» Opowiadania » Krew za krew. Część 1

Krew za krew. Część 1


wersja do druku
Autor: Redakcja: Staszek 'Scobin' Krawczyk
Ilustracje: Justyna Warzocha

Krew za krew. Część 1

    Słońce chyliło się już ku zachodowi. Dookoła rozbrzmiewały dziesiątki rozmów toczonych przy ogniskach, na których przyjemnie skwierczała żołnierska strawa. Zapach jadła unosił się wraz z wiatrem, który powiódł go wprost do płóciennego namiotu, rozstawionego dokładnie w samym środku obozowiska. Wewnątrz panowała cisza. Na wygodnym krześle kurulnym ze zdobionymi nogami w kształcie nożyc siedział młody mężczyzna. Nie mógł mieć więcej niż trzydzieści lat. Ubrany był w białą togę, a pancerz z brązu spoczywał na posłaniu. Oktawian August zdawał się wpatrywać w plany i zwoje rozłożone na stoliku, ale tak naprawdę oczekiwał na czyjeś przybycie. Jego kamienne oblicze przywodziło na myśl popiersia wielkich wodzów zdobiące Forum Romanum w odległej stolicy.
    Nie minął nawet jeden obrót klepsydry, kiedy płachta się rozchyliła, a do namiotu wetknął głowę barczysty legionista i zaanonsował przybycie wyczekiwanego gościa.
    – Wzywałeś mnie, panie – rzekł opalony na ciemny brąz mężczyzna, kłaniając się uniżenie w pas. Przy bladym jak ściana Oktawianie wyglądał niemal jak rdzenny mieszkaniec Afryki. Cuchnęło od niego winem. Zapewne opróżnił tego dnia niejedną amforę, pomyślał August. Zwykł jednak tolerować wybryki niesfornego filozofa, darzył go nawet pewnym szacunkiem i pozwalał ze sobą podróżować. Teraz uczony mógł się odwdzięczyć.
    – Witaj, Ariosie. Potrzebuję twojej rady, gdyż nurtuje mnie ważne pytanie natury moralnej.
    – Zadaj je zatem, szlachetny panie, a ja postaram się odpowiedzieć.
    – Mam wątpliwości, co uczynić. Antoniusz nie ma szans na obronę, jego legiony już praktycznie nie istnieją. Zginie za zdradę, której dopuścił się względem mnie i Rzymu. Los Kleopatry również jest postanowiony – pozwolę jej żyć i zabiorę do stolicy, by święcić tam nad nią tryumf Pozostaje jednak jeszcze jedna delikatna kwestia. Powiedz mi, przyjacielu, czy mam prawo uśmiercić młodego Cezariona? Syna tego, który przez całe życie był mi ojcem? Czy będzie to czyn haniebny, przez który narażę się na gniew bogów i wieczne potępienie? Powiedzże filozofie, jak to widzisz!
    Arios zmarszczył czoło, a na jego twarzy wykwitł krzywy uśmiech. Przez ten jeden moment wyglądał na w miarę trzeźwego.
    – Nie jest dobrze, gdy za dużo Cezarów krąży po świecie.
    Oktawian milczał długo z zaciętą miną.
    – Pojmuję. W takim razie uczynię to, co konieczne. Dla dobra i jedności państwa, wojny domowe nękające Rzym muszą wreszcie dobiec końca. A syn Cezara stanowi zagrożenie dla republiki i mojego przywództwa. Dziękuje Ariosie, możesz odejść. Ty zaś sprowadź natychmiast Korneliusza Gallusa i Marka Agrypę – zwrócił się nagle do strażnika stojącego przy wejściu. – Rankiem ruszamy w drogę do Aleksandrii, a zostało jeszcze kilka pilnych szczegółów do omówienia.



    Sala audiencyjna była opustoszała. Kleopatra siedziała na głębokim, wymoszczonym jedwabnymi poduszkami tronie i ze znużeniem podpierała głowę rękoma. Z pałacowego ogrodu dochodził cichy i spokojny chlupot fontanny.
    Królowa wiedziała, że nieuchronnie nadchodzi koniec. Nie widziała już żadnej nadziei na sprawowanie rządów. Nie kiedy Antoniusz rzucił się na miecz, a Oktawian z armią stał na przedmieściach Aleksandrii i dążył do jak najszybszego zakończenia pertraktacji. Choć młody przywódca Rzymian zwracał się do niej z wielkim szacunkiem, Kleopatra dostrzegała w jego oczach przeraźliwy chłód i pogardę. Jej los zdawał się przesądzony. Nie mogła jednak rozpaczać, musiała zachować honor i twarz. I za żadne skarby świata nie chciała dać się poniżyć. Była przecież egipską królową i córką rodu Ptolemeuszy.
    Cały czas rozmyślała o synu. Dawniej szykowała dla Cezariona o wiele wspanialszą przyszłość niż rządzenie Egiptem. Jako jedyny prawowity męski potomek wielkiego i słynnego przywódcy mógł liczyć w przyszłości na zaszczyty i władzę, miał stać się godnym następcą ojca, człowiekiem, który rządziłby ogromnym imperium rzymskim. A teraz w każdej chwili drżała o jego życie. Zawsze, kiedy spotykali się na obradach, twarz Oktawiana niczego nie zdradzała, lecz Kleopatra instynktownie wyczuwała zagrożenie. Podobno tak działała matczyna intuicja. Wreszcie na kilka godzin przed zakończeniem negocjacji zdecydowała się na ostateczność i wysłała Cezariona wraz z eskortą kilku zaufanych sług do Berenike, egipskiego portu nad Morzem Czerwonym. To była jedyna szansa, by go ocalić.
    Oktawian zdawał się coraz bardziej niecierpliwić, Cezarion zaś niezwłocznie musiał uciekać. Dokądkolwiek, byle jak najdalej od rzymskich legionistów. Królowa nakazała słudze Moswenowi kierować się do Indii albo w dowolne inne miejsce, w którym jej syn żyłby bez ryzyka skrytobójczego ciosu.
    Kiedy ostatni raz spoglądała na młodzieńca znikającego wraz z świtą w tajemnym wyjściu z pałacu, czuła, że teraz będzie mogła spokojnie opuścić ten świat. Godnie, jak przystało na faraona i córkę boga Re.
    Jednakże Moswen chyba opacznie zrozumiał polecenie swojej władczyni, gdyż eskorta zatrzymała się na popas w niewielkiej wioseczce. Leżała ona kilka mil na południowy zachód od Naukratis, czyli dość daleko od szlaku, jakim pierwotnie mieli podążać.
    I z całą pewnością miejscowość ta nie należała do bezpiecznych.



