» Fragmenty książek » Cyberpunk Girls

Cyberpunk Girls


wersja do druku

Cyberpunk Girls

KRYSTYNA CHODOROWSKA

Polska pisarka, tłumaczka literatury fantastycznej i programistka ds. sztucznej inteligencji. Członkini Sekcji Literackiej Śląskiego Klubu Fantastyki. Autorka m.in. opowiadań: Kre(jz)olka, Dzikie stworzenia i Jeden spalony rzut nominowanych do Nagrody im. Janusza A. Zajdla czy Ścieżki mamy we krwi (nagrodzone w konkursie „Dzieje się. Fantastyka zaangażowana społecznie”). W 2018 r. nakładem wydawnictwa Uroboros ukazał sie jej debiut powieściowy Triskel: Gwardia, nominowany do Nagrody im. Janusza A. Zajdla.

 

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Fragment opowiadania „Dotknąć ciemności”:

 

Matka Rity McGee była w Camp Pendleton, kiedy nadeszło tsunami. Wiedzieli, że nadciąga.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Sieć boi rozrzuconych na Pacyfiku czuwała i reagowała, choć akurat ich sygnał dawał służbom bardzo niewiele, co najwyżej kilka godzin wyprzedzenia – boja wykrywała falę w tej samej chwili, gdy masa spiętrzonej wody unosiła ją w górę. Monitorowanie turbulencji w niższych partiach atmosfery dawało więcej czasu, jako że radary obejmowały zasięgiem obszar o promieniu kilkuset mil, nie tylko w miejscu położenia boi.

Decyzję o ewakuacji trzeba było podjąć na podstawie samych prognoz, dlatego gubernator Harris podczas swojego wystąpienia zaciskała usta, zaciskał je admirał Rojas i zaciskał je sierżant Aguilera, kiedy przydzielał szeregową McGee do rozładowania nadlatującego Miracle-V22. Nikt tego nie lubił – wieloletnia tradycja nakazywała, by wszyscy decydenci czekali z ewakuacją do ostatniej chwili, mając nadzieję, że może prognoza okaże się przesadzona, a zniszczenia mniejsze.

Tradycja była równie martwa jak ci, których zamordowała.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Tej powodzi nie ilustrowały dramatyczne zdjęcia ludzi, którzy na małych, prowizorycznych łódkach usiłowaliby ratować dobytek. Może tu i tam pojawiło się jedno czy drugie, ale symbolem tej katastrofy stało się zdjęcie dwóch żołnierek prowadzących pod ręce starszą kobietę w przemoczonym szlafroku.

Karen McGee nie była żadną z nich. Po całej akcji, gdy stawiła się na placu apelowym, wstrząsana dreszczami z niewyspania, mogła liczyć tylko na ogólną pochwałę w liście od dowódcy bazy dziękującego wszystkim za wzorową dyscyplinę.

Miał za co dziękować – wszyscy dowódcy, a nawet komentatorzy z  mediów, stwierdzili zgodnie, że była to modelowa ewakuacja, sto tysięcy osób ewakuowane w nieco ponad siedem godzin. Tempo transportu podczas pierwszego etapu okazało się o piętnaście procent niższe, niż wskazywałaby przepustowość ulic – dokładnie tak, jak określono w modelu Mott-Dalal, który do przewidywania ruchu ulicznego wykorzystywał zasady mechaniki płynów. Eksperymenty, w których ruch pieszych i pojazdów wyrażono w postaci układów nieliniowych równań cząstkowych, wykazały, że wbrew prostej intuicji najlepsze rezultaty można uzyskać, zamieniając ciągłą, nieprzerwaną ewakuację na dwuetapową, z przynajmniej kilkugodzinną przerwą, żeby drogi zdążyły się opróżnić, a zatem o wyznaczonej porze zablokowano ulice prowadzące w stronę tras wylotowych, wzmacniając nieco obecność wojska w tych punktach. Media trochę panikowały, ale w raportach wszystkich służb powtarzało się jedno spostrzeżenie: cała akcja przebiegła bardzo sprawnie. Trasa na północ zakorkowała się może na pierwszą godzinę, bo ludzie zawsze rzucali się załatwiać różne sprawy tuż przed ewakuacją, odbierali dzieci ze szkół i samochody z naprawy, tworząc w okolicy wtórny obieg ruchu, który ciężko było przewidzieć podczas tworzenia modeli.

