Krawędź żelaza. Tom 2 - Miroslav Žamboch

... koniec wilka samotnika?

Autor: Piotr 'Rebound' Brewczyński

Krawędź żelaza. Tom 2 - Miroslav Žamboch
Napiszę to od razu – Miroslav Žamboch dokonał w drugiej części Krawędzi żelaza tego samego, z czym mieliśmy do czynienia w przypadku Na ostrzu noża. Mianowicie, najpierw "uraczył" nas niezbyt oryginalnym i ciekawym tomem pierwszym, po czym napisał tom drugi, lepszy od swojego poprzednika przynajmniej o pół oceny.

Tak, to dość dziwna praktyka, bowiem czytelnicy przyzwyczajeni są raczej do odwrotnej sytuacji, kiedy to część druga do pięt nie dorasta pierwszej. Krawędź żelaza udowadnia jednak, że pisząc obie książki Žamboch jakiś tam pomysł miał, choć w większej części zrealizował go pod sam koniec opowieści.

Opowiadania zawarte w drugim tomie Krawędzi... są po prostu lepsze niż te, do których przyzwyczaiła nas poprzednia książka. Być może wynika to z ich długości (więcej miejsca na rozwinięcie wątków), być może także z tego, że Koniasz wreszcie przestaje sypać banałami na taką skalę i ukazuje swoją "ludzką" twarz. Kolejną prawdopodobną przyczyną takiego stanu rzeczy jest fakt, że w opowiadaniach z drugiej części dzieje się nieco więcej ponad to, z czym mieliśmy do czynienia wcześniej. Żebyśmy się jednak dobrze zrozumieli – trup cały czas ściele się gęsto i w ilościach tak nieprawdopodobnych, że nowy film o Rambo wysiada na pierwszej stacji.

Warstwa językowa? Cóż, tu Žamboch przyzwyczaił już nas do porządnej, warsztatowej roboty, tak więc nie bardzo jest się do czego przyczepić. Ewentualne kwiatki zdarzają się rzadko i podejrzewam, że są raczej winą tłumacza, który i tak wykonał kawał niezłej roboty.

Co do samej fabuły – opowiadania z drugiej Krawędzi... są – przynajmniej niektóre – ze sobą połączone. Koniasz jest już starszy, nieco mądrzejszy i wolniej regeneruje się z ran (chociaż w rankingu na łatwość zabicia nadal plasuje się pomiędzy słoniem a nosorożcem), a ponadto od czasu do czasu myśli o tym, żeby wreszcie rzucić miecz, znaleźć sobie mądrą kobietę i osiąść gdzieś na stare lata. Na dobrą sprawę nie wiemy, czy zamysł ten mu się udaje, bowiem zakończenie książki pozostaje otwarte. Grunt jednak, że pomiędzy sentymenty zawsze wtrąci się jakiś bandzior z mieczem, ewentualnie lokalny mistrz szermierki, który skutecznie wybija Koniaszowi z głowy myśli o spokojnej starości. W rezultacie drugi tom Krawędzi żelaza pozostaje książką napakowaną akcją, choć kilka spokojniejszych przerywników każdy czytelnik na pewno przyjmie z wdzięcznością.

Czy jeszcze spotkamy Koniasza? Bardzo prawdopodobne, że tak – choćby w którejś z następnych książek Žambocha, w charakterze postaci epizodycznej (który to zabieg autor wydaje się lubić). Jeśli o mnie chodzi, to nie będę za nim specjalnie tęsknił, choć Krawędź żelaza. Tom 2 sprawiła, że być może sięgnę jeszcze po twórczość czeskiego fantasty. Na pewno nie zrobiłbym już tego, gdybym rozstał się z nią po lekturze pierwszej części dylogii.

Jednym słowem, książka ta to - po raz kolejny w karierze autora - przyzwoite czytadło, po którym człowiek ma ochotę sięgnąć po coś poważniejszego, choć na stratę czasu raczej nie będzie narzekał. I chyba o to Žambochowi chodziło.