» Klub Wiktora » Utwory » Happening w oliwnym gaju – Wiktor Żwikiewicz

Happening w oliwnym gaju – Wiktor Żwikiewicz


wersja do druku
Happening w oliwnym gaju – Wiktor Żwikiewicz

CZTERDZIESTA TRZECIA TRANSGALAKTYCZNA
KRĄŻOWNIK „ARGUS”

DZIENNIK POKŁADOWY
…43–2374–11685:
Szósty komponent Continuum. Struktura przestrzeni postwektoralna — skokowa degradacja do układu odniesienia C. Załoga — ZERO.
Zapis: Synchromat.

43–2375–11686:
Piąty komponent Continuum. Dalsza degradacja do układu odniesienia C. Załoga — ZERO.
Zapis: Synchromat.

43–2376–11687:
Czwatry komponent Continuum. Struktura przestrzeni kinetyczna. Prędkość 0,01 poniżej C. W zasięgu penetracji moduł masy 0,014 w skali diachronitycznej. Postulat: cefeida typu RR Liry — okres pulsacji 19,4(3). Załoga — FAZA WSTĘPNA.
Zapis: Synchromat.

43–2376–11688:
N–kC bez zmian. Prędkość redukowana. W zasięgu penetracji zero. Załoga — STAN GOTOWOŚCI.
Zapis: Synchromat.

43–2376–11689:
N–kC bez zmian. Prędkość 0,6 C. W zasięgu penetracji potrójny układ białych karłów. Składnik A — zachwianie stabilności atomowych jąder — postępująca neutronizacja materii. Przelot. Załoga — JOHN KENAN.

NOTE: „— Idiotyczna sprawa. Nie wiem, czy was również, ale pod koniec zmiany, kiedy reszta śpi w anabiozie, aż mnie coś kusi, żeby otworzyć śluzy i, nim płuca udławią się próżnią, wycharczeć: Jak długo mamy jeszcze błądzić niczym pielgrzymka półślepych, półgłuchych? Zupełna schizofrenia. Chociaż po zastanowieniu można dojść do wniosku, że jeśli milczę, to bynajmniej nie ze względu na absurdalność podobnego przedsięwzięcia, lecz z czystego wyrachowania. I tak nie doczekałbym się odpowiedzi. Na szczęście dla tych wszystkowiedzących, którzy nas wysłali, nie ma to większego znaczenia. Musimy szukać i znaleźć. Ktoś powinien być pierwszy — do jasnej cholery! Pozdrowienia Ame i reszta. Czas na mnie — John Kenan.”
Zapis: Synchromat.

43–2376–11690:
N–kC bez zmian. Prędkość 0,6 C. Korekta trajektorii według stycznej do ekliptyki — 0g00c03,115cc. W zasięgu penetracji — zero. Załoga — STAN GOTOWOŚCI.
Zapis: Synchromat.

43–2376–11691:
N–kC bez zmian. Prędkość 0,6 C. W zasięgu penetracji zero. Załoga — ARNE SHORT.

NOTE: „— Rozklejasz się, Ken. Zapomnieliście już magiczną formułę Giordano Bruno? Jak to sprytnie wykombinował facet z Centrali — teoria prawdopodobieństwa dopuszcza… Wygodne. Dla nich oczywiście nie ma nic wygodniejszego nad teorię prawdopodobieństwa, według której powinniśmy ze sto razy nawiązać kontakt z »mnogością światów zamieszkanych«. Przynajmniej W jedną nieskończoność uwierzyłem bez zastrzeżeń, w nieskończoność skali złudzeń. Ale pal licho sentymenty! Iv, zawsze miałeś szczęśliwą rękę, jak przyjdzie twoja kolej, weź i stuknij palcem w ekran. Mówię poważnie. Niech TO będzie martwe od początku świata, bylebyśmy mieli twardy grunt pod nogami i mogli wreszcie spokojnie porozmawiać ze sobą. Zgoda? Kończę i czekam na rezultaty spisku na uświęcone paragrafy Instrukcji Dalekosiężnego Zwiadu. Do zobaczenia — Ame Short.”
Zapis: Synchromat.

43–2376–11692:
N–kC bez zmian. Prędkość 0,6 C. W zasięgu penetracji strefa wzmożonej emisji promieniowania na fali 21 m. Postulat: mgławica pyłowo–gazowa, neutralny wodór, zgęszczenie 10–21 g na cm3. Przelot. Załoga — STAN GOTOWOŚCI.
Zapis: Synchromat.

43–2376–11693:
N–kC bez zmian. Prędkość redukowana. W zasięgu penetracji szczątkowa asocjacja trzeciego tamienia. Transfer docelowy. Załoga — IVEN MAHON.

NOTE: „— A słowo ciałem się stało. — Iv Mahon.”
Zapis: Synchromat.

43–2377–11694:
N–kC bez zmian. Prędkość względem układu odniesienia zero. Podłoże stabilne. W zasięgu penetracji…

Tego dnia Archai obudził się na długo przed świtem Logos. Drzewa świętego tilantu nie rozchyliły jeszcze bladozielonych pąków, spod zewnętrznej kory nie obnażyły programu dnia oraz informacji dojrzałej w czas nocnych rozważań, kiedy przecierając zlepione snem powieki powstał i, okrywając ramiona połami dwuskrzydłego płaszcza, wstąpił pod okap nieba. Pnącze wężopławu warowało za progiem, od zmierzchu wczorajszego dnia pełniąc straż przed kokonem matecznika.

— Przychodził ktoś? — zapytał.

— Nie było nikogo.

— Możesz odpocząć, nie wrócę przed zmrokiem. Wydeptana ścieżka wiodła zagajnikiem ostrokrzewi, w koronkowych prześwitach gałęzi białe pająki tkały swe zwiewne, niewidzialne sieci, a osiadająca mgła czyniła ten trud daremnym, oblekając pajęcze nici w kształt cielesny, znaczący się wyraźnie kroplami podwieszonej rosy. Od strony bagiennego morgu echo przyniosło ciężkie westchnienie, z jakim oparzelisko pochłonęło kolejny szmat ziemi, przeciągłym bulgotom zawtórował skrzek rozbudzonych jaszczurek kuradu, przekomarzających się nad zwłokami, i plusk wody rozbryzgiwanej ich upłetwionymi łapkami. Pomyślał, że jest to wróżba dobrej pogody, bez deszczopadów i sinej ulewy. Błotnisty trop zbiegł w odkrytą tylko u wylotu ciemnię drzewiastej pergoli. Drzewa rozrastały się w górze pułapem wargolistnej kratownicy, naszeptywały zmierzch lata smolistoczerwonym, rozcieńczonym naciekiem połyskliwej blendy, ich konary oplotły wężowy tunel i najpewniej zagrodziłyby drogę węzłami gałęzi, na przekór trawom i słońcu, gdyby nie rozkaz powtarzany za każdym przejściem strażników kamiennego gaju.

— Zwolnij drogę — ostrzegł Archai i świeże pędy zakołysały się, zaszeleściły wielogłosym szeptem i odpełzły na strony. — Idę do Archetypu.

— Zabierz mnie z sobą.

Obejrzał się zdziwiony. Nie było nikogo.

— Zanim tam dojdziesz, rozeschną się korzenie — powiedział do bladych liści. — Rośnij tam, gdzie wyrosłeś.

— Nie poznajesz mnie? Nie jestem rośliną.

— Kim jeszcze możesz być?

— Chodziłem tędy przed tobą.

To było tylko Ziarno. Leżało na skraju wydeptanej ścieżki i omijał je codziennie, lecz nie odezwało się ani razu. Dopiero teraz nastąpił jego czas.

— Nie wiem, czy masz prawo — zawahał się.

— Każdy z nas może być wszędzie. A tobie się przydam, wiem bardzo wiele.

— Więc idź za mną.

Praojcowie potrafili wszystko, mogli noc zmieniać w światło i do głębi przenikać wartką Rzekę Chronos, umieli czytać z kory wieszczących drzew i zachować własną pamięć. Ziarno jest wszędzie, leży na każdym kroku, lecz budzi się rzadko, najwyżej raz na tysiąc lat. Jest niezniszczalne i pewnie przetrwa tych, którzy już nie znają procesu metamorfozy myśli w Ziarno.

Przypomniał sobie wyrocznię eneolitu, przed wschodem Logos odczytaną z projekcji czasu skurczonego w bębnie praksynoskopu: „Nad uschłym gajem pień obłupany z kory, patrzący najdalej, najwyżej, najgłębiej. Czas zamknął w źrenicy śmiertelną połowę wszechrzeczy i, póki on martwy, kwitnie reszta Nowego Archipelagu. Śmierć i życie — dwie równe polowy, lecz w Archetypie zawarta jest mądrość starców, płodność kobiet i odwaga Bezimiennych, kiedy źródło skruszeje w pustym oczodole, trzeba znowu obudzić Logos — mechaniczny zarodnik, gdyż będzie to początek dla nowego końca”.

Z czyich ust po raz pierwszy wyszło to dziwne podanie, którego treści domyślał się ledwie w przybliżeniu? Archai wiedział, że ci wszyscy, których pamięć została zapisana w Ziarnie, nie mylili się nigdy, każde ich słowo znaczy — Przeznaczenie.