    Od śmierci Juliusza Cezara i powrotu chłopca do egipskiej stolicy minęło już sporo czasu, bo aż czternaście lat. Ptolemeusz XV Cezar, zwany zdrobniale Cezarionem, urodził się trzy lata wcześniej i wyrósł na młodego, krzepkiego młodzieńca. Czarne włosy miał krótko przystrzyżone na modłę rzymskich legionistów, a stalowoszare oczy straszyły drapieżnym spojrzeniem. Ktoś, kto wielokrotnie widywał Cezara, nie miałby większych problemów w rozpoznaniu jego syna; ten odziedziczył po ojcu wysokie czoło i orli nos.
    Podróżowali dotychczas na południe, skrajem Pustyni Libijskiej, nie chcąc natknąć się na rzymskie patrole. Wkrótce stanęli na popas w jakiejś niewielkiej wiosce i rozbili obóz. Miejscowi nie pogardzili kilkoma złotymi aureusami, za które ugościli przejezdnych jadłem i napitkiem.
    Dziwiło go ostatnio zachowanie dowódcy straży pałacowej, Moswena, który podczas podróży często spoglądał na niego ukradkowo, a gdy zostawał na tym przyłapany, odwracał pospiesznie wzrok i popędzał konia. Może mu się tak tylko wydawało, ale Cezarion postanowił uważniej obserwować swoich towarzyszy. Podczas ostatnich dni spędzonych w pałacu matka ciągle uczulała go na punkcie bezpieczeństwa. Musisz przeżyć, powtarzała, w tobie cała nadzieja. Jeszcze kiedyś odzyskasz należne tytuły i przywileje. Ten dzień z pewnością nadejdzie, ale żeby tak się stało, musisz koniecznie przeżyć. Strzeż się wszystkich i nie ufaj nikomu – brzmiały jej ostatnie słowa, zanim się pożegnali. Nigdy nie zapomni wyrazu jej twarzy pełnej smutku i żalu, kiedy odchodził. Nigdy.
    Potem wszystko działo się tak strasznie szybko, że niewiele z tego zapamiętał. Widział ciemny korytarz, który biegł pod pałacem i pozwolił im ominąć rzymskie straże. Kiedy już mu się wydawało, że mrok nie będzie miał końca, oślepiło go światło zwiastujące wyjście na powierzchnię. Dalej był przerażająco głośny tłum ludzi, przez który musieli się przedrzeć. Cezarion rzadko opuszczał pałac i zawsze wtedy siedział w lektyce otoczony przez zbrojnych. Teraz po raz pierwszy obserwował Aleksandrię z bliska, spod brązowawego kaptura opadającego co chwilę na oczy. Nikt nie zwracał na niego uwagi, w ulicznym zgiełku otrzymał kilka uderzeń łokciem i wdepnął przez przypadek w szczyny wielbłąda. Nikogo jednak to nie obchodziło, a Moswen pociągnął go naprzód, klnąc cicho pod nosem. To był dla niego szok – nie można przecież traktować tak następcy tronu, nawet jeśli temu tronowi zagraża uzurpator!
    Ale później okazało się, że to dopiero początek. Gdy wydostali się ukradkiem z miasta i na wcześniej ukrytych wierzchowcach ruszyli galopem na południe, pozostawiając za sobą wielką chmurę kurzu, żaden ze sług nie zainteresował się nim, nie spytał, czy Cezarion nie jest zmęczony i czy nie odczuwa pragnienia, co powodowało u niego jeszcze większą złość. Wszyscy jedynie obracali się za siebie, wypatrując rzymskiego pościgu. Szczęściem nikt ich nie gonił, a Aleksandria została daleko w tyle.
    Cezarion westchnął i okrył się szczelniej kocem. Noc była chłodna i gwieździsta. Omiótł spojrzeniem towarzyszy. Kilku wybranych służących, w których wierność Kleopatra nie wątpiła. Irytacja, jaką odczuwał wcześniej z powodu ich zachowania, nie zmalała ani trochę. Owszem, może i ryzykowali dla niego własnym życiem, ale należało to do ich świętych obowiązków. Los przyszłego faraona powinni cenić ponad wszystko. Byli przecież tylko służbą.
    Złamał z trzaskiem gałązkę, którą dotąd obracał w palcach. Ach, gdyby tylko mógł pomaszerować na czele stutysięcznej armii przeciw Oktawianowi… Zabiłby tyrana, uwolnił matkę i wszystkich Egipcjan, a potem pożeglował na północ, do miasta Remusa i Romulusa. Nie marzył o niczym innym, lecz doskonale rozumiał, że teraz jego przeznaczeniem jest ucieczka. I wcale nie był z tego dumny.
    Siedział tak nad dogasającym ogniskiem, słuchał szumu wiatru wiejącego znad pustkowia i zastanawiał się, czy jeszcze kiedyś zobaczy matkę. Nie mógłby zaznać spokoju, gdyby przytrafiło jej się coś złego. Oktawian! Oktawian! – pobrzmiewało ciągle w jego głowie. To właśnie pierwszego obywatela Rzymu Cezarion obwiniał o całe zło, które spotkało go ostatnimi czasy, wszak przybrany syn Cezara wypowiedział wojnę Antoniuszowi i najechał Egipt. Marek Antoniusz… ten, który nazwał Cezariona królem wszystkich królów, a wkrótce potem rzucił się na swój miecz. Czy takie było przeznaczenie młodego Ptolemeusza? Zostać tym, który włada wszystkimi znanymi krajami? Wiedział, że jeszcze długo przed snem będzie zadawać sobie to pytanie.
    Nagle usłyszał kroki i chrzęst piasku. Obrócił się i ujrzał starego greckiego sługę, który skradał się ku niemu. Wszyscy inni zdawali się pogrążeni w śnie. Siwy mężczyzna uklęknął przy młodzieńcu i dał mu znak, by się nachylił.
    – Panie – wyszeptał szybko. – Muszę ci coś wyznać. Coś, co nie daje mi spokojnie zmrużyć oka. Moswen cię zdradził i sprzedał. Do świtu zostaniesz uduszony, a rankiem przybędą Rzymianie po twoje ciało i zapłacą za nie szczerym złotem i zaszczytami.
    – W takim razie zabiję go prędzej – rzekł Cezarion, kładąc dłoń na rękojeści krótkiego miecza.
    – Nie! Wszyscy służący i strażnicy są z nim w zmowie. Nawet twój nauczyciel.
    – A ty? Dlaczego mnie ostrzegasz, starcze?
    – Bo miłowałem twoją matkę, Kleopatrę z rodu Ptolemeuszy. Bo mam resztkę sumienia, które ostatnimi czasy stało się rzadkością w naszym kraju. Syn królowej nie zasługuje na śmierć z rąk zdrajców i sprzedawczyków. Bierz mojego konia, którego ukryłem wśród tamtych skał, i uciekaj jak najdalej stąd. Nie wracaj już nigdy do Egiptu, jeśli ci życie miłe.
    – Co stanie się z tobą?
    – Zostanę tu i umrę, kiedy spostrzegą, że ci pomogłem. Kolejna podróż? Nie, nie będę uciekał, za stary już jestem na to.
    – Dziękuję. Nie zapomnę ci tego.
    – Idź już. Niech Atena ma cię w opiece.



