» Recenzje » Fałszywi Bogowie - Graham McNeill

Fałszywi Bogowie - Graham McNeill


wersja do druku

Pycha kroczy przed upadkiem

Autor: Redakcja: Tomasz 'earl' Koziełło

Fałszywi Bogowie - Graham McNeill
"Widziałem spustoszoną galaktykę, w której Imperator umarł, a ludzkość żyła uwięziona w piekle biurokracji i przesądu. W tej przyszłości istnieje tylko mrok i ponura wojna. Tylko ty możesz zapobiec tej przyszłości. Musisz być silny, Mistrzu Wojny. Nigdy o tym nie zapominaj... "

_______________________


Świadomość odpowiedzialności za losy, nawet nie świata, ale niezliczonych światów rozproszonych po całej galaktyce i za przyszłość całej ludzkości, nawet dla najbardziej odpornego z ludzi byłaby brzemieniem nie do udźwignięcia. Jednak Imperator nie nałożył jej na wątłe ludzkie barki, lecz powierzył najbardziej zaufanemu, umiłowanemu spośród nadludzkich Prymarchów, Horusowi. Horusowi Wspaniałemu, którego uhonorował tytułem Mistrza Wojny i którego wyznaczył na dowódcę Wielkiej Krucjaty, tytanicznego przedsięwzięcia mającego zjednoczyć pod sztandarem Imperium potomków Ziemian, rozsianych przed mileniami po tysiącach układów planetarnych i nierzadko pozbawionych nawet świadomości wspólnego dziedzictwa.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

Gdy zostawialiśmy go w finale powieści Dana Abnetta, Czas Horusa, pierwszej części cyklu Herezja Horusa, właśnie zmiażdżył rasę intereksów, odległych potomków ludzi, w których widział cennych sprzymierzeńców, a którzy obrócili się przeciw niemu, oskarżając go i Legiony Kosmicznych Marines o zdradę. Otwarcie drugiego tomu serii, zatytułowanego Fałszywi bogowie, przenosi nas do punktu niezbyt odległego od tego momentu, gdy Horus oraz towarzyszące mu oddziały Adeptus Astartes i Imperialnej Armii uczestniczą w interwencji na niewielkim księżycu w układzie planetarnym Davin.

Książka, napisana przez innego autora z zespołu Games Workshop, Grahama McNeilla, przynosi spore zaskoczenie zanim jeszcze przeczytamy pierwsze zdania opowiadanej w niej historii. Wystarczy rzucić okiem na dział Dramatis Personae, który – podobnie jak w pierwszej części serii – przybliża czytelnikowi najważniejszych bohaterów pojawiających się w powieści. Co się okazuje? Otóż, obywateli Imperium, niebędących genetycznie zmodyfikowanymi Kosmicznymi Marines, Prymarchami albo członkami Legio Mortis, równie odmiennymi od ludzi pilotami monstrualnych Tytanów – machin wielkości miejskich dzielnic, zdolnych obracać w perzynę całe miasta – możemy bowiem policzyć na palcach jednej ręki. Co gorsza, wśród tych nielicznych śmiertelników nie znajdziemy żadnej z postaci, których losy mogliśmy śledzić w Czasie Horusa. Mimo że już w pierwszym tomie serii członkowie Armii Imperialnej i upamiętniacze mający dokumentować dla przyszłych pokoleń dokonania Wielkiej Krucjaty zdecydowanie grali drugie skrzypce wobec nadludzkich Adeptus Astartes, to tu schodzą na jeszcze dalszy plan. Co więcej, pomimo tego, że ci starzy znajomi co jakiś czas pojawiają się na kartach powieści, z istotnych postaci drugoplanowych zostają zdegradowani niemalże do roli statystów.

Umniejszenie roli kronikarzy nie dziwi, gdy okazuje się, że przeciwnik, jakiemu Legiony Imperatora będą stawiać czoła na davińskim księżycu, jest zupełnie nowym i przerażającym rodzajem wroga. Po raz pierwszy w historii Wielkiej Krucjaty Adeptus Astartes nie wyruszają bowiem do walki z obcymi ani nawet ludźmi, których przodkowie przed niezliczonymi wiekami utracili kontakt z Terrą, lecz stają do boju ze zdrajcami, którzy wyrzekli się służby Imperatorowi i odrzucili, jeszcze niedawno wyznawane, ideały. Oczywiście trudno się dziwić, że zdrada, jeszcze do niedawna lojalnych, poddanych i wyprawa, którą można określić jedynie jako bratobójczą, nie są czymś, co należałoby uwieczniać w kronikach. Szybko okazuje się jednak, że nic w tej historii nie jest tym, czym wydaje się na pierwszy rzut oka, a zasadzki zastawiane przez wrogów są niczym w porównaniu ze spiskami, jakie za plecami bohaterów knują ich najbliżsi i, zdawałoby się, najbardziej lojalni towarzysze.

