Peter A. Flannery, Decimus Fate i talizman marzeń
» Recenzje » Echo przyszłych wypadków

Echo przyszłych wypadków


wersja do druku

Więcej nie zawsze znaczy lepiej

Autor: Redakcja: Michał 'von Trupka' Gola, Daga 'Tiszka' Brzozowska

Echo przyszłych wypadków
Wydany w ubiegłym roku przez Fabrykę Słów Cień utraconego świata autorstwa Jamesa Inslingtona okazał się zaskakująco dobrym debiutem, dającym nadzieję na historię, która byłaby w stanie konkurować z dziełami najpopularniejszych pisarzy gatunku. Mój entuzjazm okazał się być jednak nieco przedwczesny – drugi tom Trylogii Licaniusa pozostawia trochę do życzenia.

Po pokonaniu przybyłych zza Bariery armii Ślepców powinno było stać się jasne, że zagrożenie płynące z osłabienia granicy jest w pełni realne. Nie wszyscy jednak chcą dać temu wiarę, zwłaszcza, że nikt nie ufa Obdarzonym, którzy mieliby ją naprawić, nie wspominając już o Augurach, ukrywających się pośród nich. Z tego też powodu Davian i Asha muszą szukać informacji dotyczących sposobu na odnowienie jej zabezpieczeń na własną rękę. W tym czasie Wirr zmaga się z przeszkodami związanymi z piastowaniem funkcji Strażnika Północy, co nie jest łatwe, gdy jego własna matka stara się go jej pozbawić. Z kolei jeszcze do niedawna cierpiący na amnezję Caeden, wstrząśnięty prawdą o swojej przeszłości, nie pragnie niczego więcej, jak tylko naprawić swe dawne błędy – tylko jak tego dokonać, gdy na każdym kroku natyka się na kolejne świadectwa zbrodni, które wieki temu popełnił z dobrych pobudek?

Zaczynając od tego, co najważniejsze – Echo przyszłych wypadków, podobnie jak w przypadku pierwszej części, cechuje się bardzo mocnymi fundamentami jeśli chodzi o fabułę. Niewielu jest tu antagonistów działających z egoistycznych pobudek – zamiast tego opowiadana przez Islingtona historia napędzana jest przez konflikty między ludźmi wierzącymi w to, że podejmują słuszne decyzje, nawet jeśli muszą sobie przy tym ubrudzić ręce dla dobra innych. Nadaje to głębi intrydze, już dostatecznie skomplikowanej z racji tego, ile postaci i wątków mamy okazję poznać na kartach książki – a co więcej, w dalszym ciągu istotne są tu motywy przeznaczenia, wizji przyszłości oraz podróży w czasie.

Efekt jest taki, że otrzymujemy tu jedną z najbardziej złożonych pod względem fabularnym serii fantastycznych wydanych w ostatnich latach – co robi wrażenie, biorąc pod uwagę stosunkowo niewielkie doświadczenia odpowiedzialnego za nią pisarza. Sprawia to, że rozsądnie jest nie robić zbyt długich przerw w lekturze, a już najlepiej zacząć ją niedługo po przeczytaniu Cienia utraconego świata – w przeciwnym razie łatwo będzie zapomnieć szczegóły dotyczące intrygi z pierwszego tomu, zwłaszcza, że już wówczas autor rozsiał wiele wskazówek odnośnie tego, co wydarzy się w przyszłości.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że sam pisarz nie jest w stanie w pełni wykorzystać potencjału wykreowanej przez siebie opowieści, przez co ostatecznie nie wywołuje ona równie dobrego wrażenia, jak mogłaby, gdyby za to dzieło odpowiedzialny był ktoś z większym doświadczeniem. Pod względem prozy Islington to niestety co najwyżej rzemieślnik, co nie jest wprawdzie rzadkie jeśli chodzi o fantasy, lecz nie da się ukryć, że brakuje tu tego nieuchwytnego "czegoś", co pozwoliłoby wzbudzić żywsze emocje w czytelnikach. W powieści znajduje się kilka scen które, analizując je czysto intelektualnie, powinny móc zapaść na dłużej w pamięć z racji patosu z nimi związanego – tak się jednak nie dzieje, przede wszystkim z racji zbyt "suchego" stylu autora.

Powtarza się też problem, na który zwróciłem uwagę w recenzji pierwszego tomu Trylogii Licaniusa – główni bohaterowie nie zmieniają się prawie wcale w miarę rozwoju fabuły, ani też nie mają skomplikowanych osobowości. Zamiast tego definiowani są przede wszystkim przez to, kim są i jakie role odgrywają w intrydze, przez co dość trudno jest się do nich przywiązać. Jedyny wyjątek stanowi Caeden, którego wątek jest zdecydowanie najciekawszym ze wszystkich przedstawionych w książce, jednakże i on cierpi z powodu braku konkretnego planu działania – jest rzucany z miejsca na miejsce przez kolejne zwroty akcji i może tylko reagować na to, co widzi podczas swej chaotycznej podróży, zamiast samemu wpływać na rozgrywające się wokół wydarzenia.

Rozczarowuje też to, że choć mamy do czynienia z prawdziwą cegłą (ponad 900 stron!), to tak naprawdę dzieje się zaskakująco niewiele, a przez większość czasu poszczególni protagoniści tkwią w swego rodzaju limbo, pozbawieni możliwości działania, czekając na to, aż zmienią się otaczające ich okoliczności – nie jest to coś, co motywuje do pochłaniania kolejnych rozdziałów. Powieść moim zdaniem spokojnie dałoby się odchudzić o przynajmniej 25 procent, na czym z pewnością zyskałoby tempo akcji – na podobnie grube pozycje mogą sobie pozwolić Steven Erikson lub Brandon Sanderson, w przypadku Islingtona niestety nie zdaje to egzaminu.

Z tego też powodu Echo przyszłych wypadków jestem zmuszony uznać za słabsze od poprzedniej części Trylogii Licaniusa – niedostatki fabuły, które można było wybaczyć w pierwszym tomie nowego cyklu, tutaj doskwierają zauważanie bardziej. Z drugiej strony, często w przypadku trylogii okazuje się, że tomy środkowe są tymi najsłabszymi – pozostaje mi więc mieć nadzieję, że w zamykającą serię części trzeciej autor powróci do wysokiej formy.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę
6.5
Ocena recenzenta
6.5
Ocena użytkowników
Średnia z 1 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Echo przyszłych wypadków
Cykl: Trylogia Licaniusa
Tom: 2
Autor: James Islington
Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Wydawca: Fabryka Słów
Data wydania: 27 października 2021
Liczba stron: 856
Oprawa: zintegrowana
ISBN-13: 978-83-7964-670-8
Cena: 69,90 zł



Czytaj również

Cień utraconego świata
Fantasy, w którym nic nie jest takie, jakie się wydaje
- recenzja

Komentarze

string(15) ""

Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.