    Ciszę przerwało łkanie. Pomieszczenie, w którym się znajdowała, oraz przyległe korytarze były całkiem opustoszałe. Pałac nigdy nie wydawał się równie cichy, wręcz upiorny. Odkąd odprawiła z dworu większość służby, zupełnie znikł codzienny gwar, który towarzyszył jej przez te wszystkie lata. Jedna z ostatnich rzeczy, jakich pozbawił jej Oktawian.
    Kleopatra wytarła nos rękawem długiej, jedwabnej ceremonialnej sukni, po czym pogłaskała czule czuprynę Marka Antoniusza; jego zwłoki mimo upływu kilkunastu dni prezentowały się cały czas dobrze. Egipscy kapłani byli niezrównani w swym rzemiośle. Królowa nachyliła się i złożyła ostatni pocałunek na czole Rzymianina. Wróg Oktawiana Augusta i jej kochanek zarazem, Wielki Triumwir Republiki i najczulszy człowiek, jakiego kiedykolwiek znała, długo prowadził wojnę przeciw uzurpatorowi, lecz przegrana rok wcześniej bitwa pod Akcjum ostatecznie przekreśliła szansę na zwycięstwo jego stronnictwa. Wreszcie dostrzegłszy ogrom porażki, rzucił się na własny miecz. Nim przyniesiono go do królowej, zdołał się prawie wykrwawić. Nie było mowy o tym, by móc go odratować. Antoniusz zmarł w jej ramionach, deklarując w ostatnich słowach płomienną miłość do Kleopatry i Cezariona.
    Piasek w klepsydrze odliczał czas, przesypując się powoli. Podmuch wiatru, który przedarł się przez płócienne zasłony, kotary i paciorki nawleczone na długie sznury, przyniósł orzeźwiający zapach poranka oraz delikatną woń zboża – widać August kazał już otworzyć królewskie spichrze i rozpocząć załadunek na galery. Kleopatra bezwiednie zacisnęła pięści. Kolejny policzek w jej twarz, to nie mogło trwać dłużej.
    Usłyszała kroki, roznoszące się echem po całym skrzydle pałacu. Łysy mężczyzna, który wszedł, miał na sobie białą tunikę.
    – Pani, wzywałaś mnie. Co rozkażesz? – spytał ze zrezygnowaniem Amichir, nomarcha aleksandryjski. – On nadchodzi, właśnie zdecydował się wkroczyć do miasta.
    – Nadchodzi – zgodziła się cicho królowa. – Czas, by los królowej Egiptu się dopełnił. Weź ciało Antoniusza i zaprowadź mnie do grobowca.



    Miarka się przebrała. Kleopatra usilnie przedłużała negocjacje, mącąc i co chwila zmieniając zdanie. Porozumienie musiało wreszcie zostać zawarte, bowiem głodujący Rzym czekał na dostawy zboża z Egiptu, a wiele spraw w stolicy wymagało interwencji princepsa.
    Dlatego w asyście dwóch legionów oraz swoich wiernych dowódców, Korneliusza Gallusa i Marka Agrypy, Oktawian wjechał dumnie do miasta od zachodu, przez Bramę Kanopijską, po czym zaraz ruszył Drogą Kanopijską, główną ulicą Aleksandrii, w stronę zamku królewskiego.
    Princeps podzielał powszechny pogląd, że Aleksandria była jednym z najpiękniejszych miast świata. Gdziekolwiek nie spojrzał, w jakąkolwiek stronę się obrócił, widział wiele świątyń, w których czczono najważniejsze bóstwa egipskie. Największym przepychem cieszył się przybytek Re, pana słońca, za którego sprawą codziennie na nieboskłon mozolnie wdrapywała się ognista tarcza. W bogatszych częściach Aleksandrii wprost mrowiło się od pełnych przepychu pałaców i domostw zamożnych kupców. Stolica państwa położonego nad Nilem mogła poszczycić się również wzniesioną tysiącami par rąk wielką latarnią morską na wyspie Faros, która rozświetlała mroki nocy i już z daleka wskazywała drogę galerom do aleksandryjskiego portu. Ogromną sławę zyskały także szkoła medyczna oraz biblioteka, założona w zamierzchłych czasach przez Ptolemeusza Sotera. Miasto odcięte było od reszty Egiptu od południa poprzez bagna i jezioro Mareotis, od północy graniczyło zaś z Morzem Śródziemnym. Po ulicach spacerowali nie tylko rodowici Egipcjanie, ale również liczni Rzymianie i Grecy. Języki mieszały się w harmidrze i Oktawian z trudem wyłapywał poszczególne słowa.
    Wkrótce orszak dotarł do zamku, gdzie pierwsza centuria trzymała straż.
    – Ave caesar! – oddał honory centurion, bijąc się prawą dłonią w pierś i unosząc ją przed siebie. – Obstawiliśmy cały pałac, lecz dotarły do nas straszne wieści! Królowa Egiptu postanowiła popełnić samobójstwo! Moi ludzie zatrzymali ją na dziedzińcu, tuż przy grobowcu.
    – Doskonale się spisałeś, centurionie. Pilnujcie jej tam, niech wrót wejściowych strzegą najlepsi legioniści.
    – Rozkaz, panie. – Mężczyzna skinął głową i odmaszerował.
    Oktawian spiął wodze i zawrócił konia, udając się do portu. Przed ostateczną konfrontacją z Kleopatrą chciał się upewnić, że pierwsze okręty ze zbożem w ładowni wyruszą lada moment w drogę do Rzymu. Według ostatnich wieści sytuacja w mieście stawała się coraz bardziej napięta, głód mógł spowodować zamieszki, a w konsekwencji i bunt. Do tego zaś przywódca nie chciał dopuścić za żadne skarby.
    Odbierał właśnie ustne sprawozdanie od głównego kwatermistrza armii, kiedy z pobliskiej uliczki wypadł galopem centurion, któremu wcześniej zlecił strzec królową. Jeden rzut oka na jego zdyszaną twarz starczył, by Oktawian pojął, że stała się tragedia.
    – Panie, wydarzyła się rzecz straszna – wysapał bez żadnego wstępu. – Zamknęliśmy ją w grobowcu, a wszystkie rzeczy dostarczane do wnętrza były dokładnie przez nas przeglądane. Jednakże padliśmy ofiarą podstępu! Służąca wniosła kobrę królewską ukrytą w koszu z jabłkami, których zażyczyła sobie Kleopatra. Nie śmieliśmy odmówić tej drobnej przyjemności w ostatnim dniu jej panowania. – Żołnierz klęknął i dobył miecza, po czym ujął go za ostrze i podał rękojeść Oktawianowi. – Zawiodłem, panie, i zhańbiłem honor. Składam mój los w twoje ręce.
    Oktawian zawahał się na chwilę, kiedy opuszki palców musnęły gladius. Nie miał jednak zamiaru stać się kolejnym Sullą. No i był niemal pewien, że Juliusz Cezar nie ukarałby podwładnego śmiercią za coś takiego.
    – Powstań. Potrzeba mi dobrych centurionów, w jeszcze niejednej kampanii weźmiesz udział. Powstań, weź broń i prowadź mnie do grobowca.
    Kiedy znaleźli się na miejscu, Oktawian opuścił głowę na znak szacunku. Kleopatra skonała siedząc na tronie na podwyższeniu, z dumnym wyrazem twarzy, w otoczeniu smukłych boskich rzeźb i pozłacanych posągów przodków. U jej stóp niespokojnie wiła się kobra, której jad pozbawił życia egipską królową. Bardzo piękną królową, przyznał w myślach Oktawian. Tego nie można było jej odmówić. Ciemne, proste włosy spływały na ramiona niczym u barbarzyńskiej księżniczki, długa i zwiewna suknia cedrowego koloru odsłaniała delikatną pierś, na której widniał niewielki ślad ukąszenia. Umierając, trzymała w ręku berło, a na głowę włożyła koronę – pradawne insygnia faraonów.
    Młody przywódca obrzucił ją ostatnim spojrzeniem, odwrócił się na pięcie i wyszedł. Odtąd Egipt miał stać się tylko rzymską prowincją.



