzuca komentarz odnoszący się do rzeczy, o których ta nie ma pojęcia. Mimo to, w tak skonstruowaną opowieść nie sposób nie wpaść po uszy – kolejne strony same się przewracają. 

Ważnym elementem książki jest kreacja bohaterów, przede wszystkim łączące ich relacje – a także dzielące ich różnice. Dzięki szybkiemu zindywidualizowaniu postaci (co jest kluczowe, mimo że wielu autorów o tym zapomina), Hill osiąga rzecz kluczową dla tak długiej powieści: nieważne czy czytelnik spędza czas z jedną z nich, czy z całą grupą, od początku nie ma wątpliwości kto jest kim (a komu nigdy nie zdarzyło się przy okazji pierwszych rozdziałów lektury nie pamiętać imion mniej eksponowanych osób): Arthur to ten miły i zamyślony mól książkowy, Allie naiwna piękność, Colin nieco wycofany bystrzak, a Donna – atakująca bez pardonu i bezpośrednia awanturnica. Nie ma w tym oczywiście za grosz oryginalności, ale to nie ona jest w Królu Smutek najbardziej pożądana; pisarz potrzebował jak najszybciej wytworzyć czysto emocjonalną więź między swoimi bohaterami a odbiorcą – i to mu się udało, a przy tym sprawić, żeby ten drugi tych pierwszych potrafił bez problemu rozróżnić. Nie zawsze ma idealny pomysł na rozwinięcie ich losów, nie zawsze traktuje ich uczciwie, ale z całą pewnością uczynił ich na tyle charakterystycznymi i interesującymi, że nie sposób ich ze sobą pomylić. 

Do tego dochodzą jeszcze ci źli: niekoniecznie tytułowy smok, o którym nieco później, lecz Nighswanderowie. Odnoszenie pisarstwa Hilla do dzieł jego ojca to zabieg nieco wyświechtany i niezbyt uczciwy, ale klan dilerów przywodzi na myśl typowych antagonistów Kinga – wszystkich tych szarych ludzi, którzy na pierwszy rzut oka nie wyróżniają się niczym nadzwyczajnym, nie mają też nadnaturalnych mocy, ale po prostu wywołują gęsią skórkę za sprawą mieszkającego w nich mroku; zła prostego i wsobnego, bo czynionego dla niego samego. Hill doskonale rozumie, że nie każda historia potrzebuje złoczyńcy, którego motywy trzeba tłumaczyć wielostronicowymi opisami osobistych krzywd i tragedii uzasadniającymi jego późniejszą degrengoladę. Czasami najlepszym źródłem napięcia i konfliktów będą ludzie amoralni, oportunistyczni i egoistyczni do szpiku kości – a ta powieść to udowadnia. 

Pora na zadanie oczywistego pytania: czy tego początkowego rozpędu wystarczy, aby czytelnik przebrnął przez te niemal dziewięćset stron? Cóż, mówiąc najprościej: tak – ale nie oznacza to, że Król Smutek nie problemów, także tych związanych z tempem i utrzymaniem napięcia. Przyznam szczerze, iż jestem fanem Tartt, a samą Tajemną historię powtarzałem dosłownie w tym roku, więc liczyłem na intensywne eksplorowanie akademickich intryg z nadnaturalnym pierwiastkiem. Hill zdecydował się na rozwiązanie bardziej synkretyczne: każdą kolejną część dzieli przeskok czasowy, a opowiedziane w nich historie wiążą bohaterowie i smok, ale można potraktować je właściwie jako mikropowieści. Pierwsza bez wątpienia jest najciekawsza, obiecuje najwięcej, ale i najwięcej oferuje: niektóre fragmenty uczciwie można nazwać niepokojącymi, relacje między bohaterami są najintensywniejsze, a kolejne popisy Nighswanderów i pierwsze pojawienie się smoka to najważniejsze i najlepsze sceny powieści. Trudno tej części coś zarzucić – do każdej kolejnej natomiast można się w jakiś stopniu przyczepić. 

Pierwszą wartą zauważenia wadą jest to, jak płytki jest świat stworzony przez Hilla. Blurby zapowiadają monumentalną mieszankę horroru i fantasy – i na początku można te zapowiedzi wziąć za dobrą monetę; więcej: wyprawa do gabinetu osobliwości Llewyma Wrena, dziadka Colina, sugeruje, że Hill zabierze czytelnika w bardzo daleką podróż, ograniczoną tylko przez wyobraźnię głównych bohaterów. Pisarz szybko decyduje się jednak na zepchnięcie Arthura, eksploratora nadnaturalnego, na drugi plan, a całość odbija od horrorowych początków i skręca w stronę thrillera z Królem Smutek w roli uniwersalnego – i jedynego na dobrą sprawę – zagrożenia. Co więcej, to samoograniczenie nie odnosi się tylko do sztafażu czy fabuły, ale i warstwy znaczeniowej. 

Smok jest zły - to wiedzą nie tylko bohaterowie powieści, ale i każdy, kto kiedykolwiek sięgnął po jakąkolwiek baśń w formie tekstu, filmu czy gry; jedyna bodaj stosunkowo popularna alternatywa to smok mądry. Hill nie bardzo tę wizję rozszerza, skupiając się na krwiożerczości i przebiegłości mitycznego gada, a jego działalność sklejając w jedno z atakami terrorystycznymi, wojną, nieuzasadnioną przemocą i, tu potencjalna nowość, wyniszczającą działalnością eksploatacyjnego technokapitalizmu. Ale znowu: jakże to płytkie! Jak można przejąć się wygłaszanymi ze śmiertelnie poważną miną komentarzami o negatywnym wpływie mediów społecznościowych na umiejętność koncentracji z perspektywy drugiej połowy lat dwudziestych?  Czy naprawdę ktoś jeszcze wierzy w dobre zamiary korporacji i potrzebuje Króla Smutek, aby w nie zwątpić? Czy smok musi komukolwiek pokazywać, że techbrosi handlują naszymi danymi i odzierają nas z prywatności?  Nie oczekuję od Hilla publicystyki ani tym bardziej eseistyki, ale wątek nowoczesnej techniki staje się zaskakująco ważny dla fabuły (po pierwsze: ze względu na to, że rozgrywa się ona na przestrzeni dekad, kiedy życie codzienne się informatyzuje; po drugie: Colin zajmuje się tym biznesem zawodowo), a pisarz nie ma na ten temat do powiedzenia więcej niż anonimowy internetowy komentator.

