» Fragmenty książek » Koło Osheim

Koło Osheim


wersja do druku

Koło Osheim

Prolog

 

W sercu pustyni, pośród wydm większych niż najwyższe minarety, ludzie są maleńcy, mniejsi niż mrówki. Pali tam słońce, szepce wiatr, wszystko jest w ruchu zbyt powolnym dla oka, lecz pewniejszym niż wzrok. Prorok rzekł, iż piasek nie jest ani łaskawy, ani okrutny, ale w piecu Saharu trudno uwierzyć, że nie darzy cię nienawiścią.

 

Tahnoona bolały plecy, a suchy język drapał o podniebienie. Jechał przygarbiony, kiwając się w rytm kroków swego wielbłąda. Mrużył oczy od blasku, mimo że zakrywał je cienki materiał turbanu. Odepchnął od siebie myśli o niewygodzie. Kręgosłup, pragnienie, odciski od siodła – nic nie miało znaczenia. Liczyło się jedynie to, że karawana idąca śladem Tahnoona polegała na jego oczach. Jeśli Allah, po trzykroć święty, sprawi, że będzie widział wyraźnie, Tahnoon spełni swoją rolę.

 

Jechał zatem i obserwował zatrzęsienie piasku i jego przeogromną pustkę, milę po spieczonej mili. Za nim karawana wiła się pomiędzy wydmami, gdzie wieczorem zaczną się gromadzić pierwsze cienie. Na zboczach wzdłuż jej linii jechali pozostali Ha’tari, czujnie patrząc w dal. Czuwali nad słabymi al’Effem z ich zszarganą wiarą. Tylko Ha’tari wciąż dotrzymywali przykazań tak w duchu, jak i w słowach. Na pustyni jedynie tak surowe przestrzeganie przykazań utrzymywało człowieka przy życiu. Inni mogą przejść pustynię i przetrwać, ale wyłącznie ludzie Tahnoona byli w stanie żyć na Saharze, gdzie tylko studnia, która zawsze mogła wyschnąć, dzieliła ich od śmierci. Balansowali na granicy we wszystkim, co robili. Czyści. Wybrańcy Allaha.

 

Tahnoon skierował wielbłądzicę w górę zbocza. Al’Effem czasem nazywali swoje zwierzęta. Kolejna słabość plemion nieurodzonych na pustyni. W dodatku odpuszczali sobie drugą i czwartą modlitwę każdego dnia, odmawiając Allahowi tego, co Mu się należało.

 

Zerwał się wiatr, gorący i suchy. Sprawił, że piasek zasyczał, zsuwając się z rzeźbionego czubka wydmy. Dojechawszy na szczyt pochyłości, Tahnoon spojrzał w dół na kolejną spaloną słońcem pustą dolinę. Potrząsnął głową i powrócił myślami wzdłuż własnych śladów do karawany. Zerknął do tyłu w stronę łuku następnej wydmy, za którą jego podopieczni mozolili się, idąc śladem, który dla nich wyznaczył. Ci konkretni al’Effem byli pod jego opieką już od dwudziestu dni. Jeszcze dwa i doprowadzi ich do miasta. Jeszcze tylko dwa dni znoszenia szejka i jego rodziny i nie będą już drażnić go dłużej swym dekadenckim, bezbożnym trybem życia. Córki były najgorsze. Szły za wielbłądami ojca, odziane nie w długie na dwanaście jardów dżalabije Ha’tari, tylko w dziewięciojardowe okropieństwa, spowijające je tak ciasno, że ich fałdy prawie nie ukrywały ciał pod nimi.

 

Krzywizna wydmy przyciągnęła wzrok Tahnoona i przez chwilę wyobrażał sobie kobiece biodro. Potrząsnął głową, by pozbyć się tej wizji, i chętnie by splunął, gdyby nie miał tak wyschniętych ust.

 

– Boże, przebacz mi mój grzech.

 

Jeszcze dwa dni. Dwa długie dni.

 

Wiatr bez ostrzeżenia przeszedł z zawodzenia w wycie, prawie zrzucając Tahnoona z siodła. Jego wielbłądzica ryknęła z niezadowoleniem, próbując odwrócić głowę od kłującego piasku. Tahnoon nie odwrócił głowy. Zaledwie dwadzieścia jardów przed nim i sześć stóp nad wydmą powietrze zamigotało jak w mirażu, ale nieprzypominającym żadnego z tych, które Tahnoon widział w ciągu czterdziestu suchych lat. Pustka zmarszczyła się niby płynne srebro, a potem rozdarła się, ukazując fragmenty innego miejsca, jakiejś kamiennej świątyni oświetlonej martwym pomarańczowym światłem, które obudziło wszystkie bóle, jakie Ha’tari ignorował do tej pory, i zmieniło je w pulsującą niedolę. Wargi Tahnoona cofnęły się, jakby usta wypełnił mu kwaśny posmak. Z trudem zachował kontrolę nad wielbłądzicą, bo zwierzę podzielało jego strach.

