» Fragmenty książek » Czwarta pieczęć

Czwarta pieczęć


wersja do druku

Czwarta pieczęć

Rozdział I

Na wschodnie wybrzeże dzisiejszych Stanów Zjednoczonych spadł przed wiekami olbrzym imieniem Ymir. Ranny, wierzgał kończynami, formując doliny, nakreślając paznokciami wyżłobienia, które później wypełniły się jego krwią. Rzeki, nazwane tak w późniejszych czasach, przecinać będą wschodnią część kontynentu, tworząc jeziora.

Gigant po latach męczarni zmarł, a w miejscu jego śmierci, tysiące lat później, człowiek wybudował miasto Eddington, które stało się karykaturą Los Angeles. Huczne centrum metropolii zostało założone tam, gdzie w przeszłości biło serce potwora. Jak niegdyś, tak i dzisiaj jest to miejsce przepełnione fałszywym blaskiem. Tysiące neonów zawieszonych na wysokich wieżowcach rozjaśnia noc.

Omamieni różnokolorowymi, figlarnymi lampionami nowoczesności mieszkańcy powtarzali swój rytuał co wieczór. Asystentki swoich szefów, pracownicy korporacji, sprzątaczki, kurierzy, nudni księgowi, dyrektorzy – nie miało znaczenia to, kim byłeś w blasku dnia. Gdy zapadał mrok, a melodia skwiercząca jak smażone jajka na patelni wypełniała nocne kluby, ludzie odkładali swe nudne, irytujące życie głęboko do szafy. Zakładali uśmiechnięte maski, przyozdabiali się pstrokatymi ozdobami i jako nowomiejska społeczność żyjąca na kredytach bawili się do białego rana.

Zamiast krwi płynącej w żyłach zmarłego olbrzyma w krwioobiegu współczesnego miasta alkohol mieszał się z narkotykami, tworząc dudniący jazgot hipokryzji. Ulice jak tętnice transportują miliony krwinek, upewniając się, że każda znajdzie swoje miejsce, by w późny piątkowy wieczór przyłączyć się do modłów.

Jadąc jedną z żółtych taksówek wzdłuż zmarłej szyi olbrzyma, wtopionej w ekosystem Ameryki, dojechać można do cichego z pozoru zakątka Eddington. Czaszka Ymira skrywała rozum, obecnie zakryty cegłą formującą się w miejski ratusz, bogatymi willami prawdziwych monarchów tej aglomeracji oraz wiernymi złoczyńcami, którzy płacą grubą gotówką za swoje przywileje.

Odnóża potwora pochłonął ocean, a na brzegu, gdzie wnętrzności wylały się z cielska, założono port, który przeobrażał się w nocy w miasto duchów. Świszczący wiatr smagał swym zimnym, wilgotnym dotykiem czekające na swoich panów kontenery przyozdobione niechlujnym graffiti. Zmęczeni strażnicy siedzieli znużeni na niewygodnych krzesłach, wpatrując się w czarno-biały ekran monitorów i wodząc wzrokiem za czymś podejrzanym.

W całym tym życiorysie miasta uformowanego na ciele zmarłego olbrzyma ważnym elementem historii jest miejsce zbudowane na palcu wskazującym, na rogu Trzydziestej i Trzydziestej Pierwszej Ulicy. Stał tam pomnik historii – Muzeum Amerykańskie, duma Ameryki, która swą sławą dorównywała Muzeum Brytyjskiemu. To tam ludzie od pokoleń składali hołd przeszłości, kolekcjonując mistyczne artefakty, nie wiedząc nawet, że część z nich wciąż emanuje magią.

Po drugiej stronie, na ławce, siedział mężczyzna w długim płaszczu i zagiętym z jednej strony kapeluszu. Żując nie pierwszej już świeżości gumę, spoglądał na budynek, obserwując, jak trzy kondygnacje pięknie układają się w arcydzieło nowoczesnej sztuki architektury. Ręce zawiesił na oparciu i wystukiwał nimi rytm znanej melodii. Gibał się lekko na boki, przypominając alfonsa, który czeka na jedną ze swoich dziewczyn.

Prawda była jednak bardziej fascynująca niż zwykłe odbieranie należności od prostytutki. Gładko ogolony mężczyzna o mocno zarysowanym podbródku, z płaskim bokserskim nosem i nozdrzami jak u wściekłego byka nazywał się Paul Canterbury. Nie bez powodu tkwił, lekko znużony, w tym miejscu.

Kilka dni temu otrzymał intratną ofertę, której – z racji wysokości honorarium – nie mógł odrzucić. Nawet on, najlepszy płatny morderca wampirów, nie mógł przejść obojętnie koło dziesięciu milionów dolarów za wykonanie kolejnej egzekucji na pracującym we wspomnianym wcześniej muzeum krwiopijcy.

