» Recenzje » Droga bez znaczenia. Ekspres Ares

Droga bez znaczenia. Ekspres Ares

Droga bez znaczenia. Ekspres Ares
Choć nigdy nie nazwałbym się fanem Iana McDonalda, to lata fascynacji fantastyką naukową sprawiły, że całkiem nieźle znam jego dorobek – a przynajmniej tę część, która ukazała się w Polsce. Teraz, po długiej obecności pisarza na naszym rynku, publikacji doczekał się jego debiut wraz z kontynuacją – dzieła, które nawet bez podpisu łatwo byłoby przypisać temu autorowi, zawsze patrzącemu na fantastykę naukową po swojemu. 

Doktor Alimantado podróżuje po pustynnych bezdrożach Marsa i doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że znalazł się na skraju unicestwienia. Ratunek przychodzi ze strony zupełnie niespodziewanej – od…zielonego człowieka, który zapewnia, iż jego historia będzie się jeszcze rozwijała. I rzeczywiście, naukowiec uchodzi z życiem, a w końcu dociera do miejsca, które postanawia nazwać Drogą Przeznaczenia – bo wierzy, że to dzięki niemu umknął śmierci. Do osady trafiają kolejni ludzie i przekształca się ona w sporą wioskę, ale drobna literówka sprawia, że do historii trafi pod nieco inną nazwą. 

Droga Bez Znaczenia zaczyna się z przytupem, ale bardzo szybko spuszcza z tonu. Do tego stopnia, że pierwsze kilka rozdziałów budzi skojarzenia z polską telenowelą z wczesnych lat zerowych – czytelnik ma po prostu śledzić powolny rozwój życia społecznego w tytułowej wiosce z najzwyczajniejszymi tegoż przejawami: zawieraniem kolejnych znajomości i przyjaźni, z pierwszymi romansami, z narodzinami dzieci (niekiedy nawet bliźniąt!) i stosownymi aferami. Nie brzmi to szczególnie zachęcająco, prawda? Na szczęście McDonald ma – nie tak oczywisty u pisarza zajmującego się fantastyką naukową, ale zauważalny już w Rzece bogów czy Lunie – dar do przekształcania w zajmującą literacką materię rzeczy najdrobniejszych, więc o nudzie mowy tu nie ma (choć drobne mielizny się zdarzają). Kluczowa okazuje się jednak inna kwestia – to, że opowieść po cichutku, niemal niezauważalnie, tworzy coraz szersze kręgi na narracyjnej wodzie. Rozwój ten trudno zauważyć w trakcie lektury, ale wystarczy na chwilę się od niej oderwać, aby dostrzec, że to, co kilkadziesiąt stron wcześniej było zwykłym wyjazdem młodego bohatera z miasta, stało się wielką opowieścią o dorastaniu i dążeniu do trwałego zmienienia świata. Droga Bez Znaczenia ewoluuje od zbioru wiejskich anegdotek do planetarnej epopei. 

Jaka jest ta epopeja? Zajmująca, to na pewno. Może nie zmieni spojrzenia czytającego na rzeczywistość, bo McDonald sięga po utarte motywy i prawdy (wszystko kręci się wokół młodych ludzi, którzy – skrzywdzeni lub przepełnieni nadmiernymi ambicjami – zmieniają się w jednostki złe i niebezpieczne), ale w najmniejszym stopniu nie wpływa to na fakt, że powieść jest po prostu wciągająca; a i drobne przypomnienie o tym, że pracodawca nie istnieje bez pracowników (w postaci krwawej rewolucji) nikomu jeszcze nie zaszkodziło. Oprócz tego wszystkiego Droga Bez Znaczenia ma coś, co dodaje jej czaru – głębokie szaleństwo. I nie chodzi o to czające się w bohaterach, choć niektórzy zdrowym rozsądkiem nie grzeszą, lecz o powtarzające się wytryski wyobraźni, na jakie pozwala sobie McDonald. Bo czy w poważnej opowieści o losach całej planety, szczegółowej i opartej na solidnym fundamencie refleksji nad życiem wspólnoty, znajdzie się miejsce na granie w bilard z diabłem? Na anioła zamkniętego w cyrkowej klatce? Na płód zamieszkujący słoik na przetwory? Jak najbardziej – o ile mówimy o Drodze Bez Znaczenia. Takich delirycznych wątków nie ma w powieści szczególnie dużo, ale wystarczająco, aby nadać jej bardzo oryginalny rys. A że wszystko inne tutaj działa, to wniosek może być tylko jeden: to świetna rzecz. 