 

– Co? – wyszeptał do siebie, lecz jego głos utonął w skargach wierzchowca.

 

Przez poszarpane szczeliny w materii świata Tahnoon dostrzegł nagą kobietę z ciałem wykutym z każdego pożądania, które mógłby poczuć mężczyzna. Każda jego krzywizna była podszyta cieniem i pieszczona tym samym martwym światłem. Pełne kształty niewiasty przytrzymały spojrzenie Tahnoona na dziesięć wolnych uderzeń serca, zanim jego wzrok w końcu powędrował ku jej twarzy i szok zrzucił go z siodła. Nawet gdy Tahnoon uderzył o ziemię, nie wypuścił z ręki bułatu. Demon popatrzył na niego ślepiami czerwonymi jak krew i rozwarł usta, szczerząc kły podobne do zębów tuzina wielkich kobr.

 

Tahnoon rzucił się do tyłu ku szczytowi wydmy. Jego przerażona wielbłądzica zniknęła, słychać było tylko cichnący, głuchy tętent jej kopyt, gdy uciekała. Dotarł do wierzchołka wzniesienia rychło w czas, by zobaczyć, jak pocięta zasłona między nim a świątynią rozdarła się szeroko, jak gdyby jeździec wyciął sobie mieczem przejście w płótnie namiotu. Sukub stał teraz w pełni okazałości, a z rozdartego powietrza przed nim wytoczył się półnagi mężczyzna. Ciężko upadł w piach, lecz natychmiast skoczył na nogi i sięgnął nad głowę w miejsce, gdzie sukub wymacywał drogę, chcąc podążyć przez szczelinę, w którą mężczyzna zanurkował głową naprzód. Gdy demon wyciągnął w jego stronę dłoń, a z jego palców wystrzeliły szpony przypominające igły, mężczyzna dźgnął powietrze nad sobą pięścią zaciśniętą na czymś czarnym. Rozległo się głośnie kliknięcie i wszystko zniknęło. Dziura prowadząca do innego świata zniknęła. Demonica ze szkarłatnym wzrokiem i doskonałym biustem zniknęła. Przepadła starożytna świątynia, a martwe światło tego okropnego miejsca znów zostało zapieczętowane za cienką zasłoną, która dzieliła ludzi od koszmarów.

 

– Kurwa! W dupę jeża! – Mężczyzna zaczął przeskakiwać z jednej bosej stopy na drugą. – Pali! Pali! Pali! – Niewierny, wysoki, bardzo biały, ze złotymi włosami z dalekiej Północy za morzem. – Kurwa. Pali. Kurwa. Pali. – Naciągając but, który musiał wypaść ze szczeliny razem z nim, przewrócił się i przypiekł swe nagie plecy na parzącym piasku, po czym znów skoczył na nogi. – Noż kurwa! Niech to szlag! – Mężczyzna zdołał wciągnąć również drugi but, zanim upadł po raz kolejny i sturlał się po drugim zboczu wydmy, wywrzaskując przekleństwa.

 

Tahnoon podniósł się powoli i wsunął bułat z powrotem do zakrzywionej pochwy. Krzyki mężczyzny cichły w oddali. Człowiek? Czy demon? Uciekł z piekła, a zatem demon. Ale jego słowa pochodziły z języka starego Imperium, grube od szorstkiego akcentu mieszkańców Północy, łamiącego ludziom język na każdej sylabie.

 

Ha’tari mrugnął i pod powiekami zarysował mu się zielono-czerwony sukub, wyginający się w jego stronę. Tahnoon mrugnął znowu, raz, drugi, trzeci. Obraz pozostał na miejscu, kuszący i śmiercionośny. Tahnoon z westchnieniem ruszył w dół wydmy za wrzaskliwym niewiernym, przysięgając sobie, że już nigdy nie będzie się przejmował skandalicznym dziewięciojardowym odzieniem al’Effem.
-
Ocena użytkowników
Średnia z 0 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Koło Osheim
Cykl: Wojna Czerwonej Królowej
Tom: 3
Autor: Mark Lawrence
Wydawca: Papierowy Księżyc
Data wydania: 17 kwietnia 2019
Liczba stron: 640
Oprawa: miękka
Format: 143×205mm
ISBN-13: 978-83-65830-43-2
Cena: 47,90 zł



Czytaj również

Szara siostra
Hogwart: wersja dla mniszek skrytobójczyń
- recenzja
Czerwona siostra
Urodzona, by zabijać
- recenzja
Klucz kłamcy
Dzielny Książę Jalan ucieka... znowu
- recenzja
Klucz kłamcy
- fragment
Książę głupców
Tchórz i wojownik, światło i ciemność
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.