Ale nie dyskutowali. Nikt nie zignorował nakazu, nie próbował się wykłócać podczas obowiązkowej przerwy, mało kto wyjechał za późno. Bardzo niewiele osób spoza stref objętych obowiązkową ewakuacją próbowało wyjeżdżać z miasta, tworząc nadprogramowe zagęszczenie ruchu. Ludzie wychowani według modelu stosowego znali swoje miejsce.

 

GABRIELA PANIKA

Urodzona w Roku Tygrysa. Zainteresowania: science fiction, kryminały, życie codzienne w dawnych epokach. Zbiera ciekawostki i wiedzę bezużyteczną. Od ponad dziesięciu lat prowadzi bloga i forum dyskusyjne.

 

Fragment opowiadania „Dotknąć ciemności”:

 

Zjeżdżali windami i szli przed siebie nerwowym krokiem, czasem zatrzymywali się w pół drogi, jakby oszołomieni – i otrząsali się dopiero na widok osoby w mundurze. Karen McGee widziała, jak na jej widok zmieniają się ich spojrzenia. Nadal był tam niepokój, ale też ulga – czuli się spokojniejsi, widząc, że w pobliżu jest ktoś, kto wie, co robić.

Nawet wtedy, gdy wdrożenie doktryny stosów zaowocowało przywróceniem obowiązkowego poboru, wojsko wciąż uważało pomoc przy wewnętrznych kryzysach za drugorzędną względem swojej podstawowej roli – walki zbrojnej i misji pokojowych. W czasach zmagań z Termeszami i potem, gdy pamięć o Kopcach była jeszcze żywa, zdawało się to zrozumiałe. Ale dwa pokolenia później rząd nagle zorientował się, że oczekiwania ludzi utrzymujących wojsko ze swoich podatków są zgoła inne – mieszkańcy uważali, że powinno przede wszystkim brać udział w działaniach ratowniczych podczas klęsk żywiołowych. Eksperci od psychologii kryzysowej przytakiwali, twierdząc, że obecność żołnierzy działa uspokajająco na mieszkańców okolic dotkniętych katastrofą. A wraz z postępowaniem zmian klimatu ekstremalne zjawiska pogodowe stawały się coraz częstsze i liczniejsze – do tego dochodziła wciąż rosnąca liczba mieszkańców w obszarach przybrzeżnych i zagrożonych pożarami.

Pięćdziesiąt lat później Karen McGee siedziała na ganku swojego domu w Maine – odpowiednio daleko od jednego i drugiego – wpatrzona w niebo, gdzie ciemne smugi ciągnęły się ze wschodu na zachód, przecięte dramatyczną czerwienią sięgającą niemal od horyzontu po horyzont, jakby wbrew prawom fizyki. Jej opiekun, któremu Rita, córka Karen, pomogła dostać pozwolenie na pracę, nie pytał staruszki, o czym myśli, bo nie mówił za dobrze po angielsku. Mógł skorzystać z translatora, ale wstydził się nieznajomości języka, więc zwykle po prostu pracował w milczeniu, co najwyżej nucąc stare hiszpańskie piosenki, a jego podopiecznej zdawało się to odpowiadać.

Karen McGee modliła się, żeby przypadkiem nie okazało się, że była przedstawicielką ostatniego pokolenia, które nie musiało odgruzowywać swoich miast.

 

MAGDALENA KUCENTY

 

Magister inżynier z wykształcenia, pisarka fantastyki z wewnętrznej potrzeby – niedającej się ani zrozumieć, ani powstrzymać. Debiutowała w 2015 r. opowiadaniem Koziorożec i Smok, od tego czasu opublikowała kilkanaście innych tekstów w antologiach i czasopismach fantastycznych (między innymi w Nowej Fantastyce). Trzykrotnie nominowana do nagrody im. Janusza A. Zajdla. W roku 2019 porzuciła karierę administratora IT, by zostać pisarką „na cały etat i jeszcze trochę”. Na etat pisze dla studia CD Projekt Red, a jeszcze trochę – dla siebie.