Początkowo zastanawiał się, czemu anonimowy klient próbuje skrócić o głowę wampira ukrywającego się jako nocny stróż, ale widząc zaliczkę na swoim koncie, postanowił zignorować dobrą radę przyjaciela, który odradzał mu przyjęcie zlecenia. Co tak naprawdę może się wydarzyć? Powtarzał to zdanie za każdym razem, gdy słyszał wywody partnera, z którym pracował w tym niecodziennym zawodzie od kilku dobrych lat.

– Spokojna noc – powiedział Paul, rozmawiając przez słuchawkę bluetooth z Brandonem. Wciąż kołysał się na ławce.

– Mam nadzieję, że wiesz, co robisz. – Odpowiedź została zagłuszona przez rzężenie spowodowane słabym połączeniem. Dopiero po paru minutach trzasków Paul mógł usłyszeć powtórzone nerwowo zdanie.

– Spokojnie. To nie pierwsza nasza akcja, więc skąd u ciebie tyle niepewności? – Zanim usłyszał odpowiedź, dodał uszczypliwie: – Wiem, wiem. Masz przeczucie. Powtórzę raz jeszcze: a czy kiedyś się ono sprawdziło?

W rezultacie usłyszał jedynie głośny oddech, który wskazywał, że jego wierny kompan się zdenerwował. Zabójca uśmiechnął się pod nosem, wystawiając na widok publiczny swoje krystalicznie białe zęby. Po chwili energicznie wstał z ławki. Otrzepał się z miejskiego kurzu, a jego dotychczas błękitne oczy zapaliły się jak dwie żarówki o karmazynowej barwie. Nie był zwykłym człowiekiem. Świat pełen wampirów, upadłych aniołów, skrzatów, krasnali oraz innych dziwnych stworzeń nazywał go autsajderem. Byli to ludzie o nadprzyrodzonych zdolnościach, których – ze względu na ludzkie pochodzenie – wykluczono z życia Podświata.

– Paul, mamy pewien problem. – Brandon Harper, jego przyjaciel, nerwowo wydusił z siebie słowa, widząc na swoim monitorze włączony alarm. Przysiadł się bliżej ekranu, obserwując miganie czerwonych napisów i starając się zrozumieć, jak to w ogóle możliwe.

Canterbury zatrzymał się na środku ulicy, słysząc niepewny, łamiący się głos w słuchawce. Dostrzegł w tym samym momencie wyrwaną bramę, która miała pilnować podjazdu prowadzącego do głównego wejścia. Płaszcz zatrzepotał na wietrze, odsłaniając dwa półautomaty wiszące w kaburach. Spokojna noc miała się okazać zwiastunem nadciągających zmian – niczym cisza przed burzą.

– Co ty nie powiesz – odparł bez emocji, ukrywając ekscytację. – Ile mam czasu, zanim psy pokrzyżują nam plany?

– Skąd… – Harper w pierwszej chwili próbował wyrwać się z pytaniem, które pojawiło się w jego głowie: „skąd wiesz, że policja już jedzie?”, by po chwili samemu się ukarać poprzez zagryzienie warg. Pomyślał, że to było głupie pytanie.

Brandon od zawsze miał problemy z pewnością siebie. Był człowiekiem bez nadprzyrodzonych zdolności, który – ze względu na niefortunny zbieg okoliczności – posiadł ogromną wiedzą o Podświecie, o wampirzych kastach i klanach. Czytał dużo zapomnianych ksiąg, na które przeznaczył ogromną część swojego majątku. Paul bardzo cenił zdanie przyjaciela. Jednak pomimo tego Harper, jak stereotypowa kobieta przedstawiana często w dowcipach, doszukiwał się między wierszami docinków ze strony zabójcy. Taką już miał naturę.

– Masz góra dziesięć minut – odpowiedział, wydychając ciężko powietrze i brzmiąc trochę jak lokomotywa wypuszczająca parę przez komin tuż przed ruszeniem z miejsca.

– Wystarczy – oznajmił spokojnie Paul.

Przeszedł żwawym krokiem przez ulicę, minął zniszczone wejście na teren posiadłości oraz tabliczkę informującą, że teren należy do Muzeum Amerykańskiego. Zatrzymał się przed frontowymi drzwiami, a raczej tym, co z nich zostało. Roztrzaskane drewno wpadało do wnętrza budynku. Zerkając przez próg, zabójca zauważył panujący w środku mrok i porozrzucane lampy, niektóre z nich były wciąż sprawne i mrugały rytmicznie. Gabloty z cennymi przedmiotami leżały na ziemi, nosząc ślady zaciętej walki.