INTROWERSJA ZESPOŁU — Miejsce: nawigatomia.
A. Short — Wyłącz ekran.
I. Mahon — Szybko rezygnujesz.
A. Short — W tej sytuacji pozostaje nam jedyna konstruktywna zasada postępowania — nie przeciążać zewnętrznej percepcji.
I. Mahon — Żałosne.
A. Short — Twój punkt widzenia.
J. Kenan — Zapominasz, Iv, że najlepszą metodą duchowej samoobrony w okolicznościach, w jakich tym razem się: znajdujemy, bywa blokowanie świadomości. Rzecz najprostsza z prostych. Zaczynają nas ponosić nerwy, a tak nie było negatywnej informacji — nie będzie precedensu.
I. Mahon — Mam dosyć waszej psychoanalizy.
A. Short — Depresja?
R. Blish — On się w ten sposób zabezpiecza. Przecież to widać jak na dłoni…
J. Kenan — Daj spokój, Ron.
R. Blish — Dlaczego? Jest aktywny. Synchromat rejestruje tendencję poszukiwania motywu de lege ferenda. Iv po prostu zbiera punkty. Jako psychoanalityk powinieneś o tym wiedzieć najlepiej.
I. Mahon — Wybacz, nie zależy mi na przedłużeniu licencji, jeśli do końca nic nie znajdziemy i tak zrezygnuję po powrocie.
J. Kenan — Rezygnujesz za każdym razem.
I. Mahon — Kiedyś trzeba ostatecznie. Ale nie tutaj i nie w ten sposób, jak Ame. Zawsze jest coś ciekawego.
J. Kenan — Jeśli szukasz zajęcia dla wyobraźni, to spójrz na magnetograf.
R. Blish — Typowe zawirowania pola. Trochę więcej niż gdzie indziej, ale to wszystko.
I. Mahon — Zabawny wzorek.
R. Blish — Kiedy wywalisz się na łące brzuchem do góry i zaczniesz liczyć chmury, dopatrzysz się jeszcze więcej smoków, nibynóżek i koników polnych.
A. Short — To jeszcze jeden dowód na poparcie mojej tezy, żeby nadmiar wyobraźni inwestować tam, gdzie rozum nie ma nic przeciwko temu, A swoją drogą, wracając do psychoanalizy, ciekaw jestem, jak Iv zaprezentuje się w konfrontacji z resztą.
J. Kenan — Co chcesz zrobić?
A. Short — Mamy trochę czasu, więc zgodnie z jego życzeniem — ruszmy głową, przy okazji załatwiając pierwszy etap okresowej kontroli.
J. Kenan — Test?
A. Short — Uwaga, dyspozycja dla Synchromatu: zarządzam test asocjatywny. Pierwszy Ron Blish.
R. Blish — Zasady bez zmian?
A. Short — Proponuję bez ograniczeń.
I. Mahon — Idiotyczna gra.
Zapis: Synchromat.

Z bagiennych rozlewisk wychyla się kamienny cypel, kute w skale stopnie prowadzą w siny zenit nieboskłonu, w dole zostaje las i błota porosłe rzęsą skrzypów, tylko mchy wspinają się jeszcze, liżąc głazy płatami jakby chorej bladości, aż na którejś ze ścian zanika i ten ostatni, nasiąkły wilgocią kożuch. Wyżej oczy daremnie szukają oparcia w caliźnie skalnego czerepu — schody ostrym zygzakiem połowią okap czoła nie sięgając skroni, gdzie z żył kwarcu, płynnych kiedyś, sterczą wyciśnięte porami kamienia kępy szklanych, przerzedzonych wiatrem zarośli.

Tuż pod samym wierzchołkiem czerń zaczerpnięta w gardziel pieczary z głębi długiej nocy.

— Wierzę w przeistoczenie — powiedział Archai.

— Co z tego?

Ziarno leżało przed progiem.

— Już jesteś? — zapytał.

— Jeśli pozwolisz, nie chciałbym dzisiaj cię odstępować. Coś się szykuje, ale nie wiem co.

— O czym ty mówisz?

— Mam przeczucie, a trudno stwierdzić. Wy przecież nie potraficie posługiwać się praksynoskopem?

— Niestety.

— No właśnie. Nic nie potraficie.

— Czy to wszystko, co masz do powiedzenia?

— Na razie tak. Nie przeszkadzaj sobie.

W pomroce niszy sklepionej granitowym stropem majaczy sylwetka posągu o twarzy zaklęsłej czarą dwóch dłoni — płaskich policzków zwróconych ku sobie, ogniskujących światło w źrenicy jednego oka. Światło, przestrzeń, myśli i czas przenikający przez wzniesione u wylotu jaskini drewniane wrota zawsze na oścież otwartej torany. Archai poszukał na piersi wygładzonej czaszki jaszczurki kuradu, ukryta w fałdach płaszcza wisiała na plecionym rzemyku z żabich ścięgien. Zacisnął palce na dźwigni jednoroża sterczącej z czerepu i skalną niszę wypełniło światło błękitnej luminescencji.

— Oho! Kto by przypuścił, że coś takiego przetrwa. Trochę czarnej magii i proszę bardzo — świeci. Czy ty przynajmniej wiesz, jak to działa?

Nie słuchał głosu Ziarna, długo leżało w ziemi, musi się . wygadać.

— Niech cienie ojców odejdą w bezludną Rzekę Chronos — powiedział i przestąpił próg wykładni Archetypu.

— Ani mi się śni — pisnęło Ziarno.

— Milcz lepiej.

Jedna noc wystarczyła, aby drewniany tors pokrył się słojem pleśni, z której palce nereid splotły białą brodę o kosmykach spływających do piersi. Archai starannie zebrał lepkie narosty i namaścił drewno sokiem żyworodnych łodyg bagiennego skrzypu, zeskrobaną pleśń złożył w garncu u podnóża ofiarnego stosu. Potem wyprostował się i zatrzymał spojrzenie na płaskim, smutnym obliczu, lecz zdrewniałe rysy nie poruszyły kryształowej źrenicy pod zastygłą od dawna powieką.

— Coś mi się tutaj nie podoba — powiedziało Ziarno.

INTROWERSJA ZESPOŁU — TEST ASOCJATYWNY — RON BLISH:

— TO wyrasta z kontynentalnej skorupy sialu metalicznych planet, jest rozpłaszczone siłą ciążenia, niemal wprasowane w ołowiany grunt, z którego niepodobna czerpać pożywienia. Ogromne i nieruchome, zakotwiczone na szarozielonym dnie od chwili poczęcia do śmierci, wyciąga nici pneumatoforów pływających w ciekłym powietrzu, krzaczastym pióropuszem sięgających przestrzeni ponad płynnym słojem atmosfery, aby doprowadzić w jądro umięśnionej bulwy pożywkę koacerwatów kondensujących się tam, gdzie czasami sięgają słoneczne promienie. TO rozrasta się z każdym tysiącleciem, powoli, cierpliwie, nie bacząc na czas płynący poza zasięgiem jego metabolizmu, obrzmiewa pęcherzem dojrzewającej plemni, aż skurczy się wreszcie spazmem śmiertelnym i życiodajnym — na równi, zwinie kształt kuli i rozerwie go głuchą eksplozją jądra zwyrodniałego uranowym nasiąkłem. Wyjałowione szczątki skręcą po raz wtóry ścisły węzeł i w ołowianej caliźnie zasklepi się gruda wyłączona spod aktu dalszej metamorfozy.

Tymczasem wysoko w stratosferze czarny grzyb skotłowanego powietrza zawiesza chmurę mikroskopijnych drobin.
Słońce nasyca energią biliony niepozornych zarodników, które pod wpływem promieniowania formują zjonizowaną strefę szkarłatu i znieruchomiała na stacjonarnej orbicie chmura kondensuje się w gigantyczną, półprzejrzystą soczewkę. Jest zawieszona nad jednym punktem globu w odległości równej swej ogniskowej i promieniowanie . słońca, nawet najdalszych gwiazd i galaktyk, skupione w wypukłej źrenicy, przesiąka powoli przez gęstniejące pod coraz większym ciśnieniem warstwy atmosfery, przez chmury i płynne gazy, ogniskuje się wypalając w stałym gruncie piętno wrzące tęczową gamą ognia. Czasami penetracja promieni na odciętym od światła dnie trwa tysiąc lub milion lat, aż potok cząstek, w niepojęty sposób stymulujący biogenezę, dobierze klucz do żelaznego zamka martwych, ołowiowych skał. Dopiero wtedy opadnie rdzawy deszcz, jedyna pozostałość szkarłatnej źrenicy, rozproszy się na wietrze, aby po kolejnym miliardzie lat żelazny obrzęk globu przejrzał kosmiczną przestrzeń, spod powieki chmur otwierając nad Jowiszem, widzianą z każdego punktu układu planetarnego, źrenicę Czerwonej Plamy.
Zapis: Synchromat.

Nad równiną wstawał dzień, podnosił się z bagien bladą poświatą, lgnącą do drewnianych warg, układającą je w linię prostą, bez wyrazu i bez ukrytych znaczeń.. Tylko w kryształowym oku budziły się ospałe zrazu, potem wciąż bardzie] ruchliwe, bystre lśnienia szklanych grani, wirowały niespokojnie, rozsypywały tęcze, jakby igrając nimi w pęcherzykach błotnego gazu, w roju skrzydłoskrzełich ważek nad sercem wodnej lilii.
Archai nie mógł wytrzymać tego wzroku. Opuścił głowę.

— Co z tobą? — zapytało Ziarno.

— Nic — odparł.

— Kłamiesz. Jesteś niezdecydowany. Wątpisz. Gnębi cię duchowa rozterka. Zupełnie was nie rozumiem, zmieniliście się strasznie. Co prawda to dopiero moje drugie przebudzenie, ale widać kolosalne różnice. Oczywiście na gorsze.

— Można to zauważyć?

— Cha–cha! — dźwięcząc jak metal zaśmiało się Ziarno. — On się pyta, czy widać! Trzeba być ślepym. Czasami zdaje mi się, że zabraliśmy wszystko ze sobą i wam nic nie zostało. Macie cudaczne zwyczaje Wytłumacz mi, na przykład, po co tutaj przyszliśmy?

