» Recenzje » Ciemnorodni - Alison Sinclair

Ciemnorodni - Alison Sinclair


wersja do druku

Fantasy wiktoriańska

Autor: Redakcja: Tomasz 'earl' Koziełło

Ciemnorodni - Alison Sinclair
Aby stworzyć dobrą książkę nie wystarczy sam pomysł, choćby nie wiadomo jak błyskotliwy; liczy się to, w jaki sposób owa idea zostanie ubrana w słowa. Alison Sinclair pisząc [url=]Ciemnorodnych[/url] – pierwszy tom trylogii fantasy, wpadła na intrygujący koncept, by przedstawić świat ludzi egzystujących jedynie w mroku, zrodzonych z ciemności oraz ludzi żyjących dzięki słonecznemu blaskowi, Światłorodnych. Ten nowatorski potencjał został jednak zmarnowany przez dość słabe rozwinięcie tematu, w którym pod fantastycznym sztafażem ukrywały się treści rodem z awanturniczo – przygodowego romansu, dedykowanego niezbyt wymagającym czytelnikom.

________________________


Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

To miał być dla doktora Balthasara Hearne’a kolejny, nudny wieczór wypełniony pracą, tudzież oczekiwaniem na powrót małżonki i córeczek. Lecz w chwili, gdy do jego drzwi zapukała kobieta w zaawansowanej ciąży – dawna przyjaciółka jego brata, aktualnie narzeczona jednego z bardziej prominentnych arystokratów – owe plany runęły. Balthasar, nie dość, iż zmuszony został (przy pomocy swej siostry Olivede) do asystowania przy porodzie, to jeszcze, ku swemu zaskoczeniu pomieszanemu ze sporym niepokojem, zauważył, iż narodzone bliźnięta, pomimo iż teoretycznie Ciemnorodne – widzą. A opowieść o tajemniczym Światłorodnym kochanku niewiasty, wpierw uznana za fantazję, zaczęła nabierać złowieszczego prawdopodobieństwa. Wydarzenie owo okazało się jednak zaledwie przedsmakiem lawiny intryg, w których uczestniczyć miał nie tylko sam doktor, lecz i jego szacowna małżonka Telmaine oraz przybyły do stolicy z Rubieży baron Ishmael di Studier.

Porwania, zasadzki, ucieczki, pościgi, walka toczona zarówno w sensie fizycznym, jak i za sprawą magii, a w tle utkana z pajęczą precyzją sieć intryg – oto, czego ta trójka będzie musiała doświadczyć wizytując zarówno siedziby arystokratów, jak i najbardziej ponure slumsy miasta Minhore. Lecz, wbrew pozorom, akcja powieści nie gna do przodu w szaleńczym tempie, rzekłabym wręcz, iż momentami wlecze się, niczym spacer leniwego ślimaka, kiedy Sinclair skupia się na drobiazgowych i częstokroć kompletnie zbędnych opisach zamiast na przedstawianiu kolejnych wydarzeń fabularnych. Przykładowo, po dramatycznym zawiązaniu akcji przeskakuje do scen z życia arystokracji, w których to dowiadujemy się o panującej modzie, rodzinnych powiązaniach, tudzież etykiecie. Gdybyż to miało służyć budowie napięcia lub też uzupełniać wiedzę o świecie przedstawionym… Garść niczego niewnoszących faktów, przytoczona w formie nudnej dywagacji sprawia, iż ma się chęć niedbałego przekartkowania książki z nadzieją trafienia wreszcie na akcję właściwą. Następuje to oczywiście, lecz na zasadzie sinusoidy – sceny ważne splecione są ze sztucznie rozdmuchanymi opisami spraw mało znaczących, podczas gdy te kluczowe, o których czytelnik z chęcią dowiedziałby się nieco więcej, pozostają cały czas niedopowiedziane.

