» Recenzje » Kraina czarodzieja

Kraina czarodzieja


wersja do druku

Sacrificium, czyli zmierzch i upadek królestwa Fillory

Autor: Redakcja: Matylda 'Melanto' Zatorska, Michał 'von Trupka' Gola

Kraina czarodzieja
Koniec jest początkiem, a magia stanowi perpetuum mobile sterujące światami – taki wniosek powinniśmy wysnuć po przeczytaniu Krainy czarodzieja. Lecz w ostatnim tomie Fillory Lev Grossman nie do końca wykorzystał potencjał tego konceptu, ponownie sięgając po rozwiązania znane i niekoniecznie odkrywcze.

Quentin schodzi do magicznego podziemia – biorąc pod uwagę wybujałe ego znanego z poprzednich tomów protagonisty, ta informacja powinna być rozgłoszona we wszystkich światach. Zdetronizowany król Fillory decyduje się, za dużą garść dolarów, pełnić rolę maga od brudnej roboty, dołączając do bandy sobie podobnych wyrzutków i wraz z nimi przyjmując kolejne zlecenie. Lecz lękajcie się szpaków przynoszących dary, które za drobną "przysługę" w postaci odzyskania pewnej skórzanej teczki obiecują złote góry.  Nie ostrzegają bowiem o komplikacjach, jakie przy okazji mogą nastąpić. Zaczyna się morderczy wyścig z czasem, dramatyczne rozgryzanie kolejnych czarodziejskich zagadek i wreszcie starcie z aktualnymi posiadaczami skarbu…

Początek godny thrillera, nieprawdaż? Na dodatek serwowanego w odcinkach, gdyż Grossman kolejne partie swojej paranormalnej wersji Ocean’s Eleven sprzężonej z Matrixem przeplata innymi, równie istotnymi dla fabuły wątkami, mnożąc liczbę osób, które są współtwórcami fillorańskich kronik. Obok wszechobecnego Coldwatera, łaska pisarza opromienia również Elliota, któremu przypadło zrelacjonowanie wydarzeń toczących się w krainie odkrytej przez rodzeństwo Chatwinów i uwiecznionej piórem Christophera Plovera. Swoje pięć minut zyskuje również Jane, obserwująca utrzymaną w stylu Niekończącej się historii jej zagładę. Natomiast retrospektywne fragmenty powieści rozgrywające się w Brakebills autor oddał nowej heroinie – Plum, dziewczęciu spokrewnionemu z pięciorgiem eksploratorów krain po drugiej stronie zegara, które niestety nie odziedziczyło po przodkach zdolności ani charyzmy. Stanowi za to wcielenie typowo amerykańskiej, rozpieszczonej i egocentrycznej "księżniczki" z Ivy League, momentami trudniejszej do strawienia niż Quen i jako damsel in distress jest nieustającym źródłem kłopotów. Bawiąc się formułą opowieści szkatułkowej, kreator trylogii wplótł również w strukturę swego tekstu pamiętnik napisany przez Ruperta Chatwina, by wreszcie, idąc w ślady Martina, Eriksona et consortes, wskrzesić Alice i włożyć w jej usta najbardziej chaotyczne i emocjonalne wycinki narracji.

W przypadku Króla magii dokooptowanie nowego uczestnika i zarazem sprawozdawcy przygód sprawiło, iż powieść zyskała nowy wymiar, lecz gdy Grossman w trzecim tomie zapragnął kontynuować tę metodę, pomnażając osoby relacjonujące również zwielokrotnione wydarzenia, do głowy mi przyszło stwierdzenie "co za dużo, to niezdrowo". W deszczu kolejnych zaskakujących odkryć, które nazbyt łatwo można przewidzieć, wędrówkach w czasie i przestrzeni, prawdach objawionych, które jeno czasem urastają do rangi istotnego faktu, czytelnik błądzi, niczym pijane dziecko we mgle. Co więcej, podobnie czynią bohaterowie powieści. A potem nagle wszystko staje się jasne i klarowne, rozsypane elementy wskakują na właściwe miejsca, tworząc mapę, a nie jedynie pocięte przez szalonego kartografa jej fragmenty, by za moment znów rozsypać się w stertę nieuporządkowanych strzępków – i da capo… Te niczym nieumotywowane przeskoki powodują, iż do samego końca nie potrafiłam stwierdzić, czy Grossman jest pisarzem słabym, dobrym, czy też znakomitym, skarbnicą oryginalnych konceptów, czy też szarlatanem, który doskonale posiadł umiejętność mimikry. I ta niepewność utrudniała mi lekturę, a wyłuszczanie z tekstu elementów, które warte byłyby adnotacji, chwilami przypominało syzyfową pracę.

