» Recenzje » Imię wiatru

Imię wiatru


wersja do druku

Trochę Harry'ego, trochę Geda

Autor: Redakcja: Piotr 'Clod' Hęćka, Matylda 'Melanto' Zatorska

Imię wiatru
Standardowe opowieści osadzone w klimatach fantasy niezwykle często wykorzystują motyw od zera do bohatera. Patrick Rothfuss w swojej debiutanckiej powieści nie silił się zbytnio na duże odstępstwa od tego schematu, niemniej Imię wiatru charakteryzuje dość istotna zmiana – bohater dochodzi do wszystkiego praktycznie sam, bez pomocy wszechwładnych mentorów.

Akcja powieści zaczyna się dość osobliwie: czytelnik rzucony zostaje do karczmy prowadzonej przez tajemniczego Kote'a w zapomnianej wiosce. O nim samym nie wiadomo nic – ani skąd przybył, ani czym parał się w przeszłości. Sytuacja zmienia się, gdy w osadzie pojawia się mężczyzna zwany Kronikarzem, który rozpoznaje w karczmarzu Kvothe'ego, legendarnego maga (w powieści nie występuje "klasyczna" odmiana czarodziejów) i muzycznego geniusza. Tak rozpoczyna się opowieść będąca jednocześnie treścią Imienia wiatru – z nie do końca rzetelnym narratorem mającym niemalże nieograniczoną możliwość naginania i ubarwiania faktów.

Pierwsze kroki młodego Kvothe'ego nie są łatwe – cudem uniknął śmierci z rąk tajemniczych napastników, którzy wybili jego aktorską trupę co do nogi, potem zaś zmuszony był do przetrwania w lesie. Jedyną jego nadzieją jest wstąpienie do Akademii – co wcale nie będzie takie łatwe z racji braku pieniędzy na opłacenie czesnego. Nie pozostaje mu więc nic innego, jak w procesie rekrutacyjnym zrobić wystarczające show, by komisja zadecydowała o ulgowym potraktowaniu nowicjusza. Nietrudno się domyślić, że ta sztuka mu się udaje – i to otwiera autorowi furtkę do stworzenia własnej wersji Hogwartu.

Akcja Imienia wiatru rozgrywa się w znacznej części właśnie w Akademii, niebędącej specjalnie oryginalnym tworem, chociaż w kilku aspektach obie szkoły magii mają punkty wspólne (pobliskie miasteczko, w którym Kvothe załatwia część swoich interesów – odpowiednik Hogsmeade). Świat wykreowany przez Rothfussa nie jest jednak "nadpisaniem" istniejącej rzeczywistości, a miejscem stworzonym od zera, z własną ekonomią, wierzeniami, kręgami kulturowymi i w końcu systemem magicznym. Przez rozwiązania fabularne trudno niestety powiedzieć, by został on zaprezentowany w satysfakcjonującym stopniu – pierwszy tom Kronik królobójcy jest pod tym względem mocno ubogi, a nieliczne informacje na temat świata zewnętrznego giną w tekście. Niełatwo jednak jednoznacznie orzec, czy to na pewno wada – z jednej strony obyło się bez akademickich wykładów, zupełnie niepotrzebnych w kontekście opisywanych wydarzeń, z drugiej zaś zdradzona przez Rothfussa ilość elementów układanki może okazać się nie wystarczająca, by stworzyć z niej satysfakcjonujący obraz.

Znacznie gorzej natomiast prezentuje się konstrukcja fabularna. W wielkim uogólnieniu można ją podzielić na trzy części – sceny bezpośrednio rozgrywające się w karczmie (drobny wycinek całości, stanowiący spoiwo między kolejnymi fragmentami relacji maga), szkolne zmagania Kvothe'ego (lwia część) i finałowy epizod, mający pchnąć do przodu wątek zabójstwa rodziców głównego bohatera. I tutaj można rzec bez ogródek – Rothfuss może i miał jakąś szerszą wizję Imienia wiatru, ale jej realizacja została spartaczona. Wspomniany epizod przypomina zapis marnej sesji gry fabularnej, w której gracze popuszczają wodze fantazji w celu wyeliminowania palącego problemu. Ogółem nie można powiedzieć, by zakończenie pierwszego tomu trzymało poziom reszty książki – o ile wcześniejsze sceny były monotonne, to miały w sobie pewien urok. Finał sprawia wrażenie dopisanego na siłę.