Archai znieruchomiał zdziwiony jak nigdy dotąd. Po co? Przecież Wykładni Archetypu oddają cześć plemiona znad Rzeki Czarcich Głów i anagamiczne ludy z grzęzawisk Ropuszej Topieli. Jak daleko sięga wiedza Archai — kobiety składając dzieci w mateczniku szepczą słowa chorału, którego treść znają nawet komiki, co noc toczące korę, zapisując w niej prehistoryczne przesłanie, nawet Bezimienny powstrzyma uzbrojoną pięść, kiedy zabrzmi chorał bębnów, a pokonany, którego dławi stopa zwycięzcy, nie zerwie się z ziemi, lecz jeszcze nadstawi głowy, kiedy umilknie Głos.

— Tego nie można wytłumaczyć — powiedział do Ziarna.

— Na tym polega wasz błąd — odparło. — Nie istnieje nic, czego empiria nie byłaby w stanie przedstawić jako zjawisko w pełni realne, poddające się naszej analizie.

— Nie rozumiem, o czym mówisz, lecz nasza obecność tutaj nie może być nazwana jednym słowem…

— Phi! — parsknęło Ziarno. — Powiedz w dwóch.

— Tego się nie mówi, to trzeba czuć. Popatrz z tej góry w dół, jak daleko sięga wzrok. Na powierzchni ziemi nie pozostał już nawet ślad starożytnych miast, a drewniane wsie toną wchłaniane odmętem czarnych błot.

— To… rzeczywiście straszne. Nic nie zostało?

— Nic.

— Fa–a–atalne. A wiesz, co mawiał największy architekt mojego czasu? Mówił: „Nasza doczesność nie jest warta świeczki, ciało zgnije i, co najwyżej, przyprawi o niestrawność żarłoczne jaszczurki kuradu. Dlatego powinniśmy przeistoczyć siebie w obiekt niezniszczalny, który potomnym zaświadczy o bogactwie naszego ducha. Spójrz na budowle wzniesione przeze mnie, na mury, baszty i tarasy napowietrznych sadów, spójrz na piramidy, kanały i minarety, oddałem im całego siebie, one są mną, lecz jako niezniszczalne trwać będą wiecznie”.

— Pięknie mówił.

— Ale się mylił.

— Niestety.

— Otóż to! Dopiero teraz możesz w pełni ocenić przenikliwość takich jak ja, którzy zamiast marnować czas, trwonić inwencję w materialnej, doczesnej szamotaninie — wynaleźli Ziarno i w nie przelali siebie całych, nie uroniwszy kropelki.

— Więc istniejecie tylko dlatego?

— Czuję w twym głosie rozczarowanie.

— Wolałbym bardziej, żeby znów podniosły się z bagien tamte miasta, o których mówiłeś. Właśnie dlatego tutaj jestem. Dlatego przychodzę codziennie.

— I myślisz, że ON ci pomoże?

— Wierzę.

— Bzdura. Nie może wrócić coś, co już było.

Archai z pogardą spojrzał na Ziarno. Leżało czarne i płaskie, wtulone w ziemię. Przeniósł wzrok z posadzki na źrenicę Archetypu, potem odwrócił się i stanął twarzą na wprost otwartej torany.

Nad równiną płynęły chybotliwe mgły, wezbrane wody kładły na pola lustrzane wizerunki leniwych chmur, gdzieniegdzie, z rzadka tylko, bielały słomą strzech dalekie wsie, a podmyte strumieniami lasy przesłaniały połowę tego świata szarzyzną zbutwiałej zieleni. Bliżej, u podnóża skalnego urwiska, kotłował się siny opar i jazgotem wiedźm odzywały się czarcie uroczyska, lecz to nie miało znaczenia, gdyż w mlecznej otoczce leżała kryształowa kula, olbrzymia perła kryjąca we wnętrzu nikły cień, jak odwłok wodnego pająka, kiedy skulony drzemie w białym kokonie gniazda.

— Szerokie są Wrota Pragnień — powiedział Archai. — On jest już.

— Kto? — nie zrozumiało Ziarno.

INTROWERSJA ZESPOŁU — TEST ASOCJATYWNY — JOHN KENAN:

— Klimat łagodny, niebo zawsze pogodne, co najwyżej przesłonięte przejrzystą mgiełką, powierzchnia planety jak obnażona ze skóry i mięsa, doskonale czysta biała kość, z wyczuwalną bardziej intuicyjnie niż wzrokowo porowatością wapiennych uwypukleń, wgłębień i płytkich łożysk, którymi ze wzgórz ścieka w doliny jaskrawożółty, żywiczny płyn o lepkiej, z biegiem czasu gęstniejącej konsystencji. Jego źródła nakrywa ziemia, izoluje przed słońcem i powietrzem niczym kesonowe zbiorniki galaretowatej mazi, w którą na spodzie litosfery rozkłada się pozbawiona dostępu tlenu biała kość lub po prostu — organiczna tkanka,

Półpłynna substancja spływa w owalne niecki, wypełnia koliste zagłębienia terenu tworząc idealnie symetryczne jeziorka o gładkich, niskich brzegach. Nim minie pierwszy dzień, złotawą powierzchnię zasklepia brunatny pigment cienkiej błony i ogranicza proces powierzchniowego parowania. Pozostaje nieruchome oko tłustej, zastygłej wydzieliny z wapiennych łojotoków wzgórz. Planeta nie posiada roślinnej szaty, nie rosną na niej drzewa ani trawy, nie kwitną kwiaty, a przecież przez spowite słonecznym blaskiem rozległe pustkowia wędrują stada zwierząt zawsze spokojnych, nie spieszących się nigdzie, jakby sennych, uśpionych apatyczną wędrówką donikąd. Przez ich nabłonkową skórę prześwituje złotawy miąższ, promienie słońca przenikają ciała na wylot obrysowując tylko blady prześwit kośćca, przelewają natężenie żółci w miarowym przemieszczaniu się mięśni — też nie stanowiących przeszkody dla oka. Gatunków zwierząt jest tyle, co jezior na całej planecie, jeśli pojawia się nowe jezioro — zapewne jego gęstniejąca głębia zawiąże embrion zatopiony w żelu i spłodzi nową rasę rozgwiazd o muszlach z chryzoprazu lub bezgłowych ptaków, jeśli wysycha — nadchodzi kres panowania dziwolągów o rogatych, byczych głowach i tułowiu anakondy.
Wyschnięcie jeziora jest również jedyną przyczyną śmierci w tym spokojnym świecie, poza tym żadne zwierzę nie ginie tragicznie, nie pada za sprawą sobie podobnych, gdyż nie ma groźnych drapieżców, ani nie umiera z głodu, chociaż nigdy nie szukało pastwiska. Dziwna jest również anatomia tych istot, które pełzając, skacząc, polatując nad ziemią — jednakowo nie posiadają układu trawienia, nie przyswajają żadnego pokarmu, a przecież są nieśmiertelne, wystarczy,. jeśli raz do roku wrócą w matecznik jeziora, które wydało je na świat, wrócą wyschłe na wiór, półślepe, półgłuche, półzdechłe i zanurzą się w bursztynowej, gęstej toni, która bezboleśnie wróci im utraconą cielesność. I znowu rozpoczyna się wędrówka bez celu, jakby stada wielonogich zwierząt, powolne zwierzchniej sile, wydeptywały swój koczowniczy szlak niepotrzebnego życia, za dnia przemieszczając figurki na polach gigantycznej szachownicy, a na nocnych postojach kołysząc się smętnie, niczym kępki żywej sierści przyklejone do nagiego czerepu globu. I nic nigdy nie zakłóciło spokojnej melancholii tego świata, nie wtargnęło w tryby żywego misterium. Lecz pewnego razu łagodny zmierzch nieba rozdarło na dwoje widmo czarnego huraganu, eksplozja wyrwała kawał gruntu ryjąc głęboki krater z wbitym w dno jądrem stalowego, rozłupanego meteorytu. Pośród zgniecionych blach, w rozecie przęseł, które wystrzeliły od środka przekłuwając metaliczną otoczkę, w odpryskach rozbitej porcelanowej czaszy pozostały zbryzgane czerwienią trzy trupy o głowach wtopionych w szklane hełmy i o zgruchotanych kończynach, drzazgi żeber rozdarły materiał skafandrów, ostrymi sierpami nadziały strzępy serca i płuc. Przyszła noc. Nad ranem złotawe osocze spłynęło siecią kapilar oberwanych na skarpie krateru, wypełniło zagłębienie aż po strzępiasty grzebień wysokiego wału. Powoli wypukły menisk nowego jeziora zasklepił się opalizującym brązem i napiął zwierciadlaną taflę. Dopiero w samo południe podniosły się z dna wielkie bąble, przeniknęły opornie ustępujący żel i pękły na jego powierzchni wyzwalając trzy błonoskrzydłe ptaki. Bezgłowe pteranodonty wzniosły się nad zalanym kraterem, zatoczyły kilka kręgów i odleciały, żeby nad białą równiną szukać przyczyny wskrzeszenia i przeklinać utratę rąk.
Zapis: Synchromat.

Przedzierali się przez największą gęstwinę — Archai, Jazo i czterej Bezimienni. Labirynt lasu niechętnie rozstępował się przed nimi, tylko na wezwanie Jazo odsłaniając wąskie przesmyki. Zagłębiali stopy w lepkiej mazi, wtłaczali weń świeżo opadłe, a jeszcze w locie, między niebem i ziemią, trącone rozkładem liście, niemal biegli, lecz oczy daremnie wypatrywały prześwitu między splotami woskowych pni. Drzewa wyginały powleczone kroplistą wydzieliną torsy, starały się usunąć spod ich stóp rozlazłe po powierzchni błot korzenie, przeniesiony ku górze ruch wstrząsał kiściami gałęzi, aż ze zwiniętych tulejek liści sypał się deszcz białych larw, które uderzając o ziemię rozginały napęczniałe tłuszczem tułowia i pękały miażdżone naciskiem pięt.