    Galopujący koń niemal go potrącił; Cezarion ledwie zdołał odskoczyć na skraj wąskiej drogi. Zaklął szpetnie i splunął. Znajdował się w Leukos Limen, największym porcie egipskim nad Morzem Czerwonym. Spodziewał się, że w Berenike, dokąd pierwotnie miał się udać, będą czekać kolejni zabójcy na usługach Oktawiana. Dlatego też świadomie wybrał inną drogę ucieczki z ojczyzny.
    Sam dotąd nie mógł uwierzyć, jakim cudem udało mu się dotrzeć aż tutaj. Podróż była piekielnie ciężka. Dziękował wszystkim bogom, że rzymska jurysdykcja w górnym Egipcie dopiero się kształtowała , a na bocznych szlakach patrole legionistów pojawiały się nad wyraz rzadko. Przez pierwsze dni, kiedy uciekł od swoich rzekomych opiekunów, gnał ile sił na wschód, aż nie padł mu koń. Znalazł się nagle zupełnie sam na pustkowiu; nie było służby, strażników i opiekunów, nie było Marka Antoniusza, który przyrzekł go bronić i nazwał królem królów, po prostu nie było nikogo. Pewnie zginąłby bez zapasów, w męczarniach, bowiem żar lał się z nieba, gdyby dzień później nie przechodziła tamtędy karawana handlowa.
    Lawirując między przechodniami, wydostał się z gęstej sieci uliczek i stanął na rozległym placu, gdzie znajdował się targ. Ruszył w stronę portu, mijając po drodze dziesiątki kramów z przyprawami i kamieniami szlachetnymi, które przywożono z Indii. Kupcy głośno zachwalali towary; jedwab z Chin, kość słoniową ze wschodniej Afryki, kadzidła i mirrę z Arabii, jednym słowem wszystko, czego dusza zapragnie.
    Na nabrzeżu panował o wiele mniejszy ścisk, tutaj uwijali się przede wszystkim niewolnicy, smagani od czasu do czasu nahajką podmajstrów.
    Cezarion pamiętał z ksiąg rachunkowych prowadzonych w Aleksandrii, że z Leukos Limen rokrocznie wypływała ponad setka okrętów handlowych. On musiał znaleźć kapitana jednego z nich i przekonać, by zabrał go z Egiptu. Byłoby to łatwe, gdyby miał przy sobie choć trochę pieniędzy. Niestety ostatnie aureusy powędrowały do kabzy kupców, którzy co prawda nie wymagali zapłaty za podróż z karawaną i wykarmienie, ale on, król królów i szlachetny syn rodu Ptolemeuszy, nie mógł dopuścić do zmazy na honorze. Duma była jedyną rzeczą, jaka mu pozostała.
    Nie szukał długo, jeden z zarządców, którzy nadzorowali wyładunek i załadunek towarów, skierował go do rezydencji kapitana Panahasiego, mieszczącej się w południowej części miasta. Cezarion niezwłocznie udał się we wskazanym kierunku.
    Wkrótce dotarł na miejsce. Dom był zadbany i wyglądało na to, że jego właściciel dobrze wychodzi na handlu. Całość otaczał mur z cegły. Od frontu znajdował się duży dziedziniec i ogród z centralnie umieszczoną sadzawką. Po obu stronach rosły rzędy sykomor, uginające się pod ciężarem dojrzałych, jasnoróżowych fig. Pokoje mieszkalne i pozostałe, mniejsze dziedzińce ukryte były w głębi konstrukcji.
    Sługa zaprowadził Cezariona na jeden z tych właśnie niewielkich dziedzińców. Panahasi, słysząc ich kroki, uniósł wzrok. Jego policzek przecinała poszarpana blizna, która rozciągnęła się w grymasie twarzy. Posturą trochę przypominał otyłego niedźwiedzia, z wielkimi łapami i nabitym brzuszyskiem. Ubrany był w bogato zdobione szaty. Obok niego siedziała młoda dziewczyna i grała wraz z kapitanem w senet.
    – Piękna robota, prawda? – zagadnął, widząc, jak Cezarion przygląda się z ciekawością pionom zakończonym charakterystycznym guzem. – Wykonał ją dla mnie mistrz Sinhuѐ z Teb. Warcabnica jest z alabastru, piony zaś z kości słoniowej. No, ale nie przyszedłeś do mnie podziwiać przybory do gry, prawda? Mów zatem, co cię sprowadza. Czego szukasz w moich progach, młodzieńcze?
    – Panie, czy mogę wiedzieć, dokąd udajesz się w następny rejs? To dla mnie bardzo ważne.
    Panahasi zmierzył go czujnym spojrzeniem.
    – Za kilka dni wypływam do Charaks. Skąd to pytanie? Masz coś na sprzedaż? Mogłeś to załatwić w porcie z moimi ludźmi…
    – Nic z tych rzeczy, chciałbym się nająć na okręt i popłynąć wraz z wami.
    – Nie potrzebuję nowych marynarzy.
    – A ja nie mam za co wykupić przeprawy. Proszę cię, panie. – Cezarion zacisnął zęby i zmusił się, by wbić spojrzenie w ziemię. On, król królów, prawowity władca Egiptu i Rzymu, musiał skamleć i błagać zwykłego kupca, jak jakiś przybłęda żebrzący o miskę ciepłej strawy. Miał ochotę zapaść się pod ziemię i nigdy już nie wychodzić na powierzchnię. Jego duma legła po raz kolejny w gruzach. Był przecież synem Juliusza Cezara i Kleopatry! Choć gdyby wykrzyczał to z całych sił, wątpliwe, by kupiec mu uwierzył. Cezarion w najmniejszym stopniu nie przypominał teraz młodego księcia; ubranie miał podarte i wystrzępione, nogi okaleczone od marszu i ostrych kamieni, a spocona twarz wręcz błagała o odrobinę cienia. W tej chwili wyglądał jak wielu innych chłopców, którzy pracowali w pocie czoła na ulicach Leukos Limen.
    Świat stanął na głowie.
    – Będę pracował na statku jako pomocnik. Nie znam się na żeglarskim rzemiośle, ale szybko się przyuczę. Mogę spać w najciemniejszym zakamarku ładowni wraz ze szczurami. Proszę.
    – No nie wiem – zawahał się kapitan. – Gdyby cię podszkolić, to może i rzeczywiście byłby z ciebie jakiś pożytek. Ale dlaczego ci tak śpieszno, by opuścić kraj? Nie mam zamiaru zabierać na pokład żadnego złodziejaszka.
    – Rzymianie zniszczyli wszystko, co kochałem. Chcę stąd uciec i zapomnieć.
    Mężczyzna podrapał się palcem po brodzie.
    – Sam nie darzę ich miłością. Kiedyś handlowałem w Aleksandrii i już wtedy rzymskie cła spędzały mi sen z powiek. Cóż… Zgoda, odpracujesz podróż na okręcie. Znajdzie się i zajęcie dla takiego szczura lądowego jak ty.
    Panahasi uśmiechnął się przyjacielsko.