Imię wiatru jest nudne – około sześćdziesięciu–siedemdziesięciu procent fabuły to niemalże jedna i ta sama scena w kilku mniejszych lub większych wariacjach. Te od czasu do czasu przetykane są drugorzędnym wątkiem (też bez fajerwerków), związanym głównie z trudną sytuacją majątkową studenta Akademii. Jeden niezbyt gwałtowny zwrot akcji pojawi się w finale, ale to o wiele za mało. Co ciekawe, podobny wybieg Rothfuss zastosuje także w drugim tomie planowanej trylogii, Strachu mędrca. Tam na szczęście wyszło mu to zdecydowanie zgrabniej, podobnie zresztą jak w przypadku fragmentu opowieści rozgrywającego się bezpośrednio w murach Akademii.

Sam system magii nie jest tradycyjną manipulacją tajemniczą energią – Rothfuss wykorzystał motyw znany miłośnikom gatunku doskonale z Czarnoksiężnika z archipelagu Ursuli K. Le Guin, czyli imiona rzeczy i żywiołów. W przeciwieństwie do wspomnianego dzieła w Imieniu wiatru nacisk na magię jest stosunkowo niewielki, służy ona głównie wynalazkom i stanowi drobną pomoc w codziennym życiu. A ilość kombinacji jest niemalże nieskończona – sam Kvothe zajmuje się magicznym rzemiosłem, a czytelnik ma okazję poznawać proces tworzenia różnych ciekawych przedmiotów. Ogólna zasada tego procesu jest pozornie prosta, w praktyce oznacza jednak prawdziwą matematyczną "rzeźnię" kombinatoryki, by ułożyć konkretne runy w odpowiedniej kolejności – najmniejsza pomyłka może być dla wynalazcy niebezpieczna. Sama praca nad kolejnymi projektami zajmie bohaterowi sporo czasu i mimo że z fabułą nie będzie mieć to zbyt wiele wspólnego, to akurat proces konstruowania w Imieniu wiatru jest całkiem ciekawy.

Sam narrator dodaje powieści sporo uroku – podczas lektury należy pamiętać, że 'właściwa" fabuła jest opowiadana przez Kvothe'ego starszego o kilkadziesiąt lat. W pewien sposób ta różnica wiekowa naznacza narrację – na relacji z młodzieńczych lat widać (niezbyt mocne) piętno późniejszych doświadczeń głównego bohatera (a demony przeszłości wcale nie odeszły w zapomnienie). Czyni to powieść spójną, bez niepotrzebnego chaosu w relacjonowaniu – aczkolwiek nie sprawia nagle, że nuda i monotonia pryskają niczym mydlane bańki.

Po fabularnej stronie Imienia wiatru dość mocno widać, że to debiut i wprawki Rothfussa w tworzeniu dłuższych historii. Recenzowany tom Kronik Królobójcy w sporej części koncentruje się na jednym istotnym epizodzie z życia Kvothe'ego. I chociaż kilka rzeczy sprawia, że nie jest to książka najgorsza, to w pewnym momencie monotonia mocno daje się we znaki. Na szczęście autor potrafi w swoją opowieść wpleść elementy, które poprawiają sytuację (np. łączenie rzemiosła z magią) – i czyni to w sposób interesujący oraz nienachalny (choć szkoda, że dopiero w drugim tomie stwarza swojemu bohaterowi okazję do obracania się w odmiennych kulturach). Sęk jednak w tym, że całokształt Imienia wiatru nie jest najlepszą zachętą do poznania dalszej części opowieści. Kilka ciekawych aspektów wspólnych z klasykami fantasy (imiona żywiołów z Czarnoksiężnika z Archipelagu Ursuli K. Le Guin czy szkoła czarodziejów podobna do tej z książek Rowling) sprawiają, że nawet czytelnik średnio obeznany z gatunkiem poczuje się jak w domu, nie będąc rzuconym w całkowicie nieznany świat. Niemniej by mieć możliwość zapoznania się z całkiem przyzwoitym Strachem mędrca, trzeba w wielu miejscach przez tom po prostu przebrnąć. Od strony literackiej nie jest to debiut słaby, bo Rothfuss ma niezłe i wyrobione pióro. Ale marnie poradził sobie ze stworzeniem porządnej opowieści, która nie opierałaby się w sporej mierze na tych samych obrazach. Krótko mówiąc – niezłe wykonanie, ale taka sobie historia.