W nielicznych miejscach, gdzie półpniaki megafonaru zapuszczały w ziemię luby pustych korzeni, Jazo przyklękał i osłaniając wargi dłońmi długo szeptał w sękate konchy drewnianych tub, aż echo dudniło głęboko pod ich stopami, przenosiło głos przez puste korzenie do Archetypu, a Jazo wciąż szeptał sobie tylko wiadome zaklęcia, po których drzewa jeszcze szybciej usiłowały ustąpić im z drogi, we własnej masie wydrążyć tunel, którego kierunek wskazywał biegnący przodem Archai. Bezimienni dreptali na końcu potrząsając garbami i trwożnie oglądając się dokoła.
Archai starannie omijał miejsca, gdzie z nagromadzonych zwałów gnijącego próchna przebijały na dzienne światło fosforyzujące owocniki zakapturzonych grzybów. Strzępiaste . pasma śluzowatej, wydzielającej słodkawy odór grzybni łączyły je w pętle przegradzających drogę Czarcich Kół, wystarczyło nadepnąć jeden ośliniony kaptur, aby reszta, otwierając mięsiste torbiele, wyrzucała w powietrze rój symbiotycznych, do krwi żrących mchówek.

Przebiegli jeszcze kilkadziesiąt kroków, gdy las urwał się nagle pochylonym częstokołem pni. Archai całą drogę wypatrywał Ziarna, lecz nie pojawiło się na trwałym gruncie i nie odezwało ani razu, widocznie już było na miejscu. Przed nimi pulsowało bagno. Mgła podnosiła się ciągliwymi warstwami i zastygała w pewnej odległości od ziemi podpierając płynne warstwice słupami dymnych kolumn. Nieruchomy opar pozostawiał jednak szerokie prześwity, podobne do rozwartych gardzieli, gdzie w mlecznych jamach, między zwisającymi luźno fałdami dziąseł, majaczyły kępy karłowatych skrzypów i snuły się wiedźmy nagie pod pajęczynowym tiulem, warzące pochmiel w nieckach gorących źródeł.

Przejęci widokiem czarciego sabatu nie dostrzegli zrazu kształtu wtopionego w rojne od widziadeł otoczenie, dopiero przypadkowe tchnienie wiatru rozchyliło szerzej lepką zawiesinę, odsłoniło w całej okazałości gigantyczną kulę, która łamała promienie zamgleniem powierzchni, naginała ku sobie przestrzeń zwojami półcieni, zdawała się toczyć, a jednocześnie spoczywać na błotach niemym, niepojętym bezwładem.

— Tam — wskazał Archai. — Nie myliłem się.

Bezimienni wpatrywali się w formacje widm wyssanych z bagna, zginali chude, garbate grzbiety i szepcząc zaklęcia przykładali palce najpierw do warg, potem do parchatych pachwin. Jazo długo naradzał się z ziemią, wreszcie powstał i bezradnie rozłożył ręce.

Postąpił krok do przodu, nad granicę wytyczoną węzłami koi żeni wiążących grunt, ułamał konar pochutnika tuż przy skarpie wspartego na powietrznych korzeniach i rzucił w bagno. Oliwiaste wargi łapczywie pochłonęły pokarm i za moment, w miejscu upadku gałęzi, wykiełkował perlisty grzyb jadowitej piany. Rósł powoli, jak lepiony od wewnątrz kopiec termitiery, aż przełamał się w końcu i tak już pozostał zgięty, stopniowo czerniejący krogulczy pazur.

— Złe miejsce — powiedział Jazo. — Nikt tędy nie przejdzie.

Odpowiedział mu głęboki pomruk. Bagno poruszyło naroślami zwierzoskrzypów, wzburzyło się wydymając pękające pod ciśnieniem gazu fioletowe bąble i znowu zastygło w oczekiwaniu. Tylko wiedźmy zakrzątnęły się żwawiej nad tyglami gejzerów, kiedy ze Źródła Archetypu wypłynęło mgliste ramię, zawisło na moment niezdecydowane, po czym opuściło się na błota rozpękłą tuleją. Przez mgnienie oka widać było jego wnętrze z sześciołapym żukiem pośrodku naznaczonej kryształem wnęki, ujście ruchomej pochwy zasklepiło się znowu i jedynie wysoka, czarna postać pozostała na zewnątrz.

Czarna postać w pątniczym kapturze.

Mgły rozpłynęły się, meniski stęchłych wód dały oparcie nogom kroczącym przez skorupę bagna. Coraz bliżej, wyżej, szerzej. Szedł przez bagna, a migotanie przestrzeni liniami utraconych kształtów dążyło w ognisko, z którego się wyłonił. Spod jego stóp pierzchały białe pająki, a włochate żaby wystawiały nad trzęsawisko gałki zielonych ślepi i śledziły niepojęte dla siebie poruszenia.

Powszechne wyczekiwanie; nawet wiedźmy przycichły, ledwie szemrają w sitowiu. Półmrok.

Wszystko zastygło, przywarło do ziemi i tylko ON jeden idzie na przełaj przez wodne uroczysko. Bardzo powoli. Obraz jego postaci nabiera ostrości. Ma dwoje rąk, dwoje nóg i spokojną twarz pod szklaną osłoną. Każdy jego krok z powrotem budzi w ziemi jej prehistoryczną, skalną spoistość, czyni przychylną na nowo ludzkim stopom, przed którymi wzdrygała się od tysiącleci, co najwyżej dźwigając poranne mgły i stada mrocznych widziadeł. Ziemia znów ujarzmiona i tylko ciała drąży jeszcze, od środka, pamięć białej mgły trawiącej skórę, prześwietlającej włókna mięśni, które tak łatwo uzdrowić, wystarczy dotknąć ręką…

— Stój! — krzyknął Archai.

Za późno. Jazo daleko poza zasięgiem wyciągniętych od brzegu dłoni. Bełkot. Tłuste pęcherze trzaskają na powierzchni. Jego stopy znajdują oparcie tylko przez mgnienie — bagno pewnie sięga po łup.

W odległych chaszczach pochutnika zwycięski wrzask pomarszczonych staruch. Tańczą na czworakach, przepływają we mgle, czołgają się za idącym, do wtóru jego niesłyszalnych kroków kłapiąc po błocie zwiędłymi piersiami. Spłoszone stado żabołowów podrywa się z lasu i zwiera nad bagnem noc błoniastych skrzydeł.
Jazo wyprężył się, jak najwyżej podnosząc brodę.

Denne prądy wloką w kipiel powietrznych pęcherzyków, gorących i przenikliwych jak ostre szpilki mrozu, przeszywających ciało żywym ogniem. Czyjeś spięte błoną łapy czepiają się nóg, zimnym dotykiem błądzą wzdłuż ciała, oplatają biodra i śliskim kłębkiem tulą do podbrzusza. Tułów grzęznący coraz głębiej, twarz ścięta falą przedśmiertnego spazmu. Ostatnia szansa. Tuż obok głowy stopa obuta w czarną materię. Ociekająca śluzem ręka daremnie szuka zaczepienia — palce obejmują pustkę. Jego ciało jest niematerialne, dłoń przenika złudę bagiennych widziadeł i opada bezsilnie. Jadowita piana u warg,

INTROWERSJA ZESPOŁU — TEST ASOCJATYWNY — ARNE SHORT:

„Życiodajny jest tylko ogień” — pomyślał Pierwszy Salamander.

Żółty język liznął potok lawy, bluznął sadzą nad stygnącym grzbietem lawowej kopuły i płaszcząc się ognistym wirem na powierzchni wiśniowego żaru wypalił na kamieniu ślad srebrzystoszarej, magnezowej łuski.

„Jakie to dziwne — pomyślał przypadając ciałem do blizny świeżego kamienia. — Tyle ognia, a ja sam, zupełnie… Jak często iskra rozumu zapala się wielkim płomieniem?”

Skulił się w sobie, cieplnym zmysłem słuchał ziemi, która już drżała, dojrzewała we wnętrzu intruzją nowej, magmowej fali, żeby rozsadzić stygnący pancerz i trysnąć zbawiennym gejzerem płomienistej bieli. Za późno. „Życiodajny jest tylko ogień” — pomyślał. Ostatni Salamander. I zgasł.
Zapis: Synchromat.

Przygięte do ziemi plecy Bezimiennych drżą jak liście drzewa tilantu, jakby z ich garbów również wykluć się miała larwa skrzydłoskrzelej ważki.

— Dlaczego? — szeptem zapytał Archai.

Odpowiedział mu tylko starczy śmiech w sitowiu.

Echo ciężkiego stąpania, słyszalne teraz nawet w podziemnych tubach megafonaru, oddalało się przez pokryte topianowym kobiercem zwierciadła rozlewisk i mangrowe gąszcze. Nic nie przegrodziło mu drogi, pnie drzew wzniesione na powietrznych podporach korzeni nie broniły dostępu w gęstwinę lasu i nie potknął się nigdy w pętlach pseudopodii porosłych podstępnie oślizłymi mchami, odszedł — do końca obojętny.

Pozostałe w bezruchu bagno nie odważyło się jeszcze długo dobyć z wnętrza zatajonych bulgotów, lecz wreszcie ponowiło swój bełkotliwy wydech i z głębi, stężałej brunatniejącą zielenią, wypełzły wiatry pchające przed sobą stada członkonogich szarłat, najlżejszy podmuch unosił je wysoko lub ciskał garściami w kałuże wody zakwitłej fałdami planktonu, żywe pająki z trudem dźwigały przezroczyste odwłoki, wspierając je na chwiejnych odnóżach, wspinały się na kępy śpiących zwierzoskrzypów, owłosionymi łapkami przebierały w kielichach wodnego hiacyntu, woskowobiałych lilii i kwitnącej moczarki, a znowu poderwane wiatrem przenosiły woń gnijących plemni przed twarze Archai i Bezimiennych.