O ile hasło widniejące na okładce pierwszego tomu, mówiące, że "ziarno herezji zostało zasiane", było zdecydowanie na wyrost, to to, jakie znajdziemy na okładce Fałszywych bogów, "Ziarno herezji kiełkuje", jak najlepiej podsumowuje fabułę książki. Choć nie poznajemy jeszcze do końca motywacji kierujących zdrajcami manipulującymi Horusem i kierującymi go na ścieżkę herezji i zdrady, to, pomimo chorobliwej wręcz ambicji (by nie rzec – megalomanii) Mistrza Wojny, jego intencje są jak najbardziej pozytywne. Widząc nieuchronnie nadciągający koniec Krucjaty, obawia się, że Imperium zostanie bezpowrotnie zawłaszczone przez bezdusznych biurokratów, a sam czuje się opuszczony przez swego ojca, którego podejrzewa o chęć uzurpowania sobie boskiego statusu. Bunt i zdrada w tej sytuacji nie są czynami haniebnymi, lecz jedynym sposobem na zachowanie honoru i ocalenie ludzkości przed nieuchronnym upadkiem. Nieświadomy, że starając się zapobiec straszliwej przyszłości i odwrócić przeznaczenie, sam uruchamia tryby prowadzące do jego spełnienia, Horus staje się podobny Edypowi, choć w jego przypadku grzech ojcobójstwa nie będzie okrutnym żartem bezlitosnego losu, lecz bolesnym wyborem, dokonanym z pełną świadomością. Uważny czytelnik bez problemu może zresztą w Fałszywych bogach doszukać się także nawiązań do Biblii i innych klasycznych tekstów.

Podobnie jak w pierwszej części Herezji Horusa, tak i tutaj wydarzenia śledzimy przede wszystkim z perspektywy Garviela Lokena. Mimo że nie zabrakło także całej plejady innych postaci, to z rozczarowaniem przyjąłem tak drastyczne ograniczenie obecności upamiętniaczki Euphrati Keeler, jak i zarysowaną w książce ewolucję bohaterów znanych z poprzedniej części cyklu. Właściwie jedynym, którego przemiana jawi się jako wiarygodna, jest Horus. Rola Keeler zostaje zredukowana do otępiałej religijnej fanatyczki ślepo wierzącej w boskość Imperatora, zaś kapitan Kosmicznych Marines, którego oczami śledzimy wydarzenia, praktycznie do samego końca nie różni się od tego Lokena, którego opuściliśmy w finale Czasu Horusa, i dopiero ewidentne stanięcie twarzą w twarz z dowodami straszliwej wolty towarzyszy otwiera mu oczy.

Nie tylko postacie ewoluują w Fałszywych bogach, zmienia się także otaczający je świat. I ta przemiana jest nie tylko najciekawsza, ale i najbardziej przerażająca. Imperium trzydziestego pierwszego tysiąclecia, które poznaliśmy w pierwszej części serii, było jeszcze rządzone rozumem, wiarą w ludzki rozsądek i nadzieją na lepsze jutro. Dramatyczne wydarzenia rozgrywające się w drugim tomie cyklu zdzierają z jego mieszkańców cienką powłokę racjonalności i optymizmu, wydobywając na wierzch ślepy strach i zabobonną wiarę – choć równocześnie przekonujemy się, że i one mogą być potężnym orężem w starciu z zagrożeniem, któremu ludzkość będzie musiała stawić czoła.

Gdyby nie pewne spłycenie bohaterów i przesunięcie na dalszy plan postaci, które w pierwszej części cyklu zdążyliśmy poznać i polubić, Fałszywych bogów oceniłbym równie wysoko, co Czas Horusa. Choć na ich miejsce wchodzą bowiem ciekawi zastępcy, to szybko znikają, sprawiając raczej wrażenie rezerwowych graczy wpuszczonych na boisko w sytuacji awaryjnej, niż zawodników mających szansę na grę w pierwszym składzie. Może jednak taki zabieg pozwoli zmęczonym bohaterom odzyskać siły i w kolejnym tomie wrócić do gry z nową energią? Sam jego tytuł, Galaktyka w ogniu, daje do zrozumienia, że bardzo będą jej potrzebować.

