Chindi - Jack McDevitt

Autor: Bartosz 'Zicocu' Szczyżański

Chindi - Jack McDevitt
Priscilla Hutchins pilotuje statki nadświetlne od wielu lat. Pewnego dnia dochodzi do wniosku, że pora powoli myśleć o przejściu na emeryturę. Jednak jej pracodawca, szefowa Akademii Sylvia Virgil, prosi Priscillę o jeszcze jeden lot. Wraz z członkami Stowarzyszenia na rzecz Kontaktu ma ona udać się w pobliże gwiazdy neutronowej, gdzie przechwycono dziwny sygnał obcego pochodzenia. Mało kto śmie spekulować, skąd mógł się wziąć – ludzkość nie spotkała się jeszcze z wystarczająco zaawansowaną cywilizacją. Hutchins oczywiście przyjmuje ostatnie zadanie. Na pewno zastanowiłaby się nad tym dwa razy, gdyby wiedziała, że sygnał będzie tylko zwiastunem przygód równie tragicznych, jak fascynujących.

Nawet początkujący czytelnik fantastyki naukowej zauważy bez problemu, że McDevitt w prologu Chindi nie przedstawia nic zaskakującego. Ostatnia misja doświadczonego najemnika, grupa amatorów wyruszająca w kosmos i obcy – wygląda to jak opis większości książek SF kategorii B. Ze smutkiem muszę przyznać, że później nie pojawiają się żadne niespodzianki. Fabuła Chindi rozwija się liniowo, w ustalonym tempie, rzadko zaskakując istotnym zwrotem akcji. Wszystko zmierza do trochę łzawego, w zamierzeniach wzruszającego, zakończenia, które nie wzbudza w czytelniku zbyt wielkich emocji. Odniosłem wrażenie, że autor zmarnował spory potencjał tkwiący w samej wizji tytułowego chindi – początkowo wydaje się on ogromną tajemnicą. Szybko jednak poznajemy jej rozwiązanie: bohaterowie rozwiązują zagadkę bez najmniejszych problemów, a twór staje się głównie tłem dla melodramatycznego zakończenia.

Zawiodło mnie także swego rodzaju wypranie Chindi z treści – czegoś, co pozostawiłoby we mnie jakiekolwiek emocje, zmusiło do refleksji. Tekst obiecuje dużo więcej: każdy z ponad trzydziestu rozdziałów rozpoczyna się interesującym cytatem, nierzadko odnoszącym się do filozofii. Jednak McDevitt rozmienia te doskonałe fragmenty na drobne, często przedstawiając ich łopatologicznie dosłowną interpretację. Jeśli w cytacie poprzedzającym rozdział pada słowo "miłość", to możecie być pewni, że postacie będą się przytulać, całować albo wyznawać, jak bardzo się kochają. Najgorsze jest to, że poza fragmentami wprowadzającymi książka nie przedstawia żadnej wartości merytorycznej. Jeśli szukacie powieści, która ma w sobie cokolwiek poza treścią rozrywkową, srogo się zawiedziecie.

Sporym plusem Chindi jest natomiast kreacja bohaterów. Hutch nie przypomina schematycznego starego kapitana, nie jest ani zgorzkniała, ani cyniczna, ani nie tryska czarnym humorem. Towarzyszy jej ciekawe grono kamratów: filantrop George, przedsiębiorca pogrzebowy Nick, aktorka Alyx, malarz Tor, urzędnik Herman i prezenter telewizyjny Pete. Co prawda postacie te nie są zbyt skomplikowane i nie posiadają wyjątkowej głębi psychologicznej, ale co ważne, w ich towarzystwie można całkiem miło spędzić czas. W przypadku powieści takiej jak Chindi jest to zadziwiająco istotne: jeśli nie możemy liczyć ani na intrygujące zwroty akcji, ani na niesamowite tajemnice, to codzienność na międzygwiezdnym statku staje się jedynym powodem, dla którego warto dalej czytać.

Rozpoczynając lekturę Chindi, liczyłem na tekst wyjątkowy. Interesujący tytuł, doskonała okładka i świetnie dobrane cytaty w charakterze podtytułów sugerują, że to literatura fantastyczna najwyższych lotów. McDevitt jednak w sporym stopniu zawiódł moje nadzieje – nie udało mu się wzbudzić we mnie zbyt wielkich emocji, a sama powieść na pewno nie utkwi mi dłużej w pamięci. Polecam jedynie najbardziej zagorzałym fanom podróży w kosmos.