» Fragmenty książek » Gniew Króla Smoków

Gniew Króla Smoków


wersja do druku

Gniew Króla Smoków

Rozdział 6: Uczta

 

Kendra siedziała sztywno na gryfie, kiedy krasnal Didger przypinał jej nogi do siodła. Gryf poruszał się pod nią, siodło skrzypiało, pióra mierzwiły się na karku. Dziewczyna pogłaskała upierzone ramiona stworzenia. Czuła, jak pod jej dłonią poruszają się silne mięśnie.

Didger podszedł do łba gryfa i chwycił za lejce.

– Spokojnie, Shebo, dziewczyna i tak jest dość zdenerwowana.

Podał lejce Kendrze.

– Czy powinieneś jej to mówić?

– Ona czuje woń twojego strachu lepiej, niż ja go widzę.

Na szczęście akurat Sheba, dostrzegając twój niepokój, będzie łagodniejsza. To nasz najstarszy gryf, najbardziej troszczący się o jeźdźca. Nie bez kozery ci ją przydzieliłem.

Kendra spojrzała na Tanu i Setha, którzy dosiadali swoich gryfów.

– A oni?

– Seth dostał Mądrą, bo jest szybsza, ale wciąż posłuszna, i łatwiej nią manewrować niż innymi. Chciał Burzę, ale ona ma zbyt wybuchowy temperament, żeby uczestniczyć w pokojowej misji, zwłaszcza że tam zaopiekują się nią obcy. A Tanu leci na Tytanie, naszym najsilniejszym gryfie, ponieważ mistrz

eliksirów jest… cóż, większy niż przeciętna.

Tanu zauważył, że Kendra mu się przygląda, i pozdrowił ją gestem. Dziewczyna odpowiedziała uśmiechem, a potem potrząsnęła lejcami i spojrzała z góry na Didgera.

– Jak się steruje?

– Trzymaj lejce luźno. Gryfy znają drogę. Po opuszczeniu uczty Tanu pomoże ci usiąść w siodle. Wystarczy, że powiesz Shebie: „do domu”. Resztą zajmie się sama.

– W porządku.

– Jesteś mocno przypięta? Nie dasz rady wyciągnąć nóg, prawda?

Kendra zaczęła się wiercić, ale nogi miała unieruchomione.

– Utknęłam.

– Doskonale – stwierdził krasnal, a uśmiechając się, pokazał trochę braków w uzębieniu. – Kiedy będziesz gotowa zsiąść, pociągnij dźwignię w dół, w prawo i odepchnij od siebie, jak ci pokazałem.

– Jasne.

Ktoś poklepał dziewczynę po nodze. Odwróciła się i po przeciwnej stronie gryfa zobaczyła dziadków Sorensonów.

– Uważaj na siebie i pilnuj brata – powiedziała babcia.

– Obiecuję – odparła Kendra.

– Bądź uprzejma i nie idź z Celebrantem na żadne układy – przypomniał dziadek.

– Ale nie pozwól, żeby ci dogadywał – dodała babcia.

– Postaram się – przyrzekła dziewczyna.

Dziadkowie ruszyli do Setha, który właśnie pił eliksir odwagi.

Kendra wiedziała, że mikstura pozwoli jej bratu i Tanu rozmawiać ze smokami przez mniej więcej osiem godzin. Obaj na wszelki wypadek zabrali jeszcze po dwie dawki. Gdyby się skończyły, na więcej nie mogli liczyć – Tanu nie miał części składników niezbędnych, żeby dorobić eliksiru.

– Chodź, Mendigo – poleciła Kendra. – Czas spotkać się ze smokami.

Mendigo, pozbawiony rysów drewniany humanoid z haczykami zastępującymi stawy, nie drgnął, co było dziwne. Zawsze wykonywał bezpośrednie rozkazy. Kendra sprowadziła ożywionego pajaca do Gadziej Opoki, kiedy Agad go odtworzył, i od tamtej pory Mendigo strzegł jej praktycznie cały czas.

– Mendigo, chodź – powtórzyła dziewczyna.

Drewniana kukła podniosła ręce i pokręciła głową.

– Agadzie! – zawołała Kendra. – Czy Mendigo może się bać?

