» Recenzje » Czerwony Mars

Czerwony Mars


wersja do druku
Czerwony Mars
Niemalże równo rok temu w naszym kraju ukazał się obszerny tom zawierający Drogę Bez Znaczenia oraz Ekspres Ares – dylogię autorstwa Iana McDonalda, którą przy okazji recenzji nazwałem epopeją. Słowo to idealnie pasuje także do Czerwonego Marsa – książki równie sążnistej i treściwej, lecz podchodzącej do tematu eksploracji czwartej planety od Słońca od zupełnie innej strony. 

Grupa naukowców, przede wszystkim amerykańskich i rosyjskich, od lat przygotowywana do kolonizacji Marsa, w końcu dociera do celu. I choć wydawać by się mogło, że po roku spędzonym wspólnie w podbiegunowej bazie, gdzie mieli przygotowywać się do współpracy, będą w każdej sprawie przemawiali jednym głosem, to szybko okazuje się, iż każdy ma własny pomysł na realizację stojących przed zespołem zadań – a wizje te nie zawsze do siebie przystają. Przez jakiś czas konflikty udaje się łagodzić i uciszać, ale kiedy tłumione napięcia w końcu znajdują ujście, dochodzi do tragedii. 

Umówmy się: trudno było powstrzymać się od wspomnienia o grubaśnej książce traktującej o kolonizacji Marsa, gdy recenzuje się…cóż, grubaśną książkę traktującą o kolonizacji Marsa. Między powieściami Kima Stanleya Robinsona i Iana McDonalda jest jednak znacząca różnica: wszędzie tam, gdzie pierwszy stawia na powagę i rzetelność, drugi chwyta się rozwiązań szalonych i surrealistycznych. Nie oznacza to na szczęście, że głęboko racjonalny Czerwony Mars jest nudny – to wciąż niezwykle zajmująca, ciekawa i przede wszystkim niesłychanie bogata powieść; z pewnością mniej dynamiczna i oferująca mniej akcji, za to w genialny wręcz sposób obrazująca to, jak wielkim przedsięwzięciem byłaby próba osiedlenia się ludzi poza Ziemią. 

Polska tradycja każe w tym kontekście odnieść się do twórczości Stanisława Lema, ale przecież mamy też przykład świeższy, a także doceniony – choćby Żuławiem! – czyli Płomień Magdaleny Salik. Jedną z największych zalet tej bardzo dobrej powieści było to, że pokazywała przygotowania do eksploracji kosmosu w sposób znacznie bardziej kompleksowy, niż teksty fantastycznonaukowe z przygodowym zacięciem. Ponad trzydzieści lat wcześniej Robinson w Czerwonym Marsie zrobił niemal dokładnie to samo – dobitnie przedstawił, że wizje przedstawiające kilkoro odważnych chłopaków i dziewczyn wsiadających z uśmiechami na ustach do rakiety, aby zwiedzać obce planety, to uproszczenie mające niewiele wspólnego z potencjalną rzeczywistością (a znacznie więcej z szaleństwem, o którym wspominałem, pisząc o McDonaldzie). 

Nie mają one sensu ze względów naukowych – bo Mars jest niegościnny nie dlatego, że czyhają tam na ochoczych kolonistów zielone ludziki, a ze względu na promieniowanie, ciśnienie, temperaturę, ukształtowanie terenu…wszystko. I z tym wszystkim radzić sobie musi grupa stu, starannie wyselekcjonowanych i teoretycznie przygotowanych do tego ludzi – ale przecież prawdy nie da się oszukać: oni także szkolili się na Ziemi. Ze względu na tę obcość wkradającą się nawet w najbardziej prozaiczne na pierwszy rzut oka dziedziny, jeden z bardzo obszernych i bardzo ważnych dla struktury powieści rozdziałów traktuje o doświadczeniach rosyjskiej specjalistki od budownictwa – w najbardziej dobitny sposób pokazuje on, że rzeczy, które wygodnie rozpartemu na fotelu czytelnikowi wydają się banalne, na Marsie zmieniają się w skomplikowany projekt. A skomplikowane projekty…cóż, nikt chyba tak jak Robinson – z tą swoją metodyczną, powolną narracją, z typowym dla siebie fatalizmem, z ciągłym obnażaniem małości człowieka wobec natury – nie potrafił pokazać ogromu problemów związanych z terraformacją w taki sposób. To nie jest wciśnięcie jednego guzika w perpetuum mobile i nigdy nie będzie proste. 

Jednak bohaterowie Czerwonego Marsa to nie tylko naukowcy – to także, a może przede wszystkim, ludzie. A to komplikuje całe to przedsięwzięcie jeszcze bardziej. Każdy ma swoje interesy, swoje uczucia, swoje plany. I, wbrew temu co sugerować mógłby wspomniany racjonalizm Robinsona i wbrew fragmentom, w których popuszcza cugli swojemu technofetyszyzmowi (dzisiaj, trzydzieści lat później, siłą rzeczy przemienionemu w retrofuturystyczną ciekawostkę), czynniki psychologiczne mają na tę opowieść znacznie większy wpływ niż te obiektywne, związane z niebezpieczeństwami stojącymi przed kolonizatorami. Kiedy oddzielić rdzeń historii od sztafażu, okaże się, że amerykański pisarz gra na instrumentach typowych dla popowej powieści historycznej. Sprzeczne wizje polityczne i wzajemne resentymenty z romansem w tle sprawiają, że plany na stworzenie utopii – czy przynajmniej platońskiego państwa filozofów – poza Ziemią w zaledwie kilkanaście lat upadają, a codzienność zostaje naznaczona darwinistyczną walką o przetrwanie. Robinsonowi udało się tchnąć w tę głęboko fantastycznonaukową rzecz niezwykle żywego ludzkiego ducha. 

Powiedzmy sobie wprost: Czerwony Mars to klasyk – i to w pełni zasłużenie. Nie da się tej powieści nazwać lekką, gdyż wymaga skupienia i uwagi, a połączenie niespiesznego tempa i objętości sprawia, że trzeba lekturze poświęcić mnóstwo czasu. Czy jednak warto? Jak najbardziej. Minęło trzydzieści lat, ale to nie znaczy nic – jeśli istnieje fantastyka naukowa, którą można nazwać ponadczasową, to jedno z najsłynniejszych dzieł Robinsona z pewnością taką jest. 

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę
9.0
Ocena recenzenta
9.5
Ocena użytkowników
Średnia z 2 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 1
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Czerwony Mars
Cykl: Trylogia marsjańska
Tom: 1
Autor: Kim Stanley Robinson
Tłumaczenie: Ewa Wojtczak
Wydawca: Vesper
Data wydania: 20 listopada 2023
Liczba stron: 918
Oprawa: twarda
Cena: 89,90 zł



Czytaj również

2312
Piękne, obce horyzonty
- recenzja
Dziki brzeg - Kim Stanley Robinson
Ameryka nuklearnie zdegradowana
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.