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Potem przychodzi Ekspres Ares – i oryginalność (tudzież szaleństwo) przybiera na sile. Już sam pomysł na osadzenie akcji we wnętrzu gargantuicznych pociągów, których załogi utworzyły samowystarczalne społeczności, wydaje się genialny. Wraca hazard z szatanem, wraca niesamowita skala wydarzeń (na szali znowu los całego Marsa), wracają święci od maszyn. Ba, to wszystko wydaje się jeszcze głębiej przemyślane i jeszcze lepiej dopasowane – widać, że autor dobrze wykorzystał trzynaście lat dzielące wydanie obu powieści.

Niestety, nie każda zmiana wychodzi powieści na zdrowie, a jedna, totalnie niezrozumiała, bardzo skutecznie odbiera radość z lektury. Z jakiegoś powodu diametralnie zmienia się ton narracji – w Drodze Bez Znaczenia raczej neutralny, niekiedy żartobliwy, w Ekspresie Ares staje się po prostu nieznośny; McDonald nieoczekiwanie mógłby z dumą stanąć w szranki z polskimi fantastami z początków XXI wieku. Główna bohaterka, Sweetness, jest obiektem nieustających żartów o podtekście erotycznym, a jej ciało bez przerwy się uprzedmiotawia – co oczywiście jej nie przeszkadza, bo każdy sprośny komentarz uznaje za pochwałę. Autor skręca w bardzo dziwne rejony – na przykład każe jej babci wypowiedzieć się na temat potencjalnych partnerów seksualnych dziewczyny. Nie mam pojęcia, co kazało pisarzowi podejść do narracji w taki sposób i co miałoby to dać, ale zabieg ten jest niezwykle nachalny, a sformułowania w stylu "energii w kroku" na porządku dziennym. W połączeniu z nieudanym i niepotrzebnym eksperymentem formalnym (bohaterka dowiaduje się w pewnym momencie, że jej życie zmieniło się w opowieść – i totalnie nic z tego nie wynika, poza tym, że kilka razy nie boi się śmierci bo "jeszcze nie pora na koniec"). Daje to opłakane efekty – powieść wypełniona pomysłami co najmniej równie dobrymi (a w większości chyba lepszymi) co jej poprzedniczka okazuje się dużo słabsza i bardziej męcząca. 

Droga Bez Znaczenia wzięła mnie z zaskoczenia, bo kiedy już zaczynałem kręcić nosem, zorientowałem się, że jestem w samym środku wielkiej afery; Ekspres Ares zaś odwrotnie – gdy byłem pewny, że czeka mnie kolejna przygoda, zderzyłem się ze ścianą bardzo męczącego i odpychającego sposobu opowiadania. Ostatecznie jednak muszę przyznać, że w dylogii Iana McDonalda kryje się magia: połączenie historii zaplanowanych na tak wielką skalę z twórczą oryginalnością daje niepowtarzalne efekty. To jedna z tych opowieści o Marsie, po które miłośnicy fantastyki naukowej powinni sięgnąć – nawet jeśli na niektóre fragmenty drugiego tomu będą musieli patrzeć przez palce. 

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę
8.0
Ocena recenzenta
8
Ocena użytkowników
Średnia z 1 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Droga bez znaczenia / Ekspres Ares
Autor: Ian McDonald
Tłumaczenie: Wojciech Próchniewicz
Wydawca: Mag
Data wydania: 20 stycznia 2023
Liczba stron: 800
Oprawa: twarda
Seria wydawnicza: Artefakty
ISBN-13: 9788367353298
Cena: 89 zł



Czytaj również

Luna: Wschód
Satysfakcjonujący finał księżycowej historii
- recenzja
Luna: Wilcza pełnia
Kosmiczna gra o tron
- recenzja
Luna: Nów
Uważaj którędy chodzisz
- recenzja
Luna: Nów
- fragment
Brasyl
My czyli oni
- recenzja
Brasyl
- fragment

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.