 

Fragment opowiadania „Dziewczyna, której nie było”:

– Dwa-jeden-pięć-dziewięć, drzewa ciągle rosną, lecz koty nie wiedzą, dokąd się tak spieszą. Osiem-trzy, napij się słońca.

Koleś stał oparty o ścianę klubu i palił. Po odsłuchaniu przekazu odsunął jointa od wentylu swojej maski: mniej więcej poprawnego anatomicznie serca. Następnie wypuścił obłok dymu lewą tętnicą płucną.

Zapachniało ziołem.

– Szczeźnij – rzucił w końcu beznamiętnie i splunął przez główną żyłę.

Zero podziękowań. Przez moment Tyana obawiała się nawet, że koleś jej przywali. Natychmiast pożałowała, że nie pozwoliła Iro iść ze sobą. Ale Wybraniec tylko cisnął blantem pod jej nogi, a potem odwrócił się na pięcie. Chwilę stał tak w bezruchu, aż dziewczyna zaczęła się zastanawiać, czy przekaz na pewno zadziałał. Wreszcie jednak Twarzosercy ruszył przed siebie, a ona za nim. Nie zareagował w żaden sposób na to, co zrobiła. Nie pisnął nawet słowa.

Co ciekawe, zawrócił się do klubu.

Muzyka niosła się po ogromnej pseudomagazynowej hali. Dark elektro dobrze tłukło neurony. Bity dudniły pod czachą i w piersi, prąd śmigał po skórze. Maska serce pulsowała do rytmu – arterie, żyły, komory pikały szaleńczo.

Tyana patrzyła jak zahipnotyzowana. Ludzie tańczyli jak zahipnotyzowani. Koleś szedł jak zahipnotyzowany.

Zagadkowym sposobem nikt nikomu nie wchodził w drogę. Klubowicze przepuszczali Twarzosercego i śledzącą go dziewczynę, nie racząc ich choćby przelotnymi spojrzeniami. Mogli dla siebie nawzajem nie istnieć.

W końcu wyszli na zaplecze klubu. Dark elektro było już tylko szmerem zza ściany.

– Dokąd idziemy? – zapytała Tyana, kiedy Twarzosercy zaczął wdrapywać się po metalowej siatce ogrodzenia.

Zostawiła swoją e-hulajkę przed klubem i wolałaby ją odzyskać, zanim wyruszy w magiczną podróż na drugi koniec miasta. Co było o tyle głupie z jej strony, że tego właśnie mogła się spodziewać. Powinna była po prostu zabrać urządzenie.

Koleś nie odpowiedział. Tyana westchnęła.

Następnie, klnąc pod nosem, zaczęła wspinaczkę. Skoczyła za Twarzosercym na drugą stronę ogrodzenia. Teraz nie mogła się już wycofać.

– Słyszysz, co do ciebie mówię?

Milczał.

W drodze zatrzymali się tylko raz. Czarne graffiti na murze głosiło:

AdRiaNNo

usł+ugi RAPersko-PROGRAMistyczne

TANIO i jako tako!

Twarzosercy wpatrywał się w koślawe litery z zadartą głową.

– Masz na imię Adrian? – Tyana zmrużyła oczy, ledwie odczytując napis.

Z danych zapisanych w kodzie QR wynikało, że koleś był DJ-em o pseudonimie Ticker. Nic więcej nie wiedziała. A jednak, gdy zaprzeczył ruchem głowy i znów ruszył przed siebie, jakimś sposobem wyczuła, że kolejnych tego typu postojów nie będzie.

 

MARTYNA RADUCHOWSKA

Polska pisarka fantasy i science fiction. Z wykształcenia jest psychologiem i kryminologiem, pisarka – z zamiłowania. Zadebiutowała w 2007 roku opowiadaniem Cała prawda o PPM. Autorka cyklu o szamance od umarlaków Idzie Brzezińskiej (powieści Szamanka od umarlaków, Demon Luster, Fałszywy Pieśniarz), które ukazały sie nakładem wydawnictwa Uroboros. Łzy Mai zdobyły nagrodę Kwazar. Spektrum (2018, Uroboros), drugi tom cyklu Czarne światła, wybrano Książką Roku 2018 w plebiscycie Lubimyczytac.pl w kategorii science fiction, Książką Roku 2018 magazynu Esensja. Powieść zdobyła również nominacje do Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego 2019 oraz Nagrody im. Janusza A. Zajdla za rok 2018.