Karmazynowe oczy zabójcy zapłonęły mocniej, ukazując intensywnie czerwony kolor. Wyciągnął spluwy płynnym, teatralnym ruchem. Szedł wzdłuż niepokojącej ścieżki krwi, która wiła się jak rzeka, wpadając do drugiego pomieszczenia. Tam ujrzał podobny widok zniszczonych eksponatów oraz wyraźne ślady pazurów na podłodze. Oglądając pobojowisko, dostrzegł w kącie leżące nieruchomo ciało. Zbliżając się do ofiary, zauważył rozcięty brzuch, z którego wylały się wnętrzności. Liczne rany na torsie wskazywały na niezbyt wyrównany pojedynek.

Przyklęknął, zbliżając się do posrebrzanej twarzy. Z otwartych ust wystawały rekinie zęby z dwoma charakterystycznymi siekaczami. Uniósł powiekę trupa do góry. Musiał umrzeć niedawno – pomyślał, gdy zobaczył czarną, podłużną w pionie źrenicę, zakończoną marchewkowym odcieniem. Powoli kolor bladł i na ogół musiało minąć dobre pół godziny, zanim oczy staną się bezbarwne. Po kolejnej godzinie pozostanie jedynie biel.

Chwilę później poczuł lekkie szturchnięcie w potylicę. Momentalnie zezłościł się na siebie. Profesjonalista w każdym calu dał się podejść jak zwykły amator.

– Powoli wstań z kolan. – Usłyszał zza pleców. – Bez żadnych gwałtownych ruchów odłóż broń.

Paul rozpoznał charczący głos. Detektyw Walter Cote od dwóch lat ścigał go po całych Stanach Zjednoczonych, będąc zawsze pół kroku z tyłu. Dzisiaj, w niewyjaśnionych okolicznościach, złapał mordercę na gorącym uczynku. Tak przynajmniej sądził policjant.

– Detektywie – odparł ozięble – jakie miłe, niespodziewane spotkanie. – Położył pistolety na zimnej posadzce, wciąż zastanawiając się, jak to możliwe, że dał się tak łatwo podejść, chociaż marmur tak pięknie wydobywa z siebie echo stawianych kroków.

– Paul – zaczęli rozmowę, jakby starzy znajomi po latach rozłąki znaleźli się w krępującej sytuacji – aresztuję cię za zamordowanie dziesięciu osób. Możesz zachować milczenie…

– Poważnie? – Przerwał wypowiedź, irytując stróża prawa. – Zamierzasz aresztować mnie zgodnie z literą prawa, recytując jakąś banalną formułkę? To do ciebie niepodobne. – Roześmiał się, ale gwałtownie urwał rechot, gdy usłyszał szelest dobiegający z góry.

– Nawet mnie nie wkurwiaj! – warknął zirytowany detektyw, słuchając prześmiewczego tonu. – Żadnych numerów, bo bez zbędnych wyrzutów sumienia pociągnę za spust. Ręce za siebie! – Zaczął nerwowo szukać przywieszonych do pasa kajdanek.

Ręce policjanta drżały ze starości. Siwy, przerzedzony wąs w kształcie dzioba poniekąd zdradzał wiek Waltera, który w zeszłą zimę skończył pięćdziesiąt lat. Próbował synchronizować swoje ruchy, nie odrywając wzroku od przestępcy, który z jakichś nieznanych dla Cote’a powodów uniósł wysoko głowę. Trzymając ręce w górze, Balor, bo taki przydomek zyskał płatny zabójca – od celtyckiego boga śmierci – naprężył mięśnie szyi i z uwagą obserwował pokryte licznymi cieniami sklepienie.

– Naszą małą zabawę będziemy musieli przełożyć na inny termin – powiedział z powagą, jednocześnie opuszczając ręce.

– Nie ruszaj się! – Nerwowość w głosie podstarzałego gliny była aż nadto widoczna.

– To nie ja jestem tutaj problemem.

Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Paul poczuł, że coś wielkiego wylądowało tuż za plecami Waltera. Schylił się po swoje spluwy, naładowane płynnym srebrem. Odwrócił się energicznie, widząc przed sobą potwora pokrytego brązową sierścią, wysokiego na prawie trzy metry, o wilczym pysku. Bestia wbiła wielkie kły w ciało detektywa, podrzuciła go z lekkością, jakby osiemdziesiąt kilogramów nie robiło dla stwora żadnej różnicy i cisnęła go na drugą stronę pomieszczenia.

Przerośnięty wilkołak wyprowadził wielką łapą dwa szybkie uderzenia. Paul odbił w bok. Wystrzelił serią w umięśniony korpus potwora. Pociski odbiły się od twardej skóry, nie zostawiając żadnych widocznych śladów.

