» Recenzje » Jabłko. Berło. Tron

Jabłko. Berło. Tron


wersja do druku

Genabackis znowu w ogniu

Redakcja: Tomasz 'Asthariel' Lisek

Jabłko. Berło. Tron
Mam tendencję do nadużywania tego określenia, ale nie wyobrażam sobie zacząć tej recenzji inaczej: jakie jest Imperium Malazańskie, każdy widzi. To już czwarty tom długiego cyklu (bo wszystkie poza pierwszym to urocze cegiełki liczące grube setki stron) i każdy, kto przy nim został już wie, czego się spodziewać. A żeby ten tekst miał jakikolwiek sens, skupimy się na nielicznych odstępstwach Jabłka. Berła. Tronu od normy. 

Na obrzeżach Darudżystanu dociekliwy badacz prowadzi wykopaliska. Niewielu jego kolegów po fachu wierzy w to, że mógłby odnieść jakikolwiek sukces, ale wbrew ich oczekiwaniom w końcu dociera do krypty skrywającej tajemnicze skarby. Nie wie jeszcze jakie konsekwencje będzie miało jego odkrycie – właściwie cały kontynent Genabackis znowu stanie w ogniu bitew. 

Jabłko. Berło. Tron nabiera tempa zdecydowanie szybciej, niż Powrót Karmazynowej Gwardii czy Kamienny Wojownik – choć brzmi to dość nieprawdopodobnie w kontekście tekstów osadzonych w tym świecie, dzieje się tu dużo właściwie od pierwszej strony. Mniej jest też typowych dla Iana Camerona Esslemonta mielizn – tych wszystkich jednoakapitowych scen, w których niewymieniony z imienia bohater opisany jako muskularny mężczyzna w płaszczu podnosi rzecz opisaną jako skrawek czerwonej tkaniny i wygłasza mrukliwy monolog w postaci jednego słowa (tu różnie: może być to "hm", może być "to ciekawe", może być to "cóż").  Nie oznacza to oczywiście, że czwarty tom Imperium Malazańskiego pędzi na złamanie karku, ale podejrzewam, iż wielu czytelników, którym charakterystyka poprzednich części z sześciuset stronicową leniwą podbudową przeszkadzała, przy okazji Jabłka. Berła. Tronu będzie mogło czerpać satysfakcję z lektury na znacznie wcześniejszym etapie. 

Bardziej problematycznie wygląda kwestia tego, co pozostawiają w czytelniku przedstawione wydarzenia i co z nich wynika. W jakimś stopniu jest to z pewnością efekt zmęczenia materiału, ale podczas lektury tej powieści pojawiło się we mnie odczucie – po raz pierwszy tak intensywne, wcześniej było co najwyżej delikatnym ćmieniem w potylicy – że Esslemont mógłby tak w nieskończoność, i nie piszę tego z perspektywy fana podekscytowanego wizją kolejnych dwunastu sezonów ulubionego serialu. W Jabłku. Berle. Tronie kontynuowane są liczne spośród tryliona malazańskich metawątków, ale trudno powiedzieć, aby którykolwiek w dynamiczny sposób zmierzał ku rozwiązaniu czy choćby jakiemukolwiek punktowi kulminacyjnemu.

W związku z tym pojawiają się oczywiście doskonale znani czytelnikowi bohaterowie (żeby wymienić tylko Tayschrenna, Wędrowca, Caladana Brooda czy niektórych spośród Podpalaczy Mostów), ale i w nich samych próżno dopatrywać się przemian, które chciałoby się śledzić. Tak długo, jak pozostaje się głęboko zanurzonym w lekturę łatwo ten fakt ignorować, ale próba spojrzenia z zewnątrz, szczególnie w kontekście całego cyklu, pozwala dostrzec bezwład, który stał się zasadniczą właściwością Imperium Malazańskiego. Brzmi to może absurdalnie w przypadku książek fantastycznych, ale fani Esslemonta i Eriksona z pewnością zrozumieją, dlaczego zastosuję tutaj stwierdzenie typowe raczej dla literatury historycznej: na tym etapie seria potrzebuje syntezy – i to jak najszybciej. 

Uczciwie przyznaję się do tego, że Jabłko. Berło. Tron czytałem przy wsparciu internetowych baz wiedzy i streszczeń (pewnie zrobiłbym to nawet gdyby od lektury Kamiennego Wojownika minęło znacznie mniej czasu), ale nawet mimo to przeszkadzało mi niezręczne silenie się na tajemniczość, które przenika całą powieść. Znowu: to rzecz wzięta z Eriksona, ale, niestety, zrobiona gorzej, bo Esslemont generalnie jest słabszym pisarzem. Moja miniaturowa parodia z muskularnym mężczyzną nie odbiega daleko od powieściowej rzeczywistości – zdarza się, że na scenę wkracza anonimowy bohater opisany jednym, ogólnym przymiotnikiem i schodzi z niej po rzuceniu dwóch słów. Przy wielości wątków i postaci takie sytuacje nie tyle podkręcają zainteresowanie, co po prostu drażnią. 

Ponarzekałem na Jabłko. Berło. Tron, ale muszę wyraźnie zaznaczyć, że nawet w najmniejszym stopniu nie żałuję lektury. Jako pojedyncza powieść naprawdę się broni – jej indywidualny poziom jest porównywalny z Kamiennym Wojownikiem, to bardzo przyzwoite, wciągające militarne fantasy. Więcej wątpliwości budzi natomiast jako czwarty tom Imperium Malazańskiego – chciałbym, żeby cykl nabrał spójności oraz tempa i stał się czymś więcej niż wypełnieniem luk po Księdze Poległych. Miejmy nadzieję, że wydarzy się tak przy okazji Krwi i kości!  

7.0
Ocena recenzenta
7
Ocena użytkowników
Średnia z 1 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Jabłko Berło Tron
Cykl: Imperium Malazańskie
Autor: Ian Cameron Esslemont
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Wydawca: Mag
Data wydania: 27 września 2024
Liczba stron: 848
Oprawa: twarda
ISBN-13: 978-83-68240-04-7
Cena: 69 zł



Czytaj również

Noc noży
Wszystkie drogi prowadzą do Malazu
- recenzja
Kamienny Wojownik
Powrót Powrotu Karmazynowej Gwardii
- recenzja
Powrót Karmazynowej Gwardii
Malazańska Wiosna Ludów
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.