    Zakrzywiona laska pieczołowicie rysowała święty okrąg dokładnie na środku dziedzińca.
    Oktawian August stał na balkonie ozdobionym rzeźbami ukazującymi Jowisza oraz Neptuna i wpatrywał się w miasto. Z pałacu rozpościerał się piękny widok na Kapitol i Forum Romanum. August śledził wzrokiem mrowie kupców i niewolników kłębiących się na Via Flaminia, czasem spoglądał na południe, na wznoszące się u stóp wzgórza Tabularium, które kryło w swoim wnętrzu najważniejsze dokumenty państwowe.
    Ledwo słyszalne chrząknięcie wyrwało go z zamyślenia.
    – Jesteś gotów?
    – Tak, imperatorze – odpowiedział pośpiesznie augur, jak powiadano, najbieglejszy wróżbita w Rzymie, ceniony komentator ksiąg sybilińskich. Skinął na swego pomocnika, młodego, ogolonego chłopaka.
    – Zwykłe auspicja nie odpowiedzą na pytanie, które cię nęka, o wielki cezarze. Użyję całej swej wiedzy i mocy, by poznać wolę bogów.
    Chłopak przytaszczył do pomieszczenia niewielką klatkę, w której siedziała gdacząca głośno kura. Augur wyjął z sakiewki garść cuchnącej karmy, którą rozrzucił w świętym kręgu. Potem zręcznie wyciągnął kurę i ją również tam umieścił. Następnie przyklęknął na obu kolanach i zaczął usilnie wpatrywać się w ptaka. Zwierzę bez żadnych ceregieli zaczęło wydziobywać jedzenie.
    Oktawian taktownie milczał, obserwując wszystko z odległości. Dotychczas nie korzystał z usług augurów, ale kto inny, jeśli nie jeden z wieszczących kapłanów, byłby w stanie orzec, co działo się z rodzonym synem Juliusza Cezara. Dotąd wiedział tylko, że dzięki ostrzeżeniu starego sługi udało mu się zbiec. Na miejscu wymiany legioniści wymordowali pozostałych członków świty młodego Cezariona. Raz, że nie dotrzymali warunków umowy, a dwa, że Oktawian tak naprawdę gardził zdrajcami. Nawet jeśli działali w jego sprawie.
    Woda beztrosko pluskała w nimfeum, wodotrysku obudowanym w formie kaplicy z krużgankami.
    Mężczyzna mamrotał niezrozumiale pod nosem. Trwał w dziwnym letargu dopóty, dopóki kura nie zjadła całej karmy. Wtedy wyjął z fałd togi krótki, ceremonialny sztylet i rozpruł jej wnętrzności, wywlekając je na zewnątrz i badając przez dobre kilka chwil.
    Kiedy skończył, umył ręce w podstawionej misie z wodą i zwrócił się do Oktawiana.
    – Bogowie przemówili do mnie przez ziemski byt tego oto ptaka.
    – Mów, co zostało ci objawione.
    – Ptolemeusz XV zwany Cezarionem przeżył zasadzkę, jaką na niego urządzono, i ma się bardzo dobrze – rzekł wróżbita. Oktawian skinął głową na potwierdzenie jego słów. Miał jednak nadzieję, że dowie się czegoś nowego. Zwykli szpiedzy byli jak na razie nieskuteczni. – Stanie się on w niedalekiej przyszłości twoją zgubą, cierniem w laurach cezarejskich. Będzie przyczyną smutku twej matki Atii oraz siostry Oktawii. Ciemne chmury zawisną nad krajem, kiedy stopy Cezariona postawią pierwszy krok w stolicy. Ale nie wszystko jest jeszcze stracone. Jeśli własnoręcznie go zabijesz i oddasz w ofierze Jowiszowi misę wypełnioną po brzegi jego krwią, bogowie będą ci sprzyjać do końca twych dni, a Rzym przeżywać będzie największy rozkwit od czasów założenia miasta.
    – Czy bogowie wskazali ci może, gdzie on się teraz znajduje?
    – Niestety nie, panie. To zostało zakryte przed moimi oczyma.
    Oktawian wysłuchał go bez słowa, rzucił mu brzęczącą sakiewkę ze złotem, po czym odprawił z pałacu. Wezwał też zaraz pisarza, któremu podyktował odpowiednie rozkazy. Polecił wszystkich szpiegów wysłać do Egiptu, Syrii i Arabii, by przetrząsali każdy kawałeczek tych krain w poszukiwaniu wieści o Cezarionie. Postawił w stan stałej gotowości trzy legiony i flotę wojenną, żeby móc w każdej chwili wyruszyć w drogę.
    Potem, dla oderwania się od złowieszczych rozmyślań, wyprawił huczną ucztę. Bogato zastawione stoły uginały się pod ciężarem wszelakiego jadła. Wznosiły się tam sterty półmisków pełnych jaj, sałaty, ostryg, ślimaków, oliwek, wędzonego sera i dziczyzny skapanej w sosie przyrządzanym z fermentowanych na słońcu ryb. Oktawian jednak ignorował stojące przed nim talerze z wątróbkami morskiego okonia i minoga oraz rybią śledzioną, czy te z bażancimi i pawimi móżdżkami, przetykanymi językami flemingów – jego myśli cały czas zaprzątało co innego. Na nic zdały się piękne, opalone tancerki, potrząsające biżuterią na prawo i lewo. Na nic muzyka i poezja, na nic anegdoty i śmieszne historyjki opowiadane przez senatorów. Imperator po prostu nie miał humoru.
    Było dobrze po północy, gdy Oktawian udał się na spoczynek, lecz słowa wieszcza długo jeszcze nie pozwalały mu zmrużyć oka. To przewracał się z bok na bok, nie mogąc znaleźć sobie miejsca, to wychodził na dziedziniec, by odetchnąć świeżym powietrzem. Cezarion, Cezarion, Cezarion… Nie wiedział czemu, ale to ciągle wracało. Przecież spisując swój testament, Juliusz Cezar jasno dał do zrozumienia, kto powinien stać się jego następcą. I wybrał adoptowanego syna z rodu Juliuszów, a nie zrodzonego ze związku z egipską dziwką, która zaraz po jego śmierci wskoczyła do łóżka tego parszywca Antoniusza. Oczywiste było, że jeden z nich dwóch musi umrzeć. Oktawian po raz kolejny przysiągł sobie, że będzie to Cezarion Ptolemeusz. Inaczej nigdy nie zazna spokoju.
    Kiedy wreszcie zasnął, za oknem zaczynało już świtać, a Kapitol powoli budził się do życia.