Czarodziej podszedł do pajaca.

– W czym rzecz? – zapytał.

– Mendigo nie chce ze mną iść.

– Coś jest nie tak. Przecież jest narzędziem, wykonuje polecenia.

Mendigo, idź z Kendrą do Niebodworu.

Lalka znowu pokręciła drewnianą głową.

– Nigdy nie widziałam, żeby Mendigo się bał – stwierdziła Kendra. – Kiedy Seth i ja walczyliśmy z Silettą, jej trucizna prawie go zniszczyła. Zostały tylko haki. Myślisz, że on to pamięta?

– Możliwe, że na jakiejś płaszczyźnie owszem. Ożywianie przedmiotów jest szczególną formą magii. Obdarzając je wystarczającą inteligencją, żeby wykonywały polecenia i dokonywały prostych wyborów, ryzykujemy, że zyskają nieco indywidualizmu.

Kiedyś Mendiga stworzyła wiedźma Muriel, a potem czarodziej Vernaz pomógł mi go ponownie ożywić ze skromnych resztek.

– Nie będziesz mnie chronił? – zapytała Mendiga Kendra.

Pajac wzruszył ramionami i pokręcił głową.

– Może po wcześniejszym zniszczeniu został mu uraz – stwierdził Agad. – Niewykluczone, że rodzi się w nim zalążek wolnej woli.

– To samo spotkało Hugona, kiedy wskrzesiły go wróżki.

Zaczęła się u niego rozwijać wolna wola. Ale to chyba był efekt ich magii.

– Ta nowa cecha nie powstała celowo. Jednak wygląda na to, że pojawił się u niego lęk przed smokami. Lepiej, żeby tym razem Mendigo tu został.

– Pilnuj babci i dziadka – poleciła Kendra.

Pajac natychmiast ruszył w stronę jej dziadków i zatrzymał się blisko nich. Najwidoczniej nie przestał całkowicie wykonywać rozkazów.

Właśnie zaszło słońce. Kendrze było za ciepło w grubej kurtce i rękawiczkach, Didger jednak ostrzegł, że na większych wysokościach będzie zimniej.

Krasnal pstryknął palcami, a wtedy Sheba ruszyła za nim na środek dziedzińca. Tam dołączył do nich Agad. Gdy zbliżyły się pozostałe gryfy, czarodziej podniósł ręce i zwrócił się do całej trójki jeźdźców:

– Kiedy wrócicie, mnie niestety już tu nie będzie. Są inne sytuacje kryzysowe wymagające mojej uwagi.

– Będziesz dalej szukał Paprota? – zapytała Kendra, mocno ściskając lejce. Aż ją dusiło z żalu.

– On żyje – odparł czarodziej. – Róg, który nosisz przy sobie, jest tego dowodem.

Dziewczyna opuściła rękę i dotknęła rogu przypasanego w pochwie jak nóż.

– Możesz go wziąć, jeśli pomoże ci znaleźć Paprota – powiedziała.

– Już tego próbowałem. Wyczułem, że on żyje, ale nie rozpoznałem żadnych wskazówek dotyczących miejsca, gdzie jest przetrzymywany. Wątpię, żeby to się zmieniło. Paprot chciał, żebyś ty miała róg. Jeżeli jakimś cudem trafi mu się szansa nawiązania kontaktu, pewnie za jego pośrednictwem spróbuje się połączyć z twoim umysłem. Niech róg zostanie u ciebie.

– Zgoda.

– Powodzenia na uczcie. Wykonujecie tutaj nadzwyczajną robotę. Tanu, będzie mi brakowało twojego towarzystwa.

– Do zobaczenia wkrótce – odparł mistrz eliksirów.

– Seth, nie pakuj się w kłopoty. I trzymaj się z dala od Czarnodołu.

– Obiecuję – zapewnił chłopiec.

Kendra wiedziała, że pod twierdzą znajduje się głęboka dziura pełna nieumarłych. Agad wiele razy ostrzegał Setha, żeby się tam nie zbliżał, z obawy, że chłopiec spróbuje porozumieć się z niektórymi jej mieszkańcami i jakimś cudem ich uwolni.