 

Fragment opowiadania „Mindblow”:

 

   Nilsson mlasnął językiem o podniebienie, jakby próbował tutejszego powietrza. Skrzywił się z niesmakiem.  Dwa razy popatrzył tęsknie za odlatującym hoverem, zanim wreszcie ruszył w stronę motelu. Lodowata woda przy każdym kroku wlewała mu się do świeżo wyglancowanych butów. Deszcz spływał po lśniących od brylantyny włosach i kapał za koszulę. Niesiony wiatrem smród rozkładu stęchlizny i kociego moczu całkowicie zagłuszył woń ulubionej wody kolońskiej. Cedząc przekleństwa, pułkownik wcisnął głowę w ramiona i postawił na baczność sztywny kołnierz płaszcza. Resztki dobrego nastroju uleciały wraz z kolejnym zimnym podmuchem, gdy tylko dostrzegł sprawczynię wszystkich swoich dzisiejszych nieszczęść.

Stała na galerii na drugim piętrze motelu, oparta łokciami o balustradę, wpatrzona w warkocze kropel ciurkające z przerdzewiałej rynny. Na widok pułkownika wyprostowała się nagle, niby zaskoczona, po czym przesadziła barierkę niemal bez odbicia, lądując w przyklęku na płycie lądowiska. Nilsson usłyszał cichutki wizg egzoszkieletu, który musiała skrywać pod ubraniem. Nie spodobał mu się wyraz jej bladoróżowych oczu albinoski, gdy ruszyła w jego stronę, rozchlapując kałuże ciężkimi buciorami o cholewach sznurowanych po same kolana. Absolutnie niczym nie przypominała zmysłowej, otulonej zwiewnymi tiulami piękności, z którą przed niespełna tygodniem uciął sobie nader interesującą pogawędkę na balu charytatywnym w rezydencji burmistrza.

Nigdy nie ufaj holo, pomyślał z rozdrażnieniem, czując drugie tego wieczoru ukłucie głębokiego zawodu.

 

Fragment opowiadania „Mindblow”:

 

   Nilsson mlasnął językiem o podniebienie, jakby próbował tutejszego powietrza. Skrzywił się z niesmakiem.  Dwa razy popatrzył tęsknie za odlatującym hoverem, zanim wreszcie ruszył w stronę motelu. Lodowata woda przy każdym kroku wlewała mu się do świeżo wyglancowanych butów. Deszcz spływał po lśniących od brylantyny włosach i kapał za koszulę. Niesiony wiatrem smród rozkładu stęchlizny i kociego moczu całkowicie zagłuszył woń ulubionej wody kolońskiej. Cedząc przekleństwa, pułkownik wcisnął głowę w ramiona i postawił na baczność sztywny kołnierz płaszcza. Resztki dobrego nastroju uleciały wraz z kolejnym zimnym podmuchem, gdy tylko dostrzegł sprawczynię wszystkich swoich dzisiejszych nieszczęść.

Stała na galerii na drugim piętrze motelu, oparta łokciami o balustradę, wpatrzona w warkocze kropel ciurkające z przerdzewiałej rynny. Na widok pułkownika wyprostowała się nagle, niby zaskoczona, po czym przesadziła barierkę niemal bez odbicia, lądując w przyklęku na płycie lądowiska. Nilsson usłyszał cichutki wizg egzoszkieletu, który musiała skrywać pod ubraniem. Nie spodobał mu się wyraz jej bladoróżowych oczu albinoski, gdy ruszyła w jego stronę, rozchlapując kałuże ciężkimi buciorami o cholewach sznurowanych po same kolana. Absolutnie niczym nie przypominała zmysłowej, otulonej zwiewnymi tiulami piękności, z którą przed niespełna tygodniem uciął sobie nader interesującą pogawędkę na balu charytatywnym w rezydencji burmistrza.