Fałszywi Bogowie okiem erpegowcaPodobnie jak Czas Horusa, również druga część serii powinna zainteresować osoby prowadzące i rozgrywające sesje w systemach osadzonych w uniwersum Warhammera 40.000. Niestety, odsunięcie na dalszy plan postaci upamiętniaczy właściwie ogranicza gry mogące wykorzystywać fabułę Fałszywych bogów jako podstawę do tworzenia przygód jedynie do opowiadającego o Kosmicznych Marines Deathwatch. W żadnej akcji, w której Adeptus Astartes uczestniczą w tej książce, nie towarzyszą im ludzcy kronikarze, a relacje między tymi dwiema grupami stają się coraz gorsze, co w końcu prowadzi do niemal otwartego konfliktu – skutecznie utrudniałoby to systemowy crossover, jaki proponowałem recenzując pierwszy tom Herezji Horusa. Również potraktowanie wydarzeń opisanych w tej książce jako potencjalnego preludium dla kampanii rozgrywanej w oparciu o Black Crusade nie wydaje się pomysłem dobrym ani łatwym w realizacji – widać wyraźnie, że zarówno Garviel Loken jak i Euphrati Keeler do samego końca pozostaną wiernymi poddanymi (a w przypadku tej drugiej – także wyznawcami) Imperatora.

Jeszcze poważniejszą przeszkodą, praktycznie uniemożliwiającą potraktowanie Fałszywych bogów jako opowieści, na kanwie której można byłoby zbudować erpegową kronikę, jest fakt, że znaczna część opisanych w niej wydarzeń dotyczy istotnych dla settingu Bohaterów Niezależnych, lub wręcz ukazywana jest z ich perspektywy, a osadzenie postaci graczy w roli ich biernych obserwatorów to pomysł, który ciężko zarekomendować.

Pomimo tych istotnych utrudnień, czytelnicy znajdą w tym tomie całkiem dużo momentów i motywów, które dosłownie lub z niewielkimi modyfikacjami można wykorzystać na sesjach "czterdziestkowych" systemów. Walki na księżycu Davina to właściwie samograj, który przy minimalnym wysiłku można przerobić na przygodę dla drużyny Straży Śmierci, rosnący w siłę tajny kult Imperatora i narastający konflikt upamiętniaczy z Adeptus Astartes z kolei mogłyby zostać potraktowane jako interesujące motywy do użycia w kampanii opartej o reguły Dark Heresy i wykorzystującej postaci ludzkich obywateli Imperium w trzydziestym pierwszym tysiącleciu.
8.0
Ocena recenzenta
8
Ocena użytkowników
Średnia z 7 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: Fałszywi Bogowie (False Gods)
Cykl: Herezja Horusa
Tom: 2
Autor: Graham McNeill
Tłumaczenie: Michał Kubiak
Wydawca: Fabryka Słów
Miejsce wydania: Lublin
Data wydania: 24 sierpnia 2012
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195mm
Seria wydawnicza: Obca Krew
ISBN-13: 978-83-7574-623-5
Cena: 39,90 zł



Czytaj również

Fulgrim – Graham McNeill
Na imię mi Legion, bo nas jest wielu
- recenzja
Zstąpienie aniołów
Tysiąc tysięcy służyło mu, a dziesięć tysięcy po dziesięć tysięcy stało przed nim...
- recenzja
Ucieczka Eisensteina - James Swallow
Oto ja Was posyłam, jak owce między wilki
- recenzja
Galaktyka w ogniu - Ben Counter
Ojcowie jedli zielone winogrona, a zęby ścierpły synom
- recenzja
Czas Horusa - Dan Abnett
Kto się wywyższa, będzie poniżony
- recenzja

Komentarze


whitlow
   
Ocena:
0
Nie do końca zgodzę się z marginalizacją zwykłych ludków. Spamiętywacze odegrali dość istotną rolę, a i sam Eugan Temba, będąc wszak ,,tylko,, człowiekiem w dość znaczący sposób wpłynął na losy galaktyki.

Z punktu widzenia 40k rpg, w/g mnie, powieść także jest warta uwagi. Nie każdy gra jednocześnie w rpg i bitewniaka, a lektura fałszywych bogów, pozwala lepiej zrozumieć czym właściwie jest Imperium opisane w settingach gier ffg i jakie procesy doprowadziły je do obecnego kształtu.
27-11-2012 00:38

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.