– Zobaczymy się wieczorem – odezwał się Marat. – Bezpiecznego lotu.

– Gryfy, w drogę! – zawołał Didger, machając rękami.

– Gryfy, w drogę! – powtórzyły dwa inne krasnale.

Machnęły skrzydła i Sheba wzbiła się w powietrze. Wznosiła się, pracując skrzydłami, a Kendra kolebała się w skrzypiącym siodle. Po jej prawej ręce wzlatywał Seth, po lewej – Tanu. Wszystkie trzy gryfy płynnie nabierały wysokości, a za nimi Twierdza Czarnodół zmieniała się w miniaturowy model.

Zachód słońca stopniowo się cofał, aż w końcu Kendra mrużyła oczy od jasnych promieni.

– Tu, na górze, dalej jest dzień! – zawołał Seth.

Kendra pomachała na znak, że go słyszy, ale szybko opuściła dłoń i ponownie złapała się siodła, bo trzymając się tylko jedną ręką, nie czuła się stabilnie. Tymczasem Seth unosił obie ręce wysoko, jakby jechał kolejką górską. Kendra próbowała się cieszyć podmuchami chłodnego powietrza na twarzy i oszałamiającym widokiem, ale kiedy spojrzała w dół na maleńkie drzewa, wbrew sobie zadrżała na myśl o upadku z tej wysokości.

Zdawała sobie sprawę, że jest przypięta do siodła. Ale co będzie, jeśli paski pękną? Jak bardzo stare było to siodło? I czy krasnale, które je zakładały, znały się na rzeczy? A jeśli siodło się obluzuje? Didger wspomniał, że Sheba jest najstarszym z gryfów. Wzbijając się coraz wyżej, cały czas mocno machała skrzydłami. A gdyby dostała zawału? Czy coś takiego już się kiedyś zdarzyło?

Dziewczyna usiłowała zachować spokój. Wszystko będzie dobrze. Najczarniejsze scenariusze w jej głowie były grubo przesadzone. Doleci na miejsce bez kłopotów. Panikowanie z powodu wyobrażonych, hipotetycznych problemów było niemądre.

W zwykłych okolicznościach martwiłaby się również tym, że po drodze napotka smoki. Skoro jednak wybrała lot na gryfie, zaproszenie na ucztę wiązało się z gwarancją bezpiecznej podróży. Czy to możliwe, żeby smoki złamały obietnicę?

Albo żeby któryś się nie podporządkował? Lub zaczepiła ich jakaś inna istota?

Kendra sprawdziła, czy łuk, który załatwił dla niej Seth, jest mocno przypięty do siodła. Gdyby jakiś stwór jednak ich zaatakował, przynajmniej mogła go poczęstować trzema setkami strzał. Worek z wichrem także mógł się przydać. Henrick był pod wrażeniem przedmiotów, które jej brat przyniósł z magazynów, więc wiedziała, że na pewno są skuteczne.

Kiedy wznieśli się ponad najbliższe szczyty, powietrze nie było już chłodne, tylko zimne. Kendra cieszyła się z grubej kurtki i rękawic. Pochyliła brodę, żeby ukryć twarz przed wiatrem. W dole przesuwały się różne krajobrazy, a ona coraz lepiej rozumiała, jak ogromna jest Gadzia Opoka. Miała świadomość, że cały azyl jest osłonięty zaklęciem dekoncentrującym, ale i tak była w szoku, że świat zewnętrzny nie dostrzega tak rozległego terenu.

Skuliła się i spuściła głowę, żeby kaptur chronił ją od wiatru.

W policzkach nie miała już czucia. Pod nią przewijały się poszarpane wierzchołki i grzbiety. Po przefrunięciu nad przełęczą między dwoma wyjątkowo wysokimi szczytami Kendra ujrzała olbrzymią górę. W połowie była ona wyrzeźbionym w skale gigantycznym zamkiem.