Nigdy nie ufaj holo, pomyślał z rozdrażnieniem, czując drugie tego wieczoru ukłucie głębokiego zawodu.

 

JAGNA ROLSKA

Od prawie dziesięciu lat związana z najstarszym polskim portalem fantastycznym Fahrenheit, gdzie pełni funkcje zastępcy redaktora naczelnego. Przygodę z pisaniem rozpoczęła od publikacji opowiadań w macierzystym portalu, a także na łamach miesięcznika Science Fiction, Fantasy i Horror. W 2019 r. otrzymała wyróżnienie w konkursie literackim Pióro Metatrona za opowiadanie Gniewka. Dotychczas opublikowała trzy powieści, między innymi SeeIT nominowaną do tytułu Książki Roku 2019 w plebiscycie Lubimyczytac.pl w kategorii science fiction oraz do Nagrody im. Janusza A. Zajdla za rok 2019.

 

Fragment opowiadania „Spandau”:

 

– Hans mówił, czego tym razem chce? – zapytał Johann, gdy podeszli do wiaduktu kolejowego.

Nie zamierzali na niego wchodzić. Nie mieliby zresztą jak. Tuż przed mostem rozciągnięto zasieki z drutu kolczastego, dalej stały reagujące na ruch działka laserowe, a za nimi drgało w wieczornym powietrzu zielone pole siłowe. W to, że działka były aktywne, nie mieli powodu wątpić. W wielu miejscach spękanego asfaltu leżały truchła szczurów wielkości dorodnych kotów.

– Nie mówił – odparła po chwili milczenia Annika.

– Niczego nie mówił, niczego nie wyjaśniał, ot, jak zwykle zagwizdał na nas, a my lecimy jak posłuszne psy w symulatorze dla staruszków.

– A jakie mamy wyjście? – rzucił z nietłumioną irytacją. – Praktycznie siedzimy mu w kieszeni. Co więcej, siedzimy w jego mieszkaniu, na jego fotelach. I zamiast narzekać, powinnaś się cieszyć z tego, że mamy go po swojej stronie.

– Wiem! – przyznała. – Ale co na to poradzę, że mnie to wkurwia? – dodała hardo, choć półgłosem.

– Mnie też – mruknął i dał jej ręką znak, żeby zamilkła.

O pobliski wysprejowany murek opierał się Ali, ochroniarz Hansa i jednocześnie jego najbardziej zaufany człowiek. Jedną dłoń trzymał na kolbie przewieszonego przez ramię karabinu, a paluchem drugiej dłubał między zębami. Nawet w ledwie rozproszonym mroku dawało się odczytać fragmentarycznie widoczny za mężczyzną czerwony tag ZOO, którym podpisywała się znana w dzielnicy grupa myśliwych. Johann zdążył się zdziwić, że gildia z popularnej strzelanki Zoologischer Garten taguje też w realu, ale nie skomentował. Ali odkleił się od murku i skinął im od niechcenia głową.

 – Szef czeka – oznajmił z lekką przyganą w głosie.

 – Chodźcie za mną.

 – Trafimy – odparł pogodnie Johann i wyszczerzył zęby w uśmiechu.

Ali wzruszył ramionami, ponownie oparł się o murek i znów zaczął dłubać w zębach. Stracił zainteresowanie gośćmi szefa i zapatrzył się w łunę pola siłowego.

W barze Hansa nie zmieniło się nic od czasu, gdy Johann był trzynastoletnim, wypłoszonym szczeniakiem i przyszedł tu po raz pierwszy. Nieraz zastanawiał się, jak potoczyłoby się jego życie, gdyby bar nie znajdował się w zasięgu jego pięciuset metrów powierzchni życiowej w czasach, gdy mieszkał u matki. Po szesnastu latach nie miało to żadnego znaczenia.

Wewnątrz znajdowały się raptem cztery stoliki przykryte wypłowiałą ceratą. Metalowe krzesła tapicerowane czerwonym skajem stały równiutko przysunięte do blatów. Nad barem z przeszkloną chłodnią obracał się ruszt. Hans osobiście ścinał kawałki przypieczonego mięsa na metalową tackę. 