    Rejs przebiegał spokojnie, szczęściem nie natknęli się na żaden piracki okręt i nie padli ofiarą wojowniczych Nubijczyków, którzy często grabili okręty handlowe. Słońce codziennie o wschodzie i zachodzie malowało na niebie piękne, różnobarwne pejzaże, odbijające się w kryształowej tafli morskiej. Statek już dawno opuścił akwen Morza Czerwonego, szybko zostawił za sobą kraje Minejczyków i Sabejczyków i popłynął wzdłuż południowego wybrzeża Arabii. Często rankiem budził żeglarzy skrzekot mew. Okręt szybko pruł fale dzięki pomyślnym, zachodnim wiatrom. Panahasi każdego wieczoru dziękował za nie w modłach słanych ku Amonowi.
    Cezarion od pierwszego dnia nie miał na pokładzie łatwo. Członkowie załogi traktowali go niemal na równi z niewolnikami, których zadaniem było wiosłowanie. Zdarzało mu się również zastępować ich w tej czynności, jeśli któryś z biedaków zasłabł bądź zupełnie opadł z sił. A że takie przypadki były na początku dziennym, Cezarion miał pełne ręce roboty. Ponadto co noc młodzieniec zasypiał z nosem przyklejonym do zimnych i chropowatych cedrowych bali, z których zbudowano statek. Nie mógł za to narzekać na jadło, które wszystkim rozdzielane było w miarę równo – jeśli chodzi o zwykłą załogę, rzecz jasna, bo kapitan Panahasi miał osobną, małą ładownię, w której znajdowały się przysmaki przygotowywane specjalnie dla niego przez okrętowego kuchcika. Aż dziw, że klnący co chwilę potężnie zbudowani marynarze nie podnosili buntu, kiedy po całym pokładzie roznosiła się aromatyczna woń mocno przyprawionej zupy z małych rybek i krewetek.
    Cezarion był młody i krzepki, więc wielki wysiłek przy wiośle tylko wzmacniał jego tężyznę. Choć przez pierwsze dni przed zaśnięciem mięśnie paliły go niemiłosiernie, a dłonie pokrywały się odciskami i odparzeniami, z niejaką dumą odkrywał, że dzieje się tak coraz rzadziej, a jego muskulatura zaczyna twardnieć i zaokrąglać się niczym u greckich sportowców przedstawionych na rzeźbach stojących w aleksandryjskim pałacu. Mimo to poczuł ulgę, kiedy łódź wpłynęła do Zatoki Perskiej. Z radością powitał ujście Eufratu i Tygrysu, port Charaks. Czuł sympatię i wdzięczność dla Panahasiego, który zdecydował się zabrać go wraz ze sobą w kupiecki rejs.
    Rzeczywistość jednak szybko dała o sobie znać, a uczucia te wyparowały z szybkością gromu ciśniętego z niebios przez Jowisza.



