» Recenzje » Czarodzieje

Czarodzieje


wersja do druku

Ars Magica, czyli o depresji, deprawacji i desperacji

Autor: Redakcja: Matylda 'Melanto' Zatorska, Tomasz 'Asthariel' Lisek

Czarodzieje
Lektura Czarodziei, pierwszego tomu cyklu Fillory pióra Leva Grossmana, daje asumpt do rozważań nad tym, jak wąska granica dzieli inspirację od plagiatu, lub czy hołd złożony książkom, z których pisarz zapożyczył esencję treści nie jest w istocie ich profanacją.

Quentina Coldwatera poznajemy w chwili podjęcia decyzji o kierunku studiów, a co za tym idzie – przyszłej drogi życia. Wybór ów zostaje jednak dokonany w sposób całkowicie odbiegający od planów młodzieńca, a rozmowa kwalifikacyjna odbywa się w realiach zdecydowanie nietypowych. Czy też, biorąc pod uwagę fakt, iż siedemnastolatek zaczytuje się w fantasy wszelkiego autoramentu – idealnie współgrających z jego pasją. Trafia on do College Nauk Magicznych Brakebills i w tym momencie w głowie czytelnika rozbrzmiewa pierwszy sygnał alarmowy – azaliż protagonista nie jest nieco starszą wersją Harry'ego Pottera? Trafione w punkt, jedyną różnicę stanowi charakterystyka emocjonalna magicznego neofity, osobnika nad wyraz antypatycznego, z pietyzmem pielęgnującego depresję i Weltschmeltz, przekonanego o swej niepowtarzalności oraz idącym za nią prawem  do osiągnięcia sukcesu na skalę nie tylko jednego świata. Co prawda realia elitarnej placówki dla młodzieży uzdolnionej inaczej, wzorowane na typowo amerykańskich uczelniach, różnią się nieco od hogwartowskich, lecz są to przede wszystkim odmienności dotyczące sfery obyczajowo-erotycznej, wynikające z wieku uczniów. Natomiast system nauczania, w który Quen stopniowo się wdraża, jest, przynajmniej do pewnego momentu, kopią reguł angielskiej wylęgarni czarodziejów –  poznajemy profesorów (fani Snape’a będą bardzo rozczarowani), uczniów, wraz z Coldwaterem uczestniczymy w lekcjach magii i kolejnych egzaminach, potraktowanych w formie rytuału przejścia. Lecz wpierw powoli, a potem coraz szybciej, na nieskazitelnym obrazie pojawiają się rysy i uświadamiamy sobie, iż magia w wydaniu Grossmana jest – no właśnie, czym? Rzemiosłem, talentem, brzemieniem, siłą wprost proporcjonalną do cierpienia nią obdarzonego, mocą pierwotną, destrukcyjną i wypaczającą charakter, a może raczej wyolbrzymiającą dotąd skrzętnie ukrywane cechy. Ten dar, a zarazem przekleństwo, patroszy emocje, ukazując je w formie skrajnie wynaturzonej, zaś kiedy rozum śpi, przybierają one zaiste potworne kształty.

Po zakończeniu nauki młody czarodziej z dyplomem (opis pięcioletnich studiów został w porównaniu z cyklem o antagoniście Lorda Voldemorta  mocno skondensowany) i piątka jego przyjaciół oddają się z radością skrajnemu hedonizmowi. Seks, narkotyki, alkohol, niekończące się imprezy – jakże mocno ta dojrzałość fizyczna, połączona z emocjonalną indolencją, kojarzy się ze światem dzieci kwiatów czy też angielską bohemą w stylu grupy Bloomsbury. Pieczołowicie budowane związki niszczone w akcie mściwej zazdrości, przyjaźń wymazywana przez zawiść – nikt z pięciorga Fizycznych Gości, związanych ze sobą podczas nauki magiczną specjalizacją, nie przejdzie tej próby nieskażonym. Ani Coldwater, ani wybranka jego serca (a raczej chuci) Alice – dziewczyna niezwykle utalentowana, zakompleksiona i na dodatek obarczona mroczną tajemnicą, ani Elliot – egzaltowany snob o zdeformowanej twarzy, wstydzący się swego pochodzenia i orientacji seksualnej. Również wywodząca się z szacownej i bogatej rodziny Janet, która traktuje swych towarzyszy z wyższością, stawiając sobie za cel zaliczenie wszystkich poznanych mężczyzn, oraz ostoja normalności pośród owych indywiduów – Josh, nie sprostają temu zadaniu.