Nie zważając na lodowate powietrze, które biło ją w twarz, dziewczyna w oszołomieniu patrzyła na Niebodwór. Wokół surowych wież tej monstrualnej fortecy krążyło kilka smoków. Im bardziej zbliżali się na gryfach, tym lepiej Kendra rozumiała, że potężny zamek powstał właśnie z myślą o smokach, a nie ludziach. Za ogromnymi balkonami ziały wielkie wejścia. Smoki przechadzały się po przestronnych tarasach otwartych na niebo i przesiadywały na długich krawędziach.

Jeden brodził w szerokim, płytkim zbiorniku wodnym. Chociaż zamek miał mury i wieże, Kendra nie widziała ani śladu cegieł lub kamieni spojonych zaprawą – wyglądało na to, że całość powstała przez ociosanie kawałków góry. Domyślała się, że najwyższa wieża kiedyś była wierzchołkiem.

Nadleciał duży smok o jasnoczerwonych łuskach, a potem zawrócił, żeby ich prowadzić. Kendra patrzyła, jak z czubka najwyższej wieży znikają ostatnie promienie słońca. Sheba opadała ku rozległej otwartej przestrzeni u podnóża zamku, w połowie wysokości góry. Gładko wylądowała na skalnej półce, a wtedy podbiegły mocne gobliny w czystych liberiach i upudrowanych perukach, żeby pomóc Kendrze wysiąść z siodła. Rozpięły pasy tak szybko, że dziewczyna nie musiała sama pociągać dźwigni, a gdy tylko stanęła na ziemi, odprowadziły jej wierzchowca.

– Zaczekajcie! – zawołała Kendra, ruszając za Shebą. Gobliny wstrzymały gryfa. – Muszę wziąć swój łuk. – Odpięła pasek i wyciągnęła broń przymocowaną do siodła. Zabrała również mały kołczan z ośmioma strzałami, kamuflujący zdolność łuku do samoistnego tworzenia pocisków.

– Duży ten zamek – skomentował Seth, stając obok siostry.

– Nic dziwnego – powiedział Tanu. – Pomyśl, jak wielkie są nasze zamki, a przecież mieszkają w nich tylko ludzie.

– Te odpicowane gobliny są śmieszne – stwierdził chłopiec. – Widzieliście peruki?

Kendra go uciszyła.

– Nie chcemy nikogo urazić.

– Przecież jesteśmy chronieni, prawda? – zapytał Seth z uśmiechem. – Może fajnie wziąć kogoś pod włos.

– To smoki, a nie psy – przypomniała mu siostra.

– Pamiętaj, co ci mówiłem – wtrącił Tanu. – Dziś lepiej być przesadnie ostrożnym. Eliksir chroni przed smoczym strachem, ale może również zaburzać zdolność oceny sytuacji i sprawić, że będziesz zbyt pewny siebie. Nie mów i nie rób wszystkiego, co przyjdzie ci do głowy.

Seth wzruszył ramionami.

– Mogę być tak nijaki, jak potrzeba.

– Dokąd zabierają gryfy? – zapytała Kendra.

– Kiedy lądowaliśmy, widziałem stajnie – odparł Tanu.

Z góry opadł ku nim duży kruk, zawisł nad ziemią, po czym zmienił się w wychudzoną staruszkę z mchem i mułem w splątanych włosach. Widoczne żyły na jej nagich, chudych ramionach

wiły się niczym bezlistny bluszcz. Przemoknięte ubranie wisiało na jej kościstej sylwetce jak żagle podczas ciszy na morzu.

Wargi miała tak wyschnięte, że prawie nie były widoczne, a kiedy mówiła, jej małe oczy nie patrzyły wprost na Kendrę ani Setha.

– Nowi opiekunowie – stwierdziła raptownie. – Szczenięta w obciążonym worku.

– Słucham? – odparła Kendra.

– Ciśnięte do rzeki – ciągnęła staruszka. – Zupełnie bez szans.

– Pani nazywa się Vatka? – zapytał Seth.

– Licha Vatka, do usług – potwierdziła tamta, pochylając głowę.

– Umie pani zmieniać się w kruka. W co jeszcze?

– W to i tamto, w miarę potrzeby. Przykro patrzeć na krzywdzoną niewinność. I zabawnie. Szlamolud dobrze wam życzy. Nie żeby życzenia mogły wam w czymkolwiek pomóc.

– Czy pani coś wie? – zapytała Kendra.