Już sam koncept podziału społeczeństwa na dwa odłamy, koegzystujące ze sobą, lecz nigdy nie mające możności spotkania się – czyli Ciemnorodnych i Światłorodnych – daje asumpt do budowy arcyciekawego świata, w którym czytelnik mógłby zapoznać się z przyczynami owego dymorfizmu oraz różnicami i podobieństwami występującymi pomiędzy tymi gatunkami. Lecz miast iść w tym kierunku, Sinclair poprzestaje na dość ogólnych wiadomościach, za źródło rozłamu podając rzuconą przed wiekami klątwę mistrzyni magii Imogeny, bez sprecyzowania na czym ona konkretnie polegała. W jej konsekwencji dla jednych słoneczny blask przynosi śmierć poprzez spopielenie, dla drugich zabójczy jest mrok, a fizycznie oba odłamy różnią się tym, iż potomkowie światła posiadają wzrok, zaś zrodzeni z ciemności cechują się jego brakiem, miast tego natura obdarzyła ich sonem, czyli echolokacją. Lecz czymże w istocie jest ów zmysł musimy się długo domyślać, gdyż prócz dość skomplikowanego naukowego wytłumaczenia przytoczonego ustami Balthazara, dokładnego sposobu jego działania pisarka nam nie podaje. Za to jej bohaterowie sonują wszystko i wszystkich namiętnie, jakby to słowo – wytrych, zdecydowanie nadużywane, miało wprowadzić aurę niesamowitości i zatuszować braki fabularne.

Tych zaś jest w powieści sporo. Zapowiadająca się na wielce skomplikowaną intryga dotycząca pochodzenia bliźniaków, których poszukują zarówno wszyscy szpiedzy stolicy, jak i pewne tajemnicze indywidua, sprowadza się tak naprawdę do działań detektywistyczno-wywiadowczo-ratowniczych, w których udział bierze trójka głównych bohaterów. Do samego końca nie otrzymamy jednak satysfakcjonujących wyjaśnień. Po części ów fakt tłumaczy strategia otwarcia trylogii, kiedy stawia się więcej pytań, niż uzyskuje na nie odpowiedzi, ale irytujące jest lekceważenie czytelnika, który po otrzymaniu w miarę apetycznych przystawek zostaje przy pustym stole, jedynie z nadzieją na danie główne. Gdyby skumulować właściwą treść Ciemnorodnych, odarłszy ją z nadbudowy zbędnych elementów, zmieściłaby się ona na kilkudziesięciu stronnicach. Ponadto Sinclair wątpi chyba w inteligencję odbiorców swej powieści, gdyż co i rusz powtarza główne założenia intrygi. Jej bohaterowie relacjonują swe dokonania (i to nie tylko najnowsze) niemalże każdej napotkanej na swej drodze osobie, co w pewnym momencie staje się dość nużące, mimo iż owe fakty poznajemy z różnych punktów widzenia.

Czy aby rzeczywiście aż tak odmiennych? Pomimo, że toczące się wydarzenia widzimy oczyma trzech postaci – Balthazara, Telmaine i Ishmaela – to właściwie w żaden sposób zmiana protagonisty nie ma wpływu na sam sposób narracji. Sinclair skacze od postaci do postaci, albo wtedy, kiedy znudzi się tą pierwszą, tudzież, kiedy doprowadza akcję do momentu, gdy za bardzo nie jest pewna, jak ją dalej poprowadzić. Wówczas owa pozorna zmiana perspektywy jest wygodnym zabiegiem – może przeskoczyć w czasie i przestrzeni, by skupić się na nowym bohaterze.

Kogóż tu zatem mamy? Balthasar zwany w skrócie Balem (jakże zabawna bywa czasem tendencja do zdrabniania imion) to niemalże podręcznikowy przypadek doktora Judyma. Szlachetny i pełen zapału lekarz, niosący pomoc najbiedniejszym (lecz wśród swych pacjentów mający również i osoby prominentne), który, pochodząc z nie najlepszej rodziny, dzięki własnemu błyskotliwemu umysłowi wyrobił sobie pozycję pośród arystokracji. Pasjonat bezgranicznie oddany swojej pracy, nad którą przedkłada jedynie miłość do żony i córek. Może nieco safandułowaty i chwilami nudny, ale jako małżonek stanowi chodzący ideał. Nic więc dziwnego, że Telamine popełniła mezalians wychodząc za niego, gdy zauroczył ją już podczas pierwszego spotkania, a po latach jest mu wciąż wierna i ciągle głęboko w nim zakochana, z bólem skrywając przed Balem swą mroczną tajemnicę.