    Obudziło go uderzenie w twarz. Poczuł, jak krew ciurkiem sączy mu się z nosa. Otworzył zaspane oczy, sycząc z bólu. Stało nad nim dwóch tęgich marynarzy, między innymi Sefu, pokładowy kucharz, z którym Cezarion zdążył się jako tako zaprzyjaźnić.
    – Przykro mi, chłopcze. – Usłyszał jeszcze, nim sięgnął go kolejny cios. – To już koniec twojej wyprawy.
    Drugi drab unieruchomił mu ręce w stalowym uścisku i związał je powrozem. Wywlekli go skrępowanego na ląd. Młodzieniec próbował się wyrywać, ale po kilku kolejnych szturchańcach i siniakach zaprzestał oporu.
    – Chcę rozmawiać z kapitanem. Chcę mówić z Panahasim – wyjęczał z rozciętą wargą.
    – Kapitan nie ma dla ciebie czasu. Kazał nam jedynie zaprowadzić cię na targ. I nie próbuj się już wyrywać, bo zbijemy cię do nieprzytomności.
    Słońce prażyło niemiłosiernie. Zupełnie, jak gdyby znowu znaleźli się w Egipcie. Cezarionowi chciało się strasznie pić, ale nie zamierzał ich o nic poprosić. Ruszyli zatłoczoną ulicą. Mijali partyjskich żołnierzy, uzbrojonych we włócznie, kolczugi nałożone na przeszywanice i spiczaste hełmy, miejscowych rybaków, niosących naręcza świeżo złowionych ryb, od których pachniało morzem, kupców wlokących wozy i rozkładających kramy czy też rolników z dorzecza Eufratu i Tygrysu, chcących sprzedać swoje towary na bazarze. Wszędzie wznosiły się domy pobudowane z suszonej cegły, a rzadziej z kamienia i drewna.
    Śmierdziało smażoną rybą i rzygowinami.
    Zatrzymali się na chwilę u greckiego golarza, ponieważ Sefu chciał pozbyć się kilkutygodniowego zarostu. Klnąc pod nosem, rzucił kilka monet na blat i zagroził Grekowi, że jeśli ten go zatnie, Sefu nie pozostanie dłużny i połechta go sztyletem. Po udanym zabiegu ruszyli dalej.
    Głowna droga zaprowadziła ich na targ niewolniczy. Był to doprawdy różnorodny widok, dziesiątki Rzymian, Arabów, Scytów, Armeńczyków i wielu, wielu innych jeńców pozamykanych w drewnianych klatkach. A między nimi uwijali się sprzedawcy, zachwalający siłę mężczyzn czy pracowitość kobiet, przekrzykujący się w cenach poszczególnych okazów.
    Marynarze chwilę pokręcili się po okolicy, szukając kupca, który zapłaci najwięcej za młodziutkiego chłopaka. W końcu odsprzedali go jakiemuś grubemu handlarzowi, którego brzuszysko wręcz wylewało się zza zdobionego pasa. Cezarion dostał trochę zimnej wody i zamknięto go w niewielkim wozie. Było tam niezmiernie parno i duszno, ale dziurawy daszek przynajmniej dawał trochę cienia i chronił przed upalnym słońcem. Czuł się podle, ale nie miał siły, by się sprzeciwić. Siniaki po uderzeniach wilków morskich zaogniły się i przybrały głęboko fioletową barwę. Nie próbując nawet walczyć z Morfeuszem, Cezarion przymknął oczy i runął w jego objęcia.
    – Wstawaj – obudził go handlarz łamanym egipskim kilka godzin później, kiedy słońce znajdowało się po zachodniej stronie nieba, zwiastując późne popołudnie. – Wyprostuj się i chodź za mną.
    Wyprowadził Cezariona na zewnątrz. Czekał na nich wysoki mężczyzna, odziany w przewiewną, lnianą koszulę i przepaskę. Siwa czupryna okalała śniadą twarz pooraną bruzdami i zmarszczkami. U boku wisiał długi miecz. Nieznajomy zmierzył młodzieńca krytycznym spojrzeniem orzechowych oczu.
    – Może być. Nieźle zbudowany, szeroki w barach. Pokaż mi ręce. – Chwycił dłonie Cezariona i obejrzał je dokładnie. – Ślady po ciężkiej pracy. Dobrze, znaczy że silny, a takiego mi właśnie trzeba. Skąd go wziąłeś?
     – Od dwóch egipskich marynarzy.
    – Zatem pewnie był wioślarzem. – Przez chwilę mężczyzna jeszcze się wahał, ale ostatecznie sięgnął do sakiewki. – Wezmę go.
    Kiedy to powiedział, Cezarion zacisnął pięści. Handlowali nim, jakby był zwykłym wołem. W jego oczach kryło się poniżenie. Zabiję was, pomyślał nagle, zabiję was wszystkich, a ziemię, na której żyjecie, przysypię solą i zamienię w popiół. Liczba osób, z którymi miał w przyszłości się rozliczyć, stale się zwiększała. Ale jednego był pewien – prędzej straci życie, niż dopuści, by któryś z nich nie zaznał zemsty.
    Cezarion rozmasował sobie obolałe od powrozu nadgarstki. Wkrótce on i jeszcze trzech innych chłopaków w jego wieku wymaszerowali z Charaks u boku kilku wierzchowców, na których jechali ich właściciel i uzbrojeni służący. Właściciel, tfu… Jakże ohydnie to brzmiało. Cezarion Ptolemeusz miał być odtąd niewolnikiem jakiegoś partyjskiego starca. Niedoczekanie, jeszcze tej nocy spróbuje poderżnąć mu gardło i ucieknie, tak jak uciekł Moswenowi.
    Zmierzali szlakiem na północny zachód, mając cały czas po lewej stronie szerokie koryto Tygrysu. Rzeka była potężna i wzbudzała szacunek, ale za nic nie mogła równać się z potęgą Nilu.
    Podczas popołudniowego postoju Cezarion dostał kawałek czerstwego chleba i rybę. Użyczono mu też małego, słabo naostrzonego nożyka, którym sprawnie rozciął zwierzę i kilkoma ruchami oddzielił ości od mięsa i skóry. Potem rozłożył wszystko na płaskim kamieniu, który oczyścił wcześniej rękawem znoszonej i brudnej tuniki. Uczynił to wszystko z gracją, która wzięła się z wielu uczt odbywających się w aleksandryjskim pałacu. Nie uszło to uwadze jego właściciela, pożywiającego się tuż obok.
    – Kim ty w ogóle jesteś? – spytał po łacinie, śmiesznie akcentując końcówki wyrazów. – Jesz niczym paniątko wychowane na salonach, ale widać, że ostatnio przeszedłeś swoje. Jesteś Egipcjaninem, hm?
    – Ojciec był Rzymianinem, a matka Egipcjanką, jeśli o to chodzi. Zostałem… porwany z ojczyzny i przywieziony tutaj – odwarknął Cezarion zły, że mu się przeszkadza.
    – Za kilka lat być może będziesz mógł się wykupić albo po prostu uwolnię cię za dobrą służbę. Ale póki co nie może być o tym mowy.
    – Nie chcę tam wracać, nie mam już po co – rzekł, udając zrezygnowanie w głosie. – Proszę cię, panie, tylko o dobre traktowanie. Szybko się uczę, znam grekę, łacinę i egipski, poznam też wasze partyjskie narzecze. Potrafię również fechtować i rzucać oszczepem.
    – Doprawdy, coraz bardziej mnie ciekawisz. Musiałeś być dzieckiem jakiegoś rzymskiego patrycjusza. Zaczynam się zastanawiać, czy nie korzystniej byłoby wymienić cię za okup.
    – Nie! – wyrwało się Cezarionowi. – To znaczy… wolę zostać tutaj jako twój sługa, panie.
    Starzec obdarzył go natychmiast nieufnym spojrzeniem.
    – Kto wie… – powiedział powoli. – Może będziesz mi jeszcze pociechą. A może nie. Jak na ciebie wołać?
    Młodzieniec zamilkł. Zastanawiał się chwilę i w końcu zdecydował, że nie będzie się wstydzić swojego dziedzictwa ani dłużej go ukrywać. Był przecież dziedzicem Kleopatry i Juliusza Cezara. Nic mu tu nie groziło, jak sądził.
    – Cezarion, panie. Czy mogę liczyć na wzajemność i poznać twoje miano?
    Oblicze mężczyzny, dotąd pochmurne i czujne, rozjaśnił szeroki uśmiech.
    – To mi się udał zakup. Nie dość, że z daleka i wysokiego rodu, to jeszcze niespotykanie wyszczekany i bezczelny jak na niewolnika. A zwą mnie Govad i jestem katafraktem.



    Już pierwszej nocy po przyjeździe do domu, kiedy gaszono ostatnie światła, Cezarion udał, że śpi. W rzeczywistości, gdy tylko w izbach dla służby zabrzmiały pierwsze pochrapywania, wymknął się do opustoszałej kuchni i zwędził długi, ostry nóż do siekania mięsa. Ukryty za kolumną w holu, przeczekał niemal pół nocy, nim stary sługa, który miał za zadanie strzec pana, udał się do wychodka za potrzebą. To mogła być jedyna okazja! Szybko wdrapał się schodami na górę, gdzie mieściła się sypialnia Govada. Przyświecał mu jeden cel – odebrać życie temu, który stoi na jego drodze do wolności.
    Drzwi cicho trzasnęły, kiedy wkradł się do niewielkiej izby. Księżyc zaglądał chciwie przez okienko i oświetlał wnętrze, jak gdyby chciał uradować swe spojrzenie widokiem mordu. Govad leżał w szerokim łożu, przykryty cienką, adamaszkową kołdrą i zdawał się pogrążony w głębokim śnie.
    Zadanie wyglądało banalnie prosto. Cezarion zbliżył się i zastygł z nożem przyłożonym do gardła mężczyzny. Gdyby był najemnym zbirem, który po otrzymaniu zapłaty przepuściłby wszystko w dzielnicy rozpusty, gdyby był chociaż żołnierzem, plądrującym i rabującym dla łupów, nie miałby żadnych oporów przed uczynieniem tego, co zaplanował. Ale tak niestety nie było.
    Młodzieniec obnażył zęby i przygryzł wargę. Gorączkowo myślał, czy jest to dobry moment, by postawić pierwszy krok na krwawej ścieżce wendetty. Przede wszystkim zadał sobie pytanie: co dalej? Zakładając, że poderżnie gardło temu starcowi, okradnie go ze wszystkiego, co tylko zdoła unieść, i wymknie się z domostwa, jaki czekał go los? Govad był kimś znacznym, z pewnością będą go ścigać za zabójstwo. Zmuszą do ucieczki daleko stąd, a nie miał chęci na drugą tułaczkę. Nie, Cezarion potrzebował odpoczynku, powinien nabrać sił. Mógł równie dobrze spróbować jakiś czas pomieszkać pod dachem wroga i przygotować się do zemsty. Zdawał sobie przecież doskonale sprawę z tego, że samotnie, z kijem w ręku i kawałkiem drewna służącym za zbroję, nie zakończy rządów Oktawiana.
    Nóż błysnął w bladej poświacie i znikł w fałdach tuniki. Po chwili skrzypnęły zamykane drzwi, a księżyc skierował się na pustkowia w poszukiwaniu innego krwawego widowiska.