Konia z rzędem temu, kto nigdy nie pragnął przenieść się w książkową rzeczywistość i na własnej skórze doświadczyć przygód, których zaznali ulubieni bohaterowie. W kolejnej księdze Czarodziejów grossmanowskie postaci otrzymują taką szansę, gdyż po kompletnym wyeksplorowaniu motywu "uczniowie czarnoksiężnika" oraz "cienie i nieliczne blaski życia magów-debiutantów", pisarz sięgnął po bardziej złożone nawiązania do klasyki fantasy. Mamy tu i przewijający się od samego początku motyw stricte literacki w postaci fascynacji Quentina młodzieżowym cyklem, opisującym przygody piątki rodzeństwa przeniesionego do baśniowego uniwersum, wyraźnie wzorowanym na Opowieściach z Narnii C. S. Lewisa, wykorzystanie toposu międzywymiarowej podróży w czasie i przestrzeni kojarzące się z Jankesem na dworze Króla Artura, Fionavarskim Gobelinem i Kronikami Thomasa Covenanta, czy wreszcie minimalnie jeno przetransponowane elementy różnorakich fantastycznych uniwersów z Alicją w Krainie Czarów, Śródziemiem i Wyspą doktora Moreau na czele. Pojawia się również rozwiązanie zaczerpnięte zarówno z fantastyki awanturniczo-przygodowej, jak i RPG, czyli quest, który drużyna domorosłych herosów z naszego świata, uzupełniona lokalnymi "specjalistami", musi wypełnić, by uratować upadające królestwo. To moim zdaniem najsłabsza partia powieści, zadziwiające, że autorowi udało się sceny najbardziej dynamiczne uczynić tak monotonnymi i schematycznymi. Momenty wyryte w pamięci admiratorów fantastyki we wszelkich jej podgatunkach (Quen et consortes mają być zapewne na nich wzorowani, lecz in vivo okazują się jeno marnymi podróbkami) w nowej odsłonie brzmią niczym szyderstwo i budzą gwałtowny protest. Również bestiariusz, który można rozłożyć na czynniki pierwsze, wyliczając konkretne książkowe monstra, jakie dały istotom z Fillory życie, na początku negatywnie zaskakuje swobodą, z jaką Grossman pasożytuje na mistrzach pióra współtworzących kanon gatunku, następnie bawi umożliwiając prekognicyjną grę w obstawianie kolejnych maszkar, jakie zostaną użyte w tekście, by na koniec zmęczyć ich niekończącą się listą.

Również zło ukazane na kartach Czarodziejów budzi mieszane uczucia. Zostało wykorzystane na wzór rekwizytu, niczym broń wisząca w pierwszym akcie na ścianie, która w finale musi wypalić i jest to dla każdego oczywiste, oraz odzieranej z kolejnych zasłon tajemnicy, która w formie zakamuflowanej była znacznie ciekawsza niż po całkowitym obnażeniu. Kolejne postaci przejmują tytuł naczelnego szwarccharakteru, a każda z tych zmian ma jedno wytłumaczenie – magia traktowana przez Stwórcę Fillory jako wytrych umożliwia brak logiki, zakrzywia granice prawdopodobieństwa, pozwala na każde szulerskie przetasowanie talii protagonistów. I choć istotą historii spod znaku magii i miecza jest dopuszczenie do głosu niczym nieograniczonej wyobraźni ich twórców, to Grossman stanowczo tego atutu nadużył, deprecjonując jego moc.

Zwycięstwo, które jest porażką, jaką można obrócić w sukces, lecz jego cena czyni całą walkę bezsensowną. Zaufanie przeradzające się w zdradę ze słodko-gorzkim posmakiem Schadenfreude, który nie mija po pozornym przebaczeniu. Miłość, będąca jednocześnie połączeniem dusz i intelektów, wybuchem erotyzmu, upokorzeniem, torturą, by na koniec wybrzmieć na granicy romantycznego kiczu. Autor buduje ze słów skomplikowane struktury, przypominające rozrywkę znudzonego erudyty tworzoną li tylko gwoli wypełnienia nadmiaru wolnego czasu, w której uczestnictwo czytelników nie jest obowiązkowe, a chwilami wydaje się wręcz zbędne. 

Na postawie powyższej wiwisekcji Czarodziejów, w której wylewam litry dziegciu, chwilami tylko dosłodzone odrobiną miodu, można odnieść wrażenie, iż jest to książka po którą nie warto sięgać. Opinia taka byłaby jednakże dla pierwszego tomu cyklu Fillory krzywdząca, gdyż pewne jego fragmenty udowadniają, że Grossman pisać potrafi i to w sposób głęboko poruszający. Szkoda tylko, iż giną one w natłoku strzępów wydartych z cudzych powieści, które nie są ich retellingiem, ale usankcjonowanym słowem "interpretacja" plagiatem. Lecz pozwolę sobie obdarzyć żonglującego cytatami pisarza ograniczoną dawką zaufania, sięgając po kolejną odsłonę trylogii, by się przekonać, jakie w kolejnych tomach znajdzie i dla siebie i dla swych bohaterów bawidło.

6.0
Ocena recenzenta
-
Ocena użytkowników
Średnia z 0 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Czarodzieje
Cykl: Fillory
Tom: 1
Autor: Lev Grossman
Tłumaczenie: Monika Wyrwas-Wiśniewska
Wydawca: Sonia Draga
Data wydania: 24 lutego 2016
Liczba stron: 496
Oprawa: miękka
Cena: 37 zł



Czytaj również

Kraina czarodzieja
Sacrificium, czyli zmierzch i upadek królestwa Fillory
- recenzja
Król magii
Ratujmy magię, czyli poszukiwacze zaginionych kluczy
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.