6.5
Ocena recenzenta
8.72
Ocena użytkowników
Średnia z 38 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: Imię wiatru (The Name of the Wind)
Cykl: Kroniki królobójcy
Tom: 1
Autor: Patrick Rothfuss
Tłumaczenie: Jan Karłowski
Wydawca: Rebis
Miejsce wydania: Poznań
Data wydania: 11 września 2008
Liczba stron: 888
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-7510-060-0
Cena: 43,90 zł



Czytaj również

Muzyka milczącego świata
Sto pięćdziesiąt stron o niczym
- recenzja
Imię wiatru - Patrick Rothfuss
Epicka opowieść (nie)zwykłego karczmarza
- recenzja
Imię wiatru - Patrick Rothfuss
Kolejne dziecko Tolkiena
- recenzja
Strach mędrca - Patrick Rothfuss
Strach czytelnika
- recenzja
Strach mędrca. Tom 2 - Patrick Rothfuss
O zbieraniu ikspeków
- recenzja
Strach mędrca. Tom 1 - Patrick Rothfuss
Imię wiatru 2.0
- recenzja

Komentarze


Beefdolf
    Imię wiatru
Ocena:
+1

Dla mnie przy ocenianiu najważniejsza jest przyjemność jaką daje obcowanie z książką, a w tym przypadku jest ona najwyższych lotów. Jak widać po ocenach kilkudziesięciu czytelników nie jestem odosobnionym rodzynkiem..

22-02-2014 14:19
Fenris
   
Ocena:
0

@Beefdolf - czy ja odnoszę wrażenie, czy prezentujesz tu ostatnio popularny trend "wystawiane oceny powinny bazować na średniej w internecie"? ;)

22-02-2014 14:37
Clod
   
Ocena:
0

@Beefdolf - zgadzam się w pełni :) Dla mnie Imię wiatru było poniekąd otwarciem oczu, jak można napisać bardzo dobre fantasy korzystając z typowych dla gatunku klisz, jednakże w świeży, miejscami bardzo oryginalny sposób. Złożoność opowiadanej historii, nie do końca wiarygodny narrator, miejscami wręcz poetycki język, świat przedstawiony oraz całe multum tajemnic, które tylko proszą o snucie domysłów - te aspekty zrobiły na mnie naprawdę duże wrażenie. Jak wielowarstwowa jest historia w Imieniu wiatru zapewne będzie można docenić dopiero, kiedy na półkach ukażę się ostatni tom trylogii, ale by poczuć tego przedsmak, należy w odmętach internetu poszukać fanowskich teorii - tam dopiero wychodzi na jaw drugie i trzecie dno :)

22-02-2014 15:42
lemon
   
Ocena:
0

Naprawdę wierzycie, że ta historia zamknie się w trylogii? No, chyba że to będzie taka trylogia jak "Pamięć, Smutek, Cierń" Williamsa, gdzie sam tom trzeci miał cztery tomy. ;)

22-02-2014 16:20
Asthariel
   
Ocena:
0

Nah, moim zdaniem będzie trylogia o przeszłości Kvothe'go, a potem kolejne tomy rozgrywające się w teraźniejszości. Moim zdaniem to najlogiczniejsze rozwiązanie, jako że podczas lektury serii można wywnioskować, że Chandrianie wciąż żyją i mają się dobrze.

22-02-2014 16:24
Fenris
   
Ocena:
0

Ja raczej w prequel albo sequel trylogii wierzę. Aczkolwiek mógłby też Rothfuss jakimś nowym projektem się zająć, byle szybciej, niż obecnie idzie mu to z "Kronikami...".

22-02-2014 17:48
Dagome
   
Ocena:
0

Czytanie tej książki grozi kontuzją szczęki. To takie Nad Niemnem.

Też uważam, że nie wyrobi się w trzech normalnych tomach, za dużo lania wody po drodze.

PS. Ten nowy edytor jest do bani, gdzie moje przeglądarkowe menu podręczne!!!

PS2. Motyw, że pomagał uwodzić własną ciotkę był niezły.

22-02-2014 20:04
Scobin
   
Ocena:
0

@Dagome

Jeśli dobrze rozumiem, dopiero teraz korzystasz z Poltera w nowym wydaniu. Jeżeli tak, to może przydadzą Ci się te linki:

http://info.polter.pl/Polter-zmiany-zmiany-c25792

http://info.polter.pl/Pomoc-txt161

Rzecz niezwiązana z tą akurat recenzją, ale a nuż będzie użyteczna. :-)

23-02-2014 00:12

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.