 

Fragment opowiadania „Amber”:

 

Statek badawczy Wordsworth, nazwany tak oczywiście na cześć szefa Rządu Światowego i ojca programu ewakuacji ludzi z zagrożonej zagładą Ziemi, cumował w spokojnej zatoczce wyspy Alkmaar.

Ekspedycja zaczęła się dość niefortunnie. Dwóch Adiunktów z Uniwersytetu Gatesa dopuściło się zaniedbań w procedurze nieujawniania się mieszkańcom rezerwatu, schodząc na ląd bez maskujących metauniformów. Miejscowy rybak niemal dostał zawału ze strachu, więc musieli zemdlonego przetransportować do pokładowego medlabu. Obydwaj adiunkci dostali naganę od kapitana, a szef wyprawy badawczej, profesor Henry Garcia, zapowiedział im, że do końca rejsu nawet na chwilę nie zejdą na stały ląd i resztę czasu spędzą na żmudnym wprowadzaniu danych do systemu, podczas gdy pozostali uczestnicy wyprawy będą obserwować tubylców.

– Pani doktor, proszę go przebadać, a później zamknąć w izolatce. Przez tych dwóch durniów rybak więcej nie zobaczy swojej wyspy – polecił profesor, zerkając ponad ramieniem Agaty Wilson na przypiętego pasami do kozetki rybaka.

– Musimy go zabierać? – zapytała cicho. – Przecież pan wie, jaki los go czeka…

– Niestety, nic nie poradzimy na procedury – westchnął. – Zresztą lot na Arkę, darmowy i poza kolejnością, to nie najgorszy los.

– Dla człowieka, który nigdy nie widział autolotu, by nie wspomnieć o holowizji i interfejsach, chyba jednak najgorszy – skomentowała i odwróciła się na pięcie.

Pochyliła się nad pacjentem i rozpoczęła badanie.

Mogła to zlecić robotowi medycznemu, ale uznała, że zajęcie się jakąkolwiek pożyteczną pracą pozwoli jej opanować wzburzenie.

– Proszę mi wierzyć, wolałbym, żeby tu został – odparł sztywno Garcia i wyszedł z ambulatorium.

Rybak miał około pięćdziesięciu lat, może nieco mniej. Życie w rezerwacie nie oszczędzało, a już z pewnością nie zapewniało dostępu do rewitalizujących urządzeń beautube. Korzystający z niego na co dzień sześćdziesięcioletni profesor Garcia wyglądał tak, jakby był jego synem. Wystarczyło mieć pieniądze, pozycję w elicie nadrodowców i oczywiście kosztowne urządzenie. Agata miała trzydzieści cztery lata i dzięki temu, że awansowała społecznie, z pewnością do setki też niewiele się postarzeje.

Mężczyzna poruszył się nieznacznie i po chwili otworzył oczy. Lata studiów nie przygotowały jej na tę chwilę. Nie panując nad sobą, odskoczyła od kozetki, w ostatniej chwili tłumiąc krzyk. Tak przenikliwego, niezmąconego działaniem interfejsów spojrzenia nie widziała od wielu lat. A to wywołało niepotrzebną lawinę wspomnień i sprawiło, że zadrżała.

 

AGATA SUCHOCKA

Pisarka, tłumaczka, wokalistka, multiinstrumentalistka, pedagog i animator kultury. Jej cykl powieściowy I Give You Eternity w tłumaczeniu autorskim ukazuje sie od 2017 r. w wersji anglojęzycznej nakładem wydawnictwa Cheeky Kea Printworks, w kraju dotychczas ukazały sie dwa tomy: Woła mnie ciemność (2018) i Twarzą w twarz (2019). Jako pisarka wszechstronna i unikająca zaszufladkowania w jednym gatunku literackim przygotowała dla fanów coś z zupełnie innej beczki – powieść sci-fi DICE, będącą brawurową i zabawną żonglerką motywami rozpoznawalnymi nie tylko dla fanów cyberpunku. Powieść DICE dostępna jest wyłącznie w wersji audio.

 

Loch tonął w półmroku.