— Jestem — powiedziało Ziarno. — Na co czekacie?

Leżało na mchu, jego czystej powierzchni nie skaziła najmniejsza odrobina błota czy pleśni.

— Stało się coś? Gdzie Jazo? — nie ustępowało pomimo ich milczenia. — Mam szczęście — przebudzić się w taki dzień!

— Co z tobą było? — bezdźwięcznym głosem zapytał Archai.

— Udało mi się podkraść pod samą Kulę, ale do środka nie można przeniknąć. Co najmniej dziwne.

— Nic dziwnego — zaprzeczył Archai. — On nie chce nas słuchać.

— Bzdura. Ziarno potrafi przenikać wszędzie.

— A jednak musiało wrócić.

— Gra jeszcze nie skończona. Ta sfera wygląda mi na kryształ o idealnie symetrycznej strukturze napięć. Trudno to stwierdzić z całą pewnością — że też wy nie posługujecie się żadnymi w miarę sensownymi instrumentami. To skandaliczne. Zamiast z biegiem czasu nauczyć się jeszcze czegoś — wy zgubiliście wszystko po drodze…

— Lepiej odejdź stąd.

— Historia znowu się powtarza. Czy wy zawsze musicie przyjmować bierną postawę wobec wszystkiego, co dzieje się wokół nas! Na co czekacie? Nie byłem nigdy zwolennikiem pochopnego działania, ale jeśli już bierzesz się za coś, musisz dociągnąć do końca. Im szybciej — tym lepiej. No?! Nie siedźcie tak do jasnej cholery! Zróbcie coś, zamiast wybałuszać ślepia. Ja w każdym bądź razie zabieram się stąd. Idę, może jednak cokolwiek zrozumiem. Gdzie poszedł ten z Kuli? Aha — już wiem. Idę. Wam też radzę się pospieszyć!

W miejscu gdzie leżało Ziarno, pozostało tylko płytkie wgłębienie.

Archai czekał. Skulony przysiadł pod drzewem i wsparł czoło na pniu. Drzewo było stare, chropowate z wierzchu od mszczącego się płatami naskórka, lecz pod stwardniałą korą biło wyczuwalne tętno, główna aorta napełniała się żywicznym sokiem i wstrzykiwała go w węzły mięśni podtrzymując konary rozpostarte za dnia, kulące się w nocnym chłodzie, rytmicznie pulsowała błękitna błona. Na świeżym słoju chrząstki, z której już spełzły skorupy zbrunatniałej kory, jaśniała misterna sieć kanalików wyrytych przez mięsożerne korniki, wystarczyło przypatrzeć się uważniej, aby z hieroglifów tego samego od lal programu dnia odczytać słowa chorału, które już dawno przestały być informacją: „… Logos — mechaniczny zarodnik zawiera wszelką informację dotyczącą progresywnego modelu archetypu oraz program następnego etapu ewakuacji…”

Archai odwrócił wzrok. Nic nie znaczyły dzisiaj te słowa. Wystarczyło rozejrzeć się wokół siebie.
Drzewa, gałęzie, liście, wparte głęboko w ziemię korzenie, cały las żyje, nawet najmniejszy porost ma w tym świecie swoje serce i zmysły pozwalające kwiatom widzieć przelatujące owady, drzewom wybierać miejsca na zapuszczenie korzeni, ostrzegające przed niebezpieczeństwem.

Zwierzokrzewy przyglądają się ludziom, nasłuchują skradających się kroków nocnych drapieżników, przenoszą się z miejsca na miejsce pełzaniem pseudopodii. Lecz niech zachłanne jaszczurki kuradu polują nocą na bezwolne, uśpione włochate żaby, drzewa karmią sokami jaja ważek dojrzewające w kokonach liści, a wężoplawy warują przed torbielą reaktywującego matecznika i tak źródło wszelkich sił rządzących przemianą pokoleń bezpowrotnie przepadło w zagubionym Archetypie Logos.

Dzisiaj ostatnie wsie grzęzną w bagnistym klimakterium wartkiej Rzeki Chronos i tylko pamięć przywodzi słowa starców umierających na przegniłym barłogu: „…Bagna nie opuściły jeszcze delty Rzeki Czarcich Głów, kiedy ziemię spowiła mlecznobiała mgła, lepka i chłodna, torująca drogę napływowi wód. Przedtem inne było życic, wznoszono marmurowe miasta, tarasy napowietrznych ogrodów i akwedukty, żyzna gleba każdego roku wschodziła złotym runem. Znawcy Archetypu potrafili odbierać lotną siłę ptakom i ludzie też sięgali bezchmurnego nieba. Lecz kiedy przyszła mgła, mury miast pękaty przeżarte wilgocią i pleśnią, ziemia rozwierała się pod stopami łamiąc pola i drogi korytami podziemnych strumieni. Ludzie uciekali w lasy, a kamienne grody osuwały się w grunt rozmiękły, upodabniający glebę do moczarów Ropuszej Topieli i bagiennego morgu, gdzie żerują jaszczurki kuradu. Dzisiaj jesteśmy przyzwyczajeni do oparu przegryzającego skórę chorobliwą bielą, do jadowitych błot i pełzających zwierzoskrzypów. Tylko kiedy patrzymy na nasze dzieci, od nowa budzi się strach…”

Archai przypomniał sobie starożytne malowidło na ścianie świątyni Archetypu. Kiedy ziemię pokryły błota, nie na długo zachowało żywą barwę, szybko strawiła je biała pleśń. Już wtedy gdy narodził się Archai, obraz był wyblakły i spękany, lecz jeszcze zachwycał doskonałością rysunku. Przedstawiał ludzi przy pracy, jednak Archai długo nie potrafił uwierzyć zapewnieniom starców, że są to zwyczajni ludzie – mieli skórę o złotawym odcieniu, kruczoczarne włosy i oczy wolne od bielma, byli silni i piękni, podobni do Archetypu z osiadłej na bagnach perły. Dzisiaj sczezły ostatnie ślady farb, ludzie stali się inni, podobni bardziej do bladej, skarlałej reptylii, obleczeni w łachmany świetnych niegdyś szat. Dzisiaj nikt nawet nie jest w stanie namalować podobnego obrazu i nie potrafi już nigdy — żadne dziecko urodzone z piętnem zielonego kuradu.

Archai przycisnął, do piersi jaszczurczy czerep.

W głębi oparów znowu zabłysła mlecznobiała kula.

— Nie powinniśmy czekać dłużej — powiedział i jednocześnie pomyślał, że mówi słowami Ziarna. Bezimienni podnieśli pomarszczone twarze.

— Bez Jazo nie przejdziemy przez las — odezwał się najstarszy, najbardziej zgarbiony.

— Nie mamy wyboru — odparł Archai. – Udacie się w cztery różne strony, przynajmniej jeden powinien dotrzeć do wiosek plemienia Winei. Ja pójdę do świątyni, będę prosił o zmianę przeznaczenia.

— Nikt go nie zmieni.

Archai zmarszczył brwi.

— Nie my decydujemy o tym — powiedział. — Po raz pierwszy od lal jest z nami twórca Archetypu.

— Jest z nami? — z ironią spytał znowu ten sam Bezimienny. — Widziałem, jak bardzo.
Nad ich głowami zaszeleściło coś w gałęziach i trzepot błoniastych skrzydeł poprzedził głuchy, oddalający się klangor stada żabołowów,

— Sąd nie należy do nas — powiedział Archai. — Jesteśmy tylko wykładnią Archetypu.

— Byliśmy.

— Może znowu będziemy. Ruszajcie.
Bezimienny spojrzał mu w oczy szparkami źrenic ledwie prześwitującymi spod gęstego bielma.

— Po tobie zostanie imię — powiedział ze smutkiem.

— To nie ułatwia śmierci.

Na pomarszczonej, przeoranej ropnymi bruzdami twarzy pojawił się grymas podobny do gorzkiego uśmiechu.

— W imię Archetypu.

Bezimienni opuścili głowy, w milczeniu odwrócili się od siebie, po czym ruszyli w gęstwinę pni i konarów przetykanych pajęczyną powietrznych brunatnic. Archai stał chwilę wodząc za nimi oczyma, potem sam zebrał się w sobie i począł przedzierać się skrajem lasu, tuż nad wrzącą, czarniawą kipielą. Raz wydało mu się, że słyszy bolesny krzyk w otchłani lasu i wtórujący mu chichot. Pomyślał, że jest ich mniej o jednego, i brnął dalej — nic nie znaczy śmierć Bezimiennych.

INTROWERSJA ZESPOŁU — TEST ASOCJATYWNY — IVEN MAHON:

— Idiotyczna gra. Siedzimy wyżymając mózgi, wymyślając formy organizacji materii, które być może znajdą spełnienie tam, gdzie nas jeszcze nie było. Ekwilibrystyczna gimnastyka wyobraźni jest, według psychologów, pierwszą przesłanką przydatności człowieka do służby w formacji Zwiadu. Śmieszne. Po kilku asocjatywnych testach można dojść do perfekcji. Mam tego dość. Niech się ogniwa Synchromatu udławią negatywną oceną aktualnej dyspozycji mojej psyche, niech jej analityczną wydolność szatkują na plastry części, cech i relacji, niech alarmują abstrakcyjną repulsję osobowości pod kryptonimem — Iv Mahon.

Mam dosyć.