Kobieta zarechotała i odeszła, powłócząc nogami, a potem zawołała wyższym głosem:

– Hau, hau! Toniemy! Hau, hau, hau!

Wydała z siebie zduszony skowyt, który przerodził się w śmiech.

– Ona jest stuknięta – stwierdził Tanu. – Przypomnijcie mi, żebym nigdy nie został królową Szlamodziur.

– Uważa, że już po nas – powiedział Seth.

– Może wcale nie jest taka szalona – skomentowała Kendra.

– Chodźcie.

Ruszyła przodem w kierunku dużego otworu w ścianie zamku. Przepastnego wejścia nie przesłaniały żadne drzwi. Naprzeciw wyszedł im gobliński strażnik w futrzanej czapie i wyskrzeczał jedno słowo:

– Zaproszenia.

Tanu wyjął zaproszenie, a strażnik je obejrzał. Potem dotknął miecza wiszącego przy pasie Setha i przesunął dłonią po łuku Kendry. Seth odezwał się w gulgoczącym języku. Goblin coś mu odpowiedział, po czym dał znak ręką, żeby przeszli.

Po drugiej stronie wejścia Kendra zastała rozległą komnatę, która zajmowała sporo miejsca wewnątrz góry. Wobec ogromu jaskini dziewczyna miała wrażenie, że sama się skurczyła.

Zastanawiała się, czy właśnie tak czuje się mrówka na stadionie.

Na ścianach i suficie migotał złoty pył, nadający całej sali metalicznego połysku. Skomplikowane wyżłobienia w ścianach mogły być albo zdobieniami, albo wymyślną formą pisma znaną tylko smokom. Gigantycznej przestrzeni nie zakłócały żadne meble z wyjątkiem dwóch długich stołów pośrodku,

przystosowanych rozmiarem do ludzi i zastawionych do kolacji.

Nieopodal stali w gotowości goblińscy służący w białych perukach, białych rękawiczkach, z wypolerowanymi guzikami. Wielu gości już siedziało na krzesłach z wysokimi

oparciami.

Po komnacie krążyła imponująca liczba różnych smoków: śliski, fioletowy o pysku przypominającym plątaninę wijących się macek, masywny z łuskami jak płyty zbroi, olbrzymimi rogami jak u byka i tępo zakończonym ogonem, smukły biały o krystalicznie niebieskich oczach, ciemnoszary z dwiema głowami, złoty z długimi kolcami, które jeżyły mu się na głowie, szyi, ogonie i całym potężnym cielsku. W sumie Kendra naliczyła szesnaście gigantycznych gadów, co chyba najlepiej świadczyło o rozmiarach tego pomieszczenia.

Na samym końcu sali na podwyższeniu czekał Celebrant.

Kiedy dziewczyna rozmawiała z nim na Żerdzi, widziała tylko jego łeb i szyję. Do tej pory jeszcze nigdy nie miała okazji podziwiać go w pełnej krasie. Każdy centymetr ciała smoka pokrywała zbroja z nieskazitelnie połyskujących platynowych łusek. Od majestatycznych rogów aż po czubki zabójczo

ostrych pazurów Król Smoków był wspaniały i śmiertelnie groźny. Nie dało się przegapić lśniącej korony, która okalała jego głowę u podstawy rogów. Wykonano ją z metalu jeszcze jaśniejszego niż srebro i wysadzanego czerwonymi klejnotami.

Na przód wyszedł goblin o bardzo mięsistych policzkach i zadął w trąbkę. Ostre dźwięki poniosły się po cichej sali.

– Przybyli Kendra i Seth Sorensonowie wraz ze swoim służącym – oznajmił. – A także Licha Vatka ze Szlamodziur.

Celebrant uniósł łeb.

– Goście honorowi – odezwał się głosem tak dźwięcznym, jakby jednocześnie przemawiał męski chór. – Witajcie, moi współopiekunowie. Zapoznajcie się z innymi humanoidami i częstujcie się jedzeniem. Bardziej oficjalna część wieczoru nastąpi, kiedy się posilicie i rozgościcie.

– Czy służącemu też wolno jeść? – wymamrotał Tanu z uśmieszkiem.