Choć kilka pięter wyżej miasto pulsowało kolorowymi światłami niczym gigantyczna, fosforyzująca meduza, tutaj było cicho i ciemnawo, a od ścian zwężających się coraz bardziej z każdym kolejnym krokiem bił nieprzyjemny, wilgotny chłód, jakby szła podwodnym tunelem o zawilgoconych ścianach. Poskręcane druciki w dużych, żarowych lampach umieszczonych na ścianach co kilkanaście metrów zdawały się mrugać w rytm niesłyszalnego pod ziemią, niemilknącego pulsu wirtualnego serca metropolii powyżej.

Miała wrażenie, że cofnęła się w czasie, i to o kilka wieków.

Przełknęła ślinę i poczuła, jak krew odpływa z jej twarzy, gdy na końcu wąskiego, paskudnie klaustrofobicznego przejścia zamajaczył neon starego typu; rurki wypełnione pełgającym, różowym gazem układały się w napis ALMAWT.

Poczuła lodowaty dreszcz pełznący po plecach, ale przecież Inez ostrzegała ją przed takimi zagraniami.

„Spodziewaj się wszystkiego!” – powiedziała, uśmiechając się dziwnie, ni to lubieżnie, ni tajemniczo, jakby chciała dodać coś jeszcze, coś niesłychanie zabawnego i ekscytującego, czego tak naprawdę nie mogła zdradzić. I tak obdarzyła ją ogromnym kredytem zaufania, posyłając w to miejsce.

Dotknęła okutych drzwi, które drgnęły pod jej dotykiem i uchyliły się na zewnątrz, jakby silnie pchnięte od środka. Odruchowo cofnęła się o kilka kroków i zaparła na ugiętych nogach, z dłonią spoczywającą na rękojeści noża. Serce waliło jej jak oszalałe, na lewej skroni poczuła ostrzegawcze mrowienie, gdy czytnik parametrów zarejestrował gwałtowny skok pulsu. Uderzenie adrenaliny wyostrzyło wzrok i zmieniło mięśnie w stal. Walcz albo giń.

Ze szczeliny wyłonił się smukły, smoliście czarny doberman. Chciała uciekać, w końcu nigdy wcześniej nie widziała psa z tak bliska. Nie mogła jednakże się wycofać, bo przed tym mentorka również ją ostrzegała. Ucieczka oznaczała śmierć. To był spacer tylko w jedną stronę. Wychodziło się tylnym wyjściem po wypuszczeniu przez gospodarza. Albo wcale.

Dopiero gdy zwierzę podeszło do niej i uniosło długi pysk, jakby usiłowało spojrzeć jej w oczy, zdała sobie sprawę z tego, że przecież nie mógł to być prawdziwy pies. Już dawno wszystkie zjedzono.

Spojrzała w obiektywy kamer i wyraźnie dostrzegła zwężanie się soczewek, z pewnością właśnie została zidentyfikowana. Pies obszedł ją dookoła i zawrócił do pomieszczenia za drzwiami, a te otworzyły się zapraszająco.

Jak do tej pory nie było źle, w końcu mógł się na nią rzucić i zmiażdżyć gardło tytanowymi szczękami. Nóż może i by drasnął powłokę, ale z pewnością unieszkodliwienie takiej maszyny nie było tak proste jak zabicie człowieka jednym celnym sztychem pod żebro.

Tak naprawdę nie spodziewała się, że wszystko to, co o nim mówią, nie mówiąc tak naprawdę nic konkretnego, jest prawdą. Był taką samą miejską legendą jak szereg innych postaci, które istniały chyba tylko w nieprawdopodobnych opowieściach przekazywanych z ust do ust.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę
-
Ocena użytkowników
Średnia z 0 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Cyberpunk Girls
Autor: Raduchowska Martyna, Rolska Jagna, Suchocka Agata, Chodorowska Krystyna, Kucenty Magdalena, Panika Gabriela
Wydawca: Uroboros
Data wydania: 12 listopada 2020
Liczba stron: 448
Oprawa: miękka
Format: 135 x 202 mm
ISBN-13: 978-83-280-8335-6
Cena: 40 zł

Komentarze

string(15) ""

Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.