Niech TO będzie po prostu garścią gleby wciśniętej w załom skały, z której wyrośnie najbledszy, ledwie zielonkawy porost albo bezbarwny kwiat.
Zapis: Synchromat.

Znowu były drzewa, pnie zmurszałe, ropiejące koloniami pasożytów, przeistoczone w siedlisko robactwa, pnie jeszcze nie zapiekłe łuszczycą kory, niecierpliwym błądzeniem korzeni pełzające przez gąszcz paprotników. Wszędzie czaiła się woda, zalegała pod płatami darni i w stertach powalonych ze starości skrzypów, gęsta topiel czyhała na nierozważny krok, czasami z zastygłej toni wychylały się jakieś cielska blade i tłuste, wyskakiwały nad powierzchnię i tonęły z powrotem w bulgocie powietrza formującego nad wodą olbrzymie kopce pęcherzy.

Niekiedy grunt pozornie twardniał, zbrojony układem krążenia drzewa tilantu i można było przyspieszyć kroku. Archai biegł po zwalonych pniach, przeskakiwał wykroty nabiegłe zielonkawym osoczem, las przegradzał mu drogę gładzizną jeziorek wytrzeszczonych sinymi źrenicami spod kożucha glonów, prześladował zawodzeniem trwających w bezsenności topielic.

Archai padał i podnosił się oblepiony błotem, żabim skrzekiem i sierścią liniejącą na zwierzęcej padlinie, oplątany strzępami pajęczych gniazd.

Lecz nie mógł przejść, nie miał na to szans.

Wtedy znowu pojawiło się Ziarno. Przecież tego dnia obiecało mu być obok cały czas. Pojawiło się w ostatniej chwili i natychmiast tam, gdzie stopa traciła grunt, znajdowało się zbawienne oparcie — Ziarno niepostrzeżenie podkładało swój grzbiet, na złość babim wiedźmom wyprowadzało go w pobliże bardziej uczęszczanych miejsc. Kiedy dotarł do ścieżki, przystanął, dając wytchnienie zmęczonemu ciału.

Krew pulsowała w skroniach i z trudem, przez jej bicie, rozeznał dobiegające z dala głuche dudnienie.

Pomyślał, że jednak nie tylko on jeden dotarł do swoich.

Dudnienie musiało trwać przez czas dłuższy, gdyż nie dosłyszał jęku rozwieranej krtani brzuchatego orana, lecz bębnienie kościanych pałek o grzebień jego tarczogłowia zlało się już w nieustający warkot — głos dobyty z rezonansującej piersi orana przerzucił nad lasem i bagnami pomost sięgający bardziej oddalonych osad.

Archai szedł dalej. Każdy krok sprawiał mu ból, odwykłe od wysiłku mięśnie ledwie wlokły nogi, lecz on brnął dalej zziajany, pokryty potem i brudną skorupą pajęczyn. Gdy wreszcie rozstąpiły się chaszcze ostrokrzewi, stanął u podnóża stromej, rachitycznie wykręconej skały. Do niej samej wiodła grobla wparta krętym nasypem w kipiące bagno, inne drogi dawno rozmyła woda i, gdziekolwiek sięgały oczy, wszędzie niskie niebo kładło ponury brzask na powierzchni topieli wysadzanej kępami sitowia, w oddaleniu nakrytej zwartymi połaciami szuwarów maskujących przebłyski wody.

Przed groblą stał milczący tłum ludzi byle jak przykrytych lnianymi łachmanami, ciała przeświecały zakalcowatą, plamistą bielą spod wilgotnych, ciężko wiszących strzępów prymitywnie tkanego płótna. Pośród garbatych szkieletów dorosłych i starców kręciły się nagie dzieci. Ciała mężczyzn i kobiet przygięte do ziemi, tylko dziesiątki twarzy patrzą w jedną stronę, gdzie u szczytu skały czernieje pronaos świątyni Archetypu.

Archai zbliżył się do ludzi. Na skraju tłumu stała kobieta z nowo narodzonym maleństwem przy suchej piersi. Poczuł skurcz w krtani — twarzyczka dziecka była okrągła i przeraźliwie poważna, jakby dorosła i już kryjąca dojrzałą świadomość. Napotkał spojrzenie ogromnych, pozbawionych powiek oczu i zobaczył zwisającą w powietrzu dłoń o wąskiej kiści drugich, cienkich palców, tuż u nasady połączonych przezroczystą błoną. Wzdrygnął się i zaciskając zęby pomyślał, że tak jest coraz częściej, czyli — tak być musi.

Klęczący przed wszystkimi białobrody starzec zmierzył go bielmami niewidzących oczu.

— Kim jesteś? — odezwał się na odgłos jego kroków.

— Archai, strażnik.

— Czemu opuściłeś swoje miejsce?

Starzec kołysał głową to w jedną, to w drugą stronę, a kiedy kończył mówić trzęsącym się głosem, coś jeszcze długo podrygiwało w ciemnej jamie półotwartych ust i wlokąc pasemka śliny poruszało pieńki luźnych zębów.

— Byłem tam, gdzie Twórca Archetypu wzniósł swój dom — wyjaśnił Archai.

— ON jest tam.

Ramię starca niepewnie naznaczyło kierunek, gdzie nie sięgając szczytu skały połyskiwały szklane odrosty kamiennego gaju, przed miliardami lat wyciśnięte przez pory kamienia.

ON stał na krawędzi kamiennego zbocza, dokoła jego głowy przestrzeń zwierała się jak zlodowaciały pęcherz w półprzeźroczystą, seledynową sferę. Podniósł dłoń osłaniając oczy przed nikłą poświatą nieba i rozglądał się po równinie.

Na koniec, czy nie znalazłszy tego, co szukał, czy też na odwrót, zaczął schodzić z powrotem w dół.

Archai raz jeszcze dojrzał jego twarz.

Beznadziejny wyraz oczu.

Dwoje oczu.

— Nic nie rozumiem — powiedziało Ziarno; leżało na drodze, pod stopami Bezimiennych.––Czemu stoicie? Przecież to może być ostatnią szansą nawiązania kontaktu. Ten, kto potrafi przemierzać tyle przestrzeni, pewnie bez trudu załatwi wasze problemy.

— Milcz — zaciskając usta powiedział Archai.

— Jeszcze coś — milczeć! Wyście poszaleli chyba. Stoicie trzęsąc się jak stado ogłupiałych półzwierząt. Przecież ten wasz idiotyczny pień na górze wcale nie jest podobny, jest po prostu półślepy! Jeśli rzecz ma się tak samo z resztą zmysłów, to nic dziwnego, że nie słyszy waszego zawodzenia…

Archai poczuł gwałtowny zawrót głowy.

Zrozumiał — oczy.

— Słuchajcie! — zawołał do zebranego tłumu. — Jak mogła spełnić się Wykładnia Archetypu, gdy nasi ojcowie zadrwili z jej Twórcy? Od dziesiątków lat szukamy Źródła w tym, co nigdy nie było powołane do pełnienia tej roli w krainie Winei. Nasi ojcowie, bezczeszcząc świątynię, wnieśli pod jej dach posąg kaleki, obłędną ręką w świętym drzewie tilantu wycięty…

— Co za pompatyczna bzdura — szepnęło do siebie Ziarno, tak żeby nikt nie dosłyszał.

— Przyjrzyjcie się Jego twarzy! — Archai wskazał palcem nadchodzącego.

Szmer zakołysał głowami wtulonymi w garbate plecy.

Czarna postać mijała ich krokiem wciąż obojętnym.

— Oczy — mówili ludzie.

— Ma dwoje oczu! — szeptali Bezimienni, drżącymi palcami wodząc po własnych twarzach.

— Jak Bezimienni — powiedział Archai. — Najpodlejsi z podłych.

Wysoka postać zstąpiła z grobli na powierzchnię bagien i oddalała się przesłaniana pasmami szarych mgieł.

— Idzie po wodzie — powtarzano z lękiem.

— Ciekawe, jak to robi? — rozważało Ziarno. — Technika przynajmniej dorównująca naszej… Oczywiście, tej z dawnych, dobrych czasów. Ciągle myślę kategoriami okresu, kiedy miałem ręce, nogi i głowę na karku. Co z tego zostało? Nasi niewydarzeni potomkowie roztrwonili spadek, a sami od siebie potrafią tylko oczyma przed jakimś bożkiem przewracać.

— Odchodzi! — krzyknął ktoś.

— Opuszcza nas! — zawtórowali inni.

Daleki głos orana przeciągał rytmiczne dudnienie.

— Wróci! — zawołał Archai. — Tylko musimy dać dowód, że zrozumieliśmy przyczynę jego milczenia.

— W jaki sposób?

Twarz Archai znowu nabrała pogody ducha, była spokojna po raz pierwszy od chwili, kiedy przestał być dzieckiem.

— Pójdziecie do lasu wyciąć największy pień tilantu — powiedział. — Zanim odda soki w martwą Rzekę Chronos, niech mężczyźni zaczną w nim ciosać nowy wzorzec… Tłum rozdzielił się na połowę i mężczyźni zniknęli w gęstwinie, gdzie drzewa tilantu najszerzej rozkładają konary powietrznych pseudopodii. Pozostali przed skałą, starcy i kobiety z dziećmi, pewien czas słuchali głuchego dudnienia, aż zachrypły z przejęcia głos zaintonował pieśń pierwszą chorału, którego znaczenie zabrała ze sobą ten pewnie, który jako ostatni przemienił się w Ziarno.

„…Przez galaktyczny wir
Świetlnym promieniem przewiercony
Echo przynosi kwantowy zgrzyt
Zębatych kół
Wykładni Archetypu…”

„O, bogowie! — pomyślało Ziarno. — Co oni uczynili z główną INSTRUKCJĄ naszego poczęcia?! Gdyby choć jeden z nich miał jako takie pojęcie o znaczeniu tych słów! Zrobili sobie rytuał, piękną śpiewogrę. Jak tak dalej pójdzie, będą się kłaniać nawet przed Ziarnem. Ostatni stopień degeneracji!”