    Przez następne dziewięć lat Cezarion żył w domu Govada. Kolejne dni i tygodnie mijały w zaskakująco szybkim tempie. W tym czasie poznał, jak wygląda los służącego w Partii i jak wiele różni się on od życia młodego księcia w Aleksandrii, nauczył się też sporo, zmężniał i zdobył kilka blizn, które dumnie nosił jako dowód męstwa.
    Pierwszy rok w niewoli upłynął mu w gruncie rzeczy szybko. Był wtedy jeszcze całkiem młody, dlatego usługiwał do stołu, pomagał staremu ogrodnikowi w pielęgnacji ogrodu, a długie wieczory spędzał w swojej izdebce, czytając różne księgi i dzieła greckich twórców. Z zafascynowaniem zagłębiał się w kolejnych woluminach i zwojach papirusu, które Govad namiętnie kolekcjonował. Błyskawicznie udało mu się opanować język, którego używano w tym kraju i w którym wszystko zapisywano. Nim się obejrzał, jego plany zemsty jakby samoistnie odłożyły się na później, tłumione przez codzienne obowiązki. Nie było jednak dnia, poranka, południa i wieczora, podczas którego choć przez chwilę nie pomyślałby o przeszłości. Cezarion nigdy nie przestał snuć planów zemsty, knuć i rozmyślać nad różnymi ścieżkami, które mogłyby zaprowadzić go do celu. Tyle że żadna z dróg jak dotąd nie była realna.
    Dom znajdował się w Ktezyfon, mieście położonym na północno–wschodnim brzegu Tygrysu, u ujścia rzeki Diyala. Ktezyfon było jednym z największych miast na świecie, a przy tym stanowiło zimową stolicę imperium partyjskiego. Dumną, wzniosłą, rozległą i okoloną grubym na sześć stóp murem. Nawet Cezarion, który przed oczyma wciąż miał rodzinną Aleksandrię, na początku swej niewoli podziwiał ogrom tego miasta za każdym razem, kiedy ruszał w drogę krętymi uliczkami. Rezydencja Govada zbudowana została na przedmieściach, w sąsiedztwie podobnych małych pałacyków, które licznie zamieszkiwało partyjskie rycerstwo. Był to dwukondygnacyjny dom z wewnętrznym dziedzińcem, ogrodem i obowiązkową stajnią, gdzie trzymano bojowe rumaki.
    Cezarion w miarę upływu czasu czuł coraz większą sympatię dla swojego pana. Początkowo odnosił się do niego zimno, mając w pamięci przygodę z kapitanem Panahasim, ale Govad zdawał się zupełnie inny.
    Katafrakt miał już dobre sześćdziesiąt lat na karku, z czego większość przesłużył u partyjskich władców. Doskonale pamiętał wiele potyczek i bitew, o których czasem wieczorami opowiadał Cezarionowi. Najmniej chętnie wracał wspomnieniami do wyprawy Marka Krassusa na Partów, kiedy poległ jego jedyny syn.
    – Bitwa pod Carrhae była najstraszliwszą, w jakiej brałem udział – mówił z nieobecnym wzrokiem, popijając wino. – Pamiętam, jakby to działo się wczoraj, choć od tego wydarzenia dzieli nas jakieś dwadzieścia pięć lat. Krassus szedł na nas z ogromną armią. Liczniejszą, niż nasze wojska. Król Orodes II okazał się jednak sprytniejszy i urządził zasadzkę. Katafraktów, kwiat rycerstwa swoich sił, do którego i ja należałem, wycofał na tyły i kazał nam dla zmyłki osłonić pancerze. Kiedy rozochoceni Rzymianie skoczyli do gardeł naszym łucznikom, myśmy na dudniący dźwięk tarabanów odrzucili przebrania i zaatakowali. Zgnietliśmy pierwsze szeregi i wbiliśmy się klinem w trzon wrogiego wojska, ale bylibyśmy wszyscy zginęli, gdyby nie łucznicy, którzy dzielnie cały czas zasypywali gradem strzał nasze flanki, umożliwiając konnicy manewrowanie. A warto ci wiedzieć, że nieprzerwane dostawy strzał dla partyjskich łuczników zapewniało tysiąc arabskich jeźdźców na wielbłądach. To był wielki dzień w historii naszego imperium. Zginął Krassus i jego syn Publiusz, zginęli wszyscy ważni centurioni, a w nasze ręce wpadły insygnia legionowe. Tylko że nie jestem w stanie się z tego cieszyć, bowiem właśnie wtedy zginął Khorvash, mój jedyny syn i spadkobierca.
    Ponownie napełnił kielich nierozcieńczonym winem.
    – Wiesz, teraz na twoim miejscu powinien siedzieć tutaj Khorvash… On powinien słuchać moich opowieści i być mi podporą w ostatnich latach życia.
    Cezarion milczał. Wydawało mu się, że poczuł nić powiązania ze starcem. Świadomość, że nie tylko on stracił bliskich i nie mógł się cały czas z tym pogodzić, wydawała mu się pocieszająca.




Czytaj również

Komentarze


earl
   
Ocena:
+1
Dwie uwagi merytoryczne:

1) August to przydomek Gajusza Oktawiana, nadany mu przez Senat w 27 roku p.n.e. a więc 3 lata po śmierci Antoniusza. Pierwszy cesarz rzymski nie może więc go nosić w Twoim opowiadaniu.

2) Krassus przegrał po Carrhae a nie Carrhare (myślę, że to literówka). Natomiast nie przegrał w samej bitwie, jak sugeruje zdanie, ale został pojmany i zamordowany po bitwie.

Poza tym jednak tekst interesujący i ciekawy, bardzo szybko się go czyta i nie nuży. Czekam na następną część.
16-11-2010 22:21
Scobin
   
Ocena:
0
Literówka w trudnej dla mnie nazwie na C poprawiona. :-)
16-11-2010 22:29
earl
   
Ocena:
0
Bo jest trudna. Sam bym nie wiedział, jak ją zapisać, i musiałem sprawdzić, natomiast wiedziałem, że na pewno nie czyta się "Karrare" tylko "Karre".
16-11-2010 23:02
WhiteMagic
   
Ocena:
0
earl

1) Fakt. Przeoczyłem to, kajam się publicznie :)

2) Również racja, jakoś umknął mi ten szczegół.

Miło mi, że się podobało.
17-11-2010 17:37

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.