Dziki zwierz zaatakował z impetem, taranując wszystko na swej drodze. Donośny ryk stawał się coraz głośniejszy, przeobrażając się w nieznośny jazgot ciężkich dźwięków. Gwałtownie doskoczył do zaskoczonego autsajdera. Zadał piorunująco silny cios, wbijając się w podłogę, gdy płatny zabójca uniknął zderzenia. To rozwścieczyło bestię, która nabrała jeszcze większej animozji w stosunku do rywala.

W szale potwór machał swoimi olbrzymimi pazurami we wszystkie strony. Niszczył gabloty, zostawiał wyraźne ślady na ścianach. Paul, strzelając krótkimi seriami, zauważył, że przeciwnik trzyma w jednej łapie pozłacane pudełeczko ozdobione rycinami. Rozpoznał jedynie postać smoka wijącego się wzdłuż jednej z krawędzi. Chwilę później, zagoniony w róg, przyjął na ciało szarżę wielkiego cielska.

Wilkołak zostawił głęboką ranę na jego klatce piersiowej, po czym chwycił za nogę rywala i rzucił nim z całych sił na stojącą nieopodal kolumnę. Potwór, słysząc w tle syreny policyjnie, nie zadał kończącego ciosu, wycofując się przez otwór w suficie i zostawiając rannych mężczyzn na pastwę losu.

Dysząc ociężale, pokryty krwią oraz potem Paul wstał z wielkim trudem. Po kilku krokach upadł bezwładnie na zniszczoną gablotę. Jęknął przy zderzeniu, wymienił kilka wulgarnych epitetów, opisując sytuację, w której się znalazł, i ponowił próbę wydostania się z muzeum. Jego organizm zaczął regenerować ubytki, ale dużo wolniej, niż tego oczekiwał. Ślad pazurów, który przebiegał po skosie przez całą klatkę piersiową, zaskakująco mocno krwawił, a siermiężny, tępy ból pulsował we wszystkie kierunki.

– Paul? Paul? – Usłyszał w słuchawce wystraszony głos przyjaciela. – Pospiesz się, bo policja jest już blisko.

– Lepiej odpal wóz, bo będziemy musieli szybko stąd spadać – odparł.

Po chwili ranny mężczyzna zerwał się na chwiejne nogi. Przygarbiony trzymał się za obolały bok. Szedł powoli, jakby nadciągająca wizyta nieproszonych gości ubranych w ciemnogranatowe stroje wcale mu nie przeszkadzała. Przez połowę drogi utykał na prawą nogę, ale dzięki wzmożonej regeneracji już po sześciu metrach dość swobodnie się poruszał. Przechodząc tuż obok leżącego Waltera, poczuł delikatny uścisk na kostce. Spojrzał spode łba na swoją nogę, do której przyczepiła się ręka detektywa, który wciąż – o dziwo – żył. Tamował krew, przyciskając drugą dłoń do szyi. Drgawki unosiły dolne kończyny w okropnym tańcu śmierci.

Policjant zerkał półświadomie na stojącego w przejściu mordercę. Słone łzy mieszały się z brudną krwią, tworząc niesmaczny koktajl, który z taką chęcią spijało przemijanie. Życie uchodziło z niego w strugach ciemnorubinowej cieczy.

Canterbury wyrwał się z lichego uchwytu. Jednak zanim odszedł, ponownie został złapany za postrzępioną nogawkę spodni. Umierający człowiek, topiący się w kałuży własnej krwi, chwytał kawałek ubrania jak przysłowiową brzytwę. Zabójca popatrzył z groteskowym uśmieszkiem na sceniczną improwizację szekspirowskiego przedstawienia. W głowie zrodziło mu się tysiące niespójnych myśli i – pchnięty przez tę nieopisaną ideę – pochylił się nad niedawnym rywalem. Przy pomocy silnych rąk przerzucił Waltera przez swoje ramię.

Wyszedł na zewnątrz i korzystając z miejskich cieni rzucanych przez wysokie budynki, zdołał umknąć tuż przed przyjazdem policji. Szybko skręcił w boczną alejkę, otworzył tylne drzwi podstawionego vana, który cicho chrobotał i drżał w gotowości. W pierwszym momencie siedzący na przedzie Brandon nie dostrzegł dodatkowego balastu. Wyjechał samochodem krętymi uliczkami, wciąż głowiąc się, jak takie spore auto zmieściło się w wąskich przejściach. Pojechali w stronę nadmorskich magazynów, gdzie mieli swoją kryjówkę.

-
Ocena użytkowników
Średnia z 0 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Czwarta pieczęć
Autor: Mariusz Walczak
Wydawca: Novae Res
Data wydania: 21 sierpnia 2019
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788381475419

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.