Głosy, zrazu niepewne, nabrały mocy i kiedy Archai wspinał się po skalnych stopniach — w dole rozbrzmiewał równy, choć przytłumiony nieustannym dudnieniem, chór:

„…Głęboko zapada grot
Mechanicznego zarodnika
I pierwociną życia
Partenogenezą globu
Zakwita stalowy rezonans…”

Archai dotarł do kamiennego tarasu przed wzniesioną z karbowanych belek toraną. Zębate rysy pęknięć w szarej płycie wyodrębniały pojedyncze głazy, potężne bloki kamienia rozsadzone bladymi kiełkami traw z nasion przesłanych wiatrem. W gęstym półmroku pieczary trwał niewzruszenie nasączony smołami i tłuszczem pień o połyskującym ostrymi lśnieniami krysztale jedynej źrenicy.

— ON ma dwoje oczu — powiedział Archai,

Po raz pierwszy od zamierzchłych wieków przyszłość plemienia Winei, wreszcie określona przez jednoznacznie pomyślny statut, zarysowywała się w zdecydowanie optymistycznych kolorach. Tak przynajmniej, w skrytości ducha, ironizowało Ziarno.

INTROWERSJA ZESPOŁU — TEST ASOCJATYWNY — SYNCHROMAT:

— Wyniki testu w granicach normatywu. Przejściowe odchylenia — Iven Mahon. Zastanawiająca tendencja zawężenia skojarzeniowych operacji w obrębie modeli pierwotnych, bez próby podejścia ściśle ortogenetycznego, z przejściem do form jedynie efektywnych, wieńczących ciąg ewolucyjnych przekształceń każdego gatunku.

Zgodnie z Instrukcją tabelaryczne wykresy szczytowej aktywności każdego z członków załogi dołączone do Dziennika Pokładowego.

Załącznik dodatkowy (zgodnie z pkt: 8 „Instrukcji Sondażu Asocjatywnej Gotowości”), AUTOTEST:

„Postulat opracowany zgodnie z techniką ekstrapolacyjną sugeruje, że właściwy model cywilizacji ostatniego, doskonałego stadium ewolucji nie stanowi osobniczego rozczłonkowania społeczeństwa na poziomie białkowego skrzepu, lecz jego sprężenie w jednolitym homeostacie — już po cielesnej reurbanizacji — będącym pochodną np.: optymalizowanego archetypu mechano–cybemetycznej struktury Synchromatu.”
Zapis: Synchromat.

W kącie niszy stały pale specjalnie przygotowane dla ofiarnych stosów, były długie i mocne, ze sprężystych pędów ostrokrzewi.

Archai ujął jeden w dłoń i wcisnął zaostrzony koniec w szczelinę między podestem kamieni okalających podnóże posągu i samym brewionem.

Całym ciałem naparł na dźwignię i głazy rozsunęły się ze zgrzytem.

— Nareszcie! — z satysfakcją szepnęło Ziarno. — Do szczęścia brakuje tylko tego, żeby jeszcze ci w dole przestali zdzierać gardła.

„…Gdy gaśnie Rzeka Chronos
W grawitacyjnym kolapsie
Rasa pielgrzymów musi odejść
W poszukiwaniu nowych globów
Gdzie nowy świat zbuduje
Logos — mechaniczny zarodnik…”

— Rzeczywiście — zgodziło się Ziarno. — Najwyższy czas odejść, niedługo nie zostanie tu kamień na kamieniu. Czy wy nie rozumiecie tego, Archai?

Archai nie odpowiedział zajęty swoim prywatnym obrazoburstwem, odliczał ostatnie chwile Jednookiego.

— Coś takiego stanowi ewenement nawet w skali naszej historii — kontynuowało Ziarno. — Skąd taki regres? Przecież istnieje ewolucja, postęp nauki i techniki, jak dotychczas każde przesiedlenie wychodziło nam tylko na dobre, a ci tutaj nie mają nawet szans wyrwać się z bagna, w jakim ugrzęźli. Najstraszniejsze, jeśli zawiódł mechanizm Logos, a niestety wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że zawiódł…

Drewniany kloc pochylił się lekko i, kiedy Archai uderzył weń drągiem, upadł na płyty posadzki strącony z kamiennego piedestału. Jeszcze kilka mocnych pchnięć i polowa długiego korpusu zawisła nad urwiskiem. Posypały się pierwsze kamienie, zapowiedź początku lawiny. Archai otarł z czoła pot i uśmiechnął się do swoich myśli.

— Znowu wrócą szczęśliwe dni — powiedział i pchnął mocno.

Poczerniały ze starości posąg zakreślił głową szeroki łuk i runął w dół. Skały drgnęły, gdy uderzył w zbocze kilka metrów niżej–

Archai wychylił głowę i spojrzał śladem osypujących się kamieni. Przez chwilę zdawało mu się, że kloc pęknie na dwoje, rozłupany ostrymi występami skał, o które zahaczał w zawrotnym koziołkowaniu, lecz drewno wytrzymało — nie darmo pielęgnowali je strażnicy Archetypu, z pokolenia na pokolenie namaszczali tors tłuszczami bagiennych zwierzoskrzypów.

Wreszcie rozległ się donośny plusk, raczej sieknięcie ustałej powierzchni przegniłych glonów. Ciężkie bryzgi strzeliły zielonym wachlarzem, a drewniany bal zanurzył się głęboko.

Na powierzchni wody rozbiegły się leniwie fale, ich kręgi zakołysały grzywami białego sitowia i przepłoszyły żerujące na liściach żaby.

Archai schodził z powrotem.

Kamienne schody były strome i kręte, ku dołowi obrastały bladym mchem z niespożytą siłą wciskającym się w załomy skał, trawiącym najtrwalszy bazalt.

— Wróci czas, o którym wspominają starcy — powiedział Archai. — Znowu zaorzemy pola i zbudujemy miasta, wzniesiemy najwspanialsze pałace i nauczymy się lotu ptaków.

Szczęśliwy spojrzał w miejsce, gdzie w mlecznych kłębach mgieł opalizowała kryształowa kula, lśniła, iskrzyła się w słońcu. Daleko za nią z szarawej sierści lasów wyciągały szyje pionowe słupy dymów, płonęły ofiarne stosy. Nawet tam dotarła wieść — przybył Twórca Archetypu i sprawi, że ustąpi bagno i mgła, wody obnażą połacie urodzajnych gleb, a ludzie zachowają postać daleką od kształtu błotnych zwierząt.

— Znowu wrócą szczęśliwe dni — powtórzył Archai. Jakby powolna tym słowom, kula zadrżała, opadł z niej kirys perłowej macicy i na kolumnie przenikliwego blasku podniósł się w niebo smukły grot żelaznej strzały. W miejscu, gdzie zniknął, pewien czas wisiała jeszcze granatowa, strzępiasta plama, przez którą przeświecały jakieś srebrne iskry, lecz i ją szybko wessał obwał niskich chmur.

„…Przez galaktyczny wir, świetlnym promieniem przewiercony…” — śpiewali ludzie plemienia Winei, tarczogłowy orana dobywał z piersi, nabrzmiały w rezonansowym pęcherzu, nieustający basowy pomruk. Archai przeskoczył ostatnie stopnie wiodące do przybytku utraconej wiary i zatrzymał się pod skałą.

— Przecież nie odejdziesz — wyszeptał zbielałymi wargami.

— Zniszczyliśmy przyczynę twego gniewu!

— Niech to diabli! — zaklęło Ziarno. — Odlecieli. Taka szansa kontaktu nie powtórzy się nawet za milion lat, zresztą wątpię, czy do tego czasu zostanie tutaj ktokolwiek, oczywiście prócz Ziaren.

Ziarno wszystkowidzącym zmysłem wzroku ogarnęło skrawek pulsującego bagna, skalny występ i stojącego u jego stóp Archai. Żałosny, dogorywający świat.

— Czego oni tutaj szukali? — zastanowiło się Ziarno. — Tej rzeczy nigdy chyba nie zrozumiem. Wyższa filozofia…

Niebo pozostało nieme, przez skłębione pola zielonych obłoków przetaczało powoli masywy chmur napęczniałych wilgocią.

Jedno słońce potrafiło czasem przeniknąć mglisty tuman — gwiazd nikt nigdy nie widział, gwiazd wcale nie było, przynajmniej dla tych, którzy już nie będą Ziarnem.