W pierwszych dwóch odsłonach cyklu autor podawał kolejne definicje magii, wzbogacając je o nowe elementy, a czasem nicując wcześniejsze hasła. Tym razem skupił się nie na istocie czarodziejstwa, lecz na jego przeznaczeniu. Do czego służy, w jaki sposób je kontrolować i czemuż jest to aż tak karkołomne – bohaterowie Krainy czarodzieja podejmują kolejne próby wykorzystania mocy, którą władają, przekonując się, iż cała wiedza, jaką do tej pory posiedli, obraca się przeciwko nim. Lata zgłębiania i praktykowania czarów nakazanych i zakazanych pozostawiły ich całkowicie nieprzygotowanymi na to, co kwintesencja pierwotnej, surowej i ocierającej się o boskość potęgi oferuje, zaś wyuczone formułki stają się bronią obusieczną. W Królu magii Grossman zapuścił się do matecznika mitów i legend, teraz kontynuuje te peregrynacje, a przewodnikiem jest mu James Frazer, z którego monumentalnego dzieła czerpie garściami. Motyw ofiary krwi niezbędnej, by świat mógł się odrodzić, Król Lasu ginący w rytualnym pojedynku wyłaniającym jego następcę, którego czeka taki sam los – sceny, których pierwowzór został opisany na kartach Złotej gałęzi, wzbogacono o dodatkowe elementy, zaczerpnięte w znacznym stopniu z chrześcijaństwa (wszak C.S. Lewis, kolejna latarnia, za której światłem podąża stwórca Fillory, kreował Narnię właśnie w takim duchu) i muszę przyznać, iż robią spektakularne wrażenie.

Zdecydowanie większe niż metamorfozy postaci, których ostatnią odsłonę ukazuje Grossman. Najdobitniej zmienia się Coldwater, a jego ostateczna emocjonalna przemiana następuje za sprawą traumatycznego wydarzenia, lecz patrząc na nie pod kątem wcześniejszych przygód pana Quentina, zaskakuje jego niewielka skala. Takie są jednak reguły psychologii – najbardziej boli to, co najgłębiej ukryte, a wiara czarodzieja w magiczne pochodzenie, połączona z utratą ojca i świadomością, że przekonanie, jakim jego złakniona niesamowitości dusza się karmiła, jest li tylko mrzonką, stanowi dobrze przemyślany bodziec. Tylko czemu "nowy, lepszy" Quent tak mało różni się od wcześniejszej swej wersji? Upokorzenie w Brakebills, gdzie z łaski wierchuszki zajmuje stanowisko podrzędnego nauczyciela, buntownicze przejście na Ciemną Stronę Mocy, próby odkupienia grzechów i uratowania jedynej kobiety, na której mu zależało (co, biorąc pod uwagę jego przygody erotyczno-romantyczne ze stadkiem niewiast, nie najlepiej świadczy o mocy tego uczucia), wreszcie wcielenie się w rolę Wybawiciela Światów – nasz protagonista zachowuje się niczym chorągiewka poddająca się tym powiewom wiatru, które w aktualnej sytuacji mu pasują.

Zabrakło mi w tym tomie wyraziście nakreślonych postaci kobiecych. Julia, która w drugim tomie była pełnokrwistą heroiną, teraz pojawia się jedynie jako deus ex machina, wybawiając bohaterów z kłopotów. Alice w Czarodziejach odgrywała co prawda rolę drugoplanową, lecz nie sposób jej wówczas było odmówić charakteru i zdecydowania. Następnie stała się uosobieniem wyrzutów sumienia Quentina, by w finalnym tomie Fillory, po krótkim wybuchu emocji, podczas którego przedstawia Coldwaterowi idealnie współgrającą z moją listę zarzutów dotyczących jego zachowania, wejść w tryb "kocham, więc wszystko wybaczam".

Dopiero po odarciu powieści z warstw nadużywanych przez Grossmana ozdobników ukazuje się surowe piękno Krainy czarodzieja. Odrzuciwszy sztafaż rodem z różnych gatunków filmowych, zmęczywszy sceny walk, w których konstruowaniu pisarz nie jest mistrzem, przebrnąwszy przez liczne dłużyzny, docieramy do samego sedna historii. Mane, tekel, fares – krąg się dopełnia, jednakże odrodzenie następuje na innych niż do tej pory zasadach. Szkoda tylko, że moc finału rozmywa się w bajkowo słodkich ostatnich rozdziałach. Tego rozczarowania nie rekompensuje ukazana w książce wizja biblioteki będącej spełnieniem marzeń  każdego entuzjasty słowa pisanego, a to właśnie ona najgłębiej zapadła mi w pamięć po zakończeniu lektury.

7.0
Ocena recenzenta
-
Ocena użytkowników
Średnia z 0 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Kraina czarodzieja
Cykl: Fillory
Tom: 2
Autor: Lev Grossman
Tłumaczenie: Monika Wyrwas-Wiśniewska
Wydawca: Sonia Draga
Data wydania: 24 lutego 2016
Liczba stron: 512
Oprawa: miękka
Format: 143×205 mm
Cena: 37 zł



Czytaj również

Król magii
Ratujmy magię, czyli poszukiwacze zaginionych kluczy
- recenzja
Czarodzieje
Ars Magica, czyli o depresji, deprawacji i desperacji
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.