W dodatku, o losie, przeciwstawia całemu temu złu, od wojny, poprzez narkotyki, aż do krwiożerczych korporacji – siłę przyjaźni. Tak, kiedy sam Amodei pisze, że powinniśmy jak najszybciej nałożyć kaganiec na badania związane z samorozwojem AI, Hill sugeruje dość naiwnie, że przed niebezpieczeństwami związanymi z rozwojem techniki ludzkość uratuje nie regulacja, a grupa wspierających się wzajemnie bliskich. To wniosek szczególnie zaskakujący, kiedy wziąć pod uwagę, że powieść kierowana jest do dorosłych czytelników, bo trup ściele się gęsto, postaci nie wylewają za kołnierz, a w pewnym momencie mowa jest nawet o stręczeniu. 

Ostatnia rzecz, jaką chciałbym w kontekście Króla Smutek poruszyć, jest to, że autor podejmuje niekiedy wątpliwe decyzje co do losu swoich bohaterów i ich ról w tekście. Znowu: na pierwszą część nie mam prawa narzekać, bo zaczyna się bardzo dobrze, o czym już wspomniałem. Natomiast później pojawia się kilka problemów. Po pierwsze: czy pozostawienie Arthura samemu sobie przysłużyło się tekstowi? Trudno stwierdzić, ale jego angielskie badania nad smokami, trollami i legendarnymi orężami mogłyby bardzo ubarwić późniejsze rozdziały. Dużo łatwiej jednoznacznie krytykować natomiast to, jak Hill obszedł się z Allie – bohaterka zapowiadana jako niewinna, bardzo często portretowana jest jako niezdolna do złożenia dwóch składnych zdań pijaczka; autor celował w skonfliktowaną z własną seksualnością i wiarą kobietę, a jej wewnętrzne demony chciał zestawić z delikatną dziewczęcością, to jasne, ale zamiast zamierzonej naiwności często pokazuje odrzucającą głupotę.

W końcu Colin – bohater będący karykaturą ludzi z pierwszych stron Forbesa, nieco zbyt przerysowany, lecz dobrze dopasowany do swojej fabularnej roli. Ale dlaczego fragmenty poświęcone jego działaniom na rzecz przywołania smoka są tak strasznie banalne? Chwaliłem Hilla za to, że przy okazji Nighswanderów z niczego się nie tłumaczył, a przy Wrenie poszedł niestety zupełnie inną drogą – i potknął się na niej straszliwe, bo jeden z największych zwrotów akcji w całej opowieści rozwodnił nachalnie moralizatorską retrospekcją. A jeśli już wspomniałem głównych antagonistów pierwszej części (w której sprawdzili się doskonale!), to jeszcze jedna sprawa: wątek Daphne ciągnie się długo za długo, a jego zakończenie jest wręcz fatalne, bo po trwającej jakieś osiemset stron podbudowie zamiast huknięcia z armaty dostajemy strzał z pukawki. Trochę tak, jakbyśmy trafili do To nie jest kraj dla starych ludzi, ale pozbawionego całego polotu. 

Oto mamy więc Króla Smutek – powieść rzeczywiście ogromną (choć Strażak wiele krótszy nie był) i skomplikowaną, lecz nie fabularnie czy światotwórczo, a w ocenie. Zaczyna się świetnie: połknąłem pierwsze ćwierć tysiąca stron na jedno posiedzenie i byłem wręcz zachwycony. Potem natomiast bywało różnie, bo w tekst wkradły się spore potknięcia, a wiele spośród obietnic pozostało niedotrzymanych – ale przy tym wszystkim wciąż czytałem z przyjemnością. Przed lekturą liczyłem na nieco więcej, po jej rozpoczęciu uwierzyłem, że mam do czynienia z potencjalnym klasykiem literatury rozrywkowej, potem moje nadzieje uleciały w niebyt – natomiast nie żałuję ani minut z długich godzin poświęconych Królowi Smutek. Jeśli szukacie tekstu, który zajmie kilka naprawdę długich jesiennych wieczorów, to pierwsza od niemal dekady powieść Joego Hilla nada się naprawdę dobrze. To po prostu zajmująca lektura. 

7.5
Ocena recenzenta
7.5
Ocena użytkowników
Średnia z 1 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Król Smutek
Tytuł oryginalny: King Sorrow
Autor: Joe Hill
Tłumaczenie: Anna Dobrzańska
Wydawca: Albatros
Data wydania: 9 września 2026
Liczba stron: 864
Oprawa: twarda
Format: 145 X 205 mm
ISBN-13: 978-83-8439-003-0
Cena: 89,90 zł



Czytaj również

NOS4A2
Święta nigdy nie będą już takie same
- recenzja
Hill House Comics. Toń
W otchłani szaleństwa
- recenzja
Pudełko w kształcie serca
Sprzedam ducha, dostępny od zaraz
- recenzja
Rogi
Mogło być gorzej, prawda?
- recenzja
Rogi
- fragment
Hill House Comics. Kosz pełen głów
Prawie jak VHS
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.