INTROWERSJA ZESPOŁU — Miejsce: NAWIGATORNIA
A. Short — Nareszcie wróciłeś, Iv. Jak samopoczucie, jeszcze przeżywasz?
J. Kenan — Dajcie mu spokój.
A. Short — Dobry Boże, na szczęście nie jesteśmy już towarzystwem wzajemnej adoracji, przynajmniej będąc sam na sam z sobą. Iv sam doskonale zdaje sobie sprawę, że wymagać minimum delikatności z mojej strony to tyle, co agitować diabła do ascezy.
I. Mahon — Po raz pierwszy przyznaję ci słuszność.
A. Short — Serdecznie dziękuję, ale, między nami, miewam ją częściej.
I. Mahon — Szczególnie wtedy, gdy wmawiasz człowiekowi, że ma szczęśliwą rękę. „Weź i stuknij palcem w ekran. Niech to będzie martwe od początku świata, bylebyśmy mieli twardy grunt pod stopami”.
A. Short — No i? Jest, czego chciałem.
I. Mahon — Czy to samo wymyśliłeś sobie, kiedy Synchromat celebrował nad tobą seans asocjatywnego testu? Wątpię, skoro nawet nie przyszło ci do głowy wystawić nos poza siłowy pęcherz statku.
A. Short — Ty natomiast za wszystkich odetchnąłeś świeżym powietrzem.
I. Mahon — Niestety.
J. Kenan — Czy zawsze musicie się spierać? Czekaliśmy na ciebie, Iv.
R. Blish — Trzeba dopełnić rytuału.
I. Mahon — Tani teatr.
R. Blish — Wymyśl lepszy.
A. Short — Cha–cha–cha! Iv, niech mnie kule biją, masz minę derwisza dręczonego duchową rozterką. Weź się w garść.
I. Mahon — Od dłuższego czasu nic innego nie robię.
J. Kenan — Doskonale, wrócisz do normy.
R. Blish — Teraz najwyższy czas wznieść toast za naszą pomyślność w przyszłości i… dalszy rozkwit tego tam, za ścianą. Rozlej, Arne.
A. Short — Niewiele już zostało, a pewnie czeka nas niejedno jeszcze takie święto.
J. Kenan — Oczywiście, chyba nikt nie ma zamiaru wracać? Tak… Przepraszam — wiem, ale czy to nie wspaniałe, od Ziemi dzieli nas kilkaset parseków, a wino w niczym nie straciło swoich cudownych właściwości, ma ten sam aromat, zapach, nawet czerwień.
I. Mahon — Jak jesień na południu starych Apeninów.
J. Kenan — Boski napój. Nigdy nie potrafię przypomnieć jego nazwy, ma w sobie coś niezwykłego…
R. Blish — Lacrimae Christi.
A. Short — Rzeczywiście, ciekawa nazwa. Może i ty, Iv, dzisiaj uroniłeś taką łezkę, a może chcesz wyjść raz jeszcze i skropić żyzną glebę? Nie? Mówi się trudno. Zdrowie, panowie!
I. Mahon — Najpierw ekran.
A. Short — Nie wystarczy ci magnetograf?
I. Mahon — Nie.
A. Short — Jak uważasz, tam przynajmniej coś widać. Ale zgoda — włączcie, niech będzie jasne, co chrzczę… Wspaniały świat! Nadaję ci imię: Typ O–Nr–54739 w Katalogu Planet.
R.Blish — Prosit!
Zapis: Synchromat.

Przy samym brzegu grobli kołysał się w wodzie drewniany kloc, na wpół wynurzony podnosił się i opadał oblazły pąkami ślimaczych muszli. Z brzegu zarzuciły nań koronkowe tiule pajęczyn białe pająki — kłębki puchu na długich i wiotkich odnóżach.

Twarz ukryta w bagnie.

Archai zataczając się podszedł do wody. Brzeg grząski, a muł ciepły, musujący pęcherzykami powietrza. Po kilku krokach sięgnął dłońmi oślizłego boku. Spod brewiona wyskoczyła pręgowana jaszczurka kuradu i spokojnie wiosłując kolczastym ogonem odpłynęła na bezpieczną odległość.

— Co chcesz zrobić? — zapytało Ziarno.

Na skarpie grobli siedział białowłosy starzec, ten sam, który z tłumu przemówił do Archai. Patrzył niewidzącymi oczyma. Żył jeszcze, czy może umarł od tamtego czasu? Pewnie to tylko jego błotne widmo czekało cierpliwie na pierwszą ofiarę. One zawsze wiedzą, kiedy i gdzie się zjawić.

Archai przypomniał sobie twarz dziecka i jego rękę. Pozbawione powiek oczy, jak oczy jaszczurki kuradu, i błona rozpięta między czterema palcami, niczym wąska płetwa jaszczurki kuradu.

— Dlaczego odszedłeś? — wyszeptał ledwie poruszając wargami. — Jesteś nieczuły i nie znający litości. Przecież nie potrafimy bronić się przed pleśnią.

Przesunął się do tego końca, gdzie z drewnianego tułowia wyrastała ciężka głowa. Jego nogi traciły grunt, ale nie chciał już wyjść stąd. Obrócił pień tak, aby twarzą spojrzał w niebo. Po boku ściekały strużki fioletowego żelu.

— Przestań się wygłupiać — perswadowało Ziarno. — Fakt, że komuś nie zależało specjalnie na kontakcie z tobą, nie powinien od razu przyprawiać cię o frustrację.

— Odejdźcie — powiedział Archai do Ziarna, widma i jaszczurki kuradu.

— Jak chcesz — obraziło się Ziarno. — Mam dosyć trwonienia czasu na waszą edukację. Nie chcesz słuchać mądrzejszych — radź sobie sam. Umywam ręce… Pardon! Stare przyzwyczajenia — nie biorę odpowiedzialności.

Może za tysiąc lat nabierzecie rozumu, wtedy porozmawiamy. Cześć.

Grubo ciosana twarz Jednookiego uśmiechała się prymitywnym rysunkiem warg, kryształowe oko utonęło w bagnie, wybite zapewne, kiedy posąg spadał z tarasu przed bramą pieczary, i na jego miejscu pozostał tylko czarny oczodół. U zbiegu powiek zwisła grudka śluzu z przylepionym pasemkiem bladozielonego porostu.
Archai przykrył palcami pusty oczodół i zawołał:

— Oni są ślepi! Nie słuchajcie twórców Archetypu, oni są ślepi!

Wołał i nikt go nie słyszał. Woda podeszła pod usta, zatkała krtań gąbczastym zlepkiem bagiennych parazytów. Ziarno zrezygnowało wreszcie i odebrało stopom ostatnią podporę, tylko głos orana wytrwale przetaczał głuche dudnienie. Z lasu wyszli mężczyźni dźwigając na ramionach pień świętego drzewa tilantu, wybiegły im na spotkanie radośnie roześmiane, żabiookie dzieci.

Plemię Winei stawiało ołtarz dla Dwuokich Bogów.

DZIENNIK POKŁADOWY:
…43–2377–11695:
Czwarty komponent Continuum. Struktura przestrzeni kinetyczna. W zasięgu penetracji – – zero. Przyspieszenie do układu odniesienia C. Załoga — JOHN KENAN.

NOTE: „— Spotkamy się znowu za rok, może dwa. To nawet ma swoje dobre strony, nie trzeba w rozmowach roztrząsać przeszłości, myśli — co innego.
Planeta krążyła samotnie wokół błękitnego słońca, była mniejsza od Ziemi, lecz jej trzon, według Blisha, stanowiło żelazne jądro, dzięki któremu ciążenie przekraczało nawet poziom, do jakiego przywykliśmy. Nie miało to jednak specjalnego znaczenia, gdyż i tak na zewnątrz, raz jeden, wyszedł Iv. Oglądaliśmy to na głównym ekranie nawigatomi. Iv poszedł przez nieskończoną równinę, płaską i czerwieńszą od marsjańskich piasków, choć nie mniej martwą, wspiął się na szczyt samotnej skały, jakby z jej wierzchołka chcąc dojrzeć więcej, niż dane było nam zobaczyć z rakiety zamkniętej w pęcherzu siłowego pola. On najdłużej nie tracił nadziei, lecz i tej w końcu zabrakło — więc wrócił.

Na opisanie świata, który opuściliśmy, wystarczą współrzędne i zestaw danych fizyko–matematycznych w Katalogu Planet, może w drodze wyjątku dodamy postscriptum: »Nad planetą przewala się nieustanna nawałnica magnetycznych burz, anomalie siłowych pól urągają zdrowemu rozsądkowi w przemieszanym i wibrującym rozkładzie zmiennych potencjałów«. Może ktoś kiedyś zainteresuje się tą notatką. Blish twierdzi, że źródło tych burz kryje się pod ziemią — jakieś rezonanse w żelaznym jądrze planety. Tak więc jest to zadanie dla astrofizyków, rozwiązywalne chyba bez większych trudności. My, przede wszystkim, poszukujemy życia.

Magnetyczny rezonans wykazuje tendencję stopniowego wygasania, lecz chociaż dzisiaj na ekranie magnetografu, obrazującego symboliczny przebieg linii magnetycznych, pojawiają się jeszcze regularne kształty, jakieś rozwichrzenia, w których ludzkie oko może się dopatrzyć czasami jakiejś fantastycznej zjawy, to minie kilka tysięcy lat i nad planetą zapanuje całkowity spokój, zostanie martwy świat, martwy w pełnym tego słowa znaczeniu, jeden z miliarda takich, które nic dla nas nie znaczą. My poszukujemy żywych form organizacji materii.

Nic więcej.

Żeby w kineskopowej lampie oglądać srebrzysty przebieg elektrycznych ładunków, które mają cię inspirować do pustej gry wyobraźni, nie trzeba ruszać się z Ziemi, wystarczy podziwiać zimą zakwitający na oknach ogród mroźnego szronu.

Lecimy dalej, może znajdziemy — najbledszy porost w załomie skały. Iv, spróbuj jeszcze raz — John Kenan.”
Zapis: Synchromat.




Czytaj również

Komentarze


~Leszek

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Jedno z piękniejszych opowiadań. Pod każdym względem.
19-11-2011 09:02
Marek Żelkowski
    Zapewne...
Ocena:
0
... (a nawet na pewno) nie jestem obiektywny :) Ale Wiktor, to po prostu doskonały pisarz jest!!!
I trochę szkoda, że rynek księgarski ostentacyjnie wypiął się na niego :( Wiktor przestał pisać, bo nikt nie chciał drukować jego prozy (początek lat 90.). A rok temu jeden z wydawców napisał mi w mailu, że nie chce drukować Żwikiewicza, "bo prawie nikt dzisiaj nie kojarzy, kim jest ten facet". :(
20-11-2011 21:40
hoMaro
   
Ocena:
0
śliczne...aż głupio coś więcej dodawać
28-02-2012 12:17

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.