Obok nich, wywołując niespodziewany podmuch, wylądował Raxtus.

– Witajcie, Secie i Kendro. Porozmawiamy później. Na razie wykonujcie wskazówki.

Odskoczył na bok komnaty, zanim Kendra zdążyła się w ogóle odezwać.

Pulchny, przysadzisty goblin z głębokimi bruzdami na twarzy zaprowadził gości do stołu i odsunął krzesło Kendrze.

Lord Dalgorel ze Świetnego Ludu podniósł się, żeby się z nią przywitać. Wyglądał niesamowicie przystojnie w galowym mundurze z szarfą, epoletami i kilkoma wypolerowanymi medalami.

– Witaj, Kendro Sorenson – odezwał się. – I oczywiście Secie.

– Czy to medale za neutralność? – zapytał chłopiec.

– Uroczy jak zawsze – skomentował Dalgorel. – Nie wszystkie wielkie czyny mają miejsce na polu bitwy, choć w moim przypadku część zdarzyła się właśnie tam, dawno temu. Na pewno pamiętacie moją córkę, Evę.

Kendra zauważyła, że jej brat wpatruje się w dziewczynę ubraną w prostą, lecz piękną suknię. Była mniej więcej w wieku Setha. Wyglądała olśniewająco, tak jak wszyscy członkowie Świetnego Ludu.

Chłopiec podszedł do niej, chwycił jej dłoń i ją ucałował.

Kendrze ze zdziwienia dosłownie opadła szczęka. Zerknęła na Tanu, który oglądał tę scenę z szeroko otwartymi oczami. To musiał być wpływ eliksiru odwagi.

– Jak to się stało, że tu jesteś? – zapytał Seth.

Eva machnęła ręką w kierunku sali.

– Zawsze chciałam zobaczyć smoki. Ojciec potrzebował oso- by towarzyszącej, a matka nie cierpi podróżować.

– To coś niesamowitego. Tylko kilka razy w życiu widziałem więcej smoków w jednym miejscu. Ale nigdy z tak bliska. Niektóre są strasznie dziwne.

– Ten, który wygląda jak jeżozwierz! – szepnęła głośno Eva.

– I ten z łbem jak rekin młot. Strach ci nie przeszkadza?

– Ojciec poddał mnie próbie. Przeszłam ją. Zawsze byłam odważna.

– Usiądźmy – zaproponował Dalgorel, pokazując gestem, żeby Seth oddalił się od jego córki i usiadł z drugiego boku Kendry. Chłopiec zrobił to niechętnie, a Tanu zajął miejsce po jego drugiej ręce.

Kendra usiadła obok Dalgorela i rozłożyła sobie na kolanach aksamitną serwetkę. Naprzeciw niej siedział niski mężczyzna z bulwiastym nosem i siwą brodą, która porastała podbródek.

– Bądź pozdrowiona, opiekunko – odezwał się dość wysokim głosem.

– Wielki imperator Karzal – przedstawił go Dalgorel.

– Miło mi poznać Waszą Wysokość – powiedziała Kendra po gnomicku.

Karzal szeroko otworzył oczy i uniósł brwi.

– Już od wielu kadencji żadnemu opiekunowi nie chciało się nauczyć naszej mowy – odparł w tym samym języku.

– To spotkanie to dla mnie zaszczyt – dodała dziewczyna, zadowolona, że zrobiła na nim tak dobre wrażenie. Sięgnęła po czarkę z wodą.

– Moment – huknął głęboki głos, tak silny, że zawibrowało szkło. To był ten masywny smok z byczymi rogami. – Zanim wszyscy za bardzo się rozgoszczą, oficjalnie rzucam wyzwanie Celebrantowi Sprawiedliwemu. Chcę korony króla.

-
Ocena użytkowników
Średnia z 0 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Gniew Króla Smoków
Cykl: Smocza straż
Tom: 2
Autor: Brandon Mull
Tłumaczenie: Rafał Lisowski
Wydawca: Wydawnictwo Wilga
Data wydania: 15 maja 2019
Liczba stron: 416
Oprawa: miękka
Cena: 34,99 zł



Czytaj również

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.