Jego przeciwieństwem jest pani Hearne. Stanowi ona wariację na temat wiktoriańskiej pensjonarki, która pomimo bycia szacowną panią domu wciąż zachowuje się niczym pełen kompleksów podlotek, zakuty w gorset nakazów i zakazów etykiety. Choć zdarza jej się łamanie sztywnych reguł na tyle często, by zyskać miano ekscentryczki, to naprawdę cały czas jest przykładną matroną – oprócz dwóch dość znaczących wyjątków.

Pierwszym z nich jest wyraźna słabość do barona di Studier. Ten awanturnik o mrocznej przeszłości, teraźniejszości i, zapewne też, przyszłości, ścigany przez bolesne doświadczenia młodości i sam również ściągający – tyle, że demony (gdyż pod mianem Łowcy Cienia zajmuje się infiltracją krain leżących poza granicami Rubieży, gdzie żyją Cieniorodni - potworne istoty o dość niesprecyzowanej proweniencji, będące śmiertelnym zagrożeniem zarówno dla Ciemno- jak i Światłorodnych), zaintrygował Telmaine niezmiernie. I, choć kobieta wie, że nie powinna, nie potrafi przestać o nim myśleć, a każdy jego dotyk i spojrzenie…, znaczy się sonowanie, przyprawia ją o rozkoszne dreszcze. Lecz są to uniesienia rodem z XIX-wiecznego romansu – wzdychania i rozważania o tym, iż chciałaby, lecz boi się, i nic ponadto.

Drugą z mrocznych tajemnic małżonki Balthazara jest talent magiczny. Gwoli wyjaśnienia – w świecie wykreowanym przez Sinclair czarami zajmują się przede wszystkim Światłorodni, wyspecjalizowawszy się w rozmaitych odmianach magii, natomiast dla Ciemnorodnych jej uprawianie jest wstydliwym sekretem, który sprawia, iż traktowani są jako kuriozum (chyba, że osiągnęli mistrzostwo, a wówczas taki mag wywołuje lęk i szacunek). Albowiem zrodzeni z mroku nade wszystko przedkładają technikę. Magowie dzielą się na klasy. Tych najbardziej wybitnych zowie się Magistrami (ale gdzież im do noszących to same miano bohaterów z trylogii S.C. Friedman), a same opisy przejawów czarnoksięskiej działalności nie stanowią żadnego novum, podobne wersje co i rusz spotyka się bowiem na kartach powieści fantasy. Magia inicjowana jest przez dotyk – czy to stricte fizyczny (by uchronić się przed przypadkowym jej wywołaniem część czarodziei nosi rękawiczki), czy też mentalny, pozwalający na skanowanie uczuć i emocji. Zatem Ishmael – mag odkrywszy w Telmaine pokrewną duszę, bardzo łatwo wchodzi w rolę jej mentora, a zarazem adoratora.

Bohaterom pierwszoplanowym, których wizerunki są dość sztampowe, towarzyszą postacie znacznie bardziej intrygujące, szkoda, iż potraktowane po macoszemu. Bardzo niewiele dowiadujemy się o dowodzącym siatką szpiegów Ciemnorodnych lordzie Valdimerze (który budzi skojarzenia z Talleyrandem), jeszcze mniej o tajemniczej przyjaciółce Balthasara Florii White Hand, fechmistrzyni i zabójczyni zajmującej poczesną rolę w szeregach służby księcia Światłorodnych.

Realia opisane na kartach Ciemnorodnych jako żywo przypominają wiktoriańską Anglię, świat pełen ściśle wytyczonych reguł, o których rozstrzyga sztywna etykieta, na progu rewolucji technicznej, pełen skrajności, kiedy przepychowi towarzyszy krańcowe ubóstwo. Dowiadujemy się jednak o nim bardzo niewiele, stanowi tylko dalekie tło przygód trójki protagonistów, ponieważ Sinclair operuje jedynie paroma powtarzającymi się schematami, bazującymi na ogólnie znanych z historii wzorcach.

Powieść budzi bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony trudno nie docenić ciekawej koncepcji podziału społeczeństwa, ukazanego niczym awers i rewers tej samej monety (dodatkowym plusem jest fakt, iż autorka nie obdarzyła Ciemnorodnych jakże modnymi ostatnio wampirycznymi skłonnościami), lecz miast tymi kartami rozegrać wciągającą partię, Sinclair wolała podążyć bezpiecznym, ale jednocześnie dość przewidywalnym tropem opowieści pseudo-obyczajowej, z dużą dawką kryminału i nieudolnie prowadzonym wątkiem romantycznym. Schematem, który nuży i nie zakorzenia się w pamięci na tyle mocno, by po zamknięciu książki pragnąć ją ponownie przeanalizować. Dodawszy do tego okładkę przypominającą koszmar każdego grafika z wyjątkowo szkaradnym kobiecym portretem, Ciemnorodnych nazwać można książką zaprzepaszczonych szans.
5.0
Ocena recenzenta
6
Ocena użytkowników
Średnia z 1 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Ciemnorodni (Darkborn)
Cykl: Ciemnorodni
Tom: 1
Autor: Alison Sinclair
Tłumaczenie: Katarzyna Ciarcińska
Wydawca: Bellona
Miejsce wydania: Warszawa
Data wydania: 1 lutego 2013
Liczba stron: 368
Oprawa: miękka
Format: 145x205 mm
ISBN-13: 978-83-11-12542-1
Cena: 35 zł



Czytaj również

Światłorodni
Źle się dzieje w mieście Minhore
- recenzja

Komentarze


~Delgado

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+2
Podobną ideę - ludzi mieszkających po Jasnej i Ciemnej stronie - zawarł kiedyś Roger Zelazny w malutkiej książeczce "Widmowy Jack". Ta króciutka przypowieść o złodzieju, który poruszał się w cieniu ma już swoje lata, ale czyta się ją naprawdę dobrze. Żelazny miał dar pisania o wielkich sprawach prostymi słowami. Jeśli ktoś kiedyś trafi na tę pozycję, serdecznie polecam.
19-06-2013 00:07
Kaworu92
   
Ocena:
+1
Drobna uwaga - powinno być albo "fantasy wiktoriańskie", albo "fantastyka wiktoriańska" ;-)
19-06-2013 00:20
lemon
   
Ocena:
+2
@Xelloss
Powołujesz się na jakiś słownik? Na razie niczego nie kwestionuję, ale nigdzie nie mogę znaleźć, jakiego rodzaju w j. polskim jest "fantasy". Logika (być może pokrętna) wskazuje raczej na żeński.
19-06-2013 00:55
Patryk Cichy
   
Ocena:
0
Ja zawsze odmieniam fantasy w rodzaju żeńskim. Nie wiem czy to poprawne, ale nie zamierzam zmieniać tego zwyczaju, bo tak mi się podoba i już. Science fiction zresztą też tak odmieniam, choć wielu uważa, że powinno być inaczej.
19-06-2013 08:03
Scobin
   
Ocena:
+1
Nie no, gdyby poprawna była tylko wersja z rodzajem nijakim, to trzeba byłoby się do tego dostosować. :-) Ale nie znam żadnej reguły, która nakazywałaby wybierać albo rodzaj nijaki, albo żeński. Oba wydają się dopuszczalne.
19-06-2013 08:56
Andman
   
Ocena:
+1
SF i F mogą byc jak najbardziej żeńskie, tak jak fikcja i fantazja.
19-06-2013 11:01
Patryk Cichy
   
Ocena:
+1
Staszek:
"...trzeba byłoby się do tego dostosować..." - w recenzjach pisałbym poprawnie, ale w życiu prywatnym nadal odmieniałbym po swojemu, bo już ze mnie taki typ niepokorny